iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Boję się latać, czyli kolejny Airbus miał kłopoty

Boję się latać. Kiedyś się tak nie bałam. Nasi dziadkowie i rodzice, nie bali się w ogóle, bo podróż samolotem była czymś niezwykłym, romantycznym i wyjątkowym.

Kiedy byłam dzieckiem, moja Mama wysłała swoją Mamę czyli moją Babcię na wczasy do Bułgarii. Samolotem. Nikt w ogóle nie myślał o tym, że może się coś stać. Cała rodzina w podnieceniu czekała na relacje Babci z tej podniebnej wycieczki. I Babcia, powróciwszy z wywczasów (pamiętam popłakującą Mamę, bo Babcia za mało się opaliła w tej Bułgarii jak na PRLowskie oczekiwania) przywiozła nam kawałek nieba. Były to plastikowe sztućce z samolotu, korytko na jedzenie i jednorazową, wciąż zapakowaną chusteczkę. O kurcze, to miało zapach Wielkiego Świata. Zapach Bułgarii!
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że ćwierć życia będzie mi upływać w samolotach, i że to ćwierć życia będzie mnie regularnie przyprawiać o dreszcze niepokoju.

Boję się latać. Zaczęłam się bać wtedy, gdy żądne sensacji pismaki (sama jestem pismakiem, ale nie tak żądnym) zaczęły robić z każdej turbulencji lotniczą katastrofę. Katastrofy się zdarzają, codziennie tysiące ludzi giną w wypadkach samochodowych. Wystarczy moment i po człowieku zostanie wspomnienie i puste wieszaki w szafie. Zdarzają się też katastrofy samolotowe i pewnie będą się zdarzać częściej, bo i samolotów z każdym rokiem jest więcej.

Nie jestem jednak w stanie tolerować wielkich tytułów: „Kolejne kłopoty Airbusa” z wyjaśnieniem maczkiem, że były gwałtowne turbulencje i na pokładzie było przez to nieco groźnie. Albo jeszcze lepiej „Czarna seria Airbusa”, po jednej koszmarnej tragedii, coś wydarzyło się w innej maszynie, choć na szczęście nic nikomu się nie stało. Akurat kilka dni temu leciałam Airbusem. Z pechowego Madrytu, do którego tydzień wcześniej zawrócono dwa samoloty, bo miały kłopoty z nawigacją. Leciałam krótko, do Zurichu, ale te półtorej godziny to było najdłuższe półtorej godziny w moim życiu. Jak w kawale o operze. Co to jest opera? To coś takiego, gdzie idziesz na godzinę, a po dwóch wydaje ci się, że minęło sześć.

Do samolotu wsiadam kilka razy w miesiącu. I za każdym razem czuję, że to nie dla mnie. Przy turbulencjach zaciągam różne zobowiązania przed Panem Bogiem, o których zapominam, gdy jestem już na ziemi. Gdy siedzę przy oknie, uważnie obserwuję skrzydła, boję się latać z Polakami, bo niezwykle często lubią rozmawiać na pokładzie o katastrofach. Nawet ostatnio, kiedy leciałam z Wrocławia do Warszawy, dwóch elegancko ubranych biznesmenów z laptopami wymieniało się informacjami o innym locie, kiedy to przestał podobno działać jeden silnik. Ale – nie oszukujmy się – latanie jest cudowne. Kiedyś, lecąc do Stanów, obudziłam się nad Grenlandią. Co za widok! Te góry, ta surowość krajobrazu. A lot nad Alpami? Dubaj z lotu ptaka? Zagubione wyspy?

Ja zamierzam dalej latać. Bez względu na wszystko pocieszam się tym, że samolot jest jednak bezpiecznym środkiem transportu. Co ma być to będzie, prawda? Lepiej się ciągle bać i czekać na najgorsze, czy żyć pełnią życia, a kiedy stanie się najgorsze, po prostu.... no tu trochę trudno dokończyć zdanie....

