iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Mroczne tajemnice Mokrzeszowa

 

     Wczoraj Polskie Radio Wrocław, dziś rano portal swidnica24.pl poinformowały, że na przykościelnym cmentarzu w Mokrzeszowie (to po drodze z Wrocławia do Świdnicy dla tych, którzy mieszkają poza Dolnym Śląskiem) odnalezione zostały szczątki czterech kobiet. Trzy z nich miały około 20-30 lat i zmarły po porodzie, na co wskazuje układ miednicy. Czwarta była nieco starsza.
 

     W Mokrzeszowie pracuje Harald Schroedter, antropolog z Niemieckiego Ludowego Związku Opieki nad Mogiłami Wojennymi. „To odkrycie potwierdza mroczną tajemnicę Mokrzeszowa. W tzw. pałacu w latach 40-tych młode Niemki - ochotniczki dawały się zapłodnić młodym, niemieckim żołnierzom. Dzieci miały być najczystszymi Aryjczykami. W tym celu tworzono w całej Rzeszy Domy Matek” pisze swidnica24.pl - również „na przykościelnym cmentarzu w masowym grobie pochowanych zostało 40 żołnierzy, którzy zmarli od potwornych ran. Wśród nich był chłopiec z Hitlerjugend”. 


     Na jakimś forum internetowym, ktoś napisał, że potwierdziło się to, o czym pisałam w 2002 roku w książce „Dolny Śląsk, jakiego nie znacie”. Do Mokrzeszowa zaciągnął mnie wtedy pan Tadeusz Słowikowski, niestrudzony poszukiwacz pociągu, który z tajemniczym ładunkiem, miał zniknąć gdzieś w podziemiach koło zamku Książ. To właśnie pan Tadeusz pierwszy powiedział mi, że w Mokrzeszowie mieścił się ośrodek Lebensbornu, Źródła Życia, stowarzyszenia, które powstało w 1936 roku.  Piękni, niemieccy chłopcy mieli tu przyjeżdżać, aby z pięknymi, niemieckimi dziewczętami płodzić dla Hitlera dzieci. Obie strony traktowały to jak wielki, zbiorowy obowiązek.

     Jak pisze Roman Haber w książce „Czas niewoli, czas krwi”: „Pierwotnym celem Lebensbornu była reprodukcja krwi członków SS, od których wymagano co najmniej czworga dzieci”. 
    

   Wielki budynek, zwany zamkiem w Mokrzeszowie w czasie I wojny był ośrodkiem rehabilitacyjnym dla niemieckich pilotów. Kiedy pisałam książkę, udało mi się porozmawiać z panią, która urodziła się w Mokrzeszowie i w 1945 roku miała 7 lat. Twierdziła, że w czasie II wojny światowej w „zamku” mieszkali po prostu pracownicy folwarku i o Lebenesbornie w Mokrzeszowie nie może być mowy. Tak naprawdę informacja o tym, że koło Świdnicy mogło znajdować się „Źródło Życia” pochodzi od żołnierza, który podzielił się swoimi wspomnieniami z niemieckim dziennikarzem. Opowiadał o wielkim szpitalu przypominającym pałac. 
     Pan Tadeusz Słowikowski - jak się później dowiedziałam - poznał tę historię dzięki wrocławskiemu dziennikarzowie Wacławowi Dominikowi. Informacje chadzają pokmrętnymi ścieżkami.

      Czy rzeczywiście groby czterech kobiet są dowodem na to, że w Mokrzeszowie działał Lebensborn? Mimo wszystko, sądzę, że jeszcze za wcześnie na wyciąganie wniosków. Nie ma mnie jednak tam na miejscu i to co piszę, piszę na gorąco po przeczytaniu informacji w Internecie. Pełna informacja o ekshumacji i zdjęcia znajdziecie na stronie

http://swidnica24.pl/powiat/gmina-swidnica-powiat/id29117-mroczne-tajemnice-mokrzeszowa.html


    Kiedy pracowałam jeszcze w „Słowie Polskim” szukałam we Wrocławiu ośrodków Lebensbornu a także niemieckich domów publicznych. Udało mi się zdobyć informacje, że w czasie II wojny światowej taki ośrodek mieścił się w Parku Szczytnickim, natomiast domy publiczne w dzisiejszym Capitolu i ośrodku NOT. Niestety, moja redakcja nie doceniła wtedy mojego poświęcenia dla poszukiwań tajemnic Wrocławia, naczelny wlepił mi inną robotę i nigdy nie udało mi się zweryfikować tamtych informacji. Tym bardziej z niecierpliwością czekam na dalsze wiadomości z Mokrzeszowa. 


