iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Skarbowy nalot na Góry Sowie

Niestety, skrzyń nie ma. No, może inaczej, pewnie gdzieś są, a przynajmniej jedna, ale nie udało się ich znaleźć.

Skończył się II Ogólnopolski Zjazd Eksploratorów Walim 2009. Jak zwykle, zjechało się wielu moich kolegów i przyjaciół, w ciągu dwóch wieczorów „namierzyliśmy” przynajmniej trzy, nowe, tajne kwatery Hitlera, „odkryliśmy” kolejne, nieznane podziemia, ustaliliśmy, gdzie leży złoto Wrocławia i mamy już pewność, gdzie nie spoczywa Bursztynowa Komnata.



Ale tak na poważnie....
Nie było czasu ostatnio pisać. Poleciałam robić materiał o Wyspach Kanaryjskich, jak zwykle nakupiłam do domu serów i miodów, leciałam z czterema przesiadkami, a moja walizka (pełna tych świeżych serów właśnie) zrobiła sobie dodatkowe, dwudniowe wakacje w Madrycie. Z podróży na te wyspy jeszcze się przed Wami „rozliczę”, ale najpierw musi być o skarbach.

W dniu, w którym moja walizka gdzieś tam ginęła, na zamku Grodno powstawał film o jego tajemnicach. Dla mnie ważny, bo Jan Łukasiak z „Wiedzy i Życia. Innych oblicz historii” i Łukasz Kazek, niestrudzony badacz tajemnic Gór Swoich oraz autor książki o tych niezwykłych okolicach, wykorzystali w nim wątki z moich pierwszych książek.

Co się działo na planie, wiem tylko z telefonów i ze zdjęć, które potem dostałam. Janek i Łukasz postanowili pokazać w swoim filmie opisywaną przeze mnie historię niemieckiego sapera, który, jak twierdził w swoich relacjach, brał udział w ukrywaniu skrzyń w zamku. To długa i bardzo tajemnicza historia, tak tajemnicza i zawiła, że wiele osób przestało w nią wierzyć. Ja powolutku, „dłubię” w niej cały czas i choć do „skarbu” pewnie nie dotrę, to losy niemieckiego sapera a także jego polskich przyjaciół są absolutnie niezwykłe. Kto chce ją poznać bliżej, zapraszam do moich książek.

W Leonhardta von Schrecka, sapera i grupę niemieckich żołnierzy wcielili się członkowie trzech grup rekonstrukcyjnych: z Raciborza, z naszego i z czeskiego Cieszyna. I podobno czas cofnął się w zamku o te kilkadziesiąt lat, do zimowej nocy 1944 roku, kiedy do Zagórza Śląskiego na którym góruje Grodno, wjechała kolumna samochodów, z których jeden wiózł to COŚ, co miało pozostać na kolejne lata w zamku. Podobno widzów przechodziły dreszcze.... Zresztą widać to na jednym ze zdjęć, których autorem jest Piotrek Kałuża.

 

Trudno się dziwić, ten fragment historii Dolnego Śląska, związany z ukrywaniem tu depozytów, złota, dokumentów i dzieł sztuki, pozostaje ciągle nie do końca odkrytą kartą. Kto nie był w zamku Grodno, powinien się tam wybrać właśnie teraz. Jesień w Górach Sowich jest szczególnie piękna i choć w warowni przydałoby się zadbać choćby o ładną ubikację, to urok całego kompleksu pozwala zapomnieć o różnych, turystycznych, niedogodnościach.

A jeśli już wybierzecie się do Grodna, nie sposób ominąć pobliskich podziemi w Walimiu i pałacu w Jedlince. Właśnie tam, przez cały ostatni weekend odbywały się poszukiwania. Cieszę się, że Sowiogórska Grupa Poszukiwacza, na czele z Piotrkiem Kałużą (ale zupełnie innym, niż ten, który robił zdjęcia w Grodnie) miała na tyle przebicia, żeby znaleźć sponsora. W dzisiejszych czasach to niezbyt łatwe. Grupę wsparło Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo S.A.,  ale dla nich szukanie w ziemi to zupełna normalka, prawda? Łączenie dużych pieniędzy z dużą fantazją może dać nieoczekiwane efekty, na co bardzo liczę.

O tym co działko się w walimskich sztolniach przeczytacie na stronie Sowiogórskiej Grupy Poszukiwaczej. Mnie znacznie bardziej interesowało to, co działo się w pałacu w Jedlince. Wspominałam Wam o pamiętnikach byłych właścicieli pałacu. Piszę także o nich w mojej ostatniej książce „Zamkowe tajemnice”. W zapiskach znalazła się informacja o Erice, która ukryła przed Rosjanami trzy skrzynie. Działo się to w 1945 roku. W okolicy plotkuje się, że jedna ze skrzyń została już znaleziona. Działo się to wiele lat po wojnie, nie wiadomo kto i kiedy dokładnie, miałby ją znaleźć. Obecni właściciele obiektu pozwolili eksploratorom na przeczesanie terenu wokół zabudowań, wszyscy liczyliśmy, że uda się znaleźć dwie pozostałe skrzynie.

Kiedy silni mężczyźni z wykrywaczami badali okolicę, pan Bugumił Leda, do którego rodziny należy obecnie Jedlinka opowiedział mi najświeższą historię związaną z tymi skrzyniami. Niedawno przyjechał mężczyzna, który wraz rodzicami zamieszkał przy pałacu zaraz po II wojnie światowej. I wspominał, że kiedy był dzieckiem obok zabudowań gospodarczych została odnaleziona skrzynia ze srebrami. Co się z nimi stało, można się tylko domyślać... Czy to oznacza, że dwie  skrzynie ujrzały już światło dzienne?  Nawet jeśli tak, to gdzieś musi być ta trzecia. Pamiętniki z Jedlinki są niezwykle precyzyjne.

Tym razem się jednak nie udało. Nie wiem skąd, pojawiła się jednak informacja, że w tej trzeciej skrzyni powinna znajdować się porcelana. Mogą być marne szanse na jej znalezienie. Ale próbować trzeba. Na tym polegają przecież poszukiwania.

A w sobotę zostałam zaproszona na poszukiwanie zatopionych dzwonów. To się będzie działo!
 

Komentarzy: 7
Czy duchy naprawdę istnieją, czyli dziwne sprawy zamkowe

Musiało do tego dojść. W końcu trzeba było dojść do opowieści o duchach. Kto był w sobotę w Rudawach Janowickich, na reklamowanych przez mnie imprezach, wie, o czym mówię.

Droga z Mniszkowa do zamku Bolczów (polecam, piękna trasa niebieskim szlakiem) pokryta była gęstą mgłą, drzewa wydawały się w niej tak tajemnicze, miało się wrażenie, że zaraz pojawi się coś niewyobrażalnie dziwnego, tajemniczego, niezwykłego....

W sobotę tydzień wcześniej również spędziłam czas w niezwykłych okolicznościach. W Krakowie, przy wielkim stole u naszych przyjaciół, słuchaliśmy opowieści o duchach. Kraków to idealne miejsce do takich rozmów, a przy stole nie siedzieli też byle amatorzy.

Przy stole siedzieli znawcy, którzy – jak twierdzą – z duchami mają na co dzień kontakt. Jeden z nich, bardzo udanie zresztą, naśladował sapanie jakie słychać, gdy duch idzie po schodach. Myślicie, że żartuję? Brr, to sapanie słyszę do dzisiaj, choć na drugi dzień dość serdecznie się z niego śmialiśmy.

I pewnie o duchach bym nie pisała, gdyby znowu nie pojawiły się nowe okoliczności. Zostałam bowiem zaproszona do poważnego projektu, który ma celu wykazanie, że te wszystkie zjawiska, które dzieją się w zamkach wcale nie mają z duchami nic wspólnego. Przepraszam, że piszę o szczegółach, ale obiecałam.... Za chwilę wszystko będzie jasne i o wszystko z wielką radością opowiem.  

Jeżdżąc po starych dworach, zamkach i pałacach, często pytam żartem ich właścicieli, czy mają ducha. Większość się śmieje, ale wielu, kiedy już pękną między nami pierwsze bariery, zaczyna „puszczać farbę”. Podobnie jest z osobami, które pracują w podziemnych trasach turystycznych. Podobne historie opowiadają poszukiwacze skarbów. Zawsze największe wrażenie robią na mnie opowieści z jednego z podwrocławskich dworów, gdzie a to przesuwa się krzesło, a to drży szafa, albo kurki otwierają się same i leci z nich woda. Niewiarygodne, prawda? Albo opowieść zasłyszana wiele lat temu w zamku Grodziec. Ówcześni dzierżawcy gościli akurat grupę harcerzy. Nagle dzieciaki zobaczyły postać idącą przez salę gdzie spali, choć wszystko było pozamykane. Harcerze z krzykiem zaczęli się rozbiegać, postać znikła a za chwile w kuchni poleciały wszystkie garnki. W to też nie chce się wierzyć, nieprawdaż?

Do dziś pamiętam kolejną historię opowiedzianą mi przez profesora Politechniki Wrocławskiej, którego przyjaciel kupił bardzo stary dom. Zamieszkał w nim szczęśliwie, jednak przeszkadzały mu hałasy ze strychu (ciekawe, że te duchy tak lubią strychy). Myślał, że to jakieś zwierzę, ale nie... Stare krzesła na poddaszu zmieniały miejsca, mniejsze przedmioty przenosiła jakaś niewidzialna ręka. Profesor, twardy racjonalista, doradził przyjacielowi aby wysypać strych mąką i w ten sposób złapać dowcipnisia. Tak też zrobili. W nocy hałasy na strychu nie dały spać. Gdy dwaj panowie wbiegli na górę, na podłodze z mąki nie było ani śladu.  



Myślcie, co chcecie, ale ja lubię takie historie. I wierzę w nie. Jednak opisując je w swoich książkach, zawsze zastanawiam się, gdzie leży ich źródło. Czy to rzeczywiście duch, czyli zjawisko, które należy przyjąć, a którego tłumaczyć nie trzeba? A może, jak twierdzi np. Ryszard Gąsierkiewicz, wykładowca i dyrektor Studium Psychotroniki im. Juliana Ochorowicza w Krakowie, stare domy mają swoje pