iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Jak Świdnica staje się miastem magicznym

Od pewnego czasu obawiam się, że chociaż mieszkam i urodziłam się we Wrocławiu, to jestem Świdniczanką. W Świdnicy podoba mi się wszystko.

Rynek, katedra, Kościół Pokoju, to, że rycerze tracili tu głowy – w dosłownym tego słowa znaczeniu – w sposób widowiskowy i romantyczny. Podoba mi, że w Świdnicy mieszkał Manfred von Richthofen, słynny lotnik a także Marysia Kunicka, wielka pani astronom z XVII wieku. Ta światła kobieta, żeby uprawiać swoje pasje, musiała przebierać się za mężczyznę. Spotkała ją zasłużona nagroda; dzisiaj jeden z kraterów na Wenus nosi jej imię.

W Świdnicy podobają mi się więc ludzie, nie tylko ci z przeszłości, ale i ci mieszkający tu współcześnie. Szczególnie podobają mi się gospodarze miasta, bo widać, jak pod ich ręką od pewnego czasu Świdnica się zmienia. I staje się naprawdę niezwykła. Prezydent miasta ma chyba rację, że iluminacja Świdnicy jest prawie taka piękna, jak ta w Hong Kongu. I rzeczywiście, wieczorem oświetlone kamienice zamieniają się – nawet latem  - w scenografię do „Opowieści Wigilijnej”.

Najbardziej podoba mi się jednak, jak reagują ludzie, którzy do Świdnicy przyjechali po raz pierwszy. Właśnie wróciłam ze spotkania, w którym brali udział dziennikarze z całej Polski. Władze Świdnicy chciały nas przekonać do projektu rekonstrukcji historycznych. W ramach tego projektu, w jedenastu miastach odtworzone zostaną bitwy historyczne. Pierwsza z nich odbyła się już w sobotę w Raciborowicach po czeskiej stronie. Pachniało prochem, krwią i wojną. Pachniało również perfumami, bo żołnierze odtwarzali rok 1866, więc na pole bitwy zjechała piękna księżna, która oglądała przebieg walk z powodu zaprzężonego w równie piękne, czarne konie. Oj, działo się....

Najbliższa rekonstrukcja odbędzie się 29 maja w Nachodzie, również w Czechach, a kolejna już 6-7 czerwca w Świdnicy właśnie. I będzie to coś absolutnie wyjątkowego, wymyślono bowiem, aby podczas tych dwóch dni przemieszały się różne epoki. O 14.00 walczyć będą rycerze z XIII wieku, później rycerstwo z XVI wieku, na sam koniec żołnierze wieku XVIII. Zresztą co się będę rozpisywać, jeśli jesteście miłośnikami takich imprez, wszystko znajdziecie tutaj: http://www.zeroborder.info

Pomiędzy nimi wystąpi jedna z moich ulubionych Drużyna Wojów Piastowskich Jantar, którą mile wspominam, choć o mało przez nich nie straciłam pracy. Kiedy jeszcze pracowałam w „Słowie Polskim”, drużyna ta zjechała do Wrocławia, weszła w pełnym uzbrojeniu do redakcji i zaczęła śpiewać pieśni.

Moja szefowa, kobieta w trampkach w kwiatki, bardzo się tym zdenerwowała, również nasz portier za bardzo nie wiedział, jak się zachować. Na szczęście odśpiewali trzy kawałki i pojechali do domu. Ale sentyment do rycerstwa pozostał wielki. Mam wrażenie, że w mojej szefowej także...

Ale nie o lubieniu rycerstwa miało być, a o lubieniu Świdnicy. Przyjechali więc ci nasi redaktorzy i najpierw wzięliśmy ich (piszę w takiej formie, bo chyba jednak jestem Świdniczanką) do katedry. I patrzyłam jak otwierali szeroko nie tylko oczy, ale i usta, patrzyłam jakie wrażenie robi na nich to miejsce. A kiedy proboszcz, ksiądz prałat Jan Bagiński, zaczął opowiadać o historii kościoła, to nawet zatwardziali ateiści chcieli tu zostać jak najdłużej.

