iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Sieniawka; nowy trop w sprawie podziemnej fabryki

     

    Łużycka Grupa Poszukiwawcza idzie jak burza! Poszukiwacze odnaleźli właśnie dwóch, bardzo ważnych dla całej sprawy świadków.

     Pierwszy z nich to kobieta pochodząca z Francji. W czasie II wojny światowej została przywieziona do Zittau na przymusowe prace. Od 1940 roku do 1945 pracowała w zakładach Zittwerke, ale w Zittau czyli w Żytawie, gdzie produkowane były pociski do karabinów lotniczych. Kiedy w pobliżu były już radzieckie wojska, jeden z Niemców, którzy pilnowali pracowników powiedział do tej pani:

     W Sieniawce wszystko musi iść szybko pod wodę, zanim dotrą tu Ruscy.

    Wszystko musi iść pod wodę? Co? Zdaniem ŁGP to kolejny dowód na to, że duże podziemne obiekty rzeczywiście się tu znajdują, że nie sa tylko legendą.

    Nie wiadomo skąd bierze się woda w podziemiach budynków na terenie dawnych koszar w Sieniawce. Jest jej mnóstwo. Ciągle też nie udało się znaleźć nurków, którzy mieli penetrować zalane, podziemne hale. Zresztą cała ta historia znajduje się w poprzednim „odcinku”. Za chwilę ruszy internetowa strona Łużyckiej Grupy Poszukiwawczej (swoją drogą Panowie, pospieszcie się trochę!) i na bieżąco będzie można śledzić to co dzieje się w Sieniawce. Do mnie zaś, zupełnie nieoczekiwanie, wrócił podziemny Wrocław, ale o tym za chwilę.
 

Komentarzy: 1
Podziemia w Sieniawce, czyli na tropie tajemnicy

     27 hektarów tajemnicy. Wielkich budynków, łąk i prawdopodobnie podziemnych obiektów. Tych, dla poszukiwaczy najciekawszych. Jednym słowem: Sieniawka, ta koło Bogatyni.

     Ta sprawa sama mnie znalazła. Poprzez ten blog. Jakiś czas temu napisali do mnie poszukiwacze z Łużyckiej Grupy Poszukiwawczej i tak długo nie odpuszczali, aż musiałam zainteresować się Sieniawką. Eksploratorów z Bogatyni skontaktowałam z Sowiogórską Grupą Poszukiwaczą i panowie ruszyli w teren. W sobotę odbył się pierwszy rekonesans i muszę powiedzieć, że nie sposób ulec w tamtym miejscu magii tajemnicy. Mimo, że nieco tam ponuro.

    Po dojściu Hitlera do władzy,  w XIX – wiecznych koszarach w Zittau, czyli w Żytawie został ulokowany 1 Batalion 52 Pułku Piechoty. W 1938 roku pomiędzy Porajowem a Sieniawką rozpoczęła się budowa nowych koszar dla 102 pułku kawalerii. Całą tę historię można odnaleźć na stronie http://www.bogatynia.dwr.pl/koszary.html , dla nas ważny jest jednak kolejny etap. W sierpniu 1943 roku Junkers Flugzeug und Motorwerke A.G. Dessau (Junkers Lotnicze i Silnikowe Zakłady S.A. Dessau) zainteresowały się Sieniawką i tutejszymi koszarami. Zostały one zajęte, zaczęły być rozbudowywane, do wielkiego i tak kompleksu, doszły jeszcze stacje benzynowe, hamownia silników (jak się teraz okazało, niezwykle dla zbadania całej historii ważna) i bocznica kolejowa.  Tak powstały zakłady Zittau S.A. Pod koniec 44 roku produkowano tu turboodrzutowe silniki do Messerschmitów, podzespoły do Junkersów, w fabryce pracowali jeńcy z wielu krajów: Polacy, Rosjanie, Belgowie i Francuzi.