Ciekawa jestem jak Wy radzicie sobie z lękiem przed lataniem?
A najdziwniejsze z tego wszystkiego jest to, że kiedy po czterech lotach w ciagu jednego dnia (w tym słynnym Airbusem) wracałam samochodem do Wrocławia, jakiś idiota wyskoczył na zakręcie i zaczął wyprzedzać. Prosto na mnie. Nawet nie zdążyłam się wystraszyć. Pewnie, nawet nie zdążyłabym poczuć. I niech ktoś powie, że samochód jest lepszy niż samolot. Choć trzeba przyznać ma małą przewagę. Niemal zawsze trzyma się ziemi.

Komentarzy: 12
Dubaj molami stoi, czyli co Arabka ma pod sukienką

W Emiratach Arabskich ciągle obowiązuje prawo, według którego mężczyzna, gdy chce się rozwieść, po prostu trzy razy oświadcza to żonie.

Po trzykrotnym poinformowaniu może jeszcze tego samego dnia, po południu, ożenić się podobnie. Jeśli natomiast żona zażąda rozwodu, będzie mogła wejść w nowy związek dopiero po trzech miesiącach. Dziwny kraj te Emiraty. I bynajmniej nie ze względu na te cudaczne obyczaje. To, że można mieć tam cztery żony, nikogo już nie szokuje, choć mieszkańcy Emiratów częściej skłaniają się już ku modelowi: jeden mąż – dwie żony, a najmłodsi zarzekają, że raczej pozostaną przy żonie jednej. Dziwny to dla mnie kraj, bo jeszcze nigdy w czasie żadnej podróży nie byłam w miejscu, w którym większość życia kobiety spędzają....myślicie, że w domu? Nie, nie, one spędzają czas w wielkich sklepach.

Dubaj mallami, czyli centrami handlowymi stoi. Dla uproszczenia będziemy je nazywać molami. W Dubaju moli jest pięćdziesiąt, ale każdego tygodnia powstają nowe. Mole to giganty, centrum z chińszczyzną ma ponad kilometr długości i kursuje po nim coś w rodzaju autobusiku (wewnątrz), żeby za dużo się nie nachodzić. W molach są nie tylko sklepy i to te najdroższe: Diory, Cacharele, Versace i inne takie. W molach muszą być jeszcze atrakcje. Tak więc szejkowie wymyślili sobie, że w jednym będzie tor narciarski z siecią sklepów, w których można kupić narty, deski i wszelkie zimowe akcesoria. Na zewnątrz więc ponad czterdzieści, a tu minus cztery. W innym molu są tańczące fontanny, a jeszcze w innym gigantyczne akwarium.

Do takich właśnie moli bogaci mieszkańcy Emiratów zabierają swoje żony. Podjeżdżają hummerami, lincolnami, jakimś nowym, kosmicznym modelem terenowej toyoty, lamborgini, alby maybachami. Damy wysiadające z tych aut, okutane od stóp do głów w czerń, z zasłoniętymi włosami i nierzadko twarzami, ochoczo więc wędrują za albo obok swojego „szejka” i z wielkim zainteresowaniem przyglądają się wszelkim nowinkom mody. To się tak po babsku zastanowiłam, po co? Skoro i tak wszystko mają poprzykrywane.
I co się okazało? W Emiratach Arabskich najlepiej na świecie schodzi luksusowa bielizna. W Emiratach Arabskich żaden fryzjer nie straci nigdy pracy, bo pod czernią pną się najbardziej wymyślne fryzury. Pod skromną czernią odbywa się jak najbardziej paryska rewia mody.  
Niby pozbawiona praw żona w Emiratach potrafi sobie całkiem nieźle radzić i to jak! Pewnie każdy się zastanawia jak to jest mieć cztery żony. Wytłumaczyła mi to dokładnie dziewczyna mieszkająca w Emiratach. Żony, nawet jeśli są cztery, bardzo dbają o swoje prawa. Nie ma tak, że jedna widzi męża raz na tydzień, a druga codziennie. Wszystkim muszą być obdzielane równo. Pod każdym względem. Jak któraś żona się kapnie, że mężuś odwiedzał inną poza programem, to jest niedobrze. Z drugiej jednak strony, jak mąż nie odwiedza żadnej w ogóle, albo robi to za rzadko, panie wzywają wtedy aż nazbyt często komputerowca, albo „hydraulika” i sprawy toczą się swoim rytmem. A żeby jeszcze było dziwniej – i to mnie już zaskoczyło absolutnie – mężowie, na ogół nie mieszkają z żonami i dziećmi, bo...muszą mieć święty spokój. Cóż, co kraj to obyczaj, i choć przedstawiono mi to wszystko w sporym uproszczeniu, to i tak połapać się w tym modelu trudno.


