iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Trochę prywaty, czyli wakacje w Dolinie Królów

Dokładnie w dniu, w którym rozpętał się nad Polską Wielki Huragan, odwiedziłam Rudawy Janowickie. Najpiękniejszy i mój najukochańszy zakątek ziemi.

Po południu, wracając już do domu, postanowiłam zajrzeć jeszcze do pałacu w Wojanowie. Nigdy nie wracam z Jeleniej Góry do Wrocławia prostą drogą. Uwielbiam te wąskie ścieżki wzdłuż Bobru, mgły unoszące się nad polami i słońce, które niemal kiczowato muska Sokoliki – znane większości wspinaczy jako Biust Lollobrigidy. Rzeczywiście, kształt tych dwóch wzgórz nie zostawia oczywiście żadnych wątpliwości.

Tak więc, kierowana jakimś wewnętrznym – za przeproszeniem przymusem – podjechałam pod pałac. I nagle, niemalże w tej samej chwili zanotowałam w głowie dwie rzeczy. To, że po niebie latał niewielki dwupłatowiec i to, że ścigała go ta wielka, czarna, straszna chmura. Dosłownie w kilka sekund, piasek na dziedzińcu podniósł się na wysokość gdzieś trzech, czterech metrów, zobaczyłam, jak wśród rozbłysków wali się słup wysokiego napięcia, a drzewa w parku za pałacem łamią się niby zapałki. Ależ to dziwne uczucie. Kilka sekund zmienia dookoła wszystko. Ratując siebie w latającym piasku i kamyczkach, przemknęłam do bocznej części pałacu, pomogłam ile się dało, wnieść z dworu krzesła i tak czekałam patrząc na dziedziniec.

Pamiętam Wojanów z dawnych czasów. Smutny, zaniedbany, podupadający. Częściowo zniszczony przez pożar. Teraz patrzyłam przez szybę na cudownie odremontowany pałac, z równie wspaniale „zaopiekowanym” parkiem. Tego dnia przed głównym budynkiem miał się odbyć koncert. Stąd to ratowanie krzeseł. Ale przez mokrą szybę patrzyłam też, jak w tej wichurze muzycy ratują instrumenty, po trawniku biegają dziewczyny z długich sukienkach, jak dyrektor (którego widywałam do tej pory w okolicznościach eleganckich) walczył z tym całym zamieszaniem. Deszcz wlewał się przez okna w „oranżerii” na tyłach sali bankietowej (z powodu braku prądu tych dwóch, czy trzech okien nie można było domknąć), przez szklaną ścianę widziałam jak leci kosz na śmieci, a wiatr rozrywa koronę niewielkiego drzewka. 

Dlaczego o tym piszę??? Nie wiem, chciałam się podzielić z Wami tą sytuacją, bo zastała mnie w miejscu wyjątkowym. Bo Rudawy właśnie takie są. Cudownie wyjątkowe. Nawet, a może szczególnie podczas burzy.

W Rudawach Janowickich, ani w okolicy nie ma teraz tylu turystów co zwykle. Jedni mówią, że to z powodu kryzysu, inni, że z powodu zmiennej pogody. Tymczasem to takie miejsce, w którym można nie tylko odpoczywać na całego, ale i chłonąć historię. Tyle zamków i pałaców w jednym miejscu, toż to niesamowite. Odremontowany Wojanów, po drugiej stronie rzeki Łomnica, jadąc w przeciwnym kierunku, Bobrów. Prawdziwa Dolina Loary, o przepraszam, Bobru. W Mniszkowie odwiedziałam tego dnia właścicieli przepięknego dworu, który stoi w środku wsi. Kiedy wchodzi się do takiego domu, czuć, że ma duszę. Że takich domów już dzisiaj się nie robi. I nie wiem, czy ta dusza drzemie w malowidłach na sufitach, w drewnianych schodach i poręczach, czy też w przestronnych hallach. Ale takie właśnie zakątki jak Mniszków sprawiają, że nagle człowiek znajduje się na samym końcu świata, tam gdzie jest tylko zieleń, mili ludzie i pełna tajemnic przestrzeń.