     Po wojnie o Zittawerke zaczęło krążyć mnóstwo legend. Opowiadano, że znajdują się tu spore podziemia, m.in. ogromna hala, całkowicie zalana pod koniec wojny. Podczas sobotnich badań, poszukiwacze z Łużyckiej Grupy Poszukiwawczej pokazywali tzw. „podejrzane miejsca”. Tak w ogóle, chylę czoła przed ich ciężką pracą, bo jeszcze nigdy nie wiedziałam, żeby ktoś, w ciągu dwóch miesięcy, zgromadził tyle materiałów i tyle relacji. Ale panowie z LGP Bogatynia są tak pozytywnie zakręceni i tak pełni pasji, że nie ma siły, żeby tajemnice nie dały im w końcu wydrzeć. Podczas rekonesansu oglądaliśmy miejsce, w którym, jak wynika z opowieści, powinien znajdować podziemny tunel, koło hamowni silników również znajduje się wejście do tunelu, niemalże całkowicie zasypane. Dawne koszary bardziej przypominają szpital, a – oczywiście, jak w takich miejscach – krąży również opowieść, że tutaj właśnie przeprowadzano okrutne eksperymenty medyczne. 

     Najciekawsza informacja pochodzi jednak z 1970 roku. Wtedy właśnie do Sieniawki mieli przyjechać nurkowie, którzy weszli do ogromnej, zalanej, podziemnej hali. Nie został po tym zdarzeniu ani jeden dokument, dyrektor Witek, który rzekomo ściągnął nurków, już nie żyje.  

    Taką informację trudno dziś zweryfikować, minęło w końcu prawie 30 lat, ale to, na szczęście, jeszcze nie tyle, żeby nie można było odnaleźć tamtych nurków. Może ktoś z Was ma jakieś informacje, które mogłyby pomóc Łużyckiej Grupie Poszukiwawczej? Jeśli tak, podaję maila do poszukiwaczy:  lgpbogatynia@interia.pl 

Przecież, jeśli rzeczywiście pod fabryką znajdują sie hale i inne podziemia, to również w nich musiała odbywać produkcja. Produkcja czego? Dlaczego podziemia zostały tak skutecznie zamaskowane, i dlaczego jeden z badaczy tajemnic tego miejsca usłyszał kiedyś od starszego Niemca; nigdy nie wejdziecie do Sieniawki. Ale pytań jest jeszcze więcej i jeśli tylko dostanę zgodę od łużyckich poszukiwaczy, chętnie będę o tym pisała.

     Muszę przyznać, że wizyta w Sieniawce zrobiła na mnie spore wrażenie. W jednym z budynków mieści się szpital dla nerwowo i psychicznie chorych, miejsce wyjątkowo ponure. Ale pozostałe obiekty są puste, w koszarach znajdują się jeszcze rysunki i napisy po niemiecku, chodziliśmy po tych opuszczonych miejscach ponad trzy godziny. To miejsce musi ukrywać jaką tajemnicę, ale myślę też, że samo w sobie jest niezwykle interesujące. Pisałam niedawno o wyjeździe do Zagłębia Ruhry. Tam, z takich właśnie miejsc, robi się niezwykłe i popularne muzea. Tak mogłoby być i tutaj. Mam nadzieję, że zdjęcia, choć nie do końca oddają atmosferę tego miejsca.

 


 

Komentarzy: 10
Szaber, czyli gdzie są skarby

     Zaraz po wojnie Plan Grunwaldzki we Wrocławiu zamienił się w wielkie targowisko nazywane popularnie szaberplacem. Tutaj handlowano, albo wymieniano to wszystko, co można było znaleźć w poniemieckich domach. Oczywiście, robili to „detaliści”, hurtownicy, czyli Armia Czerowna i jej brygady zdobyczy wojennych załatwiały sprawy w zupełnie inny sposób.

Czerwone kozaczki

    Pan Jerzy Krajewski z dworu w Mniszkowie opowiedział mi niedawno, jak odwiedził wrocławski szaberplac. Nie pamiętam, co miał kupić, coś niedużego, ale wielkie połacie różnych pięknych, a i praktycznych, przedmiotów, były tak uwodzicielskie, że w końcu dokonał nieco większych zakupów. Zdaje się, zaopatrzył się, m.in. w dywan. I powędrował na wrocławski dworzec, żeby dostać się do domu.

