iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Najlepsze pierogi w Polsce, czyli kult pasztetu

Założę się, że nigdy nie jedliście takich pierogów. Ja wzięłam z jagodami, kolega z kapustą, koleżanka z mięsem. Jakie to pierogi! Wiersze o nich pisać, bo tańczyć się po nich nie da, takie były duże. I pyszne. I pachnące. I podane bez karesów, na prostym talerzu, te na słodko okraszone tylko śmietaną i cukrem.

Nie jakieś tam eleganckie pierożki, malutkie, na pięciogwiazdkowym talerzu, tak, że ich szukać trzeba lupą, z wywijasami na brzegu porcelany zrobionymi czekoladą albo budyniem. To były jak najbardziej swojskie pierogi, każdy wielkości połowy mojej pięści, z ciastem zagniecionym dookoła w misterny szlaczek.

I żeby była jasność. Wcale nie byliśmy głodni. Weszliśmy do „pierogarni” już najedzeni. Ale tej pokusie nie było jak się oprzeć.

Płyniemy przez Żuławy. Wisła, Motława, Nogat, Wisła. Z Gdańska do Gdańska. Taką trasę zaproponował nam Łukasz Krajewski, szalony biznesmen, o którym już pisałam.

Łukaszowi brak było w życiu romantyzmu, kupił więc kilka jachtów i postanowił, że będą pływały po Wiśle. Tak powstała Żegluga Wiślana. Większość „łódek” pływa jednak po Żuławach, bo jest tu absolutnie cudownie.

I jak ten Gdańsk wygląda od strony wody! A Malbork! I na naszym jachciku jest równie pięknie, bo trzeba przyznać, że jachcik mamy nieprzyzwoicie elegancki. Dwie sypialnie, łazienka, kuchnia, salonik.

Zaszywamy się gdzieś w szuwarach i cały świat przestaje istnieć.  Czasem czekamy na otwarcie mostów, idziemy na rekonesans na wiejskich sklepów. Wyszliśmy na przykład w Kępie.

A tam o ósmej rano sceny jak z serialu „Ranczo”. Siedzą sobie miejscowi na wesoło. Piją piwa i wina proste, nigdzie im się nie spieszy. Jeden mówi rozpierając się przy sklepowym stoliczku, sącząc leniwie kolejnego Wojaka: K....a mać, taki jestem zalatany, że nie mam czasu nawet kiedy totka słać!

No, cholercia, pomyślałam, ten to ma problemy! No, ale....miało być o pierogach.

Pamiętam taką podróż gdzieś na Dalekim Wschodzie. Jechaliśmy kilka godzin pociągiem, który nigdzie się nie zatrzymywał, jakoś dziwnym trafem nikt nie miał nic do jedzenia. Nie wiem dlaczego. Brak jedzenia rekompensowaliśmy sobie opowieściami. Ktoś wspominał  z rozrzewnieniem nóżki w galarecie, ktoś kopytka mamy, a ja...pierogi mojej Babci. Moja Babcia Marysia pierogi robiła rewelacyjne. Szczególnie lubiłam te z trochę grubszego ciasta, wiecie o czym mówię? Pierogi muszą mieć troszkę grubsze ciasto, prawda? Osobiście, lubię, kiedy – szczególnie te owocowe – nie są za bardzo gorące a śmietana jest prosto z lodówki.

Każdy ma swoje natręctwa. Mój połowiec np. jada kanapki z marmoladą i żółtym serem, a w czasie wakacji musi mieć konserwę turystyczną i pasztet podlaski. Z dzieciństwem kojarzy mi się jajko na surowo i kurza nóżka w folii roznosząca swój zapach po całym przedziale w pociągu. Na wakacjach wszystko inaczej smakuje, prawda? I często wraca się w jakieś miejsca, tylko dlatego, że jedliśmy tam coś dobrego.

Kiedyś pracowałam na Pomorzu z Maćkiem Biernackim. Robiliśmy wtedy materiał o połowach dorszy i przy okazji o pałacu w Rzucewie. Maciek z maniakalną konsekwencją, codziennie rano szukał małego sklepiku, w którym kupował jagodziankę i kefir. Bez tego fotografować nie zamierzał. W Warszawie, jak sądzę, po jagodzianki rano nie lata. 