 

Komentarzy: 4
Od takich skarbów kręci się w głowie

 

    Wiadomość nie jest nowa, pojawiła sie ponad miesiąc temu, ale do mnie dotarła dopiero teraz. Podesłał mi ją Artur Bilewski, niestrudzony nurek i oczywiście poszukiwacz skarbów. Wcale się nie dziwię, że taka informacja zrobiła wrażenie na kimś, kto a)nurkuje, b)poszukuje, c) z pewnością rozróżnia co dobre. Oto news:

"Prawdopodobnie najstarszy szampan na świecie znaleźli nurkowie w 200-letnim wraku statku na dnie Morza Bałtyckiego. Wszystko wskazuje na to, że butelki i korki są nienaruszone, trunek będzie się zatem nadawał do picia.
Podczas przeszukiwania wraku na dnie Morza Bałtyckiego nurkowie odkryli omszałe butelki. Ku ich zaskoczeniu, zawierały one szampan Veuve Cliquot, pochodzący z końca XVIII wieku - prawdopodobnie z roku 1780.

Wrak statku spoczywał w rejonie Wysp Alandzkich, szwedzkojęzycznego archipelagu formalnie należącego do Finlandii.

Pierwsi mogli już skosztować niezwykłego trunku. - Smakuje wspaniale - powiedział instruktor nurkowania Christian Ekstorm. Dodał, że jest pewien na 98%, że szampan jest autentycznie stary. To jeszcze będą musieli potwierdzić eksperci.

We wraku znajduje się około 30 butelek szlachetnego alkoholu. Jeśli okaże się (a wszystko na to wskazuje), że butelki i korki są nienaruszone, to według szacunków szwedzkiego eksperta od wina Carla-Jana Granqvista, jedna butelka może osiągnąć wartość nawet 50 tysięcy euro"

     Tylko chłopakom pozazdrościć i pogratulować. Najstarsze wino, jakie piłam miało ponad 90 lat, było cudowne. Ale co inengo pić, a co innego samemu znaleźć i to w takich okolicznościach przyrody. 

Komentarzy: 0
Jeden wieczór, dwa skarby

     Lubię takie wieczory jak ten. Kolega opowiada o pewnym, starym dokumencie. Przeleżał aż do lat 90. XX wieku we wrocławskim urzędzie Obrony Cywilnej i w tajemniczy sposób "wypłynął" w najmniej oczekiwanych okolicznościach.

    Rozmawiamy sobie o tym, co zawierał i z każdym słowem mojego kolegi, a właściciwe nawet bardziej niż kolegi, dobrego Przyjaciela od Tropienia Tajemnic, otwieram usta ze zdziwienia. Bo w jednym pliku dokumentów znalazly się aż dwie, niezwykle interesujące informacje. Jedną z nich zachowam sobie do kolejnego artykułu, druga zaś dotyczy inwentaryzacji podziemnego obiektu przemysłowego, o którym nie ma mowy na żadnej "skarbowej giełdzie"! Czy to możliwe - zastanawiam się - żebyśmy teraz, po tylu latach, dowiedzieli się o kolejnej, podziemnej fabryce? Nie, to chyba niemożliwe. Ale kolega, który fabrykami zupełnie się nie interesuje, ale zna się na robocie terenowej i trochę na obiektach militarnych mówi z całą stanowczością: "ten obiekt został zaraz po wojnie zinwentaryzowany. Jest tam z pewnością i nie sądzę, żeby bez tej dokumentacji udało się do niego dotrzeć". Potem rozmawiamy już sobie o podziemnych tunelach i przez następną godzinę zastanawiamy się, czy rzeczywiście między Bolkowem a Świnami mógł istnieć ten słynny podziemny tunel. No cóż, pomarzyć można...

