iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

O potrzebie posiadania pałacu

Zaczęło się przedziwnie. Najpierw dotarły do mnie plotki, że pałac w Pieszycach nabyła para „obrzydliwie bogatych” Amerykanów. Ludzie opowiadali, że tajemnicze małżeństwo ma po prostu takie hobby.

Gdzie się nie pojawi, tam kupuje, a to zamek, a to dwór, a to pałac. Mimo że takie informacje zaintrygowałyby każdego, jakoś nigdy nie miałam czasu, żeby do Pieszyc się wybrać. Znałam co prawda tamtejszy pałac, wielki, barokowy obiekt, nazywany Wersalem Śląska. Nigdy jednak nie byłam w nim w środku. Przez lata stał zamknięty, opuszczony, smutny. Nie chciało mi się wierzyć, że ktoś, nawet najbogatszy będzie się „rzucał” na takiego zrujnowanego olbrzyma. Pieszyce naprawdę wymagały sporo pracy. Ale pewnego dnia góra przyszła do Mahometa. Nowi właściciele Wersalu Śląska sami mnie zaprosili do siebie. I muszę przyznać, że była to jedna z najbardziej niezwykłych wizyt, jakie w życiu udało mi się odbyć.

Ciekawe, czy jest ktoś, kto choć przez chwilę nie chciałby mieszkać w pałacu. Przechadzać się po wielkich komnatach, otwierać szerokie skrzydła drzwi, które prowadzą prosto na słoneczny taras. Ja bym tak chciała. Odkąd zaczęłam pisać książki o tajemnicach Dolnego Śląska, zawsze marzyłam o własnym zameczku, dworku, pałacyku. Aż do momentu, kiedy zaczęłam poznawać właścicieli zabytków, a przy okazji „zabytkowe” kłopoty. Również wizyta w Pieszycach wiele mnie nauczyła. Stróż otworzył wielkie drzwi, a naprzeciw wyszedł pan Stanley Hayduke, Polak, który ponad 40 lat temu wyemigrował do Stanów i wraz z żoną Alicją mieszka na stałe w Las Vegas. Prowadzi tam firmę, która pozwala mu na takie inwestycje jak pałac w Pieszycach. Co prawda, wbrew plotkom, nie skupuje dla kaprysu zabytków, jednak w Pieszyce włożył sporo. I pieniędzy, i życia.

Różnie sobie można wyobrażać pana na pałacu. Niektórzy są zarozumiali, zbyt pewni siebie, choć poznałam i takich, którzy z własnym zabytkiem związali się jak mąż z żoną, na dobre i na złe. Często pozbawieni już pieniędzy, ku zgrozie konserwatorów, wstawiają w zabytkowe okna plastykowe ramy, łazienki wykładają PCV, a na pokojach ustawiają meble z IKEI.

Ale pan Stanley mnie zaskoczył. Co za niepoprawny romantyk! Najpierw jednak o wnętrzach. Czegoś takiego jeszcze nie widziałam! Setki malowideł, marmury, barwy tak intensywne, że nie wiadomo na czym skupić oczy. Detale pomalowane złotą farbką. Wśród nich łacińskie sentencje, portrety, w tym także pani Alicji Hauyduke. Czemu tak akurat? Ponieważ Stanley wymyślił sobie, że na świecie jest za wiele przemocy, że świat należy czynić lepszym, żyć w zgodzie z samym sobą i nikomu nie robić krzywdy. Dlatego na ścianach nie ma żadnych scen wojennych czy przedstawień strasznych wydarzeń. Domowy jabłecznik pan na pałacu zaserwował osobiście, podobnie kawę. Rozmawialiśmy o ezoteryce, tajemnicach podświadomości i o tym jak osiągnąć wewnętrzny spokój. Niewiele o pieniądzach, wiele o marzeniach. I o kłopotach, jakie wiążą się z pracą w takim olbrzymie.

Nie wiadomo, ile jeszcze potrwa remont pałacu. Ten wielki, barokowy zabytek ma 3 tysiące metrów kwadratowych powierzchni. Apartament pana Stanleya jest w sumie niewielki (choć pewnie zmieściłoby się w nim kilka kawalerek), choć łazienka została ozdobiona w sposób tak pełen przepychu, że nie przez pierwszą chwilę trudno było mi odnaleźć drogę w tym gąszczu detali. Sam pałac ma ponad 60 pokoi.

