iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Kolonie w zamku w Płoninie, czyli kto ma zdjęcia?

Przygotowując się do kolejnej książki znowu wróciłam do historii zamku i pałacu w Płoninie na Dolnym Śląsku. Dla mnie to miejsce magiczne, szczególnie średniowieczna wieża zamku Niesytno, z której widać ruiny niemal przylepionego do niej drugiego obiektu. Uwielbiam tam jeździć i zawsze kiedy mogę chociaż na chwilę przystaję w Płoninie.

     Nie czas ani miejsce rozpisywać się o historii tego miejsca, bywało tu i strasznie i krwawo, przez pewien czas mówiono o tym miejscu nawet „Zakątek Strachu”. W czasie II wojny światowej odpoczywali tu lotnicy z Luftwaffe, również i potem zabytek całkiem dzielnie się trzymał. Odbywały się w nim kolonie, należał też przez pewien czas do Lubelskiej Fabryki Samochodów Ciężarowych. W 1984 roku pałac został sprzedany w prywatne ręce.

     Niestety nie remontowany, spłonął 2 lipca 1992 roku, do dziś przy każdej informacji o Płoninie można znaleźć notatkę:  „plotkowano, że było to celowe podpalenie.” Od tamtego czasu nic się w Płoninie nie dzieje, zaginął natomiast portal pałacowy z datą 1545 i kartusz herbowy.  I tak te piękne mury trwały od wieków, znosiły wojny, ataki i zarazy, aż w czasach pokoju po prostu „się spaliły”. Nóż się w kieszeni otwiera – mało tak powiedzieć.

     Napisał do mnie pan, który prowadzi stronę o zamku, bardzo piękną zresztą www.niesytno.pl i zapytał czy może mam jakieś powojenne zdjęcia zamku. Nie mam, ale były tam przecież te kolonie! W pałacu w Jedlince, gdzie również odpoczywały dzieci, udało się nawet zebrać dawnych kolonistów, którzy opowiedzieli sporo o tym, co widzieli w pałacu kilkadziesiąt lat temu. Dzięki ich opowieściom udało się trafić na ślad pewnej tajemnicy związanej z podziemiami (ale o tym, kiedy już  tajemnicę uda się wyjaśnić). Pomyślałam sobie więc, że może ktoś z Was ma takie zdjęcia, może Wasi rodzice byli przed laty na koloniach w Płoninie? A może ktoś chciałby opowiedzieć coś, o czym się nigdy nie mówiło? Przecież historie zamków to nie tylko szaleni rycerze, skarby i średniowiecze, prawda?

     Jeżeli nie udało się uszanować murów Niesytna, może uda się ocalić jego historię? Zresztą spójrzcie na te dwa zdjęcia. Jedno zrobił Krzysztof Góralski w ubiegłym roku, drugie pokazuje cały obiekt w czasach świetności....


 

Komentarzy: 4
Seks w wielkim śniegu

     

     Wczoraj w śniegu znalazłam 5 groszy. Świeciło się tym swoim wrednym złotkiem udając skarb. Ale, że znalezione podobno przynosi szczęście, to zabrałam. Mam zresztą koleżankę, sławę dziennikarstwa, która regularnie zagląda pod klapy śmietników z nadzieją, że a nuż, coś tam znajdzie. Nie dlatego, że musi. Dla niej wszystko jest skarbem, zbiera więc stare talerzyki, czasem trafi się jakaś śmieszna zabawka, ot taka, jakby powiedziała moja babcia ze Lwowa, z niej handełeska.

   Ja też lubię zbierać. I nawet te pięć groszy w śniegu potraktowałam jak mały skarb, bo chociaż nic za nie nie kupię, to może sprawi coś dobrego. I jak tak schylałam się po pięciogroszówkę, przypomniała mi się pewna historia.