   Nie mija godzina i dzwoni inny kolega, który natrafił w parku na dziurę po ostatnich ulewach. Dziura ukazała kawałek łuku, wejścia, licho wie czego... I niech ktoś mi powie, że na świecie nie ma skarbów!

  Temat podziemnej fabryki chętnie "sprzedam" komuś, kto zajmie się od początku do końca. Zrobi kwerendę, przeprowadzi badania bezinwazyjne. Jest ktoś chętny?

Komentarzy: 1
Co dalej z pałacem w Kamieńcu?


    Włóczyłam się znowu po świecie, więc wiadomości o śmierci pana Włodzimierza Sobiecha dotarła do mnie niedawno. Wieloletni dzierżawca pałacu w Kamieńcu Ząbkowickim całe swoje życie poświęcił dla tego zabytku. Kochał go i zawsze to czułam, gdy go odwiedzałam.

   Pan Włodzimierz do łatwych ludzi nie należał, ale nikt „łatwy” nie rzuciłby się na coś takiego. Podobało mi się jego pasja, to, że z błyskiem w oczach pokazywał mi wejścia do tunelu, który wychodził spod pałacu, to, że wierzył, że czuwa nad nim duch Marianny Orańskiej, dawnej właścicielki Kamieńca. I zawsze zadziwiało mnie to – nigdy nie odważyłam się spytać – jak to jest, kiedy zupełnie sam zostaje wieczorem w tym ogromnym, pustym, wymagającym remontu budynku. Przecież to przeszło sto komnat! Choć wszyscy dookoła widzieli, że nie da rady sam z Kamieńcem, on kurczowo trzymał się tego miejsca. I należy mu się za to szacunek. Nie chcę używać wielkich słów ale z jego śmiercią skończył się pewien etap w życiu Kamieńca. Gdzieś ulotniła się magia....
      Co dalej będzie z pałacem? Tego dowiemy się już niedługo. Ja już dzisiaj wiem, że interesuje się nim ktoś, w kogo rękach chętnie bym ten zabytek widziała. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Pałacowi w Kamieńcu Ząbkowickim należy się ktoś wyjątkowy. I, nie oszukujmy się, wyjątkowo duże pieniądze.

 

Komentarzy: 4
Skarby - nie opłaca się znajdować

 

     Biorą mnie diabli, bo na Dolnym Śląsku znowu został znaleziony skarb i znowu nie będzie go można zobaczyć w żadnym muzeum, ani w żadnej galerii. Dlaczego? Bo zaraz wyjechał zagranicę.

     Nie była to skrzynia ze złotem, ani worek ze szmaragdami, nie była to nawet biżuteria czy monety. Nic, co działa na zmysły ciułacza. To były pamiątki po kimś może niezbyt znanym, ale ciekawym, po człowieku, którego życiorys działa na wyobraźnię. Po kimś, kto przed nadejściem Rosjan złożył wszystkie najcenniejsze rzeczy, porządnie zabezpieczył i najnormalniej w świecie zakopał. I nigdy po nie już nie wrócił.

   Nie wiem, kto znalazł ten skarb - bo uważam, że można to znalezisko nazwać skarbem - i nie chcę wiedzieć. Od czasu do czasu pojawiają się informacje o takich znaleziskach i ta, wierzcie mi jest wiarygodna.

    I może bym się tak nie wściekała – przecież ciągle mnóstwo rzeczy wyjeżdża – gdyby nie to, że właśnie zgłosiła się do mnie starsza pani. I opowiedziała niezwykłą historię ukrycia pewnego archiwum ważnego dla historii Małopolski. Starsza pani zna ją od wujka i zarzeka się, że jest prawdziwa. Ma tylko prośbę. Chciałaby nagrody. Nie dla siebie, ale żeby przekazać ją wnukom. Nie oczekuje na wiele. Chce coś po sobie zostawić rodzinie i doskonale to rozumiem. Tymczasem polskie prawo mówi wyraźnie, jeśli szuka się z intencją znalezienia, taka nagroda nie przysługuje. Wiem, zaraz wszyscy mnie zakrzyczą, że upraszczam temat  Ale najprościej mówiąc, tak to właśnie jest. A ja nie chcę oszukiwać starszej pani, ale nie chcę też po cichu, pod osłoną nocy kopać w lesie. I mam zagwostkę. Może, gdyby było inaczej, nie wyjechałby już „skarb”, o którym piszę na początku? Bo wiem, że gdyby nie to „twarde prawo, ale prawo”, mogłoby być inaczej, mogłabym za jakiś czas przyjrzeć się temu znalezisku, a obok wisiałaby tabliczka z nazwiskiem odkrywcy...