     Na dworcu tłumy, pociągi pełne ludzi, nie ma gdzie wcisnąć nawet szpilki, pasażerowie stoją sobie na głowach (sama pamiętam jeszcze jak byłam dzieckiem, mimo, że czasy już były inne, ale mój Tato też mnie tak upychał w pociągu, kiedy jechaliśmy na wakacje). I nagle na dworzec wbiegła młoda dziewczyna w – co pan Krajewski dobrze zapamiętał – w czerwonych kozaczkach.

     Dziewczyna, jak to w tamtych czasach, miała mnóstwo tobołów, podbiegła pod okno i prosiła, żeby ktoś pomógł jej wejść. Była młoda, ładna, prosić długo nie musiała. Panowie ściśnięci na korytarzu zabrali tobołki i zaczęli ją wciągać przez okno. Ale coś im nie szło. Dziewczyna nie potrafiła tak się jakoś zaprzeć, żeby do tego pociągu się wtarabanić. I nagle, na peronie, pojawił się jakiś młodzieniec, o lekko – nazwijmy to – wschodniej urodzie. Ktoś na niego krzyknął, a ten podbiegł do pociągu, żeby wepchnąć dziewczynę do środka. Chwycił ją za nogi, podsadził, a następnie wrzucając ją jak tobołek do pociągu, zgrabnym ruchem zerwał jej te czerwone kozaczki i ...uciekł.

Tajemnice ukrytych skarbów 
      

      Ta historia przypomniała mi się, kiedy w ubiegłym tygodniu spotykałam się z Czytelnikami w różnych miastach Dolnego Śląska. To zawsze są niezwykłe spotkania i często trudne, bo jak opowiadać o skarbach i tajemnicach, kiedy na sali siedzą zupełnie młodzi ludzie a obok tacy, którzy już opisywane przeze mnie historie znają z własnego życia? Ale właśnie ten drugi rodzaj Czytelnika często przekazuje naprawdę niezwykłe informacje. Chociażby tę o pałacu w Kamieńcu Ząbkowickim.

     Ten pałac zna każdy miłośnik zabytków, jeżeli nie w Polsce, to na pewno na Dolnym Śląsku. Ufundowany został przez królewnę Mariannę Orańską, znaną skandalistkę (ale w tym dobrym słowa znaczeniu; Marianna rozwiodła się z niekochanym i brutalnym mężem, Albrechtem Pruskim i poszła za głosem serca wiążąc się ze swoim, znacznie subtelniejszym od męża, koniuszym. Urodziła mu nawet dziecko i , co w XIX wieku było raczej trudne do pomyślenia, wcale się nie kryła z posiadaniem pozamałżeńskiego potomka). W 1945 roku, kiedy do Kamieńca weszli Rosjanie, najpierw go skutecznie rozgrabili a potem podpalili. Z różnych relacji wiadomo, że pałac płonął dwa tygodnie, a żołnierze strzelali do wszystkich, którzy chcieli go gasić. W ruinę, którą dziś jest Kamieniec, miał go obrócić tamten pożar. Tymczasem, na spotkanie w Niemczy przyszedł Pan, który jako chłopiec był w pałacu tuż po wojnie.
     - Nieprawda, że pałac został spalony, że spaliły się meble i obrazy – mówił – Kiedy chodziłem po pałacu, stało tam jeszcze mnóstwo mebli, na ścianach wisiały obrazy i kilimy, choć oczywiście były w bardzo kiepskim stanie. Te wszystkie rzeczy zostały po prostu potem rozszabrowane.

 Co znaleźli w podziemiach?

     W tej samej Niemczy Czytelnicy opowiadali o podziemnym obiekcie, który ma się znajdować na obrzeżach miasta. W Strzegomiu dowiedziałam się o podziemnej fabryce w pobliskim Goczałkowie, zaś w Kudowie o dość interesujących miejscach w okolicach Dusznik Zdroju, w których znajdowały się skrytki, potem odnalezione i dokładnie przepatrzone. Co stało się z dobrami, które były tam zdeponowane?
     I tu znowu pojawiła się ciekawa informacja od jego z Czytelników. Jego zdaniem – choć oczywiście  to nie odkrycie Ameryki – wiele z ukrytych skarbów, po przejściu Armii Czerwownej, po polskich komisjach rewindykacyjnych, po szabrownikach, szukały służby bezpieczeństwa i to ich pracownicy mogliby powiedzieć najwięcej. I to nie o szukaniu, a o znajdowaniu.
     Po tygodniu takich intensywnych rozmów i spotkań, w weekend trafiłam do Sieniawki, gdzie miłośnicy historii w niemal zawrotnym tempie przygotowują się do zbadania tamtejszych tajemnic. W czasie II wojny światowej w Sieniawce znajdowała się filia obozu Gross Rosen a także fabryka broni. Do końca nie wiadomo co tam produkowano, ale jak wynika z licznych relacji, fabryka powinna mieć spore podziemia, w tym ogromne podziemne hale. Wokół fabryki, która ciągnie się na obszarze 27 ha (jest więc co badać) narosło wiele mitów. Ale już pierwszy rekonesans w terenie był niezwykle obiecujący. Jednak o tym, co tam widzieliśmy, za parę chwil... Prawdziwe tajemnice na ogół długo czekają na rozwiązanie.

Komentarzy: 2
Rybka lubi pływać, czyli Złota Woda w Górach Sowich

     Jak ja lubię takie miejsca! Myślałam, że na Dolnym Śląsku znam je prawie wszystkie, a tu okazało się, że nie. Nieoczekiwanie trafiłam do świata, jaki pamiętam z pierwszych wypraw na skarby. Odwiedzałam wtedy domy poszukiwaczy pełne różnych cudownych przedmiotów. I teraz znowu znalazłam się w takim sezamie.

     W wielkiej drewnianej chacie, wśród kolekcji starych odbiorników radiowych, nart, kubków, garnków, monideł – wiecie, co to monidło?, świętych obrazków, makatek i lamp naftowych. Zliczyć się tego nie da. A że jeszcze dostałam tu dobrze zjeść, to czego mi więcej trzeba?

    Lubię odnajdować miejsca, które są inne niż wszystkie, choć o inność teraz bardzo łatwo. Trudniej o normalność. Ale Złota Woda w Łomnicy okazała się mieć prostotę i taką normalną, ciepłą inność. Coś takiego, że polubiłam to miejsce od pierwszego wejrzenia. Niby to zwykłe łowisko ryb.

Kiedyś podobno stała tu tylko mała budka. Teraz, nad kilkoma, bardzo malowniczymi stawami, czuwa spora drewniana karczma, z kominkiem pośrodku i tymi wszystkimi starociami, gromadzonymi od wielu lat. A ponieważ wpadł nam pomysł na taką troszkę inną książkę o Górach Sowich, zajrzałam i tutaj. 

     Szczerze mówiąc to im od razu pozazdrościłam. I to bardzo. Kiedy byłam bardzo, bardzo mała, w naszym domu stało jeszcze takie wielkie radio z gramofonem z otwieraną klapą. Jeśli pamiętam jakieś dźwięki z dzieciństwa, to włoskie płyty, skrzeczące i stare, odtwarzane właśnie na tym gramofonie. Potem mój Tato go wyrzucił, bo nie miał dla niego jakiejś wartości. Szkoda wielka... Ale jest coś czego pozazdrościłam jeszcze bardziej.

Kilka lat wymyśliłam sobie Muzeum Przestróg, Uwag i Apeli, czyli starych tablic BHP z różnych zakładów pracy. Te pozbierane mozolnie, a potem zwożono już przez turystów, tablice, wiszą dziś w Kopalni Złota w Złotym Stoku. Ale takich jakie mają w Złotej Wodzie w Łomnicy jeszcze nie widziałam! Zbiór może nie jest imponujący ilościowo, ale spójrzcie na tablicę, której zdjęcie widać obok. Wierzyć się nie chce po prostu!
No i jeszcze te dwie przepiękne tace w kształcie ryb. Jaki kawał Dolnego Śląska tutaj wisi! Ile historii!