Najbardziej pokręcona wydał mi się jednak pomysł, że mieszkanka Emiratów wiele od życia nie potrzebuje, bo wszystko może sobie kupić. Weszłam w Dubaju do jakiejś galerii sztuki, patrzę na ceny: obraz z dywanika; 89 tysięcy (w przeliczeniu na nasze), waza srebrna wielkości kilkuletniego dziecka 319 tysięcy, szal z jedwabiu – 2 tysiące. Te żony stać na wszystko – wytłumaczyła mi znajoma – Co im więcej trzeba?
Oj, koleżanko – pomyślałam – Jest w życiu kilka rzeczy ważniejszych niż srebrna waza. Odwiedziłam w Dubaju trzy mole. Tak z ciekawości. W drugim byłam już nieszczęśliwa, ale nie ze względu na ceny. Jakoś tak... jakkolwiek to brzmi, czułam w tych sklepach wielką pustkę. I bez względu na dobre i na złe, zdecydowanie wolę, że mój „połowiec” mieszka ze mną w jednym domu. Choć srebrnej wazy nie mamy.

A na zdjęciu jednej z „przeciętnych” dubajskich moli. Jak ktoś lubi chodzić po sklepach, to będzie zachwycony.
 

Komentarzy: 6
Tydzień w Dubaju, czyli wyspy luksusu

46 stopni C, powietrze stojące w miejscu, luksusowe hotele i niezbyt normalne życie poza nimi. Jak już wiecie, zupełnie nieoczekiwanie znalazłam się w Dubaju.

Poleciałam tam litewskim samolotem, z litewskim pilotem, który cudownie mówił po polsku informując pasażerów, że „temperatura za burtą ma minus 55 stopni”. Temperatura za burtą! Wystąpienie pilota przyjęliśmy owacjami.

Nigdy nie myślałam o tym, żeby do Dubaju pojechać. Nie ciągną mnie jakoś wielkie miasta, choć Dubaj na zdjęciach wygląda rzeczywiście imponująco. Te wspaniałe budowle, drapacze chmur, sztuczne wyspy, na których stoją hotele i osiedla. Już pierwsze zetknięcie z miastem, czyli lotnisko, było sygnałem, że to rzeczywiście nieznany mi jeszcze świat. Stojące rzędami prywatne samoloty, najdroższe limuzyny świata podjeżdżające pod terminal, eleganckie taksówki – o takie nowiutkie taksówki ciężko w innych krajach arabskich.

Ale pierwszego dnia nie zobaczyłam jeszcze Dubaju. Od razu pojechaliśmy na... pustynię. Już na dniach Sun&Fun zamierza wozić polskich turystów do Emiratów Arabskich, w ramach promocji kierunku zostałam więc i ja zaproszona, żeby zobaczyć, w jakich warunkach będą odpoczywać rodacy.

I muszę przyznać, że to co zobaczyłam zrobiło na mnie wrażenie. Niecałe dwie godziny drogi od Dubaju, na całkowitym pustkowiu, pomiędzy Zatoką Perską a skałami zaczęły wyrastać luksusowe hotele. Całe wybrzeże przypomina jedną, wielką gigantyczną budowę, budują się sztuczne wyspy, jakieś przedziwne rogale, które będą wcinać się w wodę, na nich zaś powstaną nowe budynki. Coś niesamowitego. Jeśli jeszcze porównuję to z remontem w moim domu, który trwał rok – ale osobna historia -  skala przedsięwzięcia jest gigantyczna.

