iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Bomba głębinowa, czyli jak znaleźć sposób na kryzys

 O drugiej w nocy zadzwonił Seikhu. Seikhu nie wie, że w Polsce jest druga w nocy, bo nie umie posługiwać się Internetem, świat po drugiej stronie kuli nie za bardzo go interesuje, a, choć ma zegarek, to taki bez wodotrysku. Ma też komórkę, z której może dzwonić za grosze. Bo w biednej Gambii, gdzie Seikhu mieszka, rozmowy komórkowe to takie opium dla ludu.

Seikhu, sympatycznego 28-latka, bez przerwy niemal ujaranego trawą, poznaliśmy w tamtym roku. Anglicy, dla których Gambia jest czymś w rodzaju Tunezji dla Polaków (bardzo tanio, przystępnie, mnóstwo połączeń z wyspy) nie zwracali na Seikhu, ani na jego kolegów uwagi.
 
„Traktują nas jak podludzi” – żalił się nasz gambijski kolega – „Przyjeżdżają tu, bawią się, leżą na plaży, a pieniądze wracają do Anglii, bo wszystkim zajmują się tamtejsze agencje turystyczne”. Gambia jest ekstremalnie biedna. Ciężka praca w fabryce to miesięczny zarobek rzędu 80 USD, o ile oczywiście ta praca jest. Gambijscy chłopcy i dziewczyny robią więc wszystko, żeby wyrwać się do lepszego świata. Największym marzeniem Seikhu, jak i jego kolegów jest więc ożenić się z białą turystą. Biała turystka to przepustka do innego życia, ucieczka od biedy, możliwość podróżowania, zobaczenia czegoś nowego. Nie ma się więc co dziwić, że w Gambii wyjątkowo bujnie kwitnie seksualna turystyka, która przybiera tu jednak kuriozalne formy.
 
Gambijczycy są na ogół szczupli, zgrabni, często niezbyt wysocy. Przyjeżdżające do Gambii Angielki natomiast (być może miałam akurat pecha, że akurat na takie tam trafiałam) przypominają – jak mawia pewien mój niezbyt subtelny przyjaciel – „bomby głębinowe”. Choć określenie to z początku mnie drażniło, z czasem zaczęłam lubić to określenie. Żeby była jasność, bomba głębinowa nie oznacza kobiety brzydkiej czy grubej. Bomba głębinowa oznacza kobietę ekstremalnie grubą ( i to bynajmniej nie z powodu chorowitości), ekstremalnie rozebraną, najlepiej w toplessie, z tym, że dół stroju musi przypominać frywolitkowe koronki, uroczo potrząsającą wszystkim co się da i dającą się słyszeć wszędzie. Gambijczykom to jednak absolutnie nie przeszkadza, bo jak wyjaśniali nam: czarne ciągnie do białego i się wzajemnie uzupełniają.
 
Takie oto uzupełnienie zostało mi przedstawione na scenie złożonej z plaży i oceanu. Brzegiem szła taka bomba głębinowa ciągnąć za rękę malutkiego tubylca, taką męską „kruszynę”, który ledwo nadążał za „wybranką”. Nieoczekiwanie pannie zebrało się na czułości, rzuciła więc małym na piasek i skoczyła na niego z pełnogłębinowym zacięciem. Pokrywszy go w całości, zaczęła całować, chłopak zaś, co było aż nadto widoczne, powoli tracił oddech. Trudno w końcu uleżeć spokojnie, gdy przywala nas 150-kilogramowy ciężar. Dziewczyna nie dawała jednak za wygraną i kiedy zobaczyła w namiętnym szale, że zaraz straci – i to w dosłownym znaczeniu – obiekt adoracji, dała za wygraną.
 
Seikhu codziennie nas pytał: nie macie jakieś koleżanki, która by mnie chciała?
- Przecież Gambijki są takie piękne, czemu jakieś nie poderwiesz? – pytałam.
- Jestem za biedny, tu dziewczyny patrzą na pieniądze. My naprawdę jesteśmy bardzo biedni. Dlatego niektórzy chłopcy sprzedają się turystkom. Ale my nie.
Dopiero później się dowiedziałam, że dzień „towarzystwa” w Gambii kosztuje 9 USD. Majątek.
 