I właśnie teraz, czekając na otwarcie mostu w Drewnicy trafiliśmy w TO MIEJSCE. Ot, taka restauracja wyjęta z lat siedemdziesiątych. Tuż przy rzece, koło mostu. Proste stoliczki, lusterko w korytarzu, wypłowiałe zdjęcia na ścianach, ostrzeżenia, że alkohol szkodzi i nie ma nic na kredyt. Już przy wejściu, jakieś małżeństwo, zupełnie nie pytane poradziło: zamówcie pierogi. To zamówiliśmy. I wiem, że się od tych pierogów uzależniłam. Trochę daleko na te Żuławy z Wrocławia, ale jak tylko wrócę, zaraz ruszę na te pierogi. Bez względu na linię, wagę i takie tam inne głupoty. I przy okazji, jaka miła pani tam podaje!  Po prostu chce się jeść i jeść. Ale, niestety, most w końcu otworzyli. Może razem zrobimy jakąś małą listę miejsc, w których trzeba zjeść? Chociażby jagodziankę? Albo pierogi? Wpisujcie takie miejsca. Pojadę.
 

Komentarzy: 10
Jurek Janczukowicz, czyli skąd się biorą tacy ludzie

Jak ja się cieszę, że istnieją na świecie takie bratnie dusze! Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam to podwórko, wierzyć, że nie chciałam, że ktoś mógł urzeczywistnić to, o czy marzę w skrytości ducha.

Pamiętacie, jak rozmawialiśmy o pamiętaniu i o tym, co robić z tymi wszystkim manelami, które człowiek zbiera przez całe życie? I nagle wylądowałam w miejscu, gdzie na jednym podwórku, wokół starego domu leży niemal cała historia.



Fragmenty samolotów, zabytkowych aut, setki kół, lamp, żelaza i tego wszystkiego, czego normalna kobieta nie rozpoznaje, a mężczyzna na widok tego czegoś wpada w zachwyt. Znalazłam się w domu Jurka Janczukowicza w Gdańsku.

Kto skarbów szuka, wie, kim jest Janczukowicz. To niemalże legenda, znany nurek, zresztą o jego wyczynach można poczytać w Internecie. Jurka odwiedziliśmy w drodze na łódkę, którą ruszamy z Gdańska na Żuławy. Nawet się nie zapowiadaliśmy. Po prostu, stanęliśmy pod drzwiami z dwoma butelkami tokaju, butelką wina afrykańskiego czerwonego, oraz taką samą ale z afrykańskim białym. Jurka nie dziwi nic. Otworzył, dary przyjął. I pokazał podwórko. A tam dookoła pełno skarbów! Nie złota, nie srebra, nie brylantów. Ale całe tony pamięci.

Pamiątki z wraków, na których Jurek nurkował, pamiątki znoszone przez innych poszukiwaczy, żelastwo kupowane gdzieś po wsiach. Z trudem można się poruszać po tym wielkim labiryncie. To jak scenografia do filmu przyszłości. Pominę już fakt, że przed domem Janczukowicza stoi czołg, który w każdej chwili jest zdolny do jazdy i przy którym fotografują się codziennie liczni turyści. Ale tutaj każdy „złom” opowiada jakąś historię!

O nurkowaniu pojęcia nie mam, bo jak już wspominałam, wody się boję panicznie (zobaczymy jak to będzie na tych łódkach), ale na wyobraźnię podział mi zardzewiały pojazd, którym nurek przemieszcza się pod wodą,  hełmy nurkowe, skafandry wiszące niedbale w całym domu i w końcu wraki samochodów. I to jakich! Mercedes, przedwojenny DKW, chevrolet, wszystko stare chyba jak motoryzacja i w takim stanie, że tylko usiąść i płakać. A on zbiera. I marzy, że kiedyś powoli będzie je wszystkie restaurował. I choćby nie miał na chleb, to nie sprzeda nawet kawałeczka.



I pewnie, Jurku, podobnie jak ja, i wielu nam podobnych, nigdy nie przywrócisz  do życia kolejnego krzesła, półeczki, samochodu, to wiesz, jak ważne jest zbieranie. Choć z tym zbiorami czasem ciasno. Ale jak ja się dobrze czuję w takich szalonych muzeach. Więcej w nich życia niż w niejednym człowieku.

Komentarzy: 4
Poszukiwania tajemniczych skrzyń, czyli zlatujemy się

Pamiętacie pamiętniki przywiezione do pałacu w Jedlince przez potomków rodziny, która tam mieszkała? Pisałam o tym kilka odcinków temu.

