Zaczęło się przedziwnie. Najpierw dotarły do mnie plotki, że pałac w Pieszycach nabyła para „obrzydliwie bogatych” Amerykanów. Ludzie opowiadali, że tajemnicze małżeństwo ma po prostu takie hobby.
Gdzie się nie pojawi, tam kupuje, a to zamek, a to dwór, a to pałac. Mimo że takie informacje zaintrygowałyby każdego, jakoś nigdy nie miałam czasu, żeby do Pieszyc się wybrać. Znałam co prawda tamtejszy pałac, wielki, barokowy obiekt, nazywany Wersalem Śląska. Nigdy jednak nie byłam w nim w środku. Przez lata stał zamknięty, opuszczony, smutny. Nie chciało mi się wierzyć, że ktoś, nawet najbogatszy będzie się „rzucał” na takiego zrujnowanego olbrzyma. Pieszyce naprawdę wymagały sporo pracy. Ale pewnego dnia góra przyszła do Mahome
Ciekawe, czy jest ktoś, kto choć przez chwilę nie chciałby mieszkać w pałacu. Przechadzać się po wielkich komnatach, otwierać szerokie skrzydła drzwi, które prowadzą prosto na słoneczny taras. Ja bym tak chciała. Odkąd zaczęłam pisać książki o tajemnicach Dolnego Śląska, zawsze marzyłam o własnym zameczku, dworku, pałacyku. Aż do momentu, kiedy zaczęłam poznawać właścicieli zabytków, a przy okazji „zabytkowe” kłopoty. Również wizyta w Pieszycach wiele mnie nauczyła. Stróż otworzył wielkie drzwi, a naprzeciw wyszedł pan Stanley Hayduke, Polak, który ponad 40 lat temu wyemigrował do Stanów i wraz z żoną Alicją mieszka na stałe w Las Vegas. Prowadzi tam firmę, która pozwala mu na takie inwestycje jak pałac w Pieszycach. Co prawda, wbrew plotkom, nie skupuje dla kaprysu zabytków, jednak w Pieszyce włożył sporo. I pieniędzy, i życia.
Różnie sobie można wyobrażać pana na pałacu. Niektórzy są zarozumiali, zbyt pewni siebie, choć poznałam i takich, którzy z własnym zabytkiem związali się jak mąż z żoną, na dobre i na złe. Często pozbawieni już pieniędzy, ku zgrozie konserwatorów, wstawiają w zabytkowe okna plastykowe ramy, łazienki wykładają PCV, a na pokojach ustawiają meble z IKEI.
Ale pan Stanley mnie zaskoczył. Co za niepoprawny romantyk! Najpierw jednak o wnętrzach. Czegoś takiego jeszcze nie widziałam! Setki malowideł, marmury, barwy tak intensywne, że nie wiadomo na czym skupić oczy. Detale pomalowane złotą farbką. Wśród nich łacińskie sentencje, portrety, w tym także pani Alicji Hauyduke. Czemu tak akurat? Ponieważ Stanley wymyślił sobie, że na świecie jest za wiele przemocy, że świat należy czynić lepszym, żyć w zgodzie z samym sobą i nikomu nie robić krzywdy. Dlatego na ścianach nie ma żadnych scen wojennych czy przedstawień strasznych wydarzeń. Domowy jabłecznik pan na pałacu zaserwował osobiście, podobnie kawę. Rozmawialiśmy o ezoteryce, tajemnicach podświadomości i o tym jak osiągnąć wewnętrzny spokój. Niewiele o pieniądzach, wiele o marzeniach. I o kłopotach, jakie wiążą się z pracą w takim olbrzymie.
Nie wiadomo, ile jeszcze potrwa remont pałacu. Ten wielki, barokowy zabytek ma 3 tysiące metrów kwadratowych powierzchni. Apartament pana Stanleya jest w sumie niewielki (choć pewnie zmieściłoby się w nim kilka kawalerek), choć łazienka została ozdobiona w sposób tak pełen przepychu, że nie przez pierwszą chwilę trudno było mi odnaleźć drogę w tym gąszczu detali. Sam pałac ma ponad 60 pokoi.
Kto ma ochotę, może część wnętrz obejrzeć w galerii na stronie pałacu zamekpieszycki.pl, a te, które pokazuję dzisiaj zrobił Krzysztof Góralski, fotograf, który robi zdjęcia do wszystkich moich książek. Pan Hayduke, chce, żeby malowidła na ścianach uczyły młodzież łagodności, żeby sprawiały, że wszyscy którzy je oglądają coś w sobie są stanie zmienić. Nie wiem, czy mu się uda. Ale spodobał mi się ten pomysł, tak różny od pomysłów urządzania luksusowych spa w starych zamkach. Polubiłam właściciela Pieszyc. Polubiłam jego pomysł. Sama jestem niepoprawną romantyczką, choć staram się stać mocno na ziemi. Lubię bywać w pałacach, choć wiem już jaką pracą u podstaw jest przywracanie ich do świetności.
Właśnie kończę kolejną książkę. Będzie rozszerzoną o wiele obiektów wersją książki „Tajemnice, zamki, podziemia. Przewodnik, jakiego nie było”. Może jeszcze przed jej drukiem uda mi się od Was dowiedzieć, które zamki i pałace na Dolnym Śląsku lubicie najbardziej? Co myślicie o ich właścicielach?



Kilka dni temu musiałam odwiedzić centrum handlowe „Magnolia” w moim rodzinnym Wrocławiu, gdzie naiwnie zamierzałam odnaleźć pocztę, albo chociaż jakiś miniaturowy punkt, punkcik chociaż, pocztowy, w którym mogłabym nadać list. Okazało się, że w wielkim centrum poczty nikt nie potrzebuje, więc wzorem wszystkich, których pochłaniają takie centra, przy okazji kupiłam niezaplanowany miód, chrzan i jeszcze zajrzałam do Empiku.
Tak mnie ten ochroniarz wystraszył, że zamiast spokojnie poprzeglądać periodyki, pokręciłam się niepewnie wokół półek, udałam zainteresowaną tygodnikiem z programem telewizyjnym i nawet chciałam coś kupić, żeby ochroniarz sobie nie pomyślał, że przyszłam nie wiadomo po co – a to właściwie wiadomo po co. Następnie spokojnym krokiem zaczęłam powoli opuszczać Empik uśmiechając się do pana z ochrony. A ten grzecznie powiedział „do widzenia” i nawet się za mną nie obejrzał.
było trudno. No bo dlaczego, zamiast zanurzyć się w mojej karcie i szybko spławić, on na patrzy i jeszcze podaje rękę?
barierę śmierci. Jest taka scena w tym filmie: śmiertelnie chory mąż, który nie wie o swojej chorobie budzi się obok żony, która poświęciła mu całe życie, nieco kosztem siebie. Mężczyzna chce obudzić żonę, ale ta się nie rusza. Nieoczekiwanie, w nocy, po cichu przeszła na drugą stronę. Nagle, bez uprzedzenia, bez znieczulenia.
Powinien go obejrzeć każdy, kto nie ma czasu, żeby się uśmiechnąć, żeby podać rękę i powiedzieć obcemu dzień dobry. Powinien go obejrzeć każdy, kto czasami na tyle traci poczucie rzeczywistości, że zwykły gest życzliwości wydaje mu się czymś podejrzanym. Bo pewnego dnia może zdarzyć się nam coś takiego, jak w tym dowcipie rysunkowym: Na katafalku leży mąż, dookoła zmarłego palą się świece. Na krzesełku obok siedzi żona i mówi: to nasz pierwszy od wielu lat wieczór przy świecach.