Pierwsze trzy dni spędziłam w hotelu Rotana Fujairah, tak naprawdę jednym z dwóch stojących w tym miejscu. Jednak patrząc na tempo prac, za chwilę skończą budować kolejne. Taka Rotana Fujairah to typowe, samowystarczalne miasteczko turystyczne. Ma kilka restauracji i dyskotek, dwa baseny, bar w wodzie, dostęp do plaży, spa, siłownię, pokoje do zabaw dla dzieci, sklepy i licho wie jeszcze co. Nie udało mi się wszystkiego zwiedzić. Przy opcji full board, czyli trzech posiłkach dziennie, komuś, kto tylko chce leniuchować, nic więcej nie trzeba.

Ceny dodatkowych atrakcji mogą jednak zaskoczyć: piwo ok. 35 zł w przeliczeniu na złotówki, sok 20, godzina korzystania z Internetu 18 zł. Ceny w „spożyczaku”, takim supersamie przypominającym naszego Lidla są znacznie niższe: woda mineralna to ok. złotówki, jakieś ciasteczka 3 zł. Tyle, że w spożywczaku piwa ani wina nie ma, bo w tym kraju alkoholu się nie pije. Jest dostępny jedynie w dobrych hotelach i restauracjach (butelka tańszego wina w pięciu gwiazdkach ok. 100 zł).


Po trzech dniach wywczasów ruszyliśmy na podbój Dubaju. I tu kolejne zaskoczenie. Jeszcze nigdy, nigdy nigdy, w czasie żadnej podróży nie czułam tego co w tym mieście. To takie połączenie strachu i fascynacji. Jakbym znalazła się w wirtualnym świecie. Wszystko wydaje się tu doskonałe. Budynki mają niekiedy fantastyczne kształty. baseny na szczytach drapaczy chmur miewają boczne ściany ze szkła, tak, że widać je z dołu. Ale... przestańmy zadzierać głowę i spójrzmy na dół.

Dubaj, podobnie jak cały kraj jest trudnym do okiełznania placem budowy. Wszędzie się buduje. Nie można nawet wyjść ot tak na spacer, bo dookoła dźwigi, materiały budowlane, groźne konstrukcje. To nie jest taka zwykła budowa. Wyobraźcie sobie, że nagle cała Warszawa zamienia się w budowę. Buduje się dopiero Pałac Kultury, centra handlowe, Aleje Jerozolimskie, dworzec, lotnisko. Tak właśnie jest w Dubaju. Ale... na tej wielkiej budowie stoi kilka wysp luksusu. Miejsc, po wejściu do których, wkracza się do zupełnie innego świata. Jaki jest ten świat? Trochę nie z mojej bajki. Świat wspaniałych dyskotek (wejście do takiej lepszej od 150 USD), świat pięciogwiazdkowych hoteli, w których pracuje tyle osób obsługi, że czasem trzeba trzymać się talerza podczas lunchu, bo chwila nieuwagi i już ktoś sprząta. Świat luksusowej sztuczności i klimatyzowanych limuzyn, w których jest też inny świat niż ten za oknem.

Przez cały pobyt w Dubaju spałam w Media Rotana – to hotel składający się z dwóch wież pomiędzy którymi znajduje się basen. Zaledwie 20 proc. mieszkańców Emiratów to jego rdzenna ludność, pozostali to emigranci, którzy przyjechali tu do pracy. W hotelach można spotkać wszystkich: Irańczyków, Pakistańczyków, Hindusów, Kenijczyków – poznałam chłopaka z Kenii, któremu mama dała na imię... Napoleon, przybyszów z Południowej Afryki, z Filipin, Wietnamu i oczywiście Polski. Ci emigranci tworzą kolejny, odrębny świat. Na pierwszy rzut oka, wygląda to tak, jakby byli tylko po to, żeby innym – czytaj mieszkańcom Emiratów i turystom, było dobrze. Usiłowałam z nimi rozmawiać, każdy chce zarobić i szybko wracać do siebie. Niektórzy żyją na totalnej granicy, wydają miesięcznie jedynie 100 dirhamów (to jakieś 90 zł) resztę wysyłając do domu. Dzięki nim i oczywiście ropie, Dubaj pnie się do góry.

