iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Kogo obchodzą zabytki?

Zadzwonił dawno nie widziany i nie słyszany kolega i oznajmij: nie zgadzam się z Tobą w sprawie Miecia. Mietek na pewno znalazł te dokumenty, tylko się zagalopował w opowiadaniu o odkryciu, bo do tej pory nikt nie reagował na publikacje w „Nowinach Jeleniogórskich”.

Jakoś tak, od razu, zadźwięczała mi w uszach sprawa sprzed kilku lat. Sprawa Skarbu Średzkiego, jednego z najsłynniejszych i najbardziej wartościowych, jakie odnaleziono na terenie Dolnego Śląska. Po licznych aferach, przeszukaniach itd., rozgrabiony skarb udało się częściowo scalić, ale wiele jego elementów zostało po ludziach. Jedna z takich osób przyszła do mnie z orzełkiem z korony średzkiej, zawiniętych w chusteczkę i po wielu perturbacjach, orzełek ten został odkupiony przez bank i przekazany do muzeum.

Ale kilka lat później, w 2005 roku, olsztyńska policja odzyskała kolejne elementy Skarbu Średzkiego i wtedy zgłosił się do mnie pan, który czarno na białym wytłumaczył mi, że widział te elementy rok wcześniej, ponieważ w ich sprawie były u niego „dość ważne osoby”. Miał też zdjęcia na dowód tego, co mówił. Napisałam wtedy na ten temat duży tekst, choć przyznaję, nie został wydrukowany w bardzo poczytnej gazecie.

Spodziewałam się jednak, że ktoś na ten tekst zareaguje, ktoś się odezwie, może te informacje w czymś pomogą. Ale się nie doczekałam. Być może nikt go nie przeczytał – w co jednak wątpię.
 

Tomasz Bonek, który opisał historię ze Środy Śląskiej w książce „Przeklęty skarb”, pokazuje, jak pokrętne i dziwne były losy tego odkrycia. To naprawdę przeklęty skarb, podobnie jak wszystkie inne. Dlaczego? Bo tak naprawdę nikt się nimi nie interesuje. Można robić konferencje, opowiadać w telewizji ile robi się dla zabytków, ale kiedy przychodzi co do czego, rzadko kto się zainteresuje ich losem. A są przecież do tego powołane specjalne instytucje.

Coraz częściej wydaje mi się, że wszystko w tym kraju kompletnie stoi na głowie, a zabytki mało kogo obchodzą. Rozmawiałam o tym niedawno z dr hab. Maciejem Trzciński, zastępcą dyrektora wrocławskiego Muzeum Miejskiego. Zapis tej rozmowy ukazał się w ostatnim numerze Focusa Historia. To jej fragment, jeden z tych – dla mnie – smutniejszych:

„Mimo tego, że od 1989 r. żyjemy w demokratycznym, wolnym kraju pokutuje brak zaufania obywatela do Państwa i vice versa (...). Wraz ze zmieniającymi się realiami społecznymi powinna zmieniać się również polityka konserwatorska. Trzeba wyraźnie określić przedmiot ochrony prawnej i zapewnić instrumenty realizowania polityki konserwatorskiej czyli nie tylko dobre prawo ale i usprawnienie funkcjonowania administracji ,wystarczające środki finansowe.

Mówi się, że ważne są nie tylko przepisy, ale i edukacja oraz świadomość społeczna. Ale my jak się okazuje niewiele w tym zakresie robimy, tu nawala państwo,  konstytucja mówi wyraźnie w art. 5 że RP strzeże dziedzictwa narodowego. Pytanie teraz czy strzeże? Orzecznictwo sądów administracyjnych czy kontrole NIKu wskazują na duży bezwład urzędów konserwatorskich. Widać ponadto gołym okiem, iż w zakresie ochrony dziedzictwa narodowego wciąż nie jesteśmy społeczeństwem obywatelskim.

Trzeba wreszcie przełamać ten impas i stworzyć odpowiedni klimat
W kontekście Pani pytania pozostaje mi potwierdzić dość smutną prawidłowość, iż znalazcy bądź odkrywcy mają skądinąd uzasadnione obawy przed powiadomieniem o dokonanym odkryciu. To samo dotyczy osób, które często w przypadkowy sposób weszły w posiadanie zabytków i chciałyby je przekazać do Muzeum, ale boją się konsekwencji. Sami muzealnicy również mają jak się okazuje niekiedy uzasadnione obawy przed przyjęciem takich zabytków”.

