iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Czy naprawdę istnieją duchy?

      Przy świątecznym stole jakoś tak zeszło na duchy. Każdy opowiadał swoją dziwną historię i każdy to robił ze śmiertelną powagą. Czy naprawdę istnieją duchy? Artur Schopenhauer twierdził, że niewiara w pojawianie się duchów to dzisiaj zwykła ignorancja. Sama mam „magiczny” ogląd świata i głęboko wierzę, że to wszystko czego ciągle zmierzyć, albo zrozumieć nie potrafimy, naprawdę istnieje. Wieki temu ludzie nie potrafili przecież wytłumaczyć, spraw dzisiaj oczywistych.

      Z fascynacją słuchałam więc opowieści kolegi o kościele w Bożkowie, gdzie podobno pojawiała się kiedyś postać ubranej na czarno kobiety.

      - Kilkanaście lat temu, pojechałem do Bożkowa z kolegą – wspominał Jacek – Kolega załatwiał jakieś sprawy papierowe u proboszcza, ja chodziłem po kościele. Nagle zobaczyłem panią, która samotnie modliła się w kościele. Po chwili wstała i wyszła dokładnie do tego pomieszczenia, w którym siedział mój kolega. Po kilkunastu minutach też tam poszedłem i zapytałem kolegę, czy widział tę kobietę. On twierdził, że jest sam, tylko z tymi papierami. Zapytałem więc księdza. A ten powiedział: zaraz do tej pani pójdziemy. I pokazał mi tak samo ubraną zmarłą w krypcie.

     Wierzyć, czy nie? Racjonalista się roześmieje, ktoś prychnie, że bzdury, a ktoś będzie słuchał z otwartymi ustami. Ja przyjęłam tę opowieść jak oczywistość. Kolega widział, a co widział opowiedział. A że Bożków ze swoim pięknym pałacem i kościołem są jednym z moich ulubionych miejsc na Dolnym Śląsku, tym z większym zainteresowaniem słuchałam. Tajemnice są potrzebne.

    Dokładnie, tajemnice są potrzebne. Dlatego z radością przyjęłam zaproszenie Michała Wójcika, redaktora naczelnego magazynu Focus, żeby sprawdzić, czy duchy rzeczywiście można odnaleźć i zmierzyć. Redakcja zostawiła mi wolną rękę w doborze nawiedzonych obiektów. Zabrałam ich więc w Góry Sowie, gdzie przecież mamy pełen legend zamek Grodno, pałac w Jedlince, w którym właściciele obserwują niezwykłe zjawiska a także pałacyk Kaufmanna w Głuszycy. I ruszyliśmy na poszukiwania. Z Warszawy przyjechała aparatura do badania infradźwięków i magnetometr. Przybyła też pani, która ma podobno dar widzenia więcej. I co się okazało; i w Grodnie i w Jedlince naprawdę dzieją się dziwne rzeczy, ale co pokazał sprzęt (choć jako osoba o magicznych oglądzie, jakoś nie wiedzę, że można sobie ot tak wszystko zmierzyć) napiszemy w lutowym numerze Focusa. A co robiliśmy, możecie podejrzeć na tych kilku zdjęciach Piotrka Kałuży.

    Ja natomiast odnalazłam w Grodnie, przy okazji duchów, kolejną tajemnicę. Łukasz Kazek, opiekun zamku, twierdzi, że w latach 30.XX wieku w zamku organizowane były obozy dla chłopców z Hitlerjugend. Podczas jednego z takich obozów, dwóch chłopców weszło gdzieś do podziemi zamku i nigdy z nich nie wyszli. Podobno było to w tamtych czasach spora afera, wejście do podziemi zostało wkrótce zamurowane.

     W takie historie też nie chce się wierzyć, prawda? Ale sprawdzić je trzeba. Od dawna wiadomo, chociażby z przedwojennych przewodników, a także powojennych opowieści, że zamek Grodno miał dodatkowe pomieszczenia, o których dziś nic nie wiadomo. Wiem, że zamek będzie się przymierzał do ich zbadania i może wtedy tajemnica się wyjaśni. Ale jakoś zawsze najmilsze jest dla mnie ta chwila, kiedy dopiero czeka się na rozwiązanie tajemnicy. Same rozwiązania czasem rozczarowują, prawda? 


 

Komentarzy: 6
Wesołych Świąt!