Główna ulica miasta wygląda tak, jakby olbrzym ustawił po jej bokach gigantyczne, błyszczące zapałki. Drapacze chmur są cieniutkie, nowoczesne, stoją zadziwiające blisko siebie. Trudno oprzeć się myśli, co było gdyby jeden z nich zachwiał się w posadach. Efekt domina?

Dubaj jest miastem z kreskówki. Nie wygląda realnie, kiedy patrzy się na te cuda. Budynki mają rzeczywiście zadziwiające kształty, jednak nie ma tam dnia dzisiejszego, wszyscy patrzą w przyszłość. Na wielkiej budowie wiszą gigantyczne billboardy z prezentacjami budynków, które powstaną za chwilę. Najwyższy obiekt na świecie mieści się właśnie tu. To Burj Dubaj, który dziś ma już prawie 840 metrów. Dla porównania Pałac Kultury i Nauki w Warszawie to jakieś 230 metrów.

Tu też stoi luksusowy siedmiogwiazdkowy Burj Al. Arab, do którego, niestety, nie da się ot, tak wejść. Podobno być w Dubaju i nie zajrzeć do tych siedmiu gwiazdek, to tak jak być w Rzymie i nie widzieć papieża. Ja nie zobaczyłam. Zwiedzanie hotelu z lunchem kosztuje 175 USD. Jakoś pomyślałam sobie, że wolę mieszkać w takim hotelu niż go zwiedzać. Choć, jak ciągle powtarzam, to nie moja bajka. Chociaż mówią, że do luksusu człowiek przyzwyczaja się niezwykle szybko.

Pewnie bez zobaczenia Dubaju można żyć. Ale zobaczyć to wszystko warto. Dobrze widzieć jednak nie tylko luksusowe hotele. Ale o tym co zobaczyłam poza nimi, już w kolejnym odcinku. A także o tym co przeciętna mieszkanka Emiratów ma pod sukienką.

Ps. Do wszystkich, którzy wysłali zapytanie, czy mam zdjęcie Dody. Przykro mi, ale nie.

Komentarzy: 5
Doda w Dubaju, czyli plotki z życia basenowego

Przeszła obok mnie. Otarła się, o tak, na kilka centymetrów. Wzięła nawet tę samą sałatkę. Najprawdziwsza Doda, niegdyś Elektroda. Gdyby wszyscy od dwóch dni nie szeptali, że to Doda, a wokół baru, nie robiło się wielkie zamieszanie co pewien czas, w życiu był nie poznała, że to Królowa!

Ot, Dorotka taka, rano z podkrążonymi oczami, rzęsami wyciągniętymi jak stąd do wieczności, biustem zaś takim, że mógłby zabić – oczywiście gdyby oderwał się od właścicielki. I tylko te miniaturowe spodenki, obcasy wysokości wieży Eiffela i walizki koloru wszystkich landrynek dawały sygnał, że chodzi na nich KTOŚ.

Pierwszy raz zobaczyłam też, jak męczące musi być chodzenie bez przerwy na takich obcasach, bo chodząc Doda wywija zamaszyście lewą ręką, jakby chciała utrzymać równowagę. Uczciwie trzeba jednak przyznać, że wzbudza sensację, a większość pań (ale powiedzmy sobie prawdę, głownie tych wiekowo bardziej zaawansowanych) Dody nie lubi. Bo, cytuję: Doda, jest nikim.

Kim jest ta Doda?
Co to za Doda?

Fenomen Dody dotknął mnie zupełnie nieoczekiwanie, pod Dubajem, do którego również trafiłam bardzo nieoczekiwanie. Sun and Fun zaprosiło do Emiratów Arabskich właścicieli biur podróży, żeby pokazać im możliwości organizacji wypoczynku dla polskich grup. Zaprosiło i mnie, żebym się pomęczyła w pięciogwiazdkowych hotelach. I tam właśnie w hotelu Rotana Fujairah pojawiła się też Doda.