Kto ma ochotę, może część wnętrz obejrzeć w galerii na stronie pałacu zamekpieszycki.pl, a te, które pokazuję dzisiaj zrobił Krzysztof Góralski, fotograf, który robi zdjęcia do wszystkich moich książek. Pan Hayduke, chce, żeby malowidła na ścianach uczyły młodzież łagodności, żeby sprawiały, że wszyscy którzy je oglądają coś w sobie są stanie zmienić. Nie wiem, czy mu się uda. Ale spodobał mi się ten pomysł, tak różny od pomysłów urządzania luksusowych spa w starych zamkach. Polubiłam właściciela Pieszyc. Polubiłam jego pomysł. Sama jestem niepoprawną romantyczką, choć staram się stać mocno na ziemi. Lubię bywać w pałacach, choć wiem już jaką pracą u podstaw jest przywracanie ich do świetności.

Właśnie kończę kolejną książkę. Będzie rozszerzoną o wiele obiektów wersją książki „Tajemnice, zamki, podziemia. Przewodnik, jakiego nie było”. Może jeszcze przed jej drukiem uda mi się od Was dowiedzieć, które zamki i pałace na Dolnym Śląsku lubicie najbardziej? Co myślicie o ich właścicielach?

Komentarzy: 17
Leningrad czyli kac w tropikach

Dokładnie pamiętam trupy izraelskich ochroniarzy. Było ich trzech. Leżeli bezwładnie na podłodze, a ja ledwo żywa przeszłam po nich i jakimś cudem dotarłam do pokoju. Ochroniarzy powaliła polska wódka.

Była to jedna z moich pierwszych podróży, niemal tuż po studiach wymieniali mnie z młodzieżą z Niemiec i Izraela. Polska wymiana zadbała oczywiście o wszystko i do Izraela przywiozła domową produkcję wujka jednego z kolegów. Nikt temu nie dawał rady, mnie – jako, że jestem w tych sprawach dość ekonomiczna – ścięło dość szybko, koledzy trwali natomiast do końca. Ochroniarze, choć przepisowo masywni i pod bronią, również polegli pod ciężarem wujowych wynalazków. Te ich zwłoki pamiętam do dzisiaj. Rano zresztą wcale nie wyglądali lepiej.

Podróżowanie nie jedno ma imię i nie jeden zapach. Nierzadko ma także ostry smak spirytusu, bimbru, taniego wina, albo na odwrót, luksusowego szampana. Zanim opowiem o podróżowaniu na rauszu, muszę się wytłumaczyć, skąd taki pomysł na opowieść. Wczoraj, w nieoczekiwaną podróż alkoholową zabrali mnie Mariusz Kiljan i Tomasz Mars. We Wrocławiu trwa właśnie 30. Przegląd Piosenki Aktorskiej, podczas którego zaprezentowany został muzyczny spektakl „Leningrad”. Dwaj aktorzy wraz z zespołem zaprosili mnie (i oczywiście innych widzów, w tym dwóch – jak mawiała moja babcia – „sztywnych jak koci ogon” krytyków) na imprezę w pewnym leningradzkim mieszkaniu. Hulankom towarzyszyły dźwięki muzyki słynnej, wyklętej przez władze, grupy Leningrad. I choć szłam do teatru z „lekką dozą niepewności”, przecież śpiewać po polsku piosenki Leningradu to tak, jakby ktoś za granicą chciał zaśpiewać po swojemu Kazika i Kult. Też niby byłoby na żywo, ale „prawie” czyni różnicę. Z każdym utworem jednak alkoholowa impreza, to śmieszna, to straszna, wciągała mnie coraz bardziej i zmusiła do wspomnień na temat „Alkohol a podróżowanie”. Pominę tu oczywiście zwykłe imprezy, prywatki, imieniny u cioci, a nawet wesela, pod koniec których większość gości zasypia w bigosie. Tu chodzi o coś więcej.