Koniecznie, ale koniecznie, odwiedzając Świdnicę, wejdźcie do tej świątyni. I zwróćcie uwagę na pewien szczegół. Na płaskorzeźbie przedstawiającej Ostatnią Wieczerzę widać pod stołem ....kotka. Ale jaki to kotek... Nie, nie będę Wam o tym szczegółowo opowiadać, pojedźcie i zobaczcie sami.

Ten kościół ma zresztą najwyższą wieżę na Śląsku, więc również warto się na nią wdrapać. Niegdyś wieża świdnicka plasowała się na czwartym miejscu wież polskich, ale powstało sanktuarium w Licheniu i spadliśmy na piątą, ale ciągle zaszczytną pozycję.

Po wizycie w Katedrze dziennikarze powędrowali do ewangelickiego Kościoła Pokoju. I znowu to samo. Te same otwarte szeroko oczy, cisza dzwoniąca w uszach, bo coś takiego, tyle piękna, widuje się naprawdę rzadko. Kościół Pokoju, zbudowany z nietrwałych materiałów na mocy Pokoju Westfalskiego, nie miał przypominać świątyni. Nie mógł mieć wieży ani dzwonu. W zamierzeniu Habsburgów, którzy łaskawie zgodzili się na budowę trzech takich świątyń, miały one powstać tylko na chwilę. Dlatego protestanci wszystko nadrobili wewnątrz.

Ksiądz Waldemar Pytel proboszcz Parafii Ewangelicko – Augsburskiej w Świdnicy długo opowiadał o tym miejscu. I kazał nam patrzeć na strop. Na nim zaś fruwają anioły. Setki aniołów. Bożena Pytel, żona proboszcza, usiłowała policzyć i sfotografować te wszystkie postaci. I wyszło jej, że w Kościele Pokoju mieszka... 900 aniołów. Wyobrażacie to sobie?  900 aniołów! W wielkiej, drewnianej, wielobarwnej hali, w której może się zmieścić 7500 osób.

Tak sobie pomyślałam nawet, że tak jak chiropterolodzy zimą liczą po jaskiniach nietoperze, tak może trzeba by było robić w Świdnicy Wiosenne Liczenia Aniołów.  Bo nad tym miastem anioły na pewno czuwają i musi to przyznać każdy, nawet o najbardziej materialistycznym światopoglądzie.
A patrząc prozaicznie, to i mieszkania w Świdnicy tańsze niż we Wrocławiu.

Komentarzy: 4
Co ma Twierdza Modlin do Dolnego Śląska?

Ano sporo ma. Podczas rejsu z Żeglugą Śródwiślaną zatrzymaliśmy się właśnie w Twierdzy Modlin.

Trzeba przyznać, robią te wielkie gmaszyska wrażenie, zarówno od strony wody, jak i wtedy, gdy wędruje się pomiędzy starymi murami. Z wieży cytadeli widać ruiny spichlerza, który grał zamek Horeszków. Tutaj też powstawali „CK Dezerterzy” oraz „Anna Karenina”.

Choć twierdza Modlin ma absolutny związek z wojną, oprócz żołnierzy, polubili ją również filmowcy. Ale czy można się im dziwić?! To po prostu niezwykły zakątek. Ja wspominam go szczególnie miło, jako, że tam właśnie uczestniczyłam z jednym z moich pierwszych zlotów poszukiwaczy skarbów, nazywanych fachowo Międzynarodowymi Zlotami Miłośników Eksploracji. Naprawdę jednak twierdzę zwiedziłam dopiero teraz. Wycieczka rowerowa wzdłuż koszar, które ciągną się przez – uwaga! – dwa i pół kilometra to jest coś! Po wizycie w Twierdzy dzwoni mi jednak w uszach cały czas jedna informacja, którą przekazała nam pani przewodnik.