 

Komentarzy: 0
Gdzie są skrzynie Mietka Bojko?

Mnie zatkało. Kiedy pierwszy raz usłyszałam tę wiadomość, kompletnie nie wiedziałam co powiedzieć. Poszukiwacz, którego przecież znam, opowiada dziennikarzowi, że wykopał na zlecenie dwóch Niemców skrzynie z dokumentami z obozu w Oświęcimiu, dostał za to pięć tysięcy euro, dokumenty zaś oddał zleceniodawcom. Miejsce akcji: Przełęcz Kowarska, czas: listopad ubiegłego roku, pierwsza publikacja na ten temat: „Nowiny Jeleniogórskie”. Sprawa nabrała jednak rozgłosu kilka dni później, gdy Mieczysław Bojko udzielił wrocławskiemu radiu szerokiego wywiadu, w którym spójnie i logicznie opisuje całą akcję.

Była koparka, trzy skrzynie, dokumenty stu wachmanów z obozu i decyzja, że dokumenty trzeba oddać. W reportażu w „Nowinach Jeleniogórskich” znalazło się nawet zdjęcie pracującej koparki. Bojko ściągnął sobie tym opisem na głowę śledztwo IPNu, policję i muzeum w Oświęcimiu. Ściągnął sobie również na głowę oburzenie niemal całego środowiska, bo są granice, których po prostu przekraczać nie wolno. O tym, że w Polsce się szuka, że szuka się często bez pozwoleń wiedzą wszyscy, jednak wszyscy też wiedzą, że takie dokumenty powinny zostać w Polsce, powinny tu zostać zbadane. Ta sprawa jest absolutnie bezdyskusyjna.

Wiele osób pyta mnie od kilku dni, co o tym wszystkim sądzę. Na samym początku byłam przekonana, że to absolutnie wyssana z palca historia. Tym bardziej, że zdjęcie w ”Nowinach”  – jak się okazuje – wcale nie pochodzi z tego konkretnego wykopu, a dziennikarze relacjonujący tej sprawę, w miejscu eksploracji nie byli. Ale dzisiaj, czytając kolejne doniesienie w tej sprawie, mam wrażenie, że Mietek się coraz bardziej gubi w zeznaniach. Najpierw przyznał, że całą sprawę wymyślił, żeby promować swoją książkę, dzisiaj rozwinął ten wątek w „Gazecie Wrocławskiej”:

„Bojko dziś twierdzi, że zamieszanie jest efektem nieporozumienia, a historia skrzyń z nazistowską dokumentacją to jedynie część opowiadania, które znajdzie się w jego nowej książce. Na rynek trafi na przełomie lutego i marca. - Gdy rozmawiałem o tym z dziennikarzami, bardzo wyraźnie to zaznaczyłem - przekonuje. - Oni jednak woleli postawić na sensację. Bo niby książka wtedy lepiej się sprzeda.”
 

Tego już kompletnie nie rozumiem. Tutaj eksplorator coraz bardziej gubi się w wypowiedziach, zarzuca dziennikarzom, że świadomie wprowadzili w błąd swoich czytelników i słuchaczy, co więcej, że uprawiają kryptoreklamę,. Nie uwierzę, że dwóch tak doświadczonych dziennikarzy jak Zbigniew Rzońca i Piotr Słowiński zmówiło się, żeby robić reklamę książce. Tym bardziej, że pomysł jest dość specyficzny.  
 

Jeśli  cała sprawa jest prawdą, to nie zazdroszczę, tym bardziej, że już wcześniej pojawiały się w prasie informacje o innych osiągnięciach Mietka, więc i one znajdą się teraz pod ostrzałem. Jeżeli wszystko zmyślił, stawia to pod znakiem zapytania dotychczasowe „odkrycia”. Równocześnie jednak cała ta historia pokazała, że być może czas nareszcie zupełnie na serio potraktować rozmowy o prawie dotyczącym poszukiwań, albo je zliberalizować albo po prostu przestrzegać. Czekam z niecierpliwością na rozwój wydarzeń, pewnie tak jak wszyscy, których ta sprawa obchodzi.
 

Komentarzy: 5
A jednak słup jest oryginalny!

Wczoraj dowiedziałam się, że pan Tomasz Żurak został poinformowany przez Muzeum Miejskie we Wrocławiu, że odnaleziony przez niego fragment granitu to rzeczywiście jeden z zaginionych słupów granicznych Wrocławia. Pisałam o tym wczoraj. Być może ten akurat słup stał w okolicach dzisiejszej Al. Kromera. Uwaga, przypatrujmy się więc uważnie rzeczom pozornie niezbyt ważnym, np. kamieniom.

Komentarzy: 0
Czy odkryto zaginiony słup?

Początek roku przynosi mnóstwo niespodzianek. W piątek napisał do mnie pan Tomasz Żurak, który podczas praw porządkowych i równania terenu w północno-wschodniej części Wrocławia, znalazł na jednej z prywatnych posesji coś, co go bardzo zaciekawiło. W stercie kamieni zobaczył kawał granitowego bloku, który przypominał jeden ze słupów granicznych, jakie stanęły na rogatkach Wrocławia w latach 1900-1901. Nie wszystkie z sześciu słupów przetrwały do dziś - jeden z nich można zobaczyć przed budynkiem wrocławskiej telewizji - dlatego m.in. znalezisko jest takie ciekawe. Pan Tomasz poinformował o odkryciu Muzeum Miejskie we Wrocławiu i już godzinę później pracownicy tej placówki zabrali fragment granitu do ekspertyzy. Fachowcy widzą pewne rzeczy od razu i stwierdzili – wiem to z relacji znalazcy – że najprawdopodobniej jest to fragment głowicy jednego z zaginionych słupów. Czy 99 proc. pewności zamieni się w 100 proc., spróbuję dowiedzieć się w najbliższych dniach, ekspertyza pewnie chwilę potrwa.
 
Dla mnie sytuacja modelowa. Szybka reakcja ze wszystkich stron i przede wszystkim wiedza, która ocaliła kolejny zabytek. Co by było, gdyby ktoś, zupełnie nie zainteresowany historią Wrocławia, natknął się na ten fragment granitu? Być może nigdy byśmy się o nim nie dowiedzieli. Kto inny przeszedłby obok i nawet nie zwrócił uwagi na trochę inny kamień leżący na stosie pozostałych. A tak... w niezwykły sposób odkrywa się kolejny kawałek wrocławskiej historii. Bardzo dziękuję za przekazanie tych informacji. Ciąg dalszy, oczywiście, nastąpi.
 
Zdjęcia:
1. Słup graniczny przy ul. Mickieiwcza we Wrocławiu Żródło: Wikipedia
2. Fragment znaleziska tuż po odsłonięciu.
3. Tutaj z drugiej strony...
4...i po umyciu. Autorem zdjęć jest Tomasz Żurak.

Komentarzy: 1
Taki stary, mały Książ

Pogoda, choć nie ma nic wspólnego z zimą, jest ciągle niemal idealna do spacerów i wycieczek. Przeglądając zdjęcia Krzysia Góralskiego, który od lat fotografuje dolnośląskie zamki i pałace, znalazłam tę fotografię. W pierwszej chwili nie rozpoznałam jednak tych ruin. A to przecież Stary Książ, taki trochę Kopciuszek w pobliżu wielkiego zamku Książ. Szczerze mówiąc, też rzadko bywam w Starym Książu, ale a każdym razem, kiedy tam pójdę, potrafię tam spacerować bez końca. To przepiękne, bardzo romantyczne miejsce.
 
Ruiny Starego Książa leżą na skalistym cyplu nad doliną Pełcznicy. Teraz, w zimie, zameczek doskonale widać z zamkowych tarasów, w lecie przysłaniają go drzewa i krzewy. Wzniesiona w XVIII wieku „sztuczna ruina” otoczona była murem, wchodziło się do niej przez most nad fosą i bramę z dwoma wieżyczkami. We wnętrzu znajdowały się m.in. zbrojownia, sypialnie, sale reprezentacyjna i sądowa. Pod kaplicą znajdował się loch. No, po prostu idealna „ucieczkownia”. W XIX wieku Stary Książ był chętnie odwiedzany i zwiedzany.
 