    Mamy przyjaciela, dziś pana przed sześćdziesiątką, który po życiowych przebojach, rozwodzie i innych trudnych sytuacjach, zapoznał lat temu kilka piękną studentkę. Spotykali się niezobowiązująco, na kawie, ciastku i tak dalej. Aż pewnego zimowego dnia, atmosfera nabrzmiała, spojrzeli sobie głęboko w oczy i szybko ustalili, że jadą do niej. Mój kolega powiódł studentkę do taksówki, po drodze jednak zobaczył leżącą na chodniku pięciogroszówkę. A że jak sam mówi, Krakus jest z niego z charakteru i z pochodzenia - pięć groszy w końcu piechotą nie chodzi - gwałtownie się schylił nie bacząc na studentkę u swego ramienia i...tak został.

   Zamiast do niej, pojechali na pogotowie, przedtem jednak studentka mozolnie ułożyła ciągle zgiętego w pałąk naszego kolegę na siedzeniu taksówki. Spędzili uroczy wieczór pełen zastrzyków, termoforów, maści rozgrzewających, wszystko zaś nasz koega musiał znosić w upokarzającej, pałąkowatej pozie. Dziś mają czwórkę dzieci. 

   I niech ktoś powie, że zima nie jest piękna! I że pięć groszy to nie skarb!

 

 

Komentarzy: 5
Może zrobić w zimie lato?

    

     Wstałam wcześniej, żeby popracować - rano jakoś najlepiej mi się pisze - i jakoś tak wpadła mi na forum portalu Wyprawy Marzeń informacja, że do jeszcze do wieczora można kupować tańsze bilety w Easy Jet. Każdy, kto trochę jeździ, wie już co było dalej. Zamiast pracować, zaczęłam przeglądać oferty. Tak, żeby sobie chwilę pomarzyć....

     Kolejny sąsiad na naszej ulicy własnie wykopuje ze śniegu samochód, więc czemu nie zrobić sobie lata w środku zimy i nie polecieć, np. na..... no właśnie...dokąd? W Lizbonie dzisiaj rano 15 stopni C, w Agadirze w Maroko zaleledwie 10 stopni ale na Madagaskarze już 21. Sprawdziłam jeszcze południe Australii - o ósmej naszego czasu były tam 24 stopnie, podobnie w Honolulu. 

    No...miło by było teraz poleżeć na plaży na Hawajach. Ale Easy Jet na Hawaje nie lata, w ramach marzeń porannych, rzuiłam więc okiem na Lizbonę, Paryż i Wenecję. Do Lizbony najtaniej z Berlina, dwie osoby w dwie strony mogą podróżować już za 1200 złotych,  Paryż jest nieco tańszy, podobnie Wenecja. I już, jakoś tak z głupoty, chciałam już na coś kliknąć, ale nagle przyszło oślnienie. Przecież za miesiąc, dwa, te bilety będą jeszcze tańsze. A może nie? A może tak? 

   Trudno, biorę się do pracy. Ale Was namawiam do marzenia. Może znajdziecie dzisiaj jakiś ciepły lot do słońca. 

Komentarzy: 6
Zima zaskoczyła naszą ulicę


     Nie wiem, jak tam u Was, ale na mojej ulicy walka trwa. Od soboty na malutkiej, zamkniętej uliczce tworzą się gigantyczne korki, samochody walczą o to, kto przejedzie pierwszy, a kto wyląduje na kilkadziesiąt minut w zaspie.

    Wczoraj wieczorem wybraliśmy się na spacer. I zamiast romantycznej wędrówki wśród białego puchu, co chwila popychaliśmy czyjeś auto. Jak tak dalej pójdzie, pod koniec zimy będę miała mięśnie jak kulturysta. Ale z drugiej strony, jakie to wciągające. Człowiek gapi się przez okno, a tam bez przerwy kolejne odcinki tego samego serialu i to za darmo!  Nie ma co, zima zaskoczyła naszą ulicę! Najbardziej zaskoczyła jednak mnie.