Zawsze kiedy rano siadam do komputera, przeglądam wiadomości ze świata. Dziś dowiedziałam się, że kryzysowe notowania dla Polski „są przerażające”. To i nocny telefon od Seikhu przypomniał mi właśnie Gambię. Seikhu mieszka w wynajętym pokoju, bez prądu, wody, z wyjściem prosto na podwórko. Je dwa razy dziennie. Zaprosił nas nawet na obiad, przygotowywał go z pełną atencją trzy godziny i był to obiad zrobiony z prawdziwą miłością. Prosty. Ryż, cała ryba, chilli, pasta z orzeszków ziemnych. Jedliśmy go wspólnie z jednej miski na podłodze. Seikhu nie chciał żadnych pieniędzy, obraził się, gdy chcieliśmy mu potem coś zostawić ( w końcu mu wcisnęliśmy na siłę). Chętnie natomiast wziął przed naszym wyjazdem świeczkę, żyletkę, gumę do żucia. Naprawdę miał niewiele. I choć marzy o dziewczynie z Europy, z tym „niewiele” całkiem dobrze sobie radził.
 
Fotograf, z którym pracuję nad książkami o Dolnym Śląsku mówi zawsze: człowiekowi naprawdę wiele nie potrzeba. Po co wielki dom – jest dużo sprzątania, po co super luksusowe auto – ciągle trzeba pilnować. Proste rzeczy są najfajniejsze. Ale robienie sobie drobnych przyjemności także. Seikhu, który codziennie walczy o to, żeby mieć co zjeść, kiedy dostał od nas te parę funtów, nie kupił sobie wcale jedzenia. Nie kupił sobie nowej baterii do rozwalonego radyjka, które ma w pokoju. Kupił sobie przerażająco czerwoną bluzę, w której paradował od tej pory codziennie. Ta czerwona bluza przypomniała mi dawne czasy w Polsce. Bułgarskie lalki, pomarańcze na święta – te wszystkie małe oznaki luksusu z dalekiego świata. Nie jestem minimalistką, ale czasem zastanawiam się, ile naprawdę potrzeba do szczęśliwego życia? Ile trzeba, żeby stało się nieszczęśliwe?
 
Nie wiem. Ale pamiętam też zasłyszaną opowieść z Afryki. Jeden z tubylców zawsze zazdrościł turystom, że wypoczywają w jego kraju w takich luksusach, jedzą, piją, żeglują. Mają wszystko. A potem wyjechał na Zachód i zobaczył, ile ci turyści pracują, żeby wypocząć przez te dwa tygodnie.
- Za nic - powiedział. Wolę swoją spokojną biedę.
Może i ja dam sobie radę z kryzysem?
 
PS. A na wszelki wypadek zdjęcie Seikhu. Obiecałam mu.

 

Komentarzy: 5
Komputer nie żyje, niech żyje spirytus

To mi się zdarza już czwarty raz w życiu. Brakuje mi dokładnie kilku dni, żeby skończyć książkę, fotograf z którym pracuję regularnie dzwoni, delikatnie upominając, że już czas, i wtedy to się staje. Umiera mi komputer. Koniec, pustka, cisza, czarny ekran.

Teraz też tak było. Całkiem niedawno dostałam niezwykle ciekawe pamiętniki, które dawni właściciele pałacu w Jedlince w Górach Swoich przywieźli do Polski. Pamiętniki rodu Böhmów, okazały się lepsze niż kryminał. Są w nich i zdrady i zbrodnie i ukryte skarby, to wszystko co lubimy najbardziej. W właśnie siedziałam nad rozdziałem o Jedlince, z jej dawną właścicielką ukrywałam w parku skrzynie, kiedy to się stało. Już czwarty raz.

Za pierwszym razem, laptop umarł, kiedy kończyłam „Dolny Śląsk, jakiego nie znacie”, za drugim i trzecim przy książce o Sudetach, a teraz, kiedy kończę przewodnik o dolnośląskich zamkach, znowu odmówił posłuszeństwa. Kolega z pisma ezoterycznego oświecił mnie natychmiast; to znak! – powiedział. Powinnaś odpocząć, a może ta książka nie chce być skończona?