Zanim nasza polska drużyna wykończyła izraelskich ochroniarzy, sama odbyłam pierwszą poważną podróż alkoholową do przystanku Gubałówka. Odbywała się tam impreza, w której będąc młodą dziennikarką, musiałam wziąć udział. Pamiętam, że przygrywała orkiestra góralska, a słynny Stanisław Marusarz opowiadał o swoich przygodach. W pewnej chwili podszedł do mnie jakiś góral i zapytał mnie więcej tak: a panienka pije po górolsku cy po literocku? Jako jeszcze nie zaprawiona podróżniczka nie do końca rozróżniałam niuanse, ale zdrowy rozsądek podpowiedział logicznie, że „po górolsku” może mnie zabić. „Po literocku” zakrzyknęłam radośnie (już czułam się literatką), a ci wyjęli literatkę właśnie i nalali do pełna. Człowiek jest ambitny. Wypiłam. Z tej imprezy pamiętam dwie rzeczy. Że czyjeś miłe, silne ręce zaniosły mnie do łóżka, i że w ostatniej chwili przytomności zobaczyłam jak sześcioosobowa orkiestra góralska pcha się do małego fiata z instrumentami i obwieszając go niczym winogrona zjeżdża w dół. Tak zakończyła się moja przygoda ze spirytusem tatrzańskim. Podróżując po świecie uwielbiam kosztować różnych rzeczy. W przeciwieństwie do tych, którzy na drugi koniec świata wloką próżniowo pakowane bułki, lubię brudne knajpki na ulicach Indii, Maroka, Kambodży czy Wietnamu. W klimatyzowanym hotelu nigdy nie dotyka się prawdziwego życia. Opinię tę podziela wielu podróżników, stąd w Laosie na przykład dochodzi do licznych eksplozji związanych z nadmierną ciekawością turystów. Specjałem, którego nikt nie może sobie odmówić jest w Laosie lao-lao. Wódka pędzona na ryżu nie byłaby może niczym niezwykłym, gdyby nie to, że kiedy zostanie już przelana do butelki, wytwórca dorzuca jeszcze ze dwa, trzy ziarenka surowego ryżu. Zabieg ten czyni napój bardziej gazowanym, niby szlachetniejszym, niemniej jednak, nieoczekiwanie potrafi po dobie eksplodować. Widziałam na własne oczy Angielkę, której podczas zakupów na targu nieoczekiwanie z torby wyskoczyła gwałtowna fontanna. W Wietnamie natomiast spotkałam się z czymś kompletnie niezwykłym i wtedy dla mnie szokującym. Trafiliśmy pewnego dnia do restauracji, w której wódkę podawano z dodatkiem...uwaga, tak zwanym obrzydliwym nie radzę tego czytać – krwi miesięcznej dziewicy. Restauracja miała zgodzone dziewice, które dostarczały odpowiedniego towaru, ten zaś po kropli dolewany do kieliszka miał być cudownym lekiem na potencję.

W Gambii zaś trafiliśmy do magika nazywanego w okolicy wujkiem Samem, który bimberek produkował na podwórku, w dwóch beczkach – jednej zdaje się po ropie czy czymś takim, drugiej totalnie nieznanego pochodzenia. Jeśli ktoś ją rozpozna na zdjęciu, stawiam w prezencie jedną z moich książek. Ale skoro już przy wszelkich olejach jesteśmy.... Romek Koperski, znany podróżnik, eksplorujący głównie Syberię, opowiadał kiedyś, że czasami dodają tam do wódki kroplę oleju napędowego, bo w ten sposób szybciej ścina. No cóż, co kraj to obyczaj. Podobno jacyś zdesperowani naukowcy pędzili kiedyś na Spitsbergenie bimber z makaronu. Jak powszechnie wiadomo nic tak nie odkaża i oczyszcza organizmu jak ekologiczne picie i jedzenie. Najbardziej ekologiczne jest podobno zaś to, co rośnie i powstaje blisko nas czyli w naszym środowisku.

Takie to przemyślenia naszły mnie po wczorajszym spektaklu. W życiu wszystkiego trzeba spróbować, choć nie zawsze dobrze się to kończy. Muszę podziękować Mariuszowi Kiljanowi, głównie jemu, bo niemalże ukradł całe wczorajsze przedstawienie. Niesamowicie żywiołowy – normalny człowiek dostałby już dawno zadyszki, gdyby robił to co on na scenie – a taki co nie oszczędza się alkoholowo na pewno. Marcin Osman, mój kolega i świetny fotoreporter, który dziś wraca z dalekiej wyprawy na Syberię, gdzie – jak pisał w listach – z myśliwymi mieszkał w 45 stopniowych mrozach, wspominał, że jeden z takich myśliwych miał wielkie szczęście. Jego siostra pracowała u dentysty, więc w chwilach deficytu przyniosła z gabinetu spirytus. Picie w mrozach jest zdrowsze niż w tropikach. Nikomu nie życzę kaca w wilgotnym upale. Na ludzi ciekawych życia czyha naprawdę wiele pułapek.

Komentarzy: 3
Spadający talerz, czyli smutne wspominanie radosnych chwil

Na Śnieżce katastrofa budowlana. Osunął się najwyższy talerz najdziwniejszego budynku w polskich górach. Nie wiadomo co będzie dalej, piszą o tym od wczoraj wszystkie serwisy informacyjne.

A na licznych forach internetowych bezimienni internauci wypisują farmazony, które wydają im się zabawne. A to, że talerz obsunął się przez Tuska, to przez PO, a może przez kota prezydenta. Mnie to nie śmieszy, tym bardziej, że jak dysków nie ruszyły wiatry pędzące z siłą 350 kim na godzinę to i PO nie ruszy.
 
Komentarze nie śmieszą mnie i z innego powodu. Dlatego, że ze Śnieżką, a właściwie z pracującymi tam ludźmi od lat jestem emocjonalnie związana. Rzadko można trafić w miejsce tak magiczne, wyjątkowo rzadko zaś spotyka się ludzi, tak bardzo przywiązanych do miejsca w którym pracują. Jeszcze trudniej trafić tam, gdzie straszność i śmieszność w jednej chodzą parze.

Latem Śnieżka, najwyższy w końcu szczyt Sudetów, przypomina wielkie mrowisko. W weekend przychodzi tu 7-8 tysięcy ludzi. Turyści są czasem niebezpieczni dla innych turystów. Choć sama staram się wyglądać jak kobieta, przed wyjściem w góry jednak chowam głęboko buty na szpilkach i wąską spódnicę. Setki, nie przesadzam pisząc setki, wesołych spacerowiczów sunie na górę w klapkach, różowych szpileczkach, czółenkach ala Paris Hilton, obciągając gwałtownie zbyt kuse sukienusie. Pewnie te sukienusie to widok panom miły, ale góry się za to mszczą. Siniakami, otarciami, skręceniami kostek i podobnymi im niespodziankami. Jeszcze weselej jest zimą, gdy rozochoceni młodzieńcy, chcą pokazać jakie z nich chłopaki na schwał, usiłują zjeżdżać wąziutką dróżką ze Śnieżki na plastykowych jabłuszkach. Góry lubią być szanowane i choć potrafią być cierpliwe, ale ich cierpliwość czasami się kończy. Z tego co pamiętam, cierpliwość pracujących na Śnieżce osób nie kończyła się nigdy.
 
Dziwaczny kształt stacji meteorologicznej na Śnieżce zna każdy. To trzy jakby połączone ze sobą latające spodki. Budynek powstał w latach 1967-76 na miejscu starszego, niemieckiego obserwatorium. Od samego początku prowokował do dyskusji. UFO na Śnieżce wydawało się tak samo idiotycznym pomysłem, jak na początku wieża Eiffela w Paryżu. Z czasem kontrowersyjny obiekt stał się ikoną Sudetów i dzisiaj trudno uwierzyć nawet w to, że został zniszczony jeden ze spodków.

Ze Śnieżką „związałam” się kilka lat temu, pisząc do „National Geographic” tekst o Sudetach. Wtedy poznałam Piotrka Krzaczkowskiego, kierownika obserwatorium meteorologicznego na Śnieżce. To on mi wtedy opowiadał, że „górny dysk porusza się w zimie jak rozpędzony tramwaj”.

Bartek Szadkowski, który również pracuje w obserwatorium, mówił, że człowiek wtedy wie, co czuje liść. Na „górze” pracowali sami mężczyźni. Razem siedmiu. Nie poznałam wszystkich, ale dwie rzeczy najbardziej utkwiły mi w pamięci. Ich pokoje i kuchnia. Pokoje były jak światy w pigułce. Każdy miał charakter swojego właściciela, ten, który był surowy, miał surowy pokój, ten, który miał duszę wschodniego mędrca, miał pokój pachnący kadzidłem. Oj, nie oswajali się oni łatwo. Do niektórych pokojów wolno mi było wejść dopiero po pewnym czasie. Sercem mieszkalnej części obserwatorium była kuchnia. Wtedy jeszcze przed remontem, kuchnia pełna niezwykłych opowieści, legend i wspomnień. Siedziałam tak z nimi godzinami, słuchając wiatru za oknami i historii tak niesamowitych, że związują człowieka, który je przeżył z miejscem, w którym się wydarzyły niewidzialną, acz trudną do rozerwania nicią. Nie jestem dziś, po latach w stanie powtórzyć ich wszystkich. Kiedy słuchałam smutnych informacji ze Śnieżki, sięgnęłam po stare notatki.