Towarzyszył jej niejaki Dominik (pewnie wtajemniczeni i wielbiciele wiedzą o kogo chodzi), za gwiazdą chodził wlókł się też niewielki oddział fanów i znajomych, których gwiazda akceptowała. Ofuknęła natomiast dziennikarkę, która grzecznie chciała jej zrobić zdjęcia i dziennikarka, do tej pory Dodę uwielbiająca, lubić ją przestała. Zaczęła nawet kombinować, jak tu szybko przesłać informację do kraju, żeby na Dodzie złej trochę zarobić. Nie udało się, bo ktoś sprytniejszy wysłał już informację do jakiegoś Pudelka czy innego Jamnika.

I choć Dody, mimo tych jej długich nóg, broniłam dzielnie, to kiedy tak fuknęła na moją koleżankę po fachu, to też lubić ją przestałam. Bo bycie gwiazdą – moim skromnym zdaniem - zobowiązuje. Zobowiązuje też do tego, żeby nad takim basenem, choć duchota i 45 stopni, używać słów raczej cenzuralnych. 

Z zakulisowych rozmów wynikało, że Dody lubić nie należy, bo przyleciała do Dubaju rejsówką z Wiednia, a nie jak zwykły człowiek, czarterem. Bo – jak powiedział jeden z oddziału do Dody dopuszczonego, gwiazda z Polakami latać nie lubi.

Ja tam się jej znowu nie dziwię, bo z latania różnymi czarterami mam różne doświadczenia. Najbardziej boję się czarterów z Tunezji, bo kiedyś podczas jednego z lotu, nagle usłyszałam z tyłu krzyk: prawy silnik się pali!!! Na co cały samolot w krzyk i histerię. Potem chwila ciszy i kolejny krzyk: Żartowałem! Pali się lewy silnik, ha, ha, ha! Zabić takiego to mało.

A jak Doda sobie przyleci rejsówką z Wiednia, to może nawet nie zrozumie, jak ktoś będzie krzyczał językami świata. Swoją drogą, niech żałuje, bo jeszcze takim wesołym samolotem, jak ten pierwszy polski czarter do Dubaju nie leciałam, a i chwila była historyczna, bo nasz samolot rozpoczął wielką akcję wysyłania Polaków na wywczas do Emiratów. Oj to się będzie działo!

Szczerze mówiąc nie wiem co z tą Dodą w moim życiu zrobić. Wiem, co zrobić, gdy są turbulencje, gdy ukradną paszport w Afryce, gdy stoi facet z maczetą i nie ma dobrych zamiarów. Ale tu nie wiem.  Bo z jednej strony mogłaby się czasem ta Doda uśmiechnąć, a z drugiej przecież też jej się należy trochę prywatności.

Z jednej strony, jak mówią wtajemniczeni, jej gwiazda długo nie poświeci, z drugiej zaś, nie widziałam jeszcze, żeby jakieś dziewczę wzbudzało tyle emocji.

Ale tak sobie jednak myślę, że jak powiem, że byłam z Dodą w Dubaju to zapunktuję. Jeszcze nie wiem co prawda gdzie....  Ale podobno ta Doda ma ładny głos, to może można jej te długie nogi wybaczyć. Ale braku uśmiechu nie. 

Komentarzy: 17
Polak w podróży, czyli oszczędzamy na wszystkim

Tę kartonową walizeczkę, wypchaną po brzegi kabanosami przypomniałam sobie zupełnie niedawno. Siedziałam na pięknej afrykańskiej plaży, zajadałam miejscowe specjały, a tu, zupełnie nieoczekiwanie, pojawił się rodak, prosto z Ojczyzny, z plastikową torbą pełną „Grześków”.

- Nie masz ochoty na owoce morza? Pychota. Albo na świeży sok? – wykazałam się gościnnością.

- Nie, nie, nie! – wykonał gest, który przypominał rozpacz głównej postaci z „Rozstrzelania jeńców madryckich” Goyi. – Na tym wszystkim są zarazki! Nawet nie wiesz, co robisz ze swoim życiem!