     Piątek i sobotę spędziliśmy w Rudawach Janowickich licząc w tamtejszych sztolniach nietoperze. Właściwie to pomagam je liczyć, największą frajdę sprawia mi chodzenie po naszych pięknych podziemiach. Ale... co mnie zadziwiło najbardziej. Jedziemy tam przez wioseczki na końcu świata, a tam wszędzie odśnieżone. Do domu, czasem, co prawda po lodzie, ale dojechaliśmy bez kłopotu. Dopiero pod domem samochód zarył się w śnieg i koniec. Ale w końcu to najnormalniejsza zima na świecie, prawda? 

    Ps. Oooo, słychać krzyki za oknem. Biegnę  na następny odcinek pt. "Sąsiad określa zimę słowa uważanymi powszechnie za niecenzuralne i bezsensownie zapiera się o samochód licząc na to, że go wypchnie".  
 

Komentarzy: 4
Czy naprawdę istnieją duchy?

      Przy świątecznym stole jakoś tak zeszło na duchy. Każdy opowiadał swoją dziwną historię i każdy to robił ze śmiertelną powagą. Czy naprawdę istnieją duchy? Artur Schopenhauer twierdził, że niewiara w pojawianie się duchów to dzisiaj zwykła ignorancja. Sama mam „magiczny” ogląd świata i głęboko wierzę, że to wszystko czego ciągle zmierzyć, albo zrozumieć nie potrafimy, naprawdę istnieje. Wieki temu ludzie nie potrafili przecież wytłumaczyć, spraw dzisiaj oczywistych.

      Z fascynacją słuchałam więc opowieści kolegi o kościele w Bożkowie, gdzie podobno pojawiała się kiedyś postać ubranej na czarno kobiety.

      - Kilkanaście lat temu, pojechałem do Bożkowa z kolegą – wspominał Jacek – Kolega załatwiał jakieś sprawy papierowe u proboszcza, ja chodziłem po kościele. Nagle zobaczyłem panią, która samotnie modliła się w kościele. Po chwili wstała i wyszła dokładnie do tego pomieszczenia, w którym siedział mój kolega. Po kilkunastu minutach też tam poszedłem i zapytałem kolegę, czy widział tę kobietę. On twierdził, że jest sam, tylko z tymi papierami. Zapytałem więc księdza. A ten powiedział: zaraz do tej pani pójdziemy. I pokazał mi tak samo ubraną zmarłą w krypcie.

     Wierzyć, czy nie? Racjonalista się roześmieje, ktoś prychnie, że bzdury, a ktoś będzie słuchał z otwartymi ustami. Ja przyjęłam tę opowieść jak oczywistość. Kolega widział, a co widział opowiedział. A że Bożków ze swoim pięknym pałacem i kościołem są jednym z moich ulubionych miejsc na Dolnym Śląsku, tym z większym zainteresowaniem słuchałam. Tajemnice są potrzebne.

    Dokładnie, tajemnice są potrzebne. Dlatego z radością przyjęłam zaproszenie Michała Wójcika, redaktora naczelnego magazynu Focus, żeby sprawdzić, czy duchy rzeczywiście można odnaleźć i zmierzyć. Redakcja zostawiła mi wolną rękę w doborze nawiedzonych obiektów. Zabrałam ich więc w Góry Sowie, gdzie przecież mamy pełen legend zamek Grodno, pałac w Jedlince, w którym właściciele obserwują niezwykłe zjawiska a także pałacyk Kaufmanna w Głuszycy. I ruszyliśmy na poszukiwania. Z Warszawy przyjechała aparatura do badania infradźwięków i magnetometr. Przybyła też pani, która ma podobno dar widzenia więcej. I co się okazało; i w Grodnie i w Jedlince naprawdę dzieją się dziwne rzeczy, ale co pokazał sprzęt (choć jako osoba o magicznych oglądzie, jakoś nie wiedzę, że można sobie ot tak wszystko zmierzyć) napiszemy w lutowym numerze Focusa. A co robiliśmy, możecie podejrzeć na tych kilku zdjęciach Piotrka Kałuży.