- Twierdza wymaga inwestora, byli tu Amerykanie, chcieli zrobić w twierdzy kompleks hotelowo – rozrywkowy. Ale na przeszkodzie stanęło polskie prawo. W Twierdzy miało znajdować się – między innymi – kasyno. Ale kasyna nie mogą działać w miejscowościach, w których mieszka poniżej....
I tu padła jakaś liczba, której niestety nie pamiętam.


Najpierw zapałałam świętym gniewem. Jakże to, jest inwestor, chce coś zrobić, wszyscy dookoła czekają na cud, a tu coś takiego! To trzeba zmienić prawo! Logiczne, prawda? Potem przyszła refleksja; czy taki zabytek jest rzeczywiście dobrym miejscem na centrum rozrywki. Może rzeczywiście niekoniecznie...ale...

Od lat obserwuję to co dzieje się w Kamieńcu Ząbkowickim na Dolnym Śląsku. Stoi tam wspaniały pałac, dzieło Karla Schinkla, wzniesiony dla niderlandzkiej królewny Marianny Orańskiej. Marianna do łatwych kobiet nie należała, wiedziała czego chce i od kogo i konsekwentnie kroczyła przez życie. Jej zawdzięczamy m.in. schronisko na Śnieżniku, od jej imienia wzięły swoją nazwę niektóre marmury, np. Biała Marianna. Zniechęcona nieudanym małżeństwem z gburowatym Prusakiem, wdała się w romans ze swoim koniuszym i nie zawahała się przed urodzeniem mu dziecka.

Pałac w Kamieńcu, którego budowę zaczęła, to absolutne cudo. Nie każdemu musi się oczywiście podobać, ale te tarasy, fontanny, wieże, zdobienia – w stajniach były np. kryształowe lustra – wspaniałe budowle parkowe, to wszystko przyciągało już przed II wojną światową tysiące turystów. Choć pałac podpalili w 1945 roku Rosjanie, wcześniej oczywiście wyczyściwszy go ze wszystkich dzieł sztuki, nawet surowe mury muszą dzisiaj zrobić wielkie wrażenie na każdym, kto tu przyjeżdża. Tyle, że przyszłość pałacu w Kamieńcu Ząbkowickim ciągle jest nieznana.

Zabytek dzierżawi od wielu lat Włodzimierz Sobiech, który temu miejscu poświęcił całe życie. W dosłownym tego słowa znaczeniu. Tyle, że choć zainwestował w pałac sporo pieniędzy, nie udało mu przywrócić mu stanu, który mógłby – delikatnie mówiąc – cieszyć oko.

Spędziłam w okolicach Kamieńca Ząbkowickiego jeden z ostatnich weekendów. W pobliskim Złotym Stoku hula jak złoto turystyczna trasa w dawnej kopalni złota, po drugiej stronie granicy, na zamku w Jaworniku pojawiają się setki polskich turystów, w Kamieńcu zaś ciągle trochę smutno. Co prawda przy kościele działa ciekawe muzeum, ale to nie wystarczy.
Właściciel gospodarstwa agroturystycznego, w którym nocowaliśmy, powiedział wprost: albo w tę, albo w tę. Dla takich jak my, najgorsze jest zawieszenie. Dzierżawca Kamieńca ciągle walczy z gminą, a gmina z nim. Takie sprawy trzeba szybko rozwiązywać. Inaczej tracimy na tym wszyscy. W tym wypadku najbardziej traci turystyka w rejonie. Nawet zjeść dobrze nie ma tu gdzie. A i ze spaniem są kłopoty.