- No, nie jest dobrze – pomyślałam. Przetransportowanie mnie żywej do Polski już będzie kosztowne, a przetransportowanie mnie w formie martwej to już na pewno finansowo pogrąży rodzinę.  Ale niech tam, przecież nie będę wcinać „Grześków” z Polski. Idę na całość. Ryzykuję.

Usłużny rodak chciał mi nawet użyczyć chusteczki nasączonej czymś takim specjalnym, co by natychmiast zabiło każdego mikroskopijnego wroga na moich rękach, ale jakoś podziękowałam. Świat stworzony jest dla bohaterów. Trochę mnie tylko zadziwiło wieczorem, że już w hotelu, Rodak jadł wszystko i nie brzydził się nawet sokiem, który – co jest ogólnie znaną tajemnicą – został zrobiony dokładnie na tej samej wodzie, co ten, na plaży.  To, co zobaczyłam, nie zrobiło może ze mnie filozofa, ale kazało mi się zamyślić nad wszystkimi podróżami mego życia. I wtedy przypomniałam sobie tę walizeczkę.

Dobre lata temu, jechałam autobusem do Jordanii. Autobus nie był ładny, bo i wycieczka była z tych najtańszych. Taka objazdówka, którą dostałam w nagrodę za coś, czego kompletnie nie pamiętam. I jechał z nami taki samotny turysta, zasuszony sześćdziesięciolatek z tekturową walizeczką. Ubrany był – mam to do dziś przed oczami – w czarny garnitur, czarne buty, a jedynym bagażem była ta walizeczka. Codziennie wydzielał sobie po kilka kabanosów, od czasu do czasu jadł krówkę z Polski, a kiedy się dało, wyjadał resztki po innych.

Nie krył, że robi to z oszczędności, bo gdyby jadł w podróży normalnie, najwyżej byłoby go stać na wyjazd z Warszawy na Jelonki. Przynajmniej tak uważał. Moim zdaniem, jedząc w miejscowych knajpkach by zaoszczędził, ale dyskutować nie będziemy. No ale ten Rodak afrykański to już zupełnie co innego, jego było akurat stać....

Jedzenie to w ogóle ciekawa sprawa. Kiedyś, podczas podróży do Indii, poznałam parę lekarzy. Jedli tylko czysty ryż i zapijali whisky. Whisky pili, bynajmniej, nie dla przyjemności, a celach dezynfekcji. Po powrocie okazało się, że złapali dur brzuszny. Nigdy nigdzie nie miałam takich kłopotów, ale oto w Kalkucie poszłam do najbardziej eleganckiej restauracji przeznaczonej dla najbogatszych Hindusów.

Po tygodniu 8 kilogramów w dół, odwodnienie i totalne osłabienie. Nie dobiły mnie placki smażone na ulicy, załatwiły luksusy. Z jedzeniem w podróży bywa naprawdę różnie, najbardziej wkurza mnie ten rodzaj turysty, co to jedzie z Polski z własną mineralną i suchymi bułkami. Kurcze, stać cię człowieku na wyjazd na drugi koniec świata, to pozwól zarobić tym ludziom, którzy na tym końcu świata żyją z turystyki. Po co im tę „turystykę” robić, skoro przyjedzie grupa z własnymi kanapkami i mineralną z supermarketu.

To samo obserwuję w wielu polskich schroniskach i agroturystykach. Jak rzadko obchodzi przyjezdnych to, że nasz gospodarz nie prowadzi noclegów dla przyjemności. To jego praca i ma prawo na niej zarobić. Oszczędzanie, oszczędzanie, wiadomo, kryzys dookoła, ale co wiemy o miejscu, którego nie „posmakowaliśmy”? Nie lepiej usiąść przed komputerem i oglądać zdjęcia? Na to samo wychodzi, a jest jeszcze taniej.

Pewnie, można zwiedzać świat z kanapkami, ale czy smakowanie go nie jest częścią prawdziwego podróżowania? A co ma być to będzie. Ostrożności nigdy dosyć, ale z doświadczenia wiem, że w krajach tzw. „wysokiego zagrożenia gastrycznego” naprawdę  świeże jest to, co szybko schodzi. A w też hotelach bywa różnie.