- Kilka razy już się zdarzyło, że prosto w okna leciał szybowiec. To przeżycie, jak z horroru – wspominał na przykład Piotrek Krzaczkowski - Im nie wolno tu latać, a czasami w lecie, kiedy piję kawę, widzę, jak przybliża się do mojej twarzy szybowiec, rozpoznaję nawet pilota, wtedy on gwałtownie, niemal w ostatniej chwili podnosi się i przelatuje nad stacją.

Kto inny opowiadał, że na Śnieżkę lubi się wspinać buddyjski mnich, albo pewien Czech, który stara się diagnozować ludzi na podstawie kolorów. Wspólnie śmialiśmy się ze wszystkich Paris Hilton które usiłowały pobić rekord Guinnesa we wchodzeniu w różowych szpilkach na czas pod górę. Rozmawialiśmy też o tych, którzy chcąc przekonać siebie, że wiele potrafią pchają się na górę, a potem płaczą, kiedy muszą zejść. Wiatry na Śnieżce są najsilniejsze w Polsce i należą do jednych z najsilniejszych w Europie.

Śnieżka chowa się w chmurach dwieście do trzystu dni w roku. Nie chcę nawet myśleć o tym, co poczuli pracownicy obserwatorium, kiedy obsunął się talerz. Co czuła Agata, która prowadzi na Śnieżce restaurację. Tym bardziej, że nie tak dawno budynek był częściowo remontowany, wymieniane były w nim m.in. okna. Przecież to na Ścieżce właśnie, Agata, podobnie, jak meteorolodzy spędza większość życia. Domyślam się, że ich też dziś nie bawią bezmyślne komentarze w Internecie.

Budynek obserwatorium na Śnieżce może nie każdemu się podoba. Może swoim wyglądem zaśmiecał nieco góry, ale z czasem stał nieodłącznym elementem ich krajobrazu. W tej chwili szlaki w tej części Karkonoszy zostały zamknięte. Nie wiadomo jeszcze co dalej.

 - Trzeba być silnym psychicznie, żeby tu pracować. Śnieżka potrafi zjeść – powiedział mi kiedyś Bartek z obserwatorium. Mam nadzieję, że chwilowo najwyższa góra w Sudetach się nasyciła. Że wszystko dobrze się skończy. Przecież nic tak nie smakuje górze, jak różowa turystka na obcasach. Ale, żeby deser znowu pojawił się w Karkonoszach, muszą być otwarte szlaki. A szlaki będą otwarte, kiedy trzy spodki nie będą chciały już nigdzie odlatywać.  

Ja też mam coś na deser. To strona Piotrka Krzaczkowskiego, który nie tylko na Śnieżce pracuje, ale i ją fotografuje http://www.piotrekok.com/

Komentarzy: 7
Małe Piekło czyli o potrzebie chwytania chwili

Jeżeli po śmierci trafię do piekła (co bardzo możliwe), już wiem, jak będzie wyglądało. Będzie pełne bezimiennych postaci targających plastykowe koszyki, pchających pobrzękujące wózki albo ciągnących wielkie torby.

Moje piekło będzie podobne do Carrerfoura, Lidla, Auchana, Tesco, Castoramy, Ikei, albo czegoś równie zatłoczonego. Wielkie sklepy, te całotygodniowe świątynie zakupów totalnie mnie przerażają. W niektórych chce mi się nawet mdleć, dlatego, gdy już muszę do nich wejść, staram się, żeby to było jak najmniej bolesne.

Kilka dni temu musiałam odwiedzić centrum handlowe „Magnolia” w moim rodzinnym Wrocławiu, gdzie naiwnie zamierzałam odnaleźć pocztę, albo chociaż jakiś miniaturowy punkt, punkcik chociaż, pocztowy, w którym mogłabym nadać list. Okazało się, że w wielkim centrum poczty nikt nie potrzebuje, więc wzorem wszystkich, których pochłaniają takie centra, przy okazji kupiłam niezaplanowany miód, chrzan i jeszcze zajrzałam do Empiku.