W Modlinie turystów wita restauracja Brama Ostrołęcka. Ulokowana w starych murach restauracja ma surowy, choć niepowtarzalny klimat. To, że w każdej chwili można się napić, chociażby wody mineralnej (nie mówię już oczywiście o jedzeniu, bardzo smacznym zresztą) wiele robi dla całej twierdzy. W Kamieńcu Ząbkowickim, jednym z najbardziej urokliwych zakątków Dolnego Śląska, trudno o takie miejsce. Można co prawda zjeść ciastko w kawiarni w zamku, ale trochę tam jakoś tak ponuro. Choć uwielbiam ten zamek, cenię sobie jego dzierżawcę, ze smutkiem patrzę na tzw. „całokształt”. I choć lubię samotne ruiny, romantyzm zwiedzania bez tłumu, zakątki ciągle nieodkryte, nie po to ciągle toczą się setki debat na temat zabytków, żeby czekać aż taki Kamieniec czy Modlin zaczną chylić się ku ziemi. Wiem, wiem, to wszystko nie takie proste. Ale jest kryzys. A takie zabytki mogą dać pracę naprawdę wielu ludziom.

Tak mi się marzy, że kiedy w tamten rejon pojedzie turysta, odwiedzi nasze prawdziwe, dolnośląskie cuda: krzywą wieżę w Ząbkowicach Śląskich. Potem zajrzy do ruin zamku, albo nawet do laboratorium Frankensteina. Atrakcja to kontrowersyjna, ale dzieci – nie wiedzieć czemu – lubią to miejsce. Przed wojną Ząbkowice Śląskie nazywały się Frankensteinem. Jerzy Organiściak, tamtejszy regionalista wysnuł tezę, że słynna powieść „Frankenstein” mogła zostać zainspirowana wydarzeniami, które niegdyś rozegrały się w mieście.... Z Ząbkowic nasz turysta może wyskoczyć do Twierdzy w Srebrnej Górze. Potem romantyczny wieczór w Kamieńcu, a jak starczy czasu to budzące dreszcz zwiedzanie podziemi Złotego Stoku. I chciałabym, żeby w każdym z tych miejsc miał niezapomniane wspomnienia.

I tak się zastanawiam, czy ja miałabym takie, gdyby w Twierdzy Modlin było kasyno... Na szczęście są mądrzejsi, którzy muszą się z takimi tematami uporać. Tylko niech w końcu zaczną.

Komentarzy: 6
Żegluga Wiślana, czyli jak Łukasz rzekę zniewolił

Są tacy ludzie, którym same pieniądze nie wystarczą. Mają jeszcze marzenia i fantazję. Z takim właśnie człowiekiem spędziliśmy ostatnie kilka dni. I jakie to były dni!

Zupełnie jak wakacje na krańcach świata. Słoneczne, dziecięco radosne, pachnące winem i najprawdziwszą przygodą. Nigdy bym nie pomyślała, że tak może wyglądać rejs po Wiśle.

Żeglugę Wiślaną odkryliśmy niedawno. Na ich stronie internetowej znajduje się wielkie hasło: odkryj ostatnią dziką rzekę w Europie! Odkryj ją na jachtach motorowych! Też mi coś – pomyślałam – jaka z tej Wisły dzika rzeka? Pewnie do tego jeszcze jakieś rozklekotane łódki...


Kolejni przyjaciele, co prawda zachwyceni możliwością bezkarnego degustowania na łódce, nie zawsze kwapili się do rejsu. Niektórzy narzekali, że mają kłopoty z korzonkami, początki grypy, lęk przed falami, więc rejs nie dla nich. Ale stało się. Kilka dni temu, w sporej grupie stawiliśmy się w Warszawie, żeby rano wyruszyć na podbój Wisły.


Żeby była jasność, do Warszawy jeździmy tylko wtedy, kiedy absolutnie nie ma już innego wyjścia. Na ogół więc to podróże na lotnisko, albo po jakąś wizę. Droga z Wrocławia do Warszawy, która w normalnym kraju zajęłaby ze dwie i pół godziny, w naszym rozkopanym kraju bez autostrad zabiera ponad pięć godzin. Jest to, w każdym tego słowa znaczeniu, droga przez mękę.