 

Komentarzy: 3
Szynobusem w piękny rejs

Nie macie jeszcze pomysłu, co robić w weekend? Przyjeżdżajcie na Dolny Śląsk! W ostatnią sobotę ponownie wsiedliśmy do pociągu, a właściwie szynobusu, żeby powędrować śladami skarbów.

Wiadomo, na Dolnym Śląsku skarby są wszędzie, z okolicą, o której zaraz opowiem, wiąże się historia napoleońskiej kasy, która utonęła w rzece (inni mówią, że została zakopana w pobliżu zamku w Płakowicach), historia niemieckich skrytek ukrytych gdzieś w sztolniach a także wiele relacji o duchach, strach i czarach. Ale miejsce, w które Was chcę zabrać jest, przede wszystkim bardzo piękne.

Kolej Doliny Bobru, z Jeleniej Góry do Lwówka Śląskiego kursuje pięć razy dziennie. Budowa tej ponad 32 kilometrowej trasy trwała aż 7 lat. Ale teren jest tu trudny. Trzeba było wydrążyć trzy tunele, zbudować most nad Jeziorem Pilchowickim, kamienny wiadukt w Pilchowicach, siedem stacji i 400-metrową żelbetową półkę na stację Pilchowice. Całość oddano do użytku 28 sierpnia 1909 roku, czyli w ubiegłym roku kolej obchodziła swoje setne urodziny. Co ciekawe, pod koniec II wojny światowej niemieccy żołnierze wysadzili wejścia do tuneli, wszystko jednak udało się w miarę szybko naprawić. Naprawdę warto tędy pojechać. My wybraliśmy następujący wariant; rano wsiedliśmy we Lwówku Śląskim do szynobusu (cudownie, że w te upały jest tam klimatyzacja) i niespełna w ciągu godziny dojechaliśmy do Jeleniej Góry. To tak dla nacieszenia oczu widokami. Po drodze mijaliśmy Dębowy Gaj z ruinami pałacu, Lwówecką Szwajcarię, Wleń ze swoim wspaniałym zamkiem i pałacem, Zaporę Pilchowicą, wieżę rycerską w Siedlęcinie – naprawdę jest tu co zwiedzać. W Jeleniej Górze 25 minutowa przerwa, lody i kanapki i wracamy.

Najpiękniejszy odcinek trasy to ten, kiedy wjeżdża się nad most kolejowy zawieszony 43 metry na Jeziorem Pilchowickim. Wysiedliśmy na przystanku Pilchowice Zapora. Chcieliśmy zielonym szlakiem dojść do Wlenia i tam znowu wsiąść do pociągu, żeby wrócić do Lwówka. Plan był ambitny i nie wypalił, ale o tym za chwilę. Najpierw rozpętała się burza i przez godzinę trzeba było siedzieć na stacyjce. Ale warto było.  Choć zdjęcia tego nie oddają, jezioro Pilchowickie parujące tuż po deszczu wygląda absolutnie magicznie. Gdy ucichły pioruny, ruszyliśmy w kierunku Wlenia, trasa jest przepiękna, idzie pod zaporą, potem wzdłuż Bobru, wąziutką ścieżką, która prowadzi do niewielkich skałek. Jednak...po drodze okazało się, że przeliczyliśmy się z czasem i mijając po drodze Maciejowiec (jakiż ten tutejszy dwór jest piękny! I w jakim strasznym stanie!) dotarliśmy już niemal sprintem do stacji Nielestno, żeby złapać ostatni pociąg jadący w kierunku Lwówka. Jeśli chcecie się dowiedzieć czegoś więcej  o Kolei Doliny Bobru, bardzo polecam ten artykuł.