Wybierając się w Rudawy, trzeba dokonać wyboru. Noclegi w pięknych pałacach, mogą być zbyt drogie na przeciętną kieszeń. Ale nie brak tam pięknych gospodarstw agroturystycznych, tanich i klimatycznych. Najwspanialszą rzeczą w Rudawach są dla mnie parki. Szczególnie ten półdziki dzisiaj, w Bukowcu. Zakomponowany tak, aby pokazywał poszczególne etapy rozwoju ludzkości. Jest tam więc gotycki grobowiec, krąg Druidów, średniowieczna wieża, antyczna świątynia. Uwielbiam to miejsce. Uwielbiam te wszystkie ścieżki w Rudawach, szczególnie w Górach Sokolich, Kolorowe Jeziorka, mroczne sztolnie w Kowarach i Miedziankę, która niemalże zapadła się pod ziemię. Czy naprawdę trzeba telepać się na koniec świata?

To taka moja prywata. Chcę, żeby ludzie przyjeżdżali na Dolny Śląsk. Zobacznie jakie Rudawy są cudne na zdjęciach Krzysztofa Góralskiego. Za chwilę weekend. To jak, wpadniecie na chwilę?

Ps. Do wszystkich, którzy do mnie piszą listy. Czy dochodzą ode mnie odpowiedzi? Może nie piszę zbyt pasjonujących listów, ale staram się zawsze odpowiadać. I wtedy po drugiej stronie zalega podejrzana cisza.

Komentarzy: 6
Biustonosz na głowie, czyli ile warte jest pamiętanie

Moja kochana Babcia Marysia (ta od zakładania nogi za szyję kilka odcinków temu) niezbyt chętnie opowiadała mi o swojej młodości.

Mieszkała i pracowała pod Lwowem, stamtąd w ciągu czterech godzin musiała się wyprowadzić zaraz po wojnie. Z jej opowieści pamiętam kilka epizodów. Zawsze na wyobraźnię najbardziej działały mi historie o rosyjskich żołnierzach. A szczególnie ta; Babcia pamiętała z wybuchu wojny dwie rzeczy. Było wcześnie rano i prała bieliznę, a potem zobaczyła nieco obdartego wojaka z karabinem na sznurku i .... biustonoszem na głowie. Przed wojną biustonosze były inne. Przypominały wielkie, sztywne namioty i dwie miseczki, odpowiednio udrapowane na żołnierskiej głowie, mogły więc swobodnie służyć na ochraniacze na uszy. Jak żołnierzowi przyszło do łba, żeby tak się ubrać, nie wiem. Babcia twierdziła, że ruski oddział obrabował po drodze jakąś „fabrykę biustonoszy”, a, że chłopaki były z dziery, w której nikt stanika nie widział, myśleli, że to rodzaj ocieplacza. I choć do dziś nie wiem, ile prawdy jest w tej historii, jest w niej dla mnie coś bezcennego. Coś, co pokazuje, że wszystko dookoła potrafi być równocześnie i straszne, i śmieszne.

Babcia rozpalała też moją wyobraźnię opowieściami o Gorgonowej, którą znała osobiście, a raczej może bardziej pamiętała jako dziecko. Kto dziś wie, kim była Gorgonowa? A w okresie międzywojennym jej sprawa należała do najgłośniejszych. Piękna Rita Gorgonowa w 1924 roku została guwernantką u lwowskiego architekta, Henryka Zaremby, który miał chorą psychicznie żonę (przebywała w zakładzie) i dwóję dzieci. Wkrótce pomiędzy architektem a Ritą narodził się romans i guwernantka urodziła dziecko. W nocy z 30 na 31 grudnia 1931 roku w domu doszło do strasznej zbrodni. Została zamordowana Lusia, 17 – letnia córka Zaremby. Wszystkie poszlaki wskazywały na Gorgonową, jej koszula była we krwi, futro, na śniegu wokół domu nie było żadnych śladów. Lusię musiał zamordować któryś z domowników. Tak przynajmniej sądzono. Kto jest żądny makabrycznych szczegółów, albo po prostu interesuje się takimi sprawami, niech poszuka w internecie. Gorgonowa nie został;a stracona, w więzieniu okazało się, że jest w ciąży, wyszła we wrześniu 1939 roku i podobno już po wojnie prowadziła jakiś sklepik na Dolnym Śląsku.

Pamiętam z dzieciństwa film o Gorgonowej z Ewą Dałkowską w roli głównej. Ten film, wbił mi w głowę obraz przedwojennego Lwowa, zapamiętałam też jakąś dziwną mroczność tego filmu. W połączeniu z opowieściami Babci, tak już zawsze wyobrażałam sobie jej dzieciństwo. Nigdy się nie dowiedziałam, czy z Gorgonową moja Babcia rozmawiała, czy też tylko widziała ją przez płot. I bardzo tego żałuję. Bo codziennie zastawiam się, ile warte jest pamiętanie.

Leszek Zwirełło, zupełnie wyjątkowy archiwista i poszukiwacz skarbów (choć Leszek by mnie chyba trochę „opiórkał” za nazywanie go poszukiwaczem skarbów) zbiera niemal każdy papierek. Za ostatnie pieniądze wykupuje tony makulatury i żmudnie je przegląda. Uważa, że każdy zapisek wart jest ocalenia.

Choć sama nie kupuję makulatury, zbieram co tylko się da. Ostatnio, podczas sprzątania piwnicy, okazało się, że jest w niej spory, wieloletni magazyn. Torebka Babci ze Lwowa (nie można wyrzucić), suknia ślubna Mamy (co z nią zrobić?), cyrkle z młodości Taty (nikomu już się nie przydadzą), zdjęcie z egzekucji strażniczek obozu w Stutthofie, które dał mi niegdyś jeden z Czytelników i którego nie zostawiłam w Muzeum, bo nikt go wtedy nie chciał. Znalazłam też dwie pieczęcie, które dostałam niegdyś od Jula Naumowicza, wielkiego znawcy minerałów i poszukiwacza ze Szklarskiej Poręby. Te pieczęcie miały zostać znalezione na strychu starego domu w Jeleniej Górze i jak twierdzili ich „odkrywcy” pochodziły z obozu w Oświęcimiu. Sprawdziłam. Nie pochodziły. Okazało się, że ktoś we Wrocławiu, i to całkiem blisko mnie, produkuje takie „pamiątki” i całkiem nieźle sprzedaje. Aż się wierzyć nie chce.... Co zrobić z czymś takim? Wyrzucić? Nie. Zostawić? Może. Oddać komuś? Komu? Gdzie mieści się pamięć? W nas, czy w tych wszystkich przedmiotach? Dziś znowu stanę przed problemem dalszego odgruzowywania piwnicy. Mój połowiec „stoi na twardym stanowisku” wyrzucania wszystkiego. Ja bronię każdego papierka jak niepodległości. Nie dlatego, że wszystko może kiedyś przydać. Pewnie, że się nie przyda.  Ale nie mogę sobie jakoś wyobrazić, że kontener wywozi pamięć po moich podróżach, po opowieściach Moje Babci o Gorgonowej i po ślubie Rodziców.

Ludzie, pomóżcie! Co robicie ze swoim pamiętaniem? Czy ono jest jeszcze coś warte w dzisiejszych czasach? A może to bezsensowne oglądanie się za siebie?

Komentarzy: 8
Człowiek przed czołgiem, czyli jak w pojedynkę zmienić świat

Wrocławski Brave Festival odkryłam dopiero w ubiegłym roku. Aż wstyd. Teraz nie omijam ani jednego spektaklu, koncertu czy pokazu.

Tak się złożyło, że w tym roku reprezentowałam redakcję „National Geographic” na tym niezwykłym festiwalu. I po każdym pokazie wychodziłam inna. Jeśli ktoś ma ze sobą jakiś problem (a kto ich nie ma? – pewnie zapytacie) powinien choć raz przejść się na Brave Festival.

Bo ta impreza pokazuje, jak ważny jest każdy z nas i że w trudnych chwilach, kiedy będziemy potrzebować i my możemy liczyć, że będziemy dla kogoś ważni na tyle, żeby nas wyciągnąć z największej biedy. W dosłownym i przenośnym tego słowa znaczeniu.

Dla tych którzy nie wiedzą, dwa słowa wprowadzenia. Brave Festival, choć górnolotnie nazywa się festiwalem ludzi odważnych, protestem przeciwko wypędzeniom z kultury, jest formą niezwykle prostą. W tym roku do Wrocławia zjechali szamani, kapłani i muzycy prezentujący „wszystkie modlitwy świata”. Modlili się za pokój na świecie, mnisi z Indii sypali przez tydzień mandalę, żeby potem po prostu zniszczyć to niezwykłe dzieło sztuki, pokazując, że wszystko wokół nas jest ulotne, wszystko może się zmienić, wszystko jest tylko chwilą.

Szczególnie wrażenie zrobili na mnie goście w Kerali w południowych Indiach, którzy w rytualnym tańcu „wcielonego boga”, w transie, chodzili po ogniu, rozgarniali go gołymi dłońmi, a kiedy tancerz „który przebiera postać boga” po prostu zapalił się podczas pokazu, nawet tego nie zauważył. Na ogół taki taniec, mający zapewnić pomyślność trwa trzy dni. To co zobaczyliśmy we Wrocławiu to ekstrakt, fragment zaledwie, który trwał z półtorej godziny.

Kiedyś, podczas jednej z podróży, trafiłam do niewielkiej birmańskiej wioski. W jednym z domów, który wyglądał raczej na miejsce spotkań, coś w rodzaju świetlicy, tańczył ubrany w rytualny strój mężczyzna. Miał pomalowaną twarz, bogate suknie, niezwykłe nakrycie głowy, które upodabniało go do jakiegoś dalekowschodniego bóstwa. Tańczył w transie, rodzina podawała mu tylko co jakiś czas wodę i co kilkanaście godzin drobny posiłek. Tańczył tak już trzy dni i we wsi mówiono, że będzie tańczył jeszcze kilka. Przed „świetlicą” stał bardzo elegancki samochód, jak początkowo sądziłam, może jakiegoś ważnego gościa, albo pożyczony przez bogatego turystę. Podobnie jak na tancerzy z Kerali, tak i ten tancerz niemalże hipnotyzował swoimi ruchami. Choć nie był to taniec w normalnym tego słowa znaczeniu. Raczej rytmiczne poruszanie się do wybijanego rytmu. Mieszkańcy wsi wchodzili i wychodzili, dzieci bawiły się koło tańczącego, wszystko działo się w jednej chwili. I choć czuć było wyjątkowość tego co się dzieje, trud tancerza, wysiłek na jego twarzy był aż nadto widoczny, to w tym miejscu, o tym czasie, ten taniec wydawał się czymś absolutnie naturalnym.

We wsi znalazł się ktoś, kto mówił po angielsku. I wiecie co się okazało? Ten tańczący człowiek był...dyrektorem dużego banku w dużym mieście, który przyjechał do rodzinnej wsi (elegancki samochód okazał się jego własnością) po to, żeby odtańczyć rytualny taniec za pomyślność jego banku! Po prostu nie chciało mi się wierzyć! Pan dyrektor zostawił garnitur i aktówkę, ubrał się w tradycyjny strój i tańczył w transie kilka dni! Niesamowite, prawda? Wierzył, że jego taniec, jego myśli, nastrój, nastawienie, mogą wiele zmienić. Wierzył, że on sam, może potrącić pierwszą kostkę domina, która spowoduje lawinę dobrych rzeczy. Czy świadomość tego nie zmienia również patrzącego?

