iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Niebiesko mi, czyli może tak na chwilę do Rumunii?

     Niestety, do mojego komputera dotarł groźny wirus, z którym nie poradził sobie sam pan Kaspersky. Nie pytajcie, na jakie strony wchodziłam, bo nie wchodziłam na żadne takie... Którędy wirus się przecisnął, nie wiem, zafundował mi jednak kilkudniowy, solidny wypoczynek od pisania. 

     Miało być dzisiaj zupełnie o czymś innym, ale szybkimi krokami zbliżyło się Święto Zmarłych, więc postanowiłam zaprosić wszystkich podróżników na... Wesoły Cmentarz w Sapancie. Rumuni zaliczają go do dwudziestu  najwspanialszych miejsc na świecie, są nawet tacy, którzy twierdzą, że jego zwiedzanie jest atrakcją większą od podróży do egipskich piramid. No cóż, o gustach się nie dyskutuje, namawiam Was jednak, żeby do Rumunii (tak w ogóle Rumunia jest warta każdej podróży) pojechać. Do Wesołego Cmentarza nie jest daleko. Sapanta leży w Maramureszu, bukowej krainie, na północy Rumunii. Można tu dojechać z południa Polski w jeden dzień. I choć stosunek do śmierci nie zmienia się w tym miejscu, jak niektórzy twierdzą, to rzeczywiście można do niej nabrać nieco dystansu. 

     Na Wesoły Cmentarz trafiłam przygotowując dla „National Geographic” reportaż z Rumunii. Pierwsze wrażenie było naprawdę niezwykłe. Niewielka wioska i nagle to... Las niebieskich krzyży.

    Cmentarz zaczął tworzyć ponad 70 temu lat Stan Patras, miejscowy artysta, daleki kumpel Nicolasa Caucescu, człowiek lubiący wszelkie przejawy życia i żyjący tak, jakby śmierć nie istniała. Podobno lubił się napić, poplotkować, żona miewała z nim sporo kłopotów. Po nim krzyże przygotowywali inni artyści. Dziś wokół kościoła stoi 800 krzyży, na każdym zaś znajduje się kolorowy obrazek wyrzeźbiony w drewnie i krótki wierszyk, opisujący dokonania zmarłego, albo sposób w jaki rozstał się ze światem. Takie małe miasteczko, na każdym obrazku coś się dzieje.  

    Czasem to wydarzenie tragiczne, ale czasem zwykłe, codziennie.
Stan Patras musiał być niezłym łobuziakiem. O zmarłych pisał co sam uważał za słuszne. Na przykład, jak ktoś pił, to mu to wypominał. Ale w ten sposób ocalił historie wielu zwykłych ludzi od zapomnienia. 

    Jest kilka takich płaskorzeźb, które w Sapancie robią na mnie ogromne wrażenie.  Głównie swoją dosłownością. Widać na nich straszne sceny śmierci, żołnierz wpada pod pociąg, bandyci ucinają komuś głowę, ktoś topi się w rzece. Ale są i takie opowieści, w których więcej jest domysłów niż konkretów i one mają w sobie ten Wielki Smutek. Radosne dziewczynki z warkoczykami biegnące ulicą, które zaraz – co wiemy z wierszyków – zginą pod kołami samochodu. Pełne życia gospodynie domowe, które za chwilę zabierze Śmierć.

    Ponieważ Wesoły Cmentarz w Sapancie stał się w czasem atrakcją turystyczną, trzeba przy wejściu kupić bilet. Kiedy byłam tam pierwszy raz, cmentarza pilnowała niezwykle temperamentna, ubrana na czarno drobna, starsza pani, która z zadziwiającą, jak na swój wiek, werwą goniła za każdym, kto usiłował przedrzeć się do niebieskiego lasu bez biletu. Pamiętam, że raz zgubiła swój czarny bucik. Nawet nie zauważyła. Do dziś, kiedy myślę o Sapancie, wspominam sobie tę krzykliwą, nieprzystępną staruszkę, która, w gruncie rzeczy, miała w sobie bardzo dużo ciepła. Przypomina mi się tez przystojny syn miejscowego popa, który miał swoje wielkie marzenie. Chciał ożenić się z Catheriną Zetą- Jones. Kiedy mu wyjaśniłam, że Catherina ma już męża (w końcu czyta się te kolorowe gazetki, no nie?), uznał, że wystarczy mu ktoś podobny. Nie wiem, z kim ożenił się Justin, bo tak miał na imię. Ale była jakaś magia w naszych spotkaniach – jako jedyny w wiosce mówił po angielsku co bardzo pomagało nam w pracy. Justin znał nawet brzydkie słowa.