Może książka i nie chce, ale pracujące ze mną osoby – i mam nadzieję – kilku Czytelników tak. Za pierwszym razem, kiedy nikt nie mógł odzyskać danych z mojego komputera, zostałam poinstruowana w podobny sposób: pójdziesz do firmy odzyskującej dane, i powiesz tak: nic nie mam na tym komputerze, w ogóle mi na tych danych nie zależy, ale proszę mi je mimochodem odzyskać.

Nie posłuchałam. Trafiłam wtedy do dwóch sympatycznych gentelmenów z HDLab we Wrocławiu przed którymi właściwe klękłam, tłumacząc coś mętnie o dorobku mego życia. Oj, potrafią oni budować napięcie. Uśmiechając się niemal bez przerwy tłumaczyli, że może się odzyska, może nie, ale raczej tak, choć.... Robili to jednak w taki sposób, że miałam jakąś dziwną, babską, wewnętrzną pewność, że książka ocaleje. Chociaż...

Ale najgorsze było zupełnie coś innego. Nagle poczułam się, jakby ktoś zabrał mi pół życia. Mnóstwo wolnego czasu, jakaś dziwna samotność, pustka niemal. Kochany komputerek został uprowadzony, uwięziony i nie wiadomo, kiedy go wypuszczą. Przez moment zastanawiałam się nawet, czy bez komputera można żyć? Wiadomo, rodzina czasami wyjeżdża, ale komputer nigdy!

Pierwsze dwa dni były ciężkie, ale już trzeciego zaczęło mi się podobać. Nic nie trzeba, nie wiadomo, kto się dobija przez pocztę, w każdej chwili bezkarnie można czytać książkę, spotkania z przyjaciółmi mogą przedłużać się w nieskończoność. Da się żyć bez komputera, choć do pracy – przynajmniej mi – jest niezbędny. Moja własna książka – jak się okazało – mogła poczekać jeszcze kilka dni. Zupełnie nic się stało! I rzeczywiście odpoczęłam. A przy okazji nabrałam cennej wiedzy! Bo, kiedy za trzecim razem padał mi komputer, przyczyną owego upadku byłam sama. Po prostu wylałam na laptopa herbatę. Zadzwoniłam od razu do „moich” panów, a oni od razu zaczęli się śmiać (jak zwykle zresztą, kiedy dzwonię – zupełnie nie rozumiem dlaczego). I odbyliśmy następujący dialog:

-         Herbata zwykła czy owocowa?
-         Zwykła.
-         To dobrze.
-         Z cukrem czy bez?
-         Bez.
-         To dobrze. Najlepiej byłoby zalać spirytusem, bo już coca cola mogłaby wszystko wyżreć. Ale zwykła herbata bez cukru to nie jest źle.

Widzicie drodzy literaci i literatki! Od dawna wiadomo, że przy pisaniu trzeba popijać spirytusem! Tylko co ja mam robić, jak mi spirytus nie wchodzi? Na szczęście coca cola też nie.

Komentarzy: 2
Co kobieta ma w torebce, czyli o potrzebie bycia sobą

Akurat robiłam szarlotkę, kiedy zadzwonił młody i pełen werwy poszukiwacz skarbów.

- Czy była pani kiedykolwiek w sztolniach... – tu rzucił nazwą podziemi, do których raczej nikt o zdrowych zmysłach się nie pcha.
- Byłam – odpowiedziałam zgodnie z prawdą (niestety).
- A czy miała pani przy sobie licznik Geigera-Millera?
- Na stałe nie noszę w torebce – odpowiedziałam impulsywnie, ale zaraz poszłam po rozum do głowy. O ja głupia! O ja głupia! Że też do głowy mi nie przyszło, żeby nosić ze sobą licznik Geigera Millera. Ale czy on zmieściłby mi się do torebki?
- To niedobrze – odpowiedział całkiem na poważnie eksplorator – Nawet pani sobie nie zdaje sprawy, jakie jest w tej sztolni wysokie promieniowanie!