    Ja natomiast odnalazłam w Grodnie, przy okazji duchów, kolejną tajemnicę. Łukasz Kazek, opiekun zamku, twierdzi, że w latach 30.XX wieku w zamku organizowane były obozy dla chłopców z Hitlerjugend. Podczas jednego z takich obozów, dwóch chłopców weszło gdzieś do podziemi zamku i nigdy z nich nie wyszli. Podobno było to w tamtych czasach spora afera, wejście do podziemi zostało wkrótce zamurowane.

     W takie historie też nie chce się wierzyć, prawda? Ale sprawdzić je trzeba. Od dawna wiadomo, chociażby z przedwojennych przewodników, a także powojennych opowieści, że zamek Grodno miał dodatkowe pomieszczenia, o których dziś nic nie wiadomo. Wiem, że zamek będzie się przymierzał do ich zbadania i może wtedy tajemnica się wyjaśni. Ale jakoś zawsze najmilsze jest dla mnie ta chwila, kiedy dopiero czeka się na rozwiązanie tajemnicy. Same rozwiązania czasem rozczarowują, prawda? 


 

Komentarzy: 4
Wesołych Świąt!

     Przed chwilą przyszedł kolejny wierszyk. Podpisany przez tajemniczego Marka, którego pewnie gdzieś kiedyś poznałam. Pół godziny temu dotarły inne smsy z wierszykami, rozesłanymi przez kogoś z długiej listy nazwisk w jego komórce. Nie mam pojęcia kim są ludzie, którzy je wysyłają, ale cieszy mnie, że pamięta o mnie tyle osób. Ale tych bezoosobowych wierszyków nienawidzę.

      Nie chce ci się do mnie zadzwonić albo chociaż napisać maila, w którym zamiast Mikołaja wyciętego z Internetu jest na górze moje imię, to zapomnij lepiej o składaniu życzeń. Pokaż, że osoba, której chcesz „pożyczyć” w Święta jest naprawdę ważna. To nic nie kosztuje, a jest – mówiąc językiem reklam – bezcenne. Ja, niestety, nie mogą dzwonić do wszystkich, którzy do mnie piszą. Wiem, że większość z Was myśli podobnie jak ja, więc oprócz serników i tych prezentów pod choinkę, dziękuję za wszystkie listy, które codziennie dostaję, tajne i jawne informacje o skarbach i ukryciach, zdjęcia z Waszych wypraw, ciepłe, a niekiedy i gorzkie słowa.

     Życzę Wam wszystkim tego co i sobie (bo jakże inaczej?)
Cudownych podróży, emocjonujących przygód, od czasu do czasu  trochę spokoju, bezpiecznego świata dookoła i marzeń nie do końca spełnionych, żeby było o czym dalej marzyć. I oczywiście, Wesołych Świąt!

    Ps. Któryś z Czytelników zapytał mnie, co robiłam z dziwnymi urządzeniami w Górach Sowich. W ramach projektu magazynów „Focus” i „Focus Historia” usiłowaliśmy wytłumaczyć niewytłumaczalne zjawiska. Ale o tym za chwilę, duchy nijak się mają do kręcenia przedświątecznego sernika :)
 

Komentarzy: 6
Pani Akiko i drezdeńska strucla

     Życie potrafi zaskakiwać. No bo wyobraźcie sobie taki obrazek: piękny, drewniany dom. Góralski. Całkiem poza wsią. Byle jaka droga od cywilizacji ciągnie się jakieś trzy kilometry. Samochody terenowe ledwo sobie dają radę, gdy przychodzi gołoledź. Dookoła pokryte śniegiem lasy, piękna łąka, widok na Tatry, Pieniny i Jezioro Czorsztyńskie.

     Niby zwykła agroturystyka, tyle, że o wyższym standardzie. I nagle wychodzi gospodyni. Japonka. Ubrana w różowe kimono. Zaprasza na kolację. Na stole oscypki i sushi. Żeberka po japońsku i pstrąg. Sajgonki i piernik. Czarny kawior i swojski likier. Cichutko śpiewa nam Loreena McKennit. Atmosfera robi się tak niezwykła, że trudno uwierzyć, że kilka kilometrów stąd jest prawdziwy świat. Nie ukrywam, że wpływ na to odrealnienie mają wspomniane już nalewki. Porzeczkowa, wiśniowa, czereśniowa. No i gospodyni. Pełna gracji, usłużna, wyciszona. Gospodyni, która patrzy przez okno i mówi: to co tu widać to „kościół bez ścian”.