     Przed chwilą przyszedł kolejny wierszyk. Podpisany przez tajemniczego Marka, którego pewnie gdzieś kiedyś poznałam. Pół godziny temu dotarły inne smsy z wierszykami, rozesłanymi przez kogoś z długiej listy nazwisk w jego komórce. Nie mam pojęcia kim są ludzie, którzy je wysyłają, ale cieszy mnie, że pamięta o mnie tyle osób. Ale tych bezoosobowych wierszyków nienawidzę.

      Nie chce ci się do mnie zadzwonić albo chociaż napisać maila, w którym zamiast Mikołaja wyciętego z Internetu jest na górze moje imię, to zapomnij lepiej o składaniu życzeń. Pokaż, że osoba, której chcesz „pożyczyć” w Święta jest naprawdę ważna. To nic nie kosztuje, a jest – mówiąc językiem reklam – bezcenne. Ja, niestety, nie mogą dzwonić do wszystkich, którzy do mnie piszą. Wiem, że większość z Was myśli podobnie jak ja, więc oprócz serników i tych prezentów pod choinkę, dziękuję za wszystkie listy, które codziennie dostaję, tajne i jawne informacje o skarbach i ukryciach, zdjęcia z Waszych wypraw, ciepłe, a niekiedy i gorzkie słowa.

     Życzę Wam wszystkim tego co i sobie (bo jakże inaczej?)
Cudownych podróży, emocjonujących przygód, od czasu do czasu  trochę spokoju, bezpiecznego świata dookoła i marzeń nie do końca spełnionych, żeby było o czym dalej marzyć. I oczywiście, Wesołych Świąt!

    Ps. Któryś z Czytelników zapytał mnie, co robiłam z dziwnymi urządzeniami w Górach Sowich. W ramach projektu magazynów „Focus” i „Focus Historia” usiłowaliśmy wytłumaczyć niewytłumaczalne zjawiska. Ale o tym za chwilę, duchy nijak się mają do kręcenia przedświątecznego sernika :)
 

Komentarzy: 6
Pani Akiko i drezdeńska strucla

     Życie potrafi zaskakiwać. No bo wyobraźcie sobie taki obrazek: piękny, drewniany dom. Góralski. Całkiem poza wsią. Byle jaka droga od cywilizacji ciągnie się jakieś trzy kilometry. Samochody terenowe ledwo sobie dają radę, gdy przychodzi gołoledź. Dookoła pokryte śniegiem lasy, piękna łąka, widok na Tatry, Pieniny i Jezioro Czorsztyńskie.

     Niby zwykła agroturystyka, tyle, że o wyższym standardzie. I nagle wychodzi gospodyni. Japonka. Ubrana w różowe kimono. Zaprasza na kolację. Na stole oscypki i sushi. Żeberka po japońsku i pstrąg. Sajgonki i piernik. Czarny kawior i swojski likier. Cichutko śpiewa nam Loreena McKennit. Atmosfera robi się tak niezwykła, że trudno uwierzyć, że kilka kilometrów stąd jest prawdziwy świat. Nie ukrywam, że wpływ na to odrealnienie mają wspomniane już nalewki. Porzeczkowa, wiśniowa, czereśniowa. No i gospodyni. Pełna gracji, usłużna, wyciszona. Gospodyni, która patrzy przez okno i mówi: to co tu widać to „kościół bez ścian”.

     Trafiłam do Villa Akiko w Harklowej, który prowadzi Akiko Miwa. Kobieta, której lata nie uciekają i która od podstaw zbudowała właśnie w tym miejscu swój pensjonat. I dzisiaj założyła tu własny kawałek Japonii. Aż trudno uwierzyć, że osoba, która miała tak trudne i pełne zawirowań życie, ma w sobie tyle spokoju. Sama zresztą mówi: dziś już nie boję się niczego. Zetknięcie z polską rzeczywistością nie było łatwe, ale kiedy jest się w tym domu, czuć, że jest właśnie polski. Potrzebowałam takiego wyciszenia. We Wrocławiu święta trwają już od początku listopada i kupienie bułki w jakimś większym sklepie wymaga odstania wśród tłumów z wypełnionymi koszykami (gdzie ten kryzys?), dookoła rockowe kolędy i zdecydowanie za dużo dźwięków. Czy Was nie wkurzają święta, które już nie są świętami, tylko kupowaniem przez dwa miesiące? Mam nadzieję, że  nie każdy daje się tak zwariować. Ale... jeśli ktoś ma potrzebę naprawdę fajnych zakupów, to zapraszam na najstarszy świąteczny targ bożonarodzeniowy w Dreźnie. Też trwa już prawie od miesiąca, ale co roku nie mogę sobie odmówić wyjazdu, tylko po to, żeby przywieźć stollen. Ta obrzydliwie kaloryczna strucla od kilku lat kojarzy mi się ze świątecznym objadaniem. W tamtym roku goście zjedli nam stollen już w połowie grudnia. W tym roku rozpakujemy ciasto dopiero w pierwszy dzień świąt.  A potem mam nadzieję, że zapanuje taki spokój jak u Pani Akiko.