A wieczorem kawa i ciastko w Cafe Lenno, w pałacu u stóp zamku we Wleniu. Szkoda, że pałac Lenno, który jest własnością Belga, nie ma strony internetowej po polsku. Wielka szkoda. Z innych stron wiem, że właściciel ma jakieś koszmarne kłopoty z miejscowymi władzami, i choć nie mnie z tak małą wiedzą wnikać w sedno problemu, cieszę się, że kolejny pałac odżywa. Daleko mu oczywiście do tak pięknie odrestaurowanych pereł jak Łomnica czy Wojanów, ale widać, że Lenno ma gospodarza.

I panuje to sympatyczna, ciepła , domowa atmosfera. Dookoła kręcą się owce a widoki, jakie się stąd rozpościerają.... Nie... to musicie zobaczyć sami. Szczerze mówiąc, zaskoczyły mnie ceny w tutejszej kawiarni. Gigantyczne ciastko, wielki, pyszny jabłecznik z bezowym wykończeniem, kosztuje tam 6 złotych. Z gałką lodów i bitą świetnaą – 8 złotych. Wielki dzbanek herbaty – 4 złote. No chyba ten Belg oszalał? To nie są przecież pałacowe ceny! I to też bardzo cieszy. Miłe miejsce, miłe ceny, a piszę o nich, bo w listach zarzucacie mi, że chwalę ten nasz Dolny Śląsk, ale zapominam, jak czasami jest tu drogo. A tu proszę, niespodzianka.

Zawsze ze sobą wozimy lekarza. Nasz przyjaciel Krzysiek Mildner studiuje mapę, idzie mu to prawie tak dobrze jak operacja.


Jezioro Pilchowickie tuż po burzy.

Samotna stacyjka, można tu siedzieć i siedzieć i wpatrywać się w wodę.

Nareszcie ruszamy, może to nie jest zielony szlak, ale po torach nie idzie się źle.


Tory jakie są każdy widzi.


Widok z tego mostu jest cudowny, widok na most również niczego sobie.

 
A to stacja kolejowa...nieźle położona, prawda?


Trochę widoczków z zapory...

I jeszcze zapora...


I zostawiamy zaporę, żeby wejść w zielone i wędrować już wzdłuż Bobru


Zabudowania gospodarcze pałacu Lenno

Wejście do pałacu, koło schodów stoją ławeczki i stoliki, gdzie można zjeść opisane ciastka.

Ostatni rzut oka na widok z kompleksu pałacowego. Ach, patrzeć tak na to codziennie...

Komentarzy: 3
Drugie wejście do krypty

Oj, dzieje się. Po raz pierwszy od 1963 roku otwarta została druga krypta pod kościołem św. Jadwigi w Walimiu. Pierwszą już wspólnie na tym blogu oglądaliśmy kilka miesięcy temu, teraz badacze zeszli do tej, w której w 1963 roku Jacek Wilczur z Komisją Badania Zbrodni Hitlerowskich szukał dokumentów związanych z projektem „Riese”.

Niestety, czego bardzo żałuję, nie mogłam być tym razem w Walimiu. Z relacji wiem jednak, że choć sama krypta jest w dobrym stanie, to niektórymi pochówkami zajęli się już dawno szabrownicy.

Pod kościołem św. Jadwigi leżą ciała pastorów i ich rodzin, a także członkowie rodziny Zedlitzów. Razem około 20 trumien, w tym 6 trumienek dziecięcych.  

Pretekstem do otwarcia krypty był tym razem film dokumentalny, do którego scenariusz napisał Łukasz Kazek, kustosz zamku Grodno. Dzięki uprzejmości Łukasza mogę też pokazać Wam kilka zdjęć.

A kiedy film będzie już gotowy, natychmiast wyjaśnię, jak i gdzie go obejrzeć.  Patrząc na nie zastanawiam się, jaka powinna być przyszłość tego miejsca. Czy powinni je oglądać turyści, czy zmarli powinni być pozostawieni w spokoju. Jak znaleźć złoty środek i czy on w ogóle istnieje?  