     Trafiłam do Villa Akiko w Harklowej, który prowadzi Akiko Miwa. Kobieta, której lata nie uciekają i która od podstaw zbudowała właśnie w tym miejscu swój pensjonat. I dzisiaj założyła tu własny kawałek Japonii. Aż trudno uwierzyć, że osoba, która miała tak trudne i pełne zawirowań życie, ma w sobie tyle spokoju. Sama zresztą mówi: dziś już nie boję się niczego. Zetknięcie z polską rzeczywistością nie było łatwe, ale kiedy jest się w tym domu, czuć, że jest właśnie polski. Potrzebowałam takiego wyciszenia. We Wrocławiu święta trwają już od początku listopada i kupienie bułki w jakimś większym sklepie wymaga odstania wśród tłumów z wypełnionymi koszykami (gdzie ten kryzys?), dookoła rockowe kolędy i zdecydowanie za dużo dźwięków. Czy Was nie wkurzają święta, które już nie są świętami, tylko kupowaniem przez dwa miesiące? Mam nadzieję, że  nie każdy daje się tak zwariować. Ale... jeśli ktoś ma potrzebę naprawdę fajnych zakupów, to zapraszam na najstarszy świąteczny targ bożonarodzeniowy w Dreźnie. Też trwa już prawie od miesiąca, ale co roku nie mogę sobie odmówić wyjazdu, tylko po to, żeby przywieźć stollen. Ta obrzydliwie kaloryczna strucla od kilku lat kojarzy mi się ze świątecznym objadaniem. W tamtym roku goście zjedli nam stollen już w połowie grudnia. W tym roku rozpakujemy ciasto dopiero w pierwszy dzień świąt.  A potem mam nadzieję, że zapanuje taki spokój jak u Pani Akiko.

   Swoją drogą, czy widzieliście kiedyś subtelną i kruchą kobietę, która pędzi z pełnym zaangażowaniem, żeby pomóc swoim kierowcom zakładać łańcuchy? Akiko tak robi i jest to niezwykle naturalne. Fajnie, że na drodze stają mi ciągle tacy ludzie.

 

Komentarzy: 5
Świadkowie o Sieniawce

    

     Takie rozmowy czasem bywają trudne. I tak było tym razem. Razem z szefem Łużyckiej Grupy Poszukiwawczej odwiedziliśmy kilka osób, które mogłyby dodać nieco informacji do historii „podziemnej fabryki” w Sieniawce. I właśnie takie rozmowy bywają trudne, bo nie zawsze każdy chce rozmawiać, nie każdy pamięta tyle, ile byśmy chcieli,  niektórzy ubarwiają, inni zaś nie chcą mówić wszystkiego.

    Do dziś w Sieniawce mieszka pani Zofia, która została przywieziona na Dolny Śląsk w 1943 roku. Miała wtedy dwadzieścia lat, przez sześć miesięcy, od marca do października, pracowała w gospodarstwie w Sieniawce, tu też wyszła za mąż. Jej mąż, Adolf, zajmował się m.in. dowożeniem m.in. brukwi na zamknięty teren, pod którym mają znajdować się podziemia.

   Jak opowiada, mąż dostał te tej pracy specjalny płaszcz wojskowy, oznaczony na plecach czerwonym znakiem przypominającym od biedy literkę V ale bez połączenia na dole. Kiedy wjeżdżał na teren zakładów i zaczynał wyładowywać brukiew i, pracujący tam jeńcy natychmiast usiłowali ją na surowo zjeść, Niemieccy strażnicy zaś brutalnie ich odpychali.