Podczas Brave Festival obejrzałam kilka dokumentalnych filmów. Dwa z nich „Looking for the Icon” i „The War Photographer” traktują o misji fotografa i o roli fotografii we współczesnym świecie. Obejrzyjcie te filmy, jeśli Wam się uda. W sali kinowej było zaledwie kilkanaście osób, trochę szkoda... „The War Photographer” to opowieść o Jamesie Nachtwey’u, znanym fotografie wojennym, cały świat zna zresztą jego słynne zdjęcie z Ruandy z 1994 roku. To zbliżenie mężczyzny z plemienia Hutu, który na twarzy ma ślady po maczecie. Nachtwey wchodzi w miejsca, o których większość ludzi wolałaby nie wiedzieć. Na filmie widać, jak w najgorszym, wojennym zamieszaniu mierzy światło, jak wchodzi niemal z aparatem pomiędzy rozpaczające rodziny, na groby, w ludzkie tragedie. Zimny zawodowiec? Jeden z operatorów, który z nim pracuje opowiada, jak Nachtwey błagał kiedyś na kolanach rozwścieczony tłum, który chciał zaszlachtować jakiegoś mężczyznę. Nie ważne już o co chodziło. Fotograf klęczał pół godziny i prosił. A przecież jest tylko fotografem, powinien rejestrować rzeczywistość, a nie się w nią wtrącać. Choć nie udało się uratować życia tamtego człowieka, postarał się coś zrobić. Nie odszedł, nie odwrócił się, nie stchórzył. Taką niesamowitą wiarę w to, że jeden człowiek może zmienić świat pokazuje zdjęcie Jeffa Wildenera, na którym samotny student staje na placu Tian An Men naprzeciwko kolumny czołgów. Jeden malutki człowiek w białej koszuli przeciwko wielkiej sile zniszczenia.
Pieniądze z Brave Festival przeznaczone były w tym roku, podobnie jak w ubiegłym dla organizacji Rokpa International, która w różnych częściach świata pomaga tym, którzy tego potrzebują, głównie osieroconym dzieciom. Czasem wystarczy naprawdę niewiele, żeby komuś pomóc.

W domu staram się segregować śmieci, oszczędzać wodę, gasić za wszystkimi światło, bo wydaje mi się, że gdzieś tam przez tę moją oszczędność, może gdzieś tam dzieje się coś dobrego. I choć nie mam pomysłu na adoptowanie głębokoafrykańskiego plemienia, czasem – szczerze mówiąc – czuję się z tym jak dziwaczka, ale co tam. Nie mam Wielkiej Misji, ale myślę, że taka świadomość, że każdy najdrobniejszy gest ma znaczenie, sprawia, że nadaje on życiu jakiś sens. Szczególnie jest on taki ważny, kiedy przyszło nam żyć w naprawdę „ciekawych czasach”. Cieszę się, że przypomina mi o tym Brave Festival.

Komentarzy: 7
Zamkowe tajemnice, czyli napisałam książkę!

Jak ja kocham ten Dolny Śląsk! Ilekroć jestem gdzieś daleko na świecie, zawsze brakuje mi tych naszych zamków, tajemnic, lasów, tego wszystkiego co składa się na jedną z najpiękniejszych krain na świecie. I ciągle nieodkrytą.

Przyleciałam właśnie z Ibizy i zaraz dostałam nowiusieńką, pachnącą jeszcze drukarnią, moją nową książkę. Z tej cieszę się wyjątkowo. Ma tytuł „Zamkowe tajemnice” i opowiada niezwykłe historie dolnośląskich zamków i pałaców.

Na początku pisarskiej drogi wydałam już książkę o sekretach naszych zabytków, okazało się jednak, że to trochę za mało, uzupełniłam ją więc, uaktualniłam, podczas zbierania materiałów dostałam mnóstwo nowych materiałów. Właściciele pałacu w Jedlince dali mi, na przykład, przywiezione przez mieszkającą niegdyś w majątku rodzinę Boehmów, pamiętniki. Jakież to uczucie czytać pisane na gorąco relacje z życia takiego pałacu! A wydawać by się mogło, że pamiętniki to nudna rzecz.

Tymczasem w pamiętnikach z Jedlinki aż tłoczno od duchów, kryminałów i...co dla mnie najciekawsze, ukrytych skarbów. Największe wrażenie zrobiły na mnie dwie opowieści. Jedną muszę przytoczyć:
Od 1835 roku pałac stał się własnością „ówczesnego tokarza Rothenbacha z Wrocławia, który nabył Dominium Jedlina za wygraną w jakiejś wielkiej loterii”. Wyobrażacie sobie, jaka to musiała być historia, co za niezwykła kariera? Tokarz w takiej rezydencji! Nuworysz nie nacieszył się jednak długo piękną posiadłością. Już cztery lata po jej zakupie stracił życie i to za sprawą... jednej srebrnej łyżeczki.

Nie wiemy dokładnie, jak w tamtych czasach wyglądało życie w samym pałacu, choć na dawnych rycinach i fotografiach widać panujące dookoła ład i porządek. Można się tylko domyślać, że wzbogacona pani tokarzowa dbała, aby utrzymać nowy status. Może dlatego każdy drobny zgrzyt psuł jej humor. Po jednej z kolacji zginęła z pałacowej zastawy mała łyżeczka. Rozgniewana pani Rothenbach wezwała do siebie dziewczynę odpowiedzialną za srebra. Rozmowa była ostra i choć służąca zażarcie
broniła swojej niewinności, została jednak ukarana. Zapłakana i roztrzęsiona pobiegła do domu i wylała żale przed ojcem. Tato służącej, niejaki pan Hildebrand, był z zawodu cieślą. Wzburzony do najwyższego stopnia całą sytuacją, postanowił działać i podążył do pałacu. Jak pisze kantor Scholz, który w owym czasie prowadził pamiętniki„wziął jednak najpierw wzmocnienie w miejscowym browarze, a potem poszedł poruszony emocjami do pałacu i uzyskał tamże dostęp do pana Rothenbach, który wtedy znajdował się swoim gabinecie, na którego ścianie wisiała broń myśliwska”. Teraz wypadki potoczyły się bardzo szybko. Cieśla zażądał przeprosin, Rothenbach zaczął robić aluzje do broni wiszącej na ścianie i nalegał, żeby intruz opuścił jego gabinet. Hildebrand prawdopodobnie posunął się do mocniejszych słów i w końcu dumnie oznajmił: „Panie Rothenbach, w 1813 i 1814 nie bałem się Francuzów, a tym mniej będę się bał pana”. Pan na Jedlince chwycił jednak za broń i przyłożył do piersi nieproszonego gościa. Padł strzał. Hildebrand śmiertelnie raniony osunął się na ziemię.

Wieść o tych tragicznych wydarzeniach rozeszła się po okolicy lotem błyskawicy. Mieszkańcy chwycili za widły i cepy i ruszyli na pałac. Zamierzali wtargnąć do pokoi, ale w końcu, po wielu krzykach i pogróżkach, emocje opadły. Tłum się rozszedł, zaś w pałacu zaczęły się poszukiwania pana Rothenbacha, który nieoczekiwanie zniknął. Prawdopodobnie nie miał odwagi stawić czoła wzburzonemu tłumowi. Scholz pisze: „W końcu, po długich poszukiwaniach, odkryto pana Pałacu na najwyższym strychu-pralni, ale on już uchylił się przed ziemskimi sędziami. Kilka dni później jego ziemskie szczątki nocą, przy pochodniach, tylko w towarzystwie wiernych psów myśliwskich, złożone zostały na tutejszym katolickim cmentarzu na wieczny spoczynek”.

Wdowa po tokarzu wkrótce sprzedała pałac i ponownie wyszła za mąż. Nieszczęsny samobójca zaś do dzisiaj straszy w pałacu.

Niezła historia, prawda? Pamiętniki z Jedlinki ujawniają wiele takich wydarzeń, jest tam nawet opowieść o tym, jak jedna z ostatnich właścicielek ukrywała w parku jakieś skrzynie.

W Górach Sowich opowiadają, ze jedna z nich została już odnaleziona. A co z pozostałymi?

Ten nasz Dolny Śląsk to naprawdę wielki kufer z tajemnicami. Jak go nie kochać? I po co mi się ciągle włóczyć na koniec świata?

Komentarzy: 33