 

Komentarzy: 1
Skarby na upały

Zaczęło się od listu. Potem był telefon. Dotyczył dziwnego miejsca w Rudawach Janowickich. Dzwonił pan, który jako dziecko natknął się w okolicach Krzyżnej Góry na coś w rodzaju wejścia do sztolni albo groty. Opowiadał też o Niemce strzegącej tajemnicy tego miejsca.

Obiecałam, że nic więcej nie ujawnię zanim nie przejrzę dokumentów, które przetrwały i są związane z tą sprawą. Postanowiłam jednak powędrować szlakiem tajemniczego ukrycia, a przy okazji uciec przed upałami do lasu. Jeśli jesteście gdzieś na Dolnym Śląsku, powędrujcie w ten sam sposób. Cisza, zielono, prawie nie ma ludzi. Trasa, którą również Wam proponuję zabrała nam osiem godzin, ale był to jeden z najpiękniejszych spacerów w tym roku: niech wszystkie Meksyki, Portugalie i Szwajcarie niech się chowają. Naprawdę pięknie jest u nas.

Na Biuście Lollobrigidy
Samochód zostawiliśmy w Janowicach Wielkich i szynobusem o 10.58 pojechaliśmy do Wojanowa. Dworzec w Janowicach, zaniedbany i właściwie nieczynny, wszystko zamknięte, bilety kupuje się w pociągu, na drzwiach napis informujący, że wnet otwarta tu będzie pizzeria. Klimaty jak z zapomnianych filmów. Ale szynobus śliczny, z klimatyzacją, widoki za oknem zapierają dech, i choć do Wojanowa jedzie się z 15 minut, atrakcji po drodze sporo. Chociażby przejazd pod Tunelową Górą. Z dworca w Wojanowie marsz do tutejszego pałacu, jednego z najpiękniej odrestaurowanych w Polsce, potem krótka wizyta w Wojanowie Bobrowie i zielonym szlakiem w Góry Sokole. Po drodze mijamy śliczną Polankę Imieninową, powoli wędrujemy przed siebie, żeby na górze zejść na chwilę na czerwony szlak i wdrapać się na Sokolik Duży.

Ależ stąd jest widok! Nie jest to co prawda miejsce dla tych, którzy mają lęk wysokości, ale pozostałych zachęcam do wejścia. Sokoliki. Ze względu na swój kształt nazywane są Biustem Lollobrigidy, i nie jest to biust łatwy do osiągnięcia. Szczególnie w takich upałach. Z lewego biustu, przeskoczyliśmy na prawy, czyli Krzyżną Górą, którą, jak nazwa wskazuje zdobi spory krzyż. Widać stąd pięknie Karpniki i tamtejszy zamek, takie było zresztą zamierzenie rezydujących niegdyś w Karpnikach książąt, krzyż miał być widoczny z sypialni. Teraz spacer do schroniska Szwajcarka i nareszcie odpoczynek.

Gdzie jest woda?
Szwajcarka jest uroczym domkiem, w którym zawsze można spotkać turystów. Można tu dojechać nawet samochodem, więc dla wielu osób to spore ułatwienie, choć osobiście nie lubię samochodów w górach. Niegdyś był to książęcy domek myśliwski, teraz troszeczkę tu wszystko zaniedbane. Cóż, życie...  Dalej idziemy na dół niebieskim szlakiem i dalej w kierunku Starościńskich Skał. Jak z nich widać Sokoliki! A jakie tu są już jagody i poziomki! Palce lizać. Ze Starościńskich Skał, przez Mniszków, choć można również przez zamek Bolczów, powędrowaliśmy na dworzec w Janowicach po samochód.

Na szlakach spotkaliśmy zaledwie parę osób, oprócz tych kilkunastu w Szwajcarce. Na końcu nie czuliśmy nóg. Ta trasa dała mi wiele do myślenia. Pan, który opowiadał mi o tym, że mogła się po drodze znajdować skrytka, szedł troszeczkę inną drogą, nie tak jak my, wzdłuż szlaku. Ale do miejsca, które wskazał, można było dostać się samochodem. Tunelu ze skarbami nie znaleźliśmy, właściwie cały czas byliśmy w wielkiej skrzyni ze skarbami. Tyle, że zamiast ścian, dookoła był las.  

Uprzedzam jednak, w taką trasę trzeba zabrać ze sobą naprawdę sporo wody. Co prawda można uzupełnić zapasy w Szwajcarce, ale akurat kiedy my tam byliśmy, była woda tylko w małych butelkach. Jedyna szansa, żeby coś zjeść to również Szwajcarka.

A w ten weekend znowu wsiadamy do pociągu. Tym razem na jednej z najpiękniejszych tras w Polsce, z Jeleniej Góry do Lwówka Śląskiego. Już się nie mogę doczekać!

Komentarzy: 4
Straszliwe Góry Sowie

     W Górach Sowich zgroza. Turystów jak na lekarstwo, atrakcji jak na lekarstwo, miejsc, w których można dobrze zjeść również. Mnie, co prawda, wystarczy po prostu chodzić po górach, ale nie każdy turysta chce tak wypoczywać. Uwielbiam też nasz Dolny Śląsk, ale za każdym razem, kiedy odwiedzam moje ulubione miejsca, ogarnia mnie coraz większy smutek.

    Np. sztolnie w Walimiu. Każdy, kto tam przyjedzie, musi być pod wrażeniem ogromu tutejszych  podziemi i ich historii. W sztolni numer 3 można od niedawna obejrzeć ciekawą i działającą na emocje prezentację. Na ścianie widać pracujących więźniów, słychać dźwięki młotów i wiertnic, potem gra muzyka i w miejscu każdej postaci zapala się światełko. Trzeba przyznać, robi to wrażenie. Te światełka, skrawek pamięci, po każdym, kto tu zostawił życie...

    Ale kiedy wyjdzie się już na światło dzienne, pierwszą (no, może drugą rzeczą), którą zobaczy turysta, jest bajecznie kolorowa reklama ośrodka Wodniak w Zagórzu Śląskim. Dawno tam nie byłam, pomyślałam więc, że może zabiorę znajomych nad wodę. A tam.... Kosowo po wojnie. Sypiące się domki, pawilon jak po bombardowaniu, papiery, walające się kaloryfery, gdzieś rozwalone łóżko i ci biedni ludzie, którzy w upał chcieliby posiedzieć trochę nad wodą i muszą to robić w takich warunkach. Pamiętam ten ośrodek z dzieciństwa, pamiętam, że nigdy nie była to elegancja na najwyższym poziomie, ale położenie tego miejsca, widoki, bliskość tamy i przede wszystkim zamku Grodno, do czegoś zobowiązuje. Cóż, skoro już tam byliśmy, zajrzałam na zamek – to zaledwie 15 minut spaceru od ośrodka.

    W Grodnie remont, sporo się dzieje, zaczął nawet funkcjonować mały punkt gastronomiczny. Tylko dlaczego – pytam – nazwy dań i napojów muszą być wypisane flamastrem? Czy ten niezwykły zabytek do czegoś nie zobowiązuje? Kiedy kilka tygodni temu jechałam przez Meksyk, zobaczyłam, że we wszystkich małych, zabytkowych miasteczkach, napisy są ujednolicone. Są zrobione tą samą, stylową, czcionką, o tej samej wielkości  i tej samej wysokości. Pewnie nam do tego jeszcze daleko, ale tak troszeczkę można się postarać.