No, rzeczywiście nie zdaję! Bo w torebce, co prawda, mam wiele rzeczy, ale stałe badanie promieniowania jakoś mi nie weszło jeszcze w krew. Co prawda, straszą zewsząd, że nadejdą czasy, kiedy trzeba będzie mieć takie urządzenie na stałym wyposażeniu, ale na razie wolę o tym nie myśleć. Szukanie skarbów i penetrowanie sztolni to przecież zajęcie niezwykle przyjemne. Na końcu powinna niby czekać nagroda, ale poszukiwanie nie polega na znajdowaniu, a na szukaniu właśnie. Stąd też nazwa poszukiwacz, a nie „znajdywacz” (nie mylić ze znajdą). Każdy to powie, tak twierdzi Włodzimierz Antkowiak, jeden z pierwszych, którzy z Polsce skarbów szukać zaczęli, to samo mówi Wojtek Stojak z Wrocławia, który „chodzi” na skarby od lat chyba stu oraz Marek Dudziak, prawnik, który wiele lat temu wymyślił pismo dla poszukiwaczy i jako jego motto umieścił to oto wyznanie: „Szukam, szukam, szukania mi trzeba”. Miało być jednak o różnicy pokoleń.

Słuchając opowieści o tajemniczej sztolni, właśnie kończyłam tę nieszczęsną szarlotkę i – zdając sobie sprawę – że tajemnicza sztolnia była, jest i będzie, to szarlotkę trzeba w odpowiednim momencie z piekarnika wyjąć. Młody poszukiwacz skarbów był jednak zupełnie innego zdania.

- Co tam pani robi? – pytał dociekliwie – Przecież ja mówię o Wielkiej Tajemnicy. A pani tam czymś stuka i stuka.
- W ścianę stukam – odrzekłam przytomnie – Podobno u nas w domu jest skarb.
- A to co innego – ucieszył się mój rozmówca, a ja uratowałam honor poszukiwawczy.

Natychmiast przypomniała mi się pewne historia sprzed kilku lat, kiedy byłam z przyjaciółmi w Egipcie. Podczas rejsu na Nilu, przyjaciele wysłali mnie do naszego kaowca (czy jak go tam zwał), żebym zapłaciła za tzw. wycieczkę fakultatywną. Poszłam, zapłaciłam, podałam swoje nazwisko. A „kaowiec” na to: to pani jest ta Lamparska od książek? Ta od skarbów? Tak???? To jak pani nie wstyd?

- Nie wstyd? – jeszcze nie rozumiałam.
- Ja myślałem, że pani to je tylko robaki w Kambodży, sypia w dżungli, z narażeniem życia szuka hitlerowskiego złota, a pani na takiej...na takiej...wycieczce dla emerytów? Na Nilu?! No co za obciach!

No co za obciach właśnie, że sobą być nie można? Że niby co? Jak ktoś się wspina na Mont Everest, to nie może po cichu obżerać się ciastkami w nocy, a jak występuje na wybiegu, to już nie robi siusiu? Naprawdę trzeba mieć coraz więcej odwagi, żeby być sobą. No bo udawanie kogoś innego coraz bardziej wchodzi wielu w krew. Jak ktoś pojedzie na wczasy do Bułgarii i wystąpi potem w telewizji, to go podpisują od razu „podróżnik”. A jak już nie robi kompletnie nic, to zostaje „znanym bywalcem”. Albo idzie do reality show. Najlepiej amerykańskiego. Ale i tam pojawia się gwiazdka nadziei.

W sobotę rano oglądałam przez chwilę jak dwie śliczne panie wybierały spośród starszych i brzydkich pań kandydatki do programu, którego tytułu nawet nie pamiętam. Chodziło o to, że każda ze zgłaszających się pań miała o kilka albo kilkanaście lat młodszego partnera, i czując się coraz mniej pewnie w związku, zgłosiła się do programu, aby coś w niej tam ulepszyli. Bo sobą już jej się być nie chciało.

- A gdzie pani spotkała swojego męża? – spytała śliczna pani brzydką kandydatkę po 50, której mąż był młodszy o 19 lat. A ta brzydka odpowiedziała:
- W klubie. Na imprezie „Znajdź sobie babcię”.