     Już w 1945 roku mąż pokazał pani Zofii miejsce, przypominające niewielkie wzniesienie i wskazał je jako wejście do czegoś w rodzaju tunelu. Mówił, że tam zapędzono część jeńców i – jak się –wyraził – zabetonowano.

     Łużycka Grupa Poszukiwawcza (ŁPG) zna to miejsce i pewnie będzie jednym z pierwszych badanych w czasie prac terenowych.

     Pani Zofia wspomina też, że 1954 roku do Sieniawki przyjechał inżynier z Wałbrzycha, który inwentaryzował cały teren zakładów. Z Adolfem, mężem pani Zofii usiłowali w jednym z miejsc, bezskutecznie wypompowywać wodę, która po kilku chwilach znowu się pojawiała. Ci ciekawe, inny z mieszkańców Sieniawki wspomina o tym, jak podczas podobnych (a być może tych samych prac) woda wybiła na wysokość 3 metrów (inni twierdzą, że na 6 metrów) i zalała teren wokół dawnych zakładów. 
    Inna, 90-letnia pani z Sieniawki, Francuzka, która przyjechała tu do pracy w czasie wojny twierdzi natomiast, że Niemiec, który pracował w zakładach powiedział jej, że jest „rozkaz zalania Sieniawki”.

   Wszystko zaczyna układać się w logiczną całość, choć do rozwikłania tajemnicy jeszcze bardzo daleko. Jeśli wszystko pójdzie tak jak trzeba, prace terenowe rozpoczną się wiosną. Jest jeszcze ciekawa sprawa zasypanego po wojnie już wejścia do ewentualnych podziemi, ale o tym już wtedy, gdy  ŁGP mi pozwoli.
 

Komentarzy: 0
Schodzimy do krypty, czyli skarby są wszędzie

      W świecie eksploracyjnym dzieje się ostatnio tak dużo, że trudno to wszystko ogarnąć. Dotyczy to także Sieniawki, w której z dnia na dzień pojawia się coś nowego. Kilka dni temu, sporo ciekawych informacji przekazał Jerzy Rostkowski, wszystkim znany badacz tajemnic II wojny światowej i nie tylko.

    Wielkie dzięki, i cieszę, że Jerzy znalazł na to czas, mimo, że pędził do drukarni ze swoją nową książką, w której jak mi powiedział „czarno na białym” wyłożył wiele sensacyjnych faktów związanych z archiwum Monte Cassino oraz ....instalacjami atomowymi na terenie okolic Wałbrzycha. Będzie się działo... Do Sieniawki jeszcze wrócimy, za chwilę będę rozmawiać z paniami, które pracowały tam w czasie wojny, dzisiaj jednak chcę zejść do zupełnie innego skarbu.

     Odkryłam go zaledwie kilka dni temu, dzięki Łukaszowi Kazkowi, który jest jednym z tych wariatów, dla których tajemnica jest chlebem codziennym. On właśnie zabrał mnie tutaj, chociaż - jak się okazuje - to miejsce znane było niektórym od dawna.

    W 1963 roku Jacek Wilczur z Komisją Badania Zbrodni Hitlerowskich szukał w tutejszych podziemiach dokumentów związanych z projektem „Riese”. To krypty pod kościołem św. Jadwigi w Walimiu.

     Nie zdawałam sobie sprawy jaki skarb drzemie pod tą świątynią. Aż się prosi, żeby mogli go podziwiać i poznawać dzięki niemu historię okolicy wszyscy, którzy tu przyjeżdżają. Kiedy tam weszłam, natychmiast mi się zamarzyło, żeby każdy turysta, który wędruje pomiędzy zamkiem Grodno w Zagórzu Śląskim a podziemnymi fabrykami w Walimiu, mógł zajrzeć właśnie tutaj i poznać skomplikowane dzieje tego miejsca. 

     Kościół św. Jadwigi został wzniesiony w XVIII wieku przez rodzinę Zedlitzów. Pierwszym pastorem był tu Scholtz ze Zbylutowa koło Lwówka Śląskiego. Oczywiście, piękne wnętrze samego kościoła, jak i epitafia w przedsionku, są dostępne dla wszystkich. Ale jest jeszcze cudowna wieża, w której trzysetletnie deski trzeszczą i powoli zaczynają się buntować. Weszliśmy z księdzem na samą górę, przeskakując z drabiny na drabinę, zawieszając się niczym dzwony i czytaliśmy kolorowe zapiski na drewnie sprzed stu i więcej lat. Stare mechanizmy zegarów i dzwony wyglądają naprawdę niesamowicie w takim wnętrzu. I pewnie w takie miejsce nigdy nie wejdzie turysta, bo ileż by trzeba środków, żeby to wszystko doprowadzić do bezpiecznego ładu (chociaż może ktoś ma jakiś pomysł?), ale krypta jest już znacznie łatwiejsza do udostępnienia. 

     W kościele św. Jadwigi, pod wieżą  chowani fundatorzy kościoła i dawni panowie okolicy. Leżą tu Zedlizowie i ostatni pan Walimia Wideldorf z rodziną. Jeden z najciekawszych pochówków to 15 - letni syn Zedlizów, który zginął w pojedynku w Berlinie w 1863. Chłopiec został pochowany z ....łasiczką. Ciała są świetnie zachowane, niektóre z nich zostały jednak zbezczeszczone. Zaraz po wojnie do krypty dobrali się szabrownicy, złodzieje szukali kosztowności, stąd uszkodzone wieko jednej z trumien, stąd inna, zupełnie rozwalona trumna z ciałem w takim stanie, że lepiej nie opowiadać. 

     Ale, jakby na to nie patrzeć, to spory kawał historii. I to łączący dwa obiekty, zamek Grodno, który przecież należał do Zedliztów i podziemnie fabryki Walimia, których dokumentacji szukała właśnie w tych podziemiach Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich. Panowie włodarze, może byc tak pomyśleć o nowej atrakcji, o odkryciu kolejnej kartki z dziejów Gór Sowich?  



Komentarzy: 2
Sieniawka; nowy trop w sprawie podziemnej fabryki

     

    Łużycka Grupa Poszukiwawcza idzie jak burza! Poszukiwacze odnaleźli właśnie dwóch, bardzo ważnych dla całej sprawy świadków.

     Pierwszy z nich to kobieta pochodząca z Francji. W czasie II wojny światowej została przywieziona do Zittau na przymusowe prace. Od 1940 roku do 1945 pracowała w zakładach Zittwerke, ale w Zittau czyli w Żytawie, gdzie produkowane były pociski do karabinów lotniczych. Kiedy w pobliżu były już radzieckie wojska, jeden z Niemców, którzy pilnowali pracowników powiedział do tej pani:

     W Sieniawce wszystko musi iść szybko pod wodę, zanim dotrą tu Ruscy.

    Wszystko musi iść pod wodę? Co? Zdaniem ŁGP to kolejny dowód na to, że duże podziemne obiekty rzeczywiście się tu znajdują, że nie sa tylko legendą.

    Nie wiadomo skąd bierze się woda w podziemiach budynków na terenie dawnych koszar w Sieniawce. Jest jej mnóstwo. Ciągle też nie udało się znaleźć nurków, którzy mieli penetrować zalane, podziemne hale. Zresztą cała ta historia znajduje się w poprzednim „odcinku”. Za chwilę ruszy internetowa strona Łużyckiej Grupy Poszukiwawczej (swoją drogą Panowie, pospieszcie się trochę!) i na bieżąco będzie można śledzić to co dzieje się w Sieniawce. Do mnie zaś, zupełnie nieoczekiwanie, wrócił podziemny Wrocław, ale o tym za chwilę.
 

Komentarzy: 0
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 |

NAJNOWSZE WPISY

NAJNOWSZE KOMENTARZE

O MNIE

Joanna Lamparska

Joanna Lamparska - szuka skarbów, podróżuje, pisze książki o tajemnicach i niezwykłych miejscach. Zakochana w Dolnym Śląsku.

Mój profil w iWoman.pl

KATEGORIE

ARCHIWUM