    Tak sobie wtedy pomyślałam, że na takim Wesołym Cmentarzu wszystko może się zdarzyć. Powstawała wtedy wielka jak zakopiańska chałupa toaleta. Tuż przed uroczystościami rocznicowymi na cmentarzu, tuż przed oddaniem toalety do użytku, Justin zgubił do niej klucz, licho wie, czemu klucz był tylko jeden. Przychodzimy wieczorem na cmentarz, a Justin podtrzymuje framugę, bo z powodu braku klucza, drzwi trzeba było wywalać, co w dziwny sposób naruszyło część konstrukcji. Wyobrażacie sobie ten chichot Wesołego Cmentarza?


    To właśnie najbardziej lubię w podróżach, to najbardziej lubię w życiu. To, że straszne miesza się z wesołym, że codziennie uczymy się oswajać to co nieoswojone. Ale zawsze powinno być też miejsce na tajemnicę. Dlatego coś się we mnie buntuje, kiedy patrzę na cennik kolorowych krzyży z Sapanty. Dziś zamawiają je jako ozdoby głównie Japończycy i Włosi. Niektórzy stawiają je na ogródkach. Dlatego nie podoba mi się, że wpadające na cmentarz wycieczki zapominają, że to ciągle cmentarz. Ale przecież wcale nie muszę mieć racji.

    Miałam to wielkie szczęście, że kilka dni mieszkałam koło Wesołego Cmentarza, a nie tylko wpadłam tam na chwilę. Wystarczyło przejść na drugą stronę ulicy, o świcie czy też późnym wieczorem i patrzyłam sobie na jego spokojne, pełne melancholii życie. I nie mogłam powstrzymać uśmiechu, kiedy na rocznicy powstania cmentarza śliczne dziewczyny w ludowych spódnicach i skromnych chustkach na głowie, ubrane były (oczywiście zaledwie kilka z nich) w półprzeźroczyste bluzki i niebotycznie wysokie obcasy.
 

Komentarzy: 5
Skarby i strachy zamku Grodno

     Ciemność nagle rozrywa huk i błysk piorunów. W studni rozlega się przeraźliwy krzyk, potem złowieszczy śmiech. Nie, nie, to nie początek horroru. To początek zwiedzania zamku Grodno w Zagórzu Śląskim.

     No i doczekałam się. Pamiętam swoją pierwszą wizytę w Anglii wiele lat temu i wrażenie, jakie zrobił na mnie zamek Warwick. Dumna budowla od wieków malowniczo odbija się w Avonie, tym samym, który przepływa przez pobliski Stradford, rodzinne miasto Szekspira. Warwick to dzisiaj jedna z największych atrakcji turystycznych Europy. Zamek bez przerwy tętni życiem.

Na dziedzińcu walczą rycerze, damy szeleszczą sukniami, w Wieży Duchów straszy podstępnie zamordowany sir Fulke Greville, a od kiedy zamek przejął Gabinet Figur Woskowych madame Tussaud, każdy może wziąć udział razem z księciem Warwick w przygotowaniach do wielkiej bitwy. Tego zamku się nie zwiedza, tutaj wsiada się do niewidzialnej machiny czasu i cofa w średniowiecze. Wszędzie mnóstwo „strasznych” dźwięków, w dawnej stajni czuć zapach koni, a w zamkowej latrynie cuchnie, że aż strach. Jeśli kiedykolwiek rzuci Was w te okolice, koniecznie odwiedźcie zamek Warwick.

Herbata się nie opłaca
    Jak mi się wtedy marzyło, żeby podobnie było w Polsce. I w weekend, na zaproszenie Sowiogórskiej Grupy Poszukiwawczej pojechaliśmy w Góry Sowie. O tym, co się dzieje w sowiogórskiej eksploracji ( a trochę się zaczyna dziać) i o tym, jak być może, miłośnikom z dwóch, nieco odległych, rejonów Dolnego Śląska uda się współpracować nad pewnym wyjątkowo ciekawym i tajemniczym projektem, jeszcze napiszę, dzisiaj muszę natomiast pochwalić nasze Grodno.

   Uwielbiam zamek Grodno. Jest tajemniczy, skryty jak człowiek, w pewnym sensie niedostępny. Ma niesamowicie bujną historię. Nie miał jednak wiele szczęścia. Jest w złym stanie, odkąd pamiętam, nie można było tam nic zjeść, i raczej były trudności z napiciem się czegoś ciepłego. Przed wielu laty poprosiłam o herbatę i dowiedziałam się, że się nie opłaca robić turystom herbaty. No cóż... Również ekspozycja do końca nie zachęcała do zwiedzania. W zamku zdarzały się kradzieże, nie ma już wspaniałej skrzyni, podobno wyszarpanej przez okno, podczas weekendowego pobytu w zamku nie znalazłam też stołu, który pamiętam sprzed wielu lat. I to jest wkurzające! Ten zamek ma ogromny potencjał, nie musi być martwą naturą.

    Ale, jak wiadomo, najważniejsi są ludzie. Jakiś czas temu zamkiem opiekował się pan Roman Pochrybniak, cudowny gawędziarz, dzięki któremu udało mi się uzyskać wiele archiwalnych zdjęć Grodna do moich książek. Lubiłam wtedy odwiedzać zamek. Teraz, od pewnego czasu, Grodno jest własnością gminy Walim, znajduje się pod opieką dyrektora Wiesława Zalasa, zaś bezpośrednio zabytkiem opiekuje się Łukasz Kazek.  I oto, małymi kroczkami, wszystko zaczęło się zmieniać.


Krzyk z dna studni
      Łukasza znam od dawna i uważam go za jednego z bardziej stukniętych badaczy historii, jakich poznałam. Chyba cały wolny czas Łukasz poświęca na szukanie dokumentów, rozmowy z ludźmi, odkrywanie tajemnic okolicy. Zobaczcie, ileż ciekawostek  kryje się wszędzie. Na jednym ze zdjęć widać ołowiane żołnierzyki. To pruska kawaleria. Łukasz znalazł je koło zamku.

     W ciągu kilku godzin pokazał nam też takie zakątki Walimia, o których nie miałam pojęcia. A na zamku wymyślił atrakcje dźwiękowe. Niby to niewiele, ale jak uatrakcyjnia zwiedzanie. Widziałam szkolną wycieczkę, która przez dziedziniec pewnie przeszłaby nawet nie rozglądając się dookoła. Z tu nagle zagrzmiało, ze studni zaczęły odzywać się tajemnicze potwory. Ileż było radości, oczywiście po pierwszym zaskoczeniu. Atrakcją jest też pewnie wystawa narzędzi tortur, i choć akurat nie przepadam za takimi „atrakcjami” to, co tu dużo mówić, przyciągają zwiedzających. A to i dla zamku i dla gminy jest najważniejsze.
   Już za chwilę w zamku będzie można normalnie zjeść coś ciepłego i z niecierpliwością czekam, na to co będzie się działo dalej.
  Codziennie też pluję sobie w brodę, że wiele lat temu nie kupiłam dokumentów pozbieranych w zamku zaraz po wojnie. Było tam mnóstwo rachunków z zamkowej restauracji (jakoś wtedy miała rację bytu), ręcznie robione mapki, pewnie nic super tajemniczego czy skarbowego, ale uzupełniającego historię tego miejsca. Jeśli osoba, która wtedy oferowała te dokumenty to czyta, może się odezwie?
 

Komentarzy: 2
Największy księżyc na Ziemi

          Leciałam na księżycem. Windą do nieba. Najpierw, co prawda, musiałam wsiąść w samolot, ale potem to już był tylko kosmos. Kilka ostatnich dni spędziłam w Zagłębiu Ruhry. I wróciłam naprawdę pod sporym wrażeniem. Co robi się tam z niedziałającymi już hutami, kopalniami i koksowniami to po prostu niesamowite.

          Zagłębie Ruhry nie jest w gruncie rzeczy daleko, trzeba się trochę najechać, ale naprawdę warto. Jeśli lubicie zabytki industrialne, błądzenie wśród labiryntów betonowych basenów, dziwacznych konstrukcji, pojemników na gaz i tym podobnych, będziecie zachwyceni. 

         Dzisiaj kilka słów o tym, co nazywa się „Gasometer Oberhausen”. To wielki, stary pojemnik na gaz o wysokości 117 metrów, średnicy 68 metrów i obwodzie 210 metrów. 347 tys. metrów sześciennych. Olbrzym, prawda? Pozostałość po nieczynnej koksowni. Szczerze mówiąc niezbyt chętnie udałam się na zwiedzanie „gazometru”. Z zewnątrz wyglądał na jakąś kosmiczną nudę. Ale kiedy weszłam do środka...

         Cały zbiornik, zbudowany w 1927 roku i nieczynny od 1988 roku, został zamieniony na wielką wystawę pokazującą wszechświat. Na dolne bezustannie świeci słońce, wokół którego „krążą” planety i sondy kosmiczne. Wrażenie potęguję ciemność rozświetlana tylko tym sztucznym słońcem. Ale to jeszcze nic. Wchodzicie wyżej i nagle nad Waszymi głowami zawisa gigantyczny księżyc. Nazywany jest zresztą największym księżycem na ziemi. Ta gigantyczna kula wygląda – szczerze mówiąc – nie tylko niesamowicie, ale też nieco groźnie.  Stojąc pod nią czułam się jak zawieszona w kosmosie. Ale kiedy pojechałam windą na sam czubek zbiornika i zobaczyłam ten wielki księżyc z góry, wrażenie było jeszcze mocniejsze.

         Gazometer ma świetną akustykę, już za kilka dni wystąpi w nim zespół Marrilion, zresztą wydarzeń kulturalnych w tym miejscu nie brakuje. Rocznie odwiedzają to miejsce setki tysięcy ludzi, każda szkolna wycieczka spędza w tym zamkniętym kosmosie kilka godzin. Nikt tu się nie nudzi. Przekształcenie tego kolosa w muzeum kosztowało ponad dwadzieścia lat temu 16 mln marek. Ale dziś to główna atrakcją regionu. I naprawdę warta zobaczenia.

        Od powrotu z Zagłębia Ruhry myślę o tym patrząc np. na zrujnowaną, dawną kopalnię w Ludwikowicach na moim Dolnym Śląsku. Albo o innych miejscach skazanych na zapomnienie.  I o tym, że w super luksusowej restauracji w byłej kopalni w Zagłębiu Ruhry trudno zdobyć miejsce. I że obok restauracji mieści się drugie na świecie pod względem wielkości Muzeum Designu. I że te miejsca zarabiają na siebie i na region. Nie ma nawet co wyciągać wniosków. Nasuwają się same, prawda?

Komentarzy: 4
Znalazł się fragment dzwonu, ale.....

Prace w Januszewicach zostały przerwane, ale nie zakończone. Koledzy z ekipy poszukiwawczej usiłowali dzisiaj za pomocą koparki spenetrować dwa zalane „doły”, które wczoraj wskazała jedna z mieszkanek wsi. Nie udało się, brzegi zaczęły się obsuwać, trzeba będzie więc jeszcze poczekać. Znaleziono natomiast sporo pogubionych niegdyś medalików i trochę monet.

Nie ma mnie już na miejscu, ale właśnie dowiedziałam się, że sprawa się trochę skomplikowała. Jakiś czas temu, za kadencji poprzedniego proboszcza, usiłowano już dotrzeć do zatopionych dzwonów.

Nie znam szczegółów tamtej akcji, nie znał ich także Rafał Kruk z portalu poszukiwania.pl, z którym przed chwilą rozmawiałam. Ale... opowiedział mi, że dzisiaj pojawił się pan, którego dziadek również szukał dzwonów wiele, wiele lat temu. I przyniósł ze sobą niewielki fragment czegoś, co... z całą pewnością jest dzwonem! 

Piotrek Majczak, szef poszukiwań opowiedział mi właśnie, że dziadek tego pana "nakłuł" ten dzwon, nurkował, okazało się, że dzwon jest, ale ma wyłom i stąd ten kawałek. Niestety, wnuk nie potrafi wskazać, w którym miejscu szukał dziadek. 

No i mamy zagwozdkę. Niestety, to może oznaczać wszystko. I nic. Ale daje sporo nadziei, prawda? Czyli dzwony gdzieś są. Jakby nie było, ekipa eksploracyjna jest dopiero w połowie drogi do rozwiązania zagadki. 

Piotrek mówił mi przed chwilą, że cała ekipa nie miałaby tyle pary, gdy nie mieszkańcy Januszewic, którzy zagrzewali poszukiwaczy do pracy.  Może jeszcze znajdzie się ktoś, kto wie jeszcze więcej niż posiadacz kawałka januszewickiego dzwonu?
 