Za kilkanaście lat chciałabym mieć tyle odwagi.

Komentarzy: 1
Paciorki dla redaktorów, czyli jak nauczyłam się pokory

Zadzwoniła do mnie moja Przyjaciółka Kasia, dziennikarka znana w Galicji i przez telefon strzeliła mi między oczy (przecież pisałam, że wszyscy chcą mnie zabić).

- W ogóle nie potrafisz pisać bloga - oświadczyła - Żeby blog był popularny musisz zadzierać,  pisać brzydkie wyrazy i obgadywać ludzi z telewizji. Albo Palikota. Albo chociaż Rokitę, co się fotela w samolocie puścić nie chciał.

Kurczę! Tyle, że ja się na polityce za bardzo nie znam, a i telewizor u nas po babci. Taki, jak mówią poszukiwacze skarbów, z wykopków. Większość czasu spędzam z różnymi eksploratorami, którzy - co prawda- brzydkich słów mnie nauczyli, ale ludzi z telewizji nie obgadują. Nie obgadują, bo na ogół oglądają Hansa Klossa, śledzą losy Bursztynowej Komnaty, i jak czegoś albo kogoś wykopać nie mogą, to zostawiają go w spokoju. Na szczęście jednak, nieco czasu spędzam z kolegami po fachu. Zdarza mi się nawet brać udział w bankietach oraz tzw. spotkaniach oficjalnych. Kiedy więc przeczytałam o tym, że Jan Maria Rokita podróżując klasą ekonomiczną, żądał przywilejów klasy business, natychmiast przypomniały mi się „paciorki dla redaktorów".

Będą młodą redaktorką, zdarzyło mi się obsługiwać festiwal rockowy w Jarocinie. W kolejce, w której dziennikarze czekali na przydziałowy bigos czy grochówkę podsłuchałam następującą rozmowę. Rozmawiały dwie panie redaktorki z Ważnych Tytułów. Pierwsza zapytała:

- Czy masz już ten śliczny serwis porcelanowy z...tu padła nazwa firmy.

- Nie - odpowiedziała Druga - A co?

- Jak to nieeeee? - rdzawym falsetem zakrzyknęła Pierwsza  - Nie pisałaś jeszcze o firmie... i tu znowu padła nazwa.

Po jakimś czasie dowiedziałam się, że różne firmy rozdają prezenty, nazywane przez kolegów słodko „paciorkami dla redaktorów". Redaktorzy otrzymują, w zależności od tego co robią, a to kiełbasę, nawet kostkę sera, kufel, szklankę, wino, bombki, garnki, poduszki. Jedni zabierają do domów, inni konsumują na miejscu, są tacy, którzy nie ruszą. A jest jeszcze jeden gatunek. Na początku zawodowej kariery przyszło mi pisać o bombkach choinkowych. Pojechałam do fabryki ze starym wyjadaczem, fotoreporterem. Tam, po wizycie wręczono nam malutka paczuszkę z niewielką bombką. Bombeczką niemal. Ot, taki miły gest. Mojego kolegę jednak oburzył.

- No wie pan co - fuknął - Takich małych to ja mam w domu w bród. Takich małych nie chcę!

Darczyńca z bombką był taktowny. Zamilkł, ale na twarzy miał wypisane: A kim ty (brzydkie słowo) jesteś, żeby tak się zachowywać?

Kiedy więc patrzę na kogokolwiek, kto rzuca swoim nazwiskiem, funkcją czy czymkolwiek innym i ma przy tym minę pt. „mogę zrobić z tobą wszystko" robi mi się gorąco. Dlaczego? Nawet mi się tego nie chce tłumaczyć. Jak poseł i bezdomny zjedzą ten sam zepsuty kawałek sera to konsekwencje będą identyczne, prawda?

Kiedyś, przygotowując na zlecenie National Geopgraphic jakiś materiał, wydzwaniałam namiętnie do jednego z rozmówców.