     No a teraz parę słów o jedzeniu. Pstrąg w soli, smażony prawie bez tłuszczu - pycha. A do niego ...kolejne odkrycie. Ciemny chleb na zakwasie z dodatkiem lnu i orzechów włoskich, pachnący domem, leciutko lepki i uginający się w palcach. Po prostu palce lizać. Trzeba przyznać, że my Dolnoślązacy naprawdę potrafimy. Ten chlebek robiony jest w Raszowie, w miejscu, które nazywa się, a jakże inaczej, Domem Pachnącym Chlebem. Napchaliśmy się tym chlebem nieprzyzwoicie, nie radzę nikomu siadać w pobliżu, jeśli jest się na diecie. Ale jeśli dieta Was nie obowiązuje, a badanie tajemnic chcecie połączyć z przyjemnościami prostego stołu, to jako lokalna patriotka zapraszam w nasze Góry Sowie. W taki ponury listopad warto sobie zrobić jakąś małą przyjemność.

Komentarzy: 7
Czy cmentarz może umrzeć?

    

    Czy cmentarz może umrzeć? A jeśli tak, to jak wygląda takie umieranie?  

     Wczoraj, podczas wędrówki przez Góry Sowie (a pięknie jest tam teraz wyjątkowo - wszystko złoci się i żółci) nasz kolega pokazał nam zagubiony cmentarzyk. Ewangelicki, z grobami z przełomu XIX i XX wieku. Zarośnięty i samotny, leży zaledwie kilkanaście, tak, dokładnie kilkanaśnie metrów, od pewnego znanego zabytku. Nie ma go na mapach, w przewodnikach ani w tzw. poważniejszych publikacjach. Zupełnie, jakby nikt o nim nie wiedział. Albo wiedzieć nie chciał. Wśród starych drzew, wzdłuż cudownej, lipowej alei, z wciśniętymi w serca samosiejkami stoją niewielkie groby, albo wyzierają otchłanie wielkich krypt. Przez dziury widać w nich fragmenty trumien a nawet kości. Ktoś tu kiedyś był, grzebał w grobał, otwierał do nich wejścia, niszczył. Wygląda to...zresztą, co będę pisać, każdy wie, jakie to może wyglądać... 

     Ale jeszcze większe wrażenie zrobiły na mnie popękane tablice na grobach. Nie, żeby były popękane z tajemniczych powodów naturalnych. Ktoś, pastwił się nad nimi, musiał rozbić młotem, albo kamieniem. Mają w sobie te tablice coś bezbronnego, bo przecież zasłonić się nie potrafią, a ten, kto pod nimi leży, też zareagować nijak nie potrafi. Wygląda to tak, jakby kiedyś, cmentarz się komuś naraził. I ten ktoś musiał się na nim zemścić.  

     Specjalnie nie piszę, gdzie jest ten cmentarzyk. Specjalnie, bo ocalały tam płyty z białego marmuru, z misternie wykutymi napisami i sentencjami. Nie piszę, bo widziałam już takie tablice na innych dolnośląskich cmentarzach, a potem znikały gdzieś bezpowrotnie. Nie piszę, bo staram się nie używać brzydkich słów (nie zawsze wychodzi), ale do diabła, ta okolica, jak wszystkie inne, ma jakichś włodarzy. A jeśli kilka kroków dalej "robi się turystykę", to o takich miejścach zapominać nie wolno! Nawet nie ma co wspominać o szacunku do zmarłych. 

     Takich miejsc jest na Dolnym Śląsku bardzo wiele. W całej Polsce ich zresztą nie brakuje. Wiem, bo jeden z Czytelników przysłał mi niedawno zdjęcia podobnego miejsca z okolic Złotego Stoku.

     Od wczoraj wszystkie "żyjące" cmentarze toną w kwiatach i w blasku świec. Jeśli ktoś z Was trafi na taki zapomniany, przestańcie tam chociaż na chwilę.

Komentarzy: 5