Jak się tutaj przeraziłam! Wchodzę do środka, a tu nagle przy prawym uchu słyszę uprzejme „dzień dobry”. Aż podskoczyłam, bo „dzień dobry” powiedział uśmiechnięty ochroniarz. „Pewnie mam za dużą torbę, myśli, że będę chciała zwinąć książkę” – pomyślałam natychmiast. Bo niby po co ochroniarz mówi do mnie „dzień dobry”? To chyba jasny sygnał: „jestem tutaj, trzymaj swoje brudne ręce z dala z gazet i książek!

Tak mnie ten ochroniarz wystraszył, że zamiast spokojnie poprzeglądać periodyki, pokręciłam się niepewnie wokół półek, udałam zainteresowaną tygodnikiem z programem telewizyjnym i nawet chciałam coś kupić, żeby ochroniarz sobie nie pomyślał, że przyszłam nie wiadomo po co – a to właściwie wiadomo po co. Następnie spokojnym krokiem zaczęłam powoli opuszczać Empik uśmiechając się do pana z ochrony. A ten grzecznie powiedział „do widzenia” i nawet się za mną nie obejrzał.

Tego dnia jeszcze nie rozpoznałam u siebie pierwszych syndromów strachu przed życzliwością, ale strach ten nasilał się z każdą minutą. Raz na tydzień chodzę na akupunkturę. Nie jest to może za przyjemne, ale przynosi rezultaty. Maciej Brzeziński, akupunkturzysta, zawsze kiedy wchodzę, usiłuje podać mi rękę. Zupełnie jakbym była człowiekiem, a nie pacjentem! Teraz już się przyzwyczaiłam, ale na początku było trudno. No bo dlaczego, zamiast zanurzyć się w mojej karcie i szybko spławić, on na patrzy i jeszcze podaje rękę? 

Pamiętam jak po kilku tygodniach podróży po Birmie, wylądowałam na Okęciu. W Birmie wszyscy się do ciebie uśmiechają, samemu też chodzi się tam z wielkim uśmiechem. Jakoś tak mi ten uśmiech został do Polski, na lotnisku nadal się uśmiechałam. A tu ściana dookoła. Zupełnie jakby mój uśmiech nie wynikał z życzliwości czy radości, a był wynikiem wypadku, w którym udział brała spadająca mi prosto na głowę cegła, albo – co gorsza – tajemniczy, dalekowschodni wirus. 

Wczoraj obejrzałam piękny film „Hanami - Kwiat Wiśni” w reżyserii Doris Dorri. Opowieść o starym małżeństwie, które przez całe życie łączyła wielka miłość, która przekroczyła barierę śmierci. Jest taka scena w tym filmie: śmiertelnie chory mąż, który nie wie o swojej chorobie budzi się obok żony, która poświęciła mu całe życie, nieco kosztem siebie. Mężczyzna chce obudzić żonę, ale ta się nie rusza. Nieoczekiwanie, w nocy, po cichu przeszła na drugą stronę. Nagle, bez uprzedzenia, bez znieczulenia.

„Gdybym wiedział, że to się stanie tak nagle, byłbym dla niej milszy” – mówi Rudi, bohater filmu. I zaczyna długą podróż, w dosłownym i przenośnym słowa znaczeniu, aby dopiero teraz poznać naprawdę swoją żonę. Po drodze, w Tokio, odwiedza syna. Syna, który pracuje wieczorami i w weekendy, do domu zaś wraca, żeby się szybko przespać przed kolejnym dniem pracy. Nie wszyscy w tym filmie odzyskują siebie, ale jeżeli są filmy, które zmieniają człowieka, to ten na pewno.



Powinien go obejrzeć każdy, kto nie ma czasu, żeby się uśmiechnąć, żeby podać rękę i powiedzieć obcemu dzień dobry. Powinien go obejrzeć każdy, kto czasami na tyle traci poczucie rzeczywistości, że zwykły gest życzliwości wydaje mu się czymś podejrzanym. Bo pewnego dnia może zdarzyć się nam coś takiego, jak w tym dowcipie rysunkowym: Na katafalku leży mąż, dookoła zmarłego palą się świece. Na krzesełku obok siedzi żona i mówi: to nasz pierwszy od wielu lat wieczór przy świecach.

Dla wszystkich - trochę uśmiechów z moich podróży. 

Komentarzy: 4
Cola z cukrem, czyli wodne opowieści

Do wody mam wstręt od dzieciństwa. Nie, żebym nie lubiła się myć, ale taka większa woda trochę mnie już stresuje.

Zaczęło się, gdy miałam kilka lat i moja babcia ciągała mnie na basen przy Racławickiej we Wrocławiu. Moja babcia była kobietą niezwykłą. Już to, że wyszła za mąż za lwowskiego felczera, który udawał greckiego lotnika, czyniło z niej rodzinną bohaterkę.

Fantazji nie brakowało jej jednak do późnej starości, kiedy to zamiłowanie do fałszywych lotników zamieniła na pasję praktykowania jogi. Po, mniej więcej, 66 urodzinach, była w stanie zarzucić nogę za szyję, co też pewnego dnia uczyniła. Dlaczego jednak w wannie pełnej wody, i do tego zamknięta w łazience, tego nie wiedział nikt.

Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Moja Kochana, Cudowna Babcia, jak nogę za szyję wpasowała, tak zdjąć już jej nijak nie mogła. Po prostu się zaklinowała. Byłam wtedy dzieckiem i pamiętam tylko niektóre obrazki z tego wydarzenia. Tato z siekierą usiłujący wyważyć drzwi do łazienki, potem sceny dość żenujące i w końcu oswobodzenie babci – precla. I choć Babcia zarzuciła demolujące mieszkanie hobby, postanowiła obudzić we mnie miłość do sportów wodnych.

Jedna wanna to wszak za mało. Zabrała mnie więc na basen. Wcześniej, zakupiła dmuchane poduszeczki, które zamocowane na ramionkach, pomagają dzieciom unosić się na wodzie. Tajemnicą rodzinną do dziś pozostaje, dlaczego babcia, zamiast na ramiona właśnie, włożyła mi te poduszeczki nad stopki. I tak weszłam do basenu. Cudu jednak nie było i nie przeszłam się po tafli wody.... Doszło natomiast, jak w przypadku wanny i jogi, do scen żenujących.

Od tamtej pory, mój strach przed wodą jest jak najbardziej uzasadniony. Bez obawy jednak wzięłam udział w XX Spotkaniach z Piosenką Żeglarską i Muzyką Folk „Szanty we Wrocławiu”, bo tam o wodzie tylko śpiewają. Wypływać nigdzie nie każą, choć do tego wszelkimi sposobami zachęcają. Szant za wiele, co prawda, nie posłuchałam, bo na scenie zbyt często królowały panie, które łączyły poezję śpiewaną z wodewilem, ale były takie momenty, kiedy serce natychmiast rwało się do podróży. Żeglarskie pieśni zawsze pachną przygodą i morskim powietrzem, ale to przecież naturalne.

Ogromne wrażenie zrobił na mnie Barney McKenna z legendarnego zespołu The Dubliners, który, choć zaczął niedawno 70 lat i z trudem porusza się po scenie, śpiewa z pasją podobną do tej, z jaką moja Babcia uprawiała jogę. To mnie zastanowiło. Dlaczego niektórzy, mając dwadzieścia lat, są starzy, a inni, siedemdziesięcioletni, ciągle młodzi? Może niektórym po prostu szkoda czasu na starość? A może innym nie szkoda młodości? Ostatnio przeczytałam, że najlepszy wiek na rozkręcanie wielkiego interesu to 17 lat. Wtedy, mając lat 20 jest się już milionerem i można w nagrodę pracować nawet 12 godzin dziennie. No, ale nie o tym miało być....

Podczas „Szant we Wrocławiu” wybraliśmy się do klubu „Liverpool” posłuchać Orkiestry Samanta i Les Dieses. Zostałam wydelegowana do baru, w celu zakupu coca coli. Ponieważ mój „połowiec” (uwielbiam to określenie Igi Wszeborowskiej z redakcji „Zabytków) nie cierpi sztucznych słodzików, wyraźnie poprosiłam sympatycznego barmana o colę z cukrem. Zniknął ci ten młodzieniaszek gdzieś w głębi baru i wrócił po dobrych kilku minutach. Do szklanki wrzuciłam rurkę i pociągnęłam łyk zimnego napoju, a tam na dnie....najprawdziwszy cukier. Ze dwie łyżeczki! Barmanowi nawet oko nie drgnęło jak zamawiałam tę colę z cukrem! Myślę sobie, że taki chłopak za czterdzieści lat ciągle będzie młody. Życie płata naprawdę fajne niespodzianki!

Komentarzy: 6