Najsławniejszym wydarzeniem związanym z tym miejscem był z pewnością wielki turniej rycerski, na którym gościł m.in. przyszły prezydent Stanów Zjednoczonych. Amerykanin nie był jednak zachwycony rycerską zabawą. Ruiny podobały się natomiast wielu innym, wielkim tego świata. Odwiedzali to miejsce m.in. Zygmunt Krasińki, Izabela Czartoryska i Bogusz Zygmunt Stęczyński. Igor Witkowski, autor licznych książek o tajnych broniach II wojny światowej, twierdzi nawet, że hitlerowcy mieli pod Starym Książem tajne laboratoria, co sprawiło, że o malowniczym obiekcie, swego czasu, wiele mówiło się w gronie poszukiwaczy. Choć nikt chyba nigdy nie dał wiary w latające wokół Starego Książa hitlerowskie UFO, to przecież sam zamek Książ ma bogatą drugowojenną historię.
 
Od kilku lat działa tam też trasa turystyczna „Śladami tajemnic II wojny światowej”. Można zwiedzić więc obetonowane sztolnie, które powstały w czasie wojny i poznać trochę zakamarków zamku. Ale pamiętajcie, zwiedzając „duży” Książ, naprawdę warto zrobić małą wyprawę do Starego Książa. Można do niego dojść malowniczym szlakiem od palmiarni w Lubiechowie, albo z samego zamku. A przy okazji dobrze jest się rozglądać. Bo tajemnica może drzemać wszędzie. Dziś w Onecie wisi film o żmudnym odkrywaniu lubańskich podziemi. Gratulacje dla odkrywców, a przy okazji przypomnienie: tajemnice lubią cierpliwych.

Komentarzy: 3
Świąt pełnych skarbów!

 

Jakoś tak się zgadało z kolegą, który od lat zajmuje się radiestezją, że zarówno do niego, jak i do jego kolegów, w tym wróżek i jasnowidzących, często zgłaszają się poszukiwacze skarbów. Przynoszą mapy lub strzępy informacji i proszą, żeby paranormalnymi metodami pomóc odnaleźć im złoto, albo skrzynie, albo jeszcze cokolwiek innego. I opowiedział mi ciekawą rzecz. Prywatna inicjatywa, zgłasza się eksplorator z dużym zapleczem finansowym i szuka pewnego legendarnego skarbu. Jasnowidz i radiesteta wskazują miejsce, w którym w zboczu góry jest pustka, badania bezinwazyjne potwierdzają, że w tym miejscu może coś być, wjeżdża koparka ...a tam nic. O skarbach nie ma mowy, nie ma nawet sztolni, dziury, czegokolwiek. 
           
Kilkakrotnie byłam świadkiem takich poszukiwań, w których brali udział ludzie o niecodziennych zdolnościach. Nie znam osobiście przypadku, w którym takie metody by dały efekt, ale o nich słyszałam. Mamy w Polsce, co najmniej dwóch wyspecjalizowanych w takich poszukiwaniach jasnowidzów, ale efekty swoich prac, na ogół zatrzymują dla siebie. Tym bardziej, w czasie, gdy spełniają się marzenia, życzę Wam i sobie, cudownych odkryć, interesujących informacji, dobrych przyjaciół na poszukiwawczej drodze i fantastycznych podróży. I oczywiście Wesołych Świąt!    

 

Komentarzy: 0
Rozmyślania nad stołem

Janek Stradowski z „Focusa” postraszył mnie, że po śmierci nic nie ma i tym, dość autorytatywnym stwierdzeniem wprawił mnie w głęboki smutek. Naprawdę poczułam się jakoś tak... dziwnie, chociaż Janek przecież wszystkiego wiedzieć nie może.
Jakoś od lat przyzwyczaiłam się myśleć, że pewnego dnia pohulam sobie po Zaświatach, że życie nie skończy się tak trochę bez sensu, że może będę z tamtej strony dawać Bliskim jakieś znaki. Z drugiej strony, setki, a nawet tysiące stron internetowych straszą nas końcem świata, zastanawiam się, co by to było, gdyby tak nagle wszyscy zaczęli się pchać w te Zaświaty? No przecież byśmy się wszyscy potrącali, gubili, gdzie znaleźć potem męża, dzieci, przyjaciół, a nawet wrogów? Wiadomo przecież, że lepszy wróg znany niż jakiś nowy i nieoswojony.
I tak sobie myślałam o tym stojąc w niedzielę w naszym Zakładzie Medycyny Sądowej nad stołem, na którym leżało dwóch rosyjskich żołnierzy z czasów II wojny światowej. A właściwie nad tym, co z nich zostało. Fragmenty czaszek. Fragmenty żuchwy. Dwadzieścia sześć luźnych zębów Trochę zbutwiałych kości. Dwie pary zniszczonych butów, jedna para zdobyczna, solidna, niemiecka i druga, biedne jakieś kaloszki. Trochę korzeni, które znalazły sobie miejsce w dziurkach przynależnych sznurówkom. Do tego resztki scyzoryka. I jeden nabój. Wszystko uwalane w ziemi, bo szczątki przyjechały w kartonowym pudle spod Wrocławia. Zostały wykopane przez przypadek, przy okazji prac ziemnych. Leżą tak na jednym stole, ułożone w rzędach, kości ręki obok kości ręki, kości czaszki obok żuchwy i tak dalej. Tyle z nich zostało. Nie wiadomo, jak zginęli, choć stan kości mógł sugerować, że np. rozerwał ich jakiś pocisk. Byli młodzi, to lekarze wyczytali z zębów.
Ileż takich szczątków ciągle można znaleźć, choć tyle lat minęło od czasów wojny... I tyle z nas zostaje, tutaj. A co dalej? No właśnie... Wolę się trzymać swojej koncepcji.