      Wizytę w Górach Sowich trzeba zakończyć czymś smacznym do zjedzenia. Celowo ominęliśmy moje ulubione miejsca, postanowiliśmy szukać czegoś nowego. Wszyscy dookoła zachwalają placki ziemniaczane w Młynie w Olszyńcu. Podobno pyszne nad wyraz i ogromne. Niestety, nieczynne... Pojechaliśmy więc do Fregaty na Jezioro Bystrzyckie, w tym pięknie położonym, klimatycznym miejscu, z  widokiem na wodę można siedzieć godzinami. Takie położenie też powinno do czegoś zobowiązywać. Obsługa jest tu grzeczna i miła, jedzenie smaczne, sam dom, naznaczony patyną czasu ma ogromny urok. Ale już drugi raz zdarza mi się, że nie mogę zamówić tego, na co mam ochotę. Za pierwszym razem, szykowało się tu wesele, znajomych panie jeszcze obsłużyły, ale dla tych, którzy dotarli parę minut później, szansa na zjedzenie czegokolwiek przepadła. Teraz po 16.00 zabrakło już tutejszego, popisowego naleśnika z łososiem a z lodów można było wybierać tylko w jednym rodzaju owocowych. Marudzę? Może marudzę, ale nie marudzę w swoim imieniu. Ja te miejsca znam i można powiedzieć, kocham, bo Dolny Śląsk wart jest takiej miłości. Ale czy wróci do nas turysta z innych regionów Polski? A turysta z zagranicy?
 

Komentarzy: 7
Sosnowiec – płoną zabytki

Ledwie wróciłam do Polski i zaraz koledzy-poszukiwacze zaatakowali mnie informacjami o najbliższych akcjach eksploracyjnych.

Już niebawem zaczyna się kolejne wielkie szukanie pod Wrocławium, ale dzisiaj o innej, smutnej sprawie. Piotrek Majczak, o którym ostatnio pisałam (szukał zatopionych dzwonów z parafii w Januszewicach) przysłał mi kilka zdjęć z Sosnowca. Z różnych względów pojawiają się tutaj z opóźnieniem, ale ze względu jak ważna jest ta sprawa, trzeba o niej napisać.

W środę, 23 czerwca, spłonął bowiem pałac Wilhelma, a zamki i pałace są bliskie wszystkim eksploratorom. Są w końcu ważną częścią historii. Piotrek napisał: Około godziny 13 straż pożarna została powiadomiona o pożarze.

Gdy pierwsze jednostki dotarły na miejsce, pożar objął już wszystkie kondygnacje. Ogrom tragedii zmusił do posiłkowania się jednostkami z ościennych miast.

Przez ponad godzinę słychać było syreny jadących na pomoc wozów strażackich. Pałac Wilhelma został zbudowany w 1900 roku w stylu neobarokowym według projektu znanego architekta Józefa Pomiana-Pomianowskiego jako pałac gościnny. Wzniesiono go na zlecenie rodziny Schoenów, około 100m od własnej rezydencję Pałacu Schoena (dziś mieści się tam muzeum miejskie).

Po wojnie został zaadoptowany na potrzeby szkoły włókienniczej. W ostatnich latach wpisany do rejestru zabytków pałacyk kilkakrotnie zmieniał właściciela. Ostatnio nie był użytkowany. W 2009 miasto, uznawszy że nie stać je na remont, sprzedało go prywatnej firmie z Sosnowca, zakładowi remontowo-budowlanemu Przemysława Jędrzejczyka.

Nowi właściciele zapowiadali gruntowną renowację zabytku, szykowali się do pierwszych prac.” Zresztą nie ma co wiele pisać, popatrzcie na zdjęcia, które przysłał Piotrek.


 

Komentarzy: 4
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |

NAJNOWSZE WPISY

NAJNOWSZE KOMENTARZE

  • Rzuk do wpisu:
    Mroczne tajemnice Mokrzeszowa

    A ja jestem ciekaw, co sie dzieje w Jedlince, bo wiem, że mieli tam szukać skrzyń z bronią. To[...]
  • Diethelm do wpisu:
    Mroczne tajemnice Mokrzeszowa

    jako właciciela pałacu informuje panstwa o tym faktu ze umnie na tym budynku uródziła[...]
  • Roman z Opolszczyzny do wpisu:
    Co dalej z pałacem w Kamieńcu?

    Gratuluję Pani zainteresowań. Mnie także nie jest obojętny los zamku w Kamieńcu Ząbkowickim.[...]

O MNIE

Joanna Lamparska

Joanna Lamparska - szuka skarbów, podróżuje, pisze książki o tajemnicach i niezwykłych miejscach. Zakochana w Dolnym Śląsku.

Mój profil w iWoman.pl

KATEGORIE

ARCHIWUM