- Dzień dobry, Joanna Lamparska, National Geographic (tu położyłam lekki nacisk), możemy rozmawiać? - pytałam kilkakrotnie. Mój rozmówca ciągle nie mógł. Prosił o telefon za godzinę, za dwie, za dobę. Czasem odbierał, czasem nie, nigdy nie miał dla mnie czasu. W końcu, za ntym razem pękł.

- Ja nie chcę ubezpieczenia z żadnego Nationale! - krzyknął - Mam już gdzie indziej.

 

Tak nauczyłam się pokory (Teraz niech każdy doda sobie brzydkie słowo, żeby blog był mięsny).

Komentarzy: 4
Szukaj skarbu w polu

Wszyscy chcą mnie zabić. Terroryści, jak nie zapłacę okupu, niedzielni kierowcy, jeśli nie zatrzymam się, kiedy jestem na głównej, nawet chodnik na mojej ulicy uwziął się na mnie i codziennie atakuje agresywnie wystającymi płytami.

Mimo telefonów do stosownych urzędów, nikt się chodnikowym zamachem na moje życie nie przejmuje. Co więcej, wszyscy pouczają mnie tylko, jak walczyć o przeżycie, jakby nie zważając na sprawę zasadniczą, że naprawdę wszyscy chcą mnie zabić. W styczniowym „Przekroju” Piotr Stanisławski pouczył mnie nawet, jak przetrwać atak jądrowy. Już wiem, że mam nie patrzeć w niebo i szybko złapać komórkę, a potem szorować ciało ile się da. O ile oczywiście im się nie uda i tym razem mnie jeszcze nie zabiją. Ale jak tu nie patrzeć w niebo, nawet w takiej chwili?

Od razu muszę wyjaśnić, że nie mam nerwicy natręctw, ale tak jak Yossarian z „Paragrafu 22” Hellera, nie obchodzi mnie, że coś lub ktoś chce zabić też innych. Najważniejsza dla siebie jestem ja, jakkolwiek egoistycznie to brzmi. Ale czy zadbam o bliskich, nie dbając najpierw o siebie? Za każdym razem, kiedy spotkam się  ze znajomymi czy przyjaciółmi, bez względu na to, czy mają 20 czy 60 lat, rozmawiamy o tym zabijaniu. Nie, nie w dosłownym sensie, to oczywiste, ale o tym, że świat przestaje być przyjazny, więcej, nie jest już nawet wystarczająco wyraźny.

Przypomina tych „zagrypionych” z reklamówek jednego leków. Oj, coś są niewyraźni, tak, jak to co nas otacza. Bez względu na to, którą otworzę gazetę, na który wejdę portal, każdy tworzy własną rzeczywistość. I każda jest zupełnie inna. Znana puszczalska na jednej stronie okazuje się przedsiębiorczą damą gdzie indziej, a ślad samolotu na niebie wielkim bombowcem. Tylko internauci pozostają niezmienni. Wszędzie węszą podstęp, koniec świata, III wojnę światową, a głosy tak zwanego rozsądku giną w wielkich falach lęku i złośliwości.

Najlepiej cieszyć się, że ktoś ma kredyt we frankach i być może będzie mu teraz trudniej spłacać. Albo, że znana milionerka (jak milionerka, to musiała kraść) właśnie jest chora. A co? Należało jej się chyba? Pewien mój znajomy mawia, jak masz jakiś skomplikowany problem, to idź do najprostszego człowieka ze wsi i posłuchaj co ci powie.

Właśnie wróciłam z Mazur. Tam ”najprostszy człowiek” we wsi opowiadał, jak to kiedyś wysiadł prąd. I wszyscy się cieszyli, bo wysiadł też w sklepie i właściciel stanął przed trudną decyzją, co zrobić z lodami. Wszyscy liczyli, że rozda je teraz za darmo, ale pojawił się miastowy, który ma w pobliżu dom, i zaoferował swój agregat. I tak zabrał całej wsi przyjemność. Wczoraj odwiedził nas kolega i opowiadał jak to udało mu się zrobić w pracy coś fajnego i w nagrodę jego pracodawca nie pozwolił mu już zrobić tej fajnej rzeczy drugi raz. W końcu co nas nie zabije, to nas wzmocni. Podobno.

Komentarzy: 3