Komentarzy: 0
Drzwi do pamiętania

 

„Czas nagli wędrowcze. O wspomnienia proszą. Przekrocz próg Domu, którego może i nie ma. Czuj się zaproszony” – taki napis znalazłam na drzwiach w środku pola. Te drzwi nie leżały, nikt ich tu nie porzucił, po prostu stały, wystarczyło nacisnąć klamkę, żeby wejść z pola na....pole. Są drzwi, ale nie ma domu. Nie ma nawet po nim wspomnienia, płotu, kamienia, dróżki. Tylko te samotne drzwi, które wyglądają po prostu surrealistycznie. Tajemniczo, ale i bardzo smutno. Drzwi do pamiętania, choć zostały postawione stosunkowo niedawno. Przypominają o miejscach, w których niegdyś tętniły życiem łemkowskie wsie.
 
Przez te drzwi przeszłam podczas wyjazdu w Beskid Niski. W okolicach Gładyszowa zagnało nas na boczne ścieżki i tak znaleźliśmy drzwi. Radocyna, Lipna i Czarne, tych wsi już nie ma. Na drzwiach, które są dziś symbolicznym wejściem do tych wiosek można przeczytać o tym, jak kiedyś wyglądały tu domy, ilu mieszkało ludzi, jak się nazywali, gdzie się modlili. To jeszcze potęguje dziwne uczucie wejścia do krainy duchów.
 
Wieś Czarne. W 1936 roku mieszkało tu 300 prawosławnych, 1 katolik obrządku wschodniego, 4 katolików obrządku łacińskiego i jeden Żyd, który prowadził sklep. Podczas II wojny światowej część mieszkańców była na robotach w Niemczech, a potem wyjechała do Ameryki. Zaraz po wojnie część wioski „dobrowolnie” wyjechała na Ukrainę, a w 1947 roku, w ramach akcji „Wisła” pozostałych 11 rodzin wywieziono na Dolny Śląsk, w okolice Legnicy i Ścinawy. Do dziś zostały cmentarze, przydrożne kapliczki i te drzwi. Nic więcej. Ale te drzwi mówią więcej niż sto muzealnych wystaw. Wystarczy odrobina wrażliwości, żeby chciały rozmawiać. 
           
Świetny pomysł z tymi drzwiami. Niezwykły. Zastanawiam się, czy sprawdziłby się na Dolnym Śląsku? Na przykład w miejscach, gdzie niegdyś stały zamki, a dziś zostało po nich kilka kamieni. Warto przecież pamiętać. „To istotne ukryte gdzieś. Przekrocz próg Domu. Koło pieca szukaj. Tam życiodajne źródło jest” – to powiedziały mi drzwi w Lipnej.

 

Komentarzy: 2
Jak Stokrotka jeździła na wrotkach

Jest taka scena w tym filmie: kończy się XIX wiek. Piękna Daisy of Pless wraz z młodym i równie pięknym maharadżą jeździ na wrotkach po błyszczących posadzkach bajkowego pałacu. Daisy, czyli Stokrotka przyjechała do Indii razem z mężem, Janem Henrykiem XV von Hochbergiem, do którego rodziny należał jeden z największych majątków w ówczesnej Europie; dobra pszczyńskie, m.in. browar w Tychach i wałbrzyskie. W Indiach Hochberg często wyjeżdża na polowania. Daisy szaleje więc na wrotkach, i to w długiej sukni. Nagle upada na ziemię, a maharadża bierze ją w ramiona i niesie na łoże (słowo „łóżko” jakoś nie pasuje do dalekowschodniego pałacu). Podczas rekonwalescencji, maharadża zakrada się nocami do Daisy, żeby patrzeć na nią i adorować w milczeniu.
 