Wspomniałam wtedy, że w pamiętnikach jest również informacja o skarbach. Dokładnie o trzech skrzyniach. I to bynajmniej nie tajemniczych, dokładnie wiadomo, co w nich jest. Ukryła je jedna z ostatnich, niemieckich mieszkanek pałacu. Wszystko działo się w dość dramatycznych okolicznościach. Zresztą przeczytajcie sami:

„W lutym (1945 roku jl) kiedy front dotarł do linii Strzegom–Świdnica, drogi zostały bowiem zablokowane [...] Od końca lutego zaczęła się ewakuacja urzędników i robotników (Rosjanie i Żydzi) z prac fortyfikacyjnych i linii obronnych w górach prowadzonych przez OT. W tym samym miesiącu nadeszli także uciekinierzy furmankami z okolic Świdnicy. Nieopisana nędza towarzyszyła tym pochodom, wszędzie na skrajach dróg leżały martwe krowy, wyrzucone pakunki. Wiele starszych osób i niemowląt umierało z powodu zimna. Teraz uciekinierzy pozostawali w Jedlinie i każde łóżko i pomieszczenie zostało skonfiskowane. Za ogrodem przeszabrowano 11 koni uciekinierów, 1 źrebię pozostało u dzierżawcy Scholza. Zbliżający się front zmusił Erikę, by artystyczną porcelanę i srebro zakopać w trzech różnych miejscach. Pani Müller, która pomagała w zakopywaniu, poinformowała później, że do końca maja te miejsca dobrze porosły trawą i nie zostały odnalezione”.

Resztę opowieści znajdziecie w mojej ostatniej książce „Zamkowe tajemnice”.

Dzięki obecnym właścicielom pałacu w Jedlince udało mi się w niej wydrukować spore fragmenty pamiętników. O skrzyniach nic więcej nic nie wiadomo, choć w Górach Swoich mówi się, że jedna ze skrzyń została już odnaleziona. Ale... Zadzwonił Piotrek Kałuża z Sowiogórskiej Grupy Poszukiwawczej.



Piotrek szuka, z Igorem Witkowskim, słynnym tropicielem tajnych broni, napisał książkę o kompleksie Riese.  Zadzwonił i przypomniał, że od 26 do 27 września w Walimiu odbędzie się II Zjazd Eksploratorów Walim 2009. Zlot poszukiwawczy organizuje Centrum Kultury i Turystyki w Walimiu i będzie się tam sporo działo. Szczegóły znajdziecie sobie w Internecie, a leniwym jeszcze napiszę. Mnie najbardziej cieszy, że podczas tego spotkania, być może uda się trafić na ślad tych trzech, a może już tylko dwóch, skrzyń.



Namówiłam Piotrka, żeby skrzyniami się zainteresowali, on wystawił mnie na pierwszy ogień do „dyrekcji” pałacu w Jedlince i udało się!. W drugiej połowie września, przy okazji zlotu, odbędzie się wielkie skrzyń szukanie. Nad całością pieczę będzie sprawować właśnie Sowiogórska Grupa Poszukiwawcza. Mam nadzieję, że uda mi się przy tym być. Bo przecież wiadomo, że nie samo znajdowanie najważniejsze, prawda?

Na przedwojennej widokówce widać z lewej pałac i park. Pracy więc będzie sporo. A na drugim zdjęciu zrobionym przez Krzysia Góralskiego widzicie wnętrze jednej z komnat Jedlinki. Odtworzony w niej został, trochę może dowolnie, gabinet w którym pracowali członkowie organizacji Todta budującej podziemia w Górach Swoich. 

Komentarzy: 1
Skrzynia w szafie, czyli skarby jednak istnieją

Kiedy dowiedziałam się o tej historii, nie mogłam uwierzyć. Skarby jednak istnieją! I to te prawdziwe, takie, o których pisze się książki (sama je zresztą piszę), takie o których się marzy i to nie dlatego, że niosą za sobą jakąś materialną wartość, ale dlatego, że mieliśmy szansę uczestniczenia w czymś niezwykłym.

Pamiętam taką scenę z Grzegorzewa, gdzie mocna ekipa wydobywała z Rgilewki wrak niemieckiego działa samobieżnego Sturmgeschütz IV /StuG IV.