Komentarzy: 3
Poradnik, dla tych którzy zamierzają obrobić bank

I znów mi się to stało! I do tego tuż przed podróżą. Niech sobie każdy mówi co chce, ale znowu zamiast poświęcać czas podróżowaniu i tajemnicom, muszę walczyć z kartą do bankomatu. Ale jaką posiadam za to wiedzę!

Wiem, kiedy najlepiej dokonywać przestępstw bankomatowych. Wszystkiego dowiedziałam się dzięki infolinii mojego banku. Właśnie szykowałam się do podróży i tuż przed wylotem z Polski, poszłam jeszcze do miasta pozałatwiać kilka spraw.

Przy okazji podjąć trochę gotówki z bankomatu, który znajduje się przy wejściu do głównego oddziału mojego banku we Wrocławiu, Nordei. Była sobota rano. Wybrałam pieniądze, jednak nauczona złymi doświadczeniami (już raz mi zablokowali kartę, bo podobno została zeskanowana), na chwilę zatrzymałam wzrok na dziwnym urządzeniu jakby przylepionym do bankomatu. Coś w rodzaju niewielkiej półkuli z dziurką, która od biedy mogłaby uchodzić za oko miniaturowej kamerki. Pierwszy raz widziałam coś takiego na bankomacie, ale prawda jest i taka,  może za światowa nie jestem. Nie spodobało mi się to dziwne urządzenie. Ponieważ była sobota rano i w banku nikt nie pracuje, zadzwoniłam na infolinię. A tam miły pan zapytał, czy oddział jest zamknięty. Boże.... no przecież inaczej bym nie dzwoniła, logiczne, prawda? Potem powiedział, że poinformuje pracowników banku i w poniedziałek sprawę sprawdzą. W poniedziałek! Czyli za dwa dni!

Nie dawało mi to spokoju. Zadzwoniłam jeszcze raz na infolinię, ale podniósł ten sam pan. Zapytałam, czy nie powinien np. zadzwonić do wrocławskiej Straży Miejskiej, albo gdzieś, żeby ktoś przyszedł i sprawdził. I dowiedziałam się, że tego nie zrobi, bo to przecież nie Straż Miejska jest dysponentem bankomatu.

- Ale co z moją kartą? A jak mi ją państwo znów zablokujecie, a ja właśnie wyjeżdżam? A co z bezpieczeństwem moich pieniędzy? – dopytywałam się niecierpliwie. A pan z telefonu miło oznajmił, że nikt mi przecież tak szybko drugiej karty nie wyda i że poradzić nic się tu nie da.

Zadzwoniłam więc (już tak z godzinę nerwów i dzwonienia mijało) do znajomej dyrektorki innego banku, a ona krzyknęła: Rany boskie, jeśli tam rzeczywiście jest kamerka, to najwięcej takich przestępstw odbywa się właśnie w weekendy! Twoim obywatelskim obowiązkiem jest zadzwonić na policję!

To się już trochę dowiedziałam: a) że przez dwa dni raczej nikt nie zajmie się moją sprawą, b) że przez weekend pewnie jeszcze kilka osób będzie tam wyciągać pieniądze c) że teraz to ja naprawdę już nie mogę czuć się bezpieczna d) i że radzić muszę sobie sama. Zadzwoniłam więc na policję, wróciłam szybko do domu, wyczyściłam konto i pojechałam w świat. Ale, do diabła ciężkiego, zrozumieć tego wszystkiego nie mogę! To tak ma wyglądać bezpieczeństwo moich pieniędzy????

Bardzo możliwe, że dziwna kulka na bankomacie to coś zupełnie zwykłego, i jako osobnik prosty, literatka, za przeproszeniem, znać się na tym nie muszę. I choć obywatelski obowiązek spełniłam, czuję się jak histeryczka. W końcu milionów na koncie nie mam i w razie czego bank by mi zadośćuczynił. Ale ogólnie głupio tak jakoś. I zrozumieć trudno... 

Komentarzy: 4