No to jest po prostu babskie kino! Ckliwe i romantyczne. Ale też scena jest filmowa i dotyczy jednej z najbarwniejszych postaci w historii Dolnego Śląska, urodziwej Mary Theresy Olivii Cornwallis-West, która poprzez małżeństwo stała się panią na zamku Książ. Zdania na temat Daisy są podzielone. Niektórzy, tak jak maharadża ją adorują, inni twierdzą, że jej jedynym atutem była uroda. Wszyscy muszą jednak się zgodzić, że życie Daisy było wyjątkowo ciekawe i pełne takich kinowych obrazów. Bardzo trudnego zadania pokazania tego życia podjęli się Maciej Kieres i Marcin Bradke (Marcin jest też autorem scenariusza) i wczoraj na salach zamku Książ odbyła się premiera filmu o życiu księżnej. Ma on tytuł „Daisy” i jest naprawdę zaskakujący. Autorzy wybrali mało znane wątki z życia Stokrotki, jak chociażby scena z wrotkami, ciekawie pokazali czasy, a właściwie kilka epok, w których przyszło żyć księżnej, cudownym pomysłem zaś jest to, że o jej dziejach opowiada jej przyjaciółka i opiekunka, Dolly. Panowie, trochę Wam zazdroszczę, i ciekawostek, które powyciągaliście, i dobrego filmu i świetnej zabawy przy jego realizacji.
 
Życie księżnej w telegraficznym skrócie: Daisy miała siedemnaście lat, kiedy stanęła przed ślubnym ołtarzem w Opactwie Westminsterskim. Jej pierwsze dziecko, córeczka, której imienia nie znamy, zmarła po kilku tygodniach. Księżna urodziła jeszcze trzech synów, zaś jej małżeństwo rozpadło się w 1923 roku. Książę ożenił się z młodą hiszpańską arystokratką, jednak i ten związek się rozpadł po 11 latach, gdy okazało się, że owa dama uwiodła najmłodszego syna Henryka i Daisy. W czasie I wojny światowej Stokrotka pracowała w szpitalach polowych. W czasie II wojny światowej została wysiedlona z zamku Książ, zmarła w Wałbrzychu 29 czerwca 1943 roku. Prawdopodobnie od lat chorowała na stwardnienie rozsiane. Przez wiele lat, podobnie jak jej matka w młodości, uważana była za jedną z najpiękniejszych kobiet Europy. Zauważył to sam cesarz Wilhelm II, a nie wątpię, że również wielu innych panów. Zagadką do dziś pozostaje, gdzie znajdują się jej szczątki. Prawdopodobnie – autorom filmu również nie udało się tego do końca wyjaśnić – ciało księżnej zostało przeniesione na cmentarz ewangelicki w Szczawienku, cmentarz zaś został zlikwidowany ponad trzydzieści lat temu.  
 
Film „Daisy” będzie można oglądać m.in. w zamku Książ. Jestem przekonana, że będzie się cieszył powodzeniem. Już wczoraj zabrakło miejsc na pokazie, film był więc wyświetlany równolegle w trzech salach.
Fot. WIKIPEDIA

Komentarzy: 4
Skarby Trzebieszowic

Zadzwonił Janusz Witek z Łużyckiej Grupy Poszukiwawczej i stwierdził: ty Asia już chyba coraz mniej wierzysz w skarby. Nieprawda. Wierzę, ale w inne. Takie, jak te, o których zaraz opowiem. 
 
Jeden z Czytelników napisał do mnie w sprawie Trzebieszowic. Ten wielki obiekt stoi przy drodze Kłodzko-Lądek Zdrój i w XIX wieku wraz z parkiem uchodził za jedno z najpiękniejszych założeń w okolicy. Niewiele wiadomo o tym, co działo się w pałacu zaraz po II wojnie światowej. Na ogół pisze się, że został ograbiony przez radzieckich żołnierzy, że nie wiadomo, co stało się z całym wyposażeniem, meblami i obrazami. Stara śpiewka. Powojenni właściciele i przeznaczenie pałacu, odbywały się tu m.in. kolonie, nie pomagały pięknym wnętrzom. Dziś trudno przywołać obraz tego zabytku sprzed lat, pamiętam jeszcze jak kilkanaście lat temu straszył ściankami działowymi, które z przestronnych pomieszczeń zrobiły małe pokoiki, pamiętam „artystyczną” kratę przed barem (chyba to był bar?).
 