 

Komentarzy: 3
W poszukiwaniu zagnionych dzwonów

Takiego zamieszania w Januszewicach nie było chyba od bardzo wielu lat. Uwielbiam atmosferę poszukiwań. Po całej okolicy kręciło się kilkudziesięciu eksploratorów ze sprzętem, a grupki mieszkańców wsi przez całą sobotę migrowały z jednego miejsca poszukiwań w drugie. Najstarsi ludzie chętnie wspominali i pokazywali miejsce, w którym mogły przed prawie dwoma wiekami zaginąć dzwony z Januszewickiego kościoła. Oj, działo się wczoraj naprawdę wiele.

Szesnastowieczne dzwony kościelne z parafii w Januszewicach miały zostać przewiezione do Kluczewska. Ich historię znajdziecie w poprzednim „odcinku”. Zapakowano je na wóz i zaczęły brodem jechać przez niewielką rzeczkę Czarna. W pewnym momencie wóz zapadł się niemal pod wodę i dzwony przepadły na zawsze.

Jak to możliwe? Rzeka nie jest głęboka, tam, gdzie schodzili wczoraj nurkowie, woda miała głębokość czterech metrów. Są podobno w niej odcinki sięgające siedmiu metrów, ale wóz miał przejechać przez najbardziej płytkie miejsce. Tymczasem ludzie opowiadali, że dzwony zapadły się tak gwałtownie, jakby wciągnął je w odchłań sam diabeł. Piotrek Majczak z Polskiego Towarzystwa Badań Historycznych w Będzinie oraz Rafał Osiecki z Polskiego Klubu Eksploracji Historycznej w Londynie postanowili, że czas w końcu zbadać tę historię i, przede wszystkim, odzyskać dzwony. Dlatego do pobliskiej Włoszoczowej zjechali wczoraj w pełnym rynsztunku poszukiwacze z całej Polski (i nie tylko), w tym wielu moich przyjaciół. A jak są poszukiwania, przyjaciele, piękna okolica to wiadomo, wrażeń nie brakuje. A jeszcze jeśli takie akcje wspierają miejscowe władze i na poszukiwania znalazło się trochę pieniędzy, to naprawdę sytuacja robi się, jak się tu wyrazić, „dobra”.

Ponieważ w ”normalnych” relacjach prasowych czy telewizyjnych, takich darczyńców się raczej nie wymienia, wezmę na siebie ten niewielki obowiązek. Poszukiwania januszewickich dzwonów wsparli: Marszałek Województwa Świętokrzyskiego, Starostwo Powiatowe we Włoszczowie, Urząd Gminy Kluczewsko, Pałac Wielopolskich w Chroborzu, Czesław Siekierski – poseł do parlamentu Europejskiego, a wszystkich pobłogosławił ksiądz Piotr Zagała, proboszcz parafii Januszewice. Ufff.... to dopiero lista. Żeby tak na moim Dolnym Śląsku się dało...
Swoją drogą, widok ubranych w mundury różnych wojsk poszukiwaczy, stojących przed ołtarzem z wykrywaczami w dłoniach, trochę mi przypominał sceny z filmów, na których partyzanci przed akcją wstępowali jeszcze do świątyni. Naprawdę niezły widok... A w pierwszym rzędzie stał sterowany ręcznie helikopter, z którego ekipa firmy Proton-Archeo fotografowała i filmowała całą akcję. Helikopter zresztą wzbudzał szczególną sensację wśród miejscowych dzieci.

Sytuacja jest taka: ekipy pracowały wczoraj w trzech miejscach. Pierwsze, tzw. koło kapliczki, to łąka przez którą niegdyś płynęła Czarna. 83-letnia mieszkanka Januszewic opowiadała, że jej mama, która znała tę historię od swojej mamy, opowiadała, że właśnie to miejsce należy omijać, bo mieszka tu diabeł. On właśnie porwał pod ziemię dzwony. W miejscu tym pracował również radiesteta z Poznania, który wytypował dla poszukiwaczy jedno z miejsc. Po całym dniu pracy łąka okazała się jednak „czysta”, choć Rafał Kruk z portalu poszukiwania.pl znalazł tu wykrywaczem medalik szkaplerzny. Wyglądał na złoty, choć taki nie był. Rafał jest skromny i pewnie wolałby, żebym nie wspominała, że obok trafił również na nawet spory kawałek puszki z napisem „Pasta na... – dalej urwane. No cóż, skarby nie jedno mają imię :)
 