Męczy się więc tak człowiek i nie wie do tego, co go czeka na końcu drogi. A na końcu niespodzianka. Zamiast rozklekotanych łódek, śliczne jachciki, ocieplane dla tych z chorymi korzonkami, zaopatrzone w lodówki dla tych, którzy muszą natychmiast chłodzić, do tego toalety – wiadomo dlaczego. Każdy jachcik ma siedem miejsc do spania, na dachu zamocowane są rowery. A wszystko to wymyślił biznesmen – romantyk, Łukasz Krajewski.

Łukasz, właściciel i szef Żeglugi Wiślanej żyje z handlu oponami. Dla romantyka to chyba za mało. Wpadł więc na pomysł, że będzie komu się da pokazywał Wisłę. Bo – jego zdaniem – nie ma piękniejszej rzeki na świecie. W zależności od poziomu romantyzmu pasażerów, pokazuje więc różne odcinki królowej polskich rzek, kochając najbardziej chyba Pętlę Żuław. My, przepłynęliśmy tylko kawałek za Warszawę, ale i tak zrobiło to wrażenie.



Jakaś ładna ta Warszawa z wody. Taka malownicza nawet. Spokojna, sympatyczna. W wieczornym słońcu prezentuje się naprawdę ślicznie. Poza tym, to dziwne uczucie. Płynąć pod Zamkiem Królewskim. Zaglądać pod brzuszki samochodów prujących mostami.

Wisła w tej chwili nie ma zbyt wysokiego poziomu wody, więc miejscami musieliśmy pchać nasze jachciki. I tu się okazało, kto najdzielniejszy! Pierwsza do wody skoczyła kobieta, i aczkolwiek subtelna i puch marny, jak się zaparła....to poszło! I wtedy okazało się, że ta niby leniwa Wisła, naprawdę potrafi być dzika. I nieprzewidywalna.

Bo choć jachcik ruszył, to nasza dzielna „pchaczka” skąpała się w całym, eleganckim zresztą, ubraniu. W ogóle te łódki tak nas wszystkich zbliżyły, że w kilkadziesiąt godzin zawiązały się niemal przyjaźnie.

A damy z jedynego jachtu, na którym były tylko kobiety (generalnie piratki same) już planują kolejną podróż. Niektóre nie znały się wczoraj, dzisiaj rano opowiedziały sobie całe życie. Przymus przebywania z tymi samymi osobami, w tym samym miejscu, bez możliwości wyjścia, rodzi naprawdę ciekawe sytuacje. Nawet jeśli Wisła to nie Atlantyk, a Żegluga Wiślana to nie Queen Mary.

Dla mnie najpiękniejszym momentem rejsu był wieczór pod spichlerzem w Twierdzy Modlin. Jak on cudnie wygląda od strony wody! To dokładnie to miejsce, które „udawało” zamek Horeszków w ekranizacji „Pana Tadeusza”. To dokładnie to samo miejsce, które zagrało w najczarniejszych scenach w „Oficerach”.

Fajne uczucie, siedzi się na pokładzie, w ręku szklanka zimnego (mamy wszak lodówkę) wina i do tego totalna błogość. I niech mi ktoś powie, że małe rzeczy nie cieszą! Teraz Łukasz wymyślił, że jego prywatna żegluga będzie regularnie już kursować po Wiśle.

Można wsiąść w dowolnym miejscu rzeki, płynąć i zwiedzać po drodze. Jeśli na łódce zbierze się komplet, kosztuje to z benzyną i noclegiem 100 złotych na dobę na jedną osobę. Ja, przez te trzy dni, przeżywałam więcej niż przez tydzień na tunezyjskiej plaży (niestety byłam też tam). A cena porównywalna. Ale przygody, emocji, nocnych rozmów nad wodą nie da się wycenić.

Komentarzy: 10