Najbardziej utkwił mi w pamięci taki wieczór, kiedy dookoła miejsca, gdzie odbywała się eksploracja, zgromadził się już spory tłum. Wiele osób, ze sporym poświęceniem walczyło o wydobycie tego pojazdu, który jest jedynym na świecie, kompletnym, zabytkowym pojazdem tego typu. Noc rozjaśniały światła padające na wodę, nad brzegiem stała koparka. Może to trochę babskie co napiszę, ale ta koparka tańczyła jak baletnica. Mogła się wpatrywać godzinami w jej ruchy. W ogóle takie chwile są magiczne. Kiedy koparka wyciągnęła z błota koło w idealnym niemal stanie, jeden z poszukiwaczy westchnął wtedy z sentymentem:
- To nasze kółko jest tak piękne jak Doda Elektroda.
I raczej sobie nie żartował.

W poszukiwaniach lubię samo poszukiwanie, choć efekt jest oczywiście jak najbardziej istotny. Geoff Smith,  angielski muzyk, który co roku odwiedza festiwal Era Nowe Horyzonty we Wrocławiu, pracuje od lat nad nowym instrumentem, który  – zdaniem innych muzyków – nie powinien istnieć. Właśnie oświadczył, że jego „fluid piano” jest gotowe i wcale nie jest z tego powodu aż taki szczęśliwy. Czasami takie myślenie jest mi bliskie, ale... kiedy usłyszałam o skarbie w szafie, ucieszyłam się naprawdę!  Istnieją jeszcze SKARBY PRAWDZIWE. I takie nie do szukania, tylko do odnalezienia!

Koledze kolegi umarł dziadek. Mieszkali w starym, poniemieckim domu. Kiedy dziadek przybył na Dolny Śląsk ze Wschodu w domu ciągle jeszcze mieszkała niemiecka rodzina. Kolega kolegi nie wie, czy dziadek dobrze poznał tamtą rodzinę, nie wie jak wyglądały ich relacje. Dla chłopaka żyjącego na świecie raptem od dwudziestu kilku lat nie była to najważniejsza sprawa w życiu, a i historią nie bardzo się interesuje.

Ale dziadek właśnie umarł. Rodzina postanowiła wziąć się za przebudowę domu, zrobić remont i odświeżyć pokoje. Przy okazji, niestety, nie znam szczegółów, trafili na Tę Ścianę. Ściana pomiędzy dwoma pomieszczeniami stała w domu od zawsze. Właściwie to nawet nie była ściana, tylko rodzaj grubej ścianki działowej, która choć urody wielkiej nie posiadała, to wszyscy się do niej jakoś przyzwyczaili. Trochę farby co parę lat i wyglądała jak nowa. Teraz rodzina postanowiła ściankę zburzyć i kiedy się do tego zabrali okazali się, że ściana nie jest ścianą, tylko ...obmurowaną, wielką szafą, pełną naczyń, sztućców, biżuterii. Szafa okazała się Sezamem pełnym tajemnic, odnalezionym nieoczekiwanie, przez przypadek.

Ale to nie koniec tej historii. Przeszukując papiery dziadka rodzina znalazła list. Okazało się, że starszy pan wiedział o skrytce, ale obiecał wyjeżdżającemu, niemieckiemu właścicielowi domu, że wszystko przechowa do jego powrotu. I że będzie pilnował tajemnicy. Przez całe życie nie dał po sobie poznać, że coś wie o domowym skarbie. Obiecał coś i obietnicy dotrzymał. Więcej nawet, zabrał ją do grobu.

I nie wiem, co robi na mnie większe wrażenie. Skarb czy dotrzymana obietnica.

Komentarzy: 5
Wakacje na Ibizie, czyli w poszukiwaniu spokoju ducha

Czy wiecie co jest na pierwszym zdjęciu?

To „skromne” gospodarstwo agroturystyczne na Ibizie. Goście mają do dyspozycji basen, otwartą na ogród restaurację, mogą sobie korzystać z jachtu w dowolnej chwili, zaś większość apartamentów ma piękne, ocienione balkoniki. O cenach lepiej nie wspominać, ale za sam nocleg można tu zapłacić tygodniowo i ze trzy tysiące, oczywiście po przeliczeniu na złotówki.



Na Ibizę pojechałam służbowo, żeby zobaczyć jak wyspa zmienia swój wizerunek. Ibiza nie chce być już tylko wyspą dyskotek, klubów dla gejów, miejscem służących jedynie do zabawy. Chce być wyspą aktywności, zakątkiem atrakcyjnym dla wszystkich, którzy lubią zwiedzać świat na własnych nogach, konno lub na rowerach.