Teraz jest tu luksusowy hotel. Pałac jest piękny jak z obrazka, elegancki, błyszczący, ale brak mu tej patyny, którą lubię i która sprawia, że tajemnica ma się gdzie ukryć. Na szczęście nie ma ścianek działowych, bo za tymi tajemnica nie przepada. Z tym większym zainteresowaniem przeczytałam, że czasie II wojny światowej Niemcy przywieźli właśnie do Trzebieszowic 20 tys. judaików zagrabionych w Polsce. To dla mnie zupełnie nowa informacja.
 
Kolejna jest również ciekawa. Przekazał mi ją właśnie Czytelnik. Oto fragment listu: „Mój śp. Tato zakończył w tym zamku swoje wojowanie. Jak wielu Polaków brał udział w walkach 2 Armii WP. Swoją wojnę zakończył wraz z 36 pułkiem piechoty w Kłodzku - a ściślej w Kuntzendorfie (Trzebieszowicach), gdzie stacjonowała bateria artylerii pułkowej.  Tato, stopniu ogniomistrza podchorążego był szefem sztabu baterii (i zastępcą dowódcy - Rosjanina). Tutaj odbyło się wesele moich Rodziców. Tato w 1975r. pojechał ze mną do Trzebieszowic i oprowadził mnie po zamku.
 
Zamek w owym czasie był domem wypoczynkowym Ministerstwa Rolnictwa. Z opowiadania Ojca wynikało, że w momencie objęcia zamku przez Wojsko Polskie w czerwcu 1945r, całe wyposażenie zamku było nietknięte. Były obrazy i arrasy oraz całe, bogate wyposażenie wnętrz. Wg opowiadania Ojca, w lipcu lub sierpniu przybyła na teren zamku komisja rewindykacyjna z Warszawy. Dokumenty były prawdziwe i nie wzbudzały podejrzeń. Całe wyposażenie zamku - głównie obrazy meble i inne dzieła sztuki zostały zapakowane - z pomocą żołnierzy - na ciężarówki i powiezione do Warszawy - tak przynajmniej informowali owi panowie. To co mi Ojciec pokazywał nawet nie można nazywać smętnymi resztkami. Chociaż i tak zamek miał szczęście bo nikt nie składował w nim nawozów sztucznych.”. Rozpuściłam wici po kolegach i archiwistach i przynajmniej ci, z którymi rozmawiałam, nie mają żadnych dokumentów, które potwierdzałyby, że rzeczywiście do Trzebieszowic dotarła w tym czasie jakakolwiek komisja rewindykacyjna. Ot, ciekawostka. Dokąd pojechało wyposażenie pałacu w Trzebieszowicach? Kolejna łamigłówka do rozwiązania. Chyba, że ktoś, kto to czyta, zna odpowiedź. Taka odpowiedź to prawdziwy skarb.
 
Zdjęcia:
Fot. Krzysztof Góralski
1.      Park wokół pałacu uchodził na jeden z najpiękniejszych na Dolnym Śląsku.
2.      Wnętrze pałacu, piękne i luksusowe.

Komentarzy: 2
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |

NAJNOWSZE WPISY

NAJNOWSZE KOMENTARZE

  • a' gajowy do wpisu:
    Gdzie są skrzynie Mietka Bojko?

    Ucieszyłem się gdy w dniach medialnej burzy, znalazłem w wyszukiwarce tekst naszej Autorki. Od[...]
  • Jan bez ziemi do wpisu:
    Gdzie są skrzynie Mietka Bojko?

    Pan Bojko dokonał aktu samozagłady niezależnie czy powiedział prawdę czy nie. Jeśli mówił[...]
  • Krzysiek z J.Góry do wpisu:
    Gdzie są skrzynie Mietka Bojko?

    Mietek opowiada bojki od wielu lat - największe sukcesy odniósł by tu :Ogólnopolski Turniej[...]

O MNIE

Joanna Lamparska

Joanna Lamparska - szuka skarbów, podróżuje, pisze książki o tajemnicach i niezwykłych miejscach. Zakochana w Dolnym Śląsku.

Mój profil w iWoman.pl

KATEGORIE

ARCHIWUM