W dwóch pozostałych miejscach pracowali nurkowie: Bogdan, Janusz i Robert. Są zresztą na zdjęciach, które za chwilę powinny się pojawić. Miejsca na rzece i w jej starorzeczu wskazali inny starsi mieszkańcy okolicy. I rzeczywiście, w dwóch miejscach pojawił się silny sygnał. Dziś przyjadą koparki i będę te sygnały weryfikować. Za kilka godzin dam znać.

I takie małe post scriptum: mam małą niespodziankę. Z okazji akcji poszukiwań dzwonów powstała okolicznościowa koszulka. Jest czarna, są na niej wyszczególnieni organizatorzy, noszący ją będzie miał na piersiach widoczny dzwon, oczywiście januszewicki. Rozmiar XL. Piotrek Majczak, szef całej akcji przekazał ją w prezencie. Wystarczy do mnie napisać na maila i króciutko uzasadnić, dlaczego chcecie mieć taką właśnie koszulkę. A my tu szybciutko, nieobiektywnie i emocjonalnie, przyznamy skarbowego T– shirta. 


 

Komentarzy: 3
Diabeł utopił dzwony, czyli wielka akcja poszukiwawcza

Takie historie zawsze działają mi na wyobraźnię. Tym bardziej, że już za chwilę stanę się częścią takiej właśnie niezwykłej historii. Jutro rano rozpoczyna się wielka akcja poszukiwania i odzyskiwania zaginionych blisko 200 lat temu dzwonów. To XVI-wieczne dzwony kościelne z parafii w Januszewicach. Jak mówią legendy, leżą w wodach rzeki Czarnej. Zostałam zaproszona do udziału w tej, nazwijmy to po imieniu, fantastycznej przygodzie.
Przygotowania do akcji trwały cały rok. Ekspedycją kierują Piotrek Majczak z Polskiego Towarzystwa Badań Historycznych w Będzinie oraz Rafał Osiecki z Polskiego Klubu Eksploracji Historycznej w Londynie. O tym, że dzwony leżą w rzece świadczą zarówno źródła pisane, stare opowieści a także informacje, jakie poszukiwacze uzyskali od jasnowidza. Ten zaś twierdzi, że na dnie rzeki leżą aż... cztery dzwony. Nooo, bardzo jestem ciekawa... Interesuje mnie trafność takich „prognoz”, a tutaj będzie można ją zweryfikować niemal natychmiast.
Skąd dzwony wzięły się w wodzie?
W 1797 roku w Kluczewsku zaczął powstawać kościół. Niestety, przyszedł jakiś mały kryzys, budowa ciągnęła się już prawie 15 lat, nie na wszystko starczyło pieniędzy. W końcu fundator podjął decyzję, aby część wyposażenia dla świątyni przenieść z innego kościoła, w pobliskich Januszewicach. Pracownicy dworu w Kluczewsku „zapakowali” trzy brązowe dzwony na wóz i zaprzęg ruszył przez rzekę Czarną. Nie wiadomo, czy woźnica źle wjechał do rzeki, nie trafił na bród, ale wóz nagle niemal zapadł się pod wodę. Było to o tyle dziwne, że, jak twierdzili miejscowi, woda sięgała tam kolan. A tu nagle dzwony przepadają niemal w sekundę.  Stąd powstała opowieść, że to sprawa diabła.
 W materiałach źródłowych (a cytuję je za artykułem Rafała Banaszka na echodnia.eu) znajduje się taka oto wzmianka:  "Nagle wóz pod swym ciężarem niczym jak w Biblii o apokalipsie, co ksiądz na ołtarzu krzyczał, wraz z końmi otchłań rzeki wsysać je zaczęła. Młody woźnica, ten od nowego pana jedynie nie klęczał i modlił się w rozpaczy. Wskoczył z nożem do wody i odciął konie od wozu, który po zdrowaśce zniknął całkowicie pod wodą. (...)  Stary kościół przetrwał do dzisiaj, ze starym krzyżem, ale już dzwony same do niego nie wróciły”.
Ciąg dalszy nastąpi.... Mam nadzieję, że będzie o czym opowiadać.


 

Komentarzy: 1