Legenda mówi, że Ibiza to miejsce, które ominie nawet koniec świata. To prawdziwa ostoja szczęśliwości. I rzeczywiście, jest coś takiego w tutejszych mieszkańcach (o ile można to stwierdzić podczas kilkudniowego pobytu), co sprawia, że świat dookoła wydaje się milszy i cieplejszy.

Ludzie są tam na luzie, wiecznie się uśmiechają, widać, że są szczęśliwi. Dla niektórych czas zatrzymał się jakieś pięćdziesiąt lat temu. Wtedy właśnie na Ibizę zaczęli przybywać niechciani już gdzie indziej hippisi. Na wyspie tworzyli komuny, żyli z robienia paciorków, farbowania chust w fantazyjne wzory, sprzedaży wesołych gadżetów. Niektórym zostało tak do dziś.

Na wyspie działa słynny Hippie Market, gdzie już nieco wiekowi hippisi sprzedają ciuchy, kadzidełka, koszulki, płyty, a wszystko tak kolorowe, że może się zakręcić w głowie. Dziwne to miejsce. Zupełnie jakby ktoś chciał troszkę na siłę zatrzymać tamte czasy. Bo hippisowskie ciuchy są dziś made in China, a wesołe bransoletki przyjeżdżają z Meksyku.

Najciekawszą zaś rzeczą jest to, że jeden z pierwszych hippisów, którzy przybyli na Ibizę, dzisiaj jest właścicielem jednej z najbardziej luksusowych galerii na wyspie. Przybył w rozwalonych sandałach, trochę pokontestował i zaczął robić pieniądze. Obecnie jeździ limuzyną.

Powiem szczerze. Pozazdrościłam im wszystkimi troszeczkę. Oczywiście nie tej limuzyny. Wszyscy, których noga stanęła na tej wyspie, wyglądają tak, jakby nie istniały kłopoty.

Najbardziej magiczne są wieczory w Sant Antonio. Rzadko bywałam w naprawdę turystycznych miejscach i z początku nie wiedziałam, czego jestem świadkiem. Oto na całej długości plaży zaczęły się wieczorem gromadzić tłumy ludzi.

Na Ibizie wszystko jest zaskakująco ładne, ludzie również. I ci wszyscy, przepiękni ludzie, kolorowo ubrani zasiedli lub stanęli wgapiając się w jeden punkt. Z początku można by pomyśleć, że czekają na przylot UFO, albo na pojawienie się jakiegoś innego, niezwykłego zjawiska. Wszyscy mieli na twarzach błogi wyraz oczekiwania na coś wyjątkowego. Były ich setki. I co? Okazało się, że czekali na zachód słońca. Na zachód słońca, którego w codziennym pośpiechu w ogóle nie zauważamy. Słońce zaś odwdzięczało się pięknym światłem, przy którym wszystko wygląda jeszcze ładniej. Słońce zaszło i wszyscy rozeszli się do swoich obowiązków, czyli do picia wina, piwa oraz tańców.

Tak sobie pomyślałam dzisiaj rano, siadając - jak niemal codziennie – do komputera, że może tak rzucić to wszystko, sprzedać co mam i wyjechać na taką wyspę? Niemal każdy ma od czasu do czasu takie pomysły, prawda? Żeby wyprowadzić się z miasta na wieś, albo uciec ze wsi i zamieszkać w centrum miasta.

Poznałam kiedyś pewną parę, która mieszkała w domku na końcu wsi. Mieli co prawda prąd, ale z wodą u nich różnie bywało. Dojazd do nich był wyjątkowo trudny, zimą niemożliwy. Mieli mnóstwo zwierząt, żyli po hippisowsku, zajmując się jakimś drobnym rzemiosłem. Jedyny sąsiad ukradł im ....szopę. Po prostu w jakiś dziwny sposób przesunął ją nocą. Jak, nie mam pojęcia.  Ta szopa spędzała im sen z powiek, więc może nie ma miejsc naprawdę szczęśliwych?

Znajomego rzuciła właśnie narzeczona.
- Co robić? – zapytał – Dużo podróżujesz, jak się zamknę w klasztorze w Tybecie, będzie mniej bolało?
- Nie będzie – odpowiedziałam niemal instynktownie. Może więc swoją wyspę najlepiej zrobić sobie najbliżej siebie. Wiecie może jak?

Komentarzy: 4