   Swoją drogą, czy widzieliście kiedyś subtelną i kruchą kobietę, która pędzi z pełnym zaangażowaniem, żeby pomóc swoim kierowcom zakładać łańcuchy? Akiko tak robi i jest to niezwykle naturalne. Fajnie, że na drodze stają mi ciągle tacy ludzie.

 

Komentarzy: 5
Świadkowie o Sieniawce

    

     Takie rozmowy czasem bywają trudne. I tak było tym razem. Razem z szefem Łużyckiej Grupy Poszukiwawczej odwiedziliśmy kilka osób, które mogłyby dodać nieco informacji do historii „podziemnej fabryki” w Sieniawce. I właśnie takie rozmowy bywają trudne, bo nie zawsze każdy chce rozmawiać, nie każdy pamięta tyle, ile byśmy chcieli,  niektórzy ubarwiają, inni zaś nie chcą mówić wszystkiego.

    Do dziś w Sieniawce mieszka pani Zofia, która została przywieziona na Dolny Śląsk w 1943 roku. Miała wtedy dwadzieścia lat, przez sześć miesięcy, od marca do października, pracowała w gospodarstwie w Sieniawce, tu też wyszła za mąż. Jej mąż, Adolf, zajmował się m.in. dowożeniem m.in. brukwi na zamknięty teren, pod którym mają znajdować się podziemia.

   Jak opowiada, mąż dostał te tej pracy specjalny płaszcz wojskowy, oznaczony na plecach czerwonym znakiem przypominającym od biedy literkę V ale bez połączenia na dole. Kiedy wjeżdżał na teren zakładów i zaczynał wyładowywać brukiew i, pracujący tam jeńcy natychmiast usiłowali ją na surowo zjeść, Niemieccy strażnicy zaś brutalnie ich odpychali.

     Już w 1945 roku mąż pokazał pani Zofii miejsce, przypominające niewielkie wzniesienie i wskazał je jako wejście do czegoś w rodzaju tunelu. Mówił, że tam zapędzono część jeńców i – jak się –wyraził – zabetonowano.

     Łużycka Grupa Poszukiwawcza (ŁPG) zna to miejsce i pewnie będzie jednym z pierwszych badanych w czasie prac terenowych.

     Pani Zofia wspomina też, że 1954 roku do Sieniawki przyjechał inżynier z Wałbrzycha, który inwentaryzował cały teren zakładów. Z Adolfem, mężem pani Zofii usiłowali w jednym z miejsc, bezskutecznie wypompowywać wodę, która po kilku chwilach znowu się pojawiała. Ci ciekawe, inny z mieszkańców Sieniawki wspomina o tym, jak podczas podobnych (a być może tych samych prac) woda wybiła na wysokość 3 metrów (inni twierdzą, że na 6 metrów) i zalała teren wokół dawnych zakładów. 
    Inna, 90-letnia pani z Sieniawki, Francuzka, która przyjechała tu do pracy w czasie wojny twierdzi natomiast, że Niemiec, który pracował w zakładach powiedział jej, że jest „rozkaz zalania Sieniawki”.

   Wszystko zaczyna układać się w logiczną całość, choć do rozwikłania tajemnicy jeszcze bardzo daleko. Jeśli wszystko pójdzie tak jak trzeba, prace terenowe rozpoczną się wiosną. Jest jeszcze ciekawa sprawa zasypanego po wojnie już wejścia do ewentualnych podziemi, ale o tym już wtedy, gdy  ŁGP mi pozwoli.
 

Komentarzy: 0
Schodzimy do krypty, czyli skarby są wszędzie

      W świecie eksploracyjnym dzieje się ostatnio tak dużo, że trudno to wszystko ogarnąć. Dotyczy to także Sieniawki, w której z dnia na dzień pojawia się coś nowego. Kilka dni temu, sporo ciekawych informacji przekazał Jerzy Rostkowski, wszystkim znany badacz tajemnic II wojny światowej i nie tylko.

    Wielkie dzięki, i cieszę, że Jerzy znalazł na to czas, mimo, że pędził do drukarni ze swoją nową książką, w której jak mi powiedział „czarno na białym” wyłożył wiele sensacyjnych faktów związanych z archiwum Monte Cassino oraz ....instalacjami atomowymi na terenie okolic Wałbrzycha. Będzie się działo... Do Sieniawki jeszcze wrócimy, za chwilę będę rozmawiać z paniami, które pracowały tam w czasie wojny, dzisiaj jednak chcę zejść do zupełnie innego skarbu.

     Odkryłam go zaledwie kilka dni temu, dzięki Łukaszowi Kazkowi, który jest jednym z tych wariatów, dla których tajemnica jest chlebem codziennym. On właśnie zabrał mnie tutaj, chociaż - jak się okazuje - to miejsce znane było niektórym od dawna.

    W 1963 roku Jacek Wilczur z Komisją Badania Zbrodni Hitlerowskich szukał w tutejszych podziemiach dokumentów związanych z projektem „Riese”. To krypty pod kościołem św. Jadwigi w Walimiu.

     Nie zdawałam sobie sprawy jaki skarb drzemie pod tą świątynią. Aż się prosi, żeby mogli go podziwiać i poznawać dzięki niemu historię okolicy wszyscy, którzy tu przyjeżdżają. Kiedy tam weszłam, natychmiast mi się zamarzyło, żeby każdy turysta, który wędruje pomiędzy zamkiem Grodno w Zagórzu Śląskim a podziemnymi fabrykami w Walimiu, mógł zajrzeć właśnie tutaj i poznać skomplikowane dzieje tego miejsca. 

     Kościół św. Jadwigi został wzniesiony w XVIII wieku przez rodzinę Zedlitzów. Pierwszym pastorem był tu Scholtz ze Zbylutowa koło Lwówka Śląskiego. Oczywiście, piękne wnętrze samego kościoła, jak i epitafia w przedsionku, są dostępne dla wszystkich. Ale jest jeszcze cudowna wieża, w której trzysetletnie deski trzeszczą i powoli zaczynają się buntować. Weszliśmy z księdzem na samą górę, przeskakując z drabiny na drabinę, zawieszając się niczym dzwony i czytaliśmy kolorowe zapiski na drewnie sprzed stu i więcej lat. Stare mechanizmy zegarów i dzwony wyglądają naprawdę niesamowicie w takim wnętrzu. I pewnie w takie miejsce nigdy nie wejdzie turysta, bo ileż by trzeba środków, żeby to wszystko doprowadzić do bezpiecznego ładu (chociaż może ktoś ma jakiś pomysł?), ale krypta jest już znacznie łatwiejsza do udostępnienia. 

     W kościele św. Jadwigi, pod wieżą  chowani fundatorzy kościoła i dawni panowie okolicy. Leżą tu Zedlizowie i ostatni pan Walimia Wideldorf z rodziną. Jeden z najciekawszych pochówków to 15 - letni syn Zedlizów, który zginął w pojedynku w Berlinie w 1863. Chłopiec został pochowany z ....łasiczką. Ciała są świetnie zachowane, niektóre z nich zostały jednak zbezczeszczone. Zaraz po wojnie do krypty dobrali się szabrownicy, złodzieje szukali kosztowności, stąd uszkodzone wieko jednej z trumien, stąd inna, zupełnie rozwalona trumna z ciałem w takim stanie, że lepiej nie opowiadać. 

     Ale, jakby na to nie patrzeć, to spory kawał historii. I to łączący dwa obiekty, zamek Grodno, który przecież należał do Zedliztów i podziemnie fabryki Walimia, których dokumentacji szukała właśnie w tych podziemiach Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich. Panowie włodarze, może byc tak pomyśleć o nowej atrakcji, o odkryciu kolejnej kartki z dziejów Gór Sowich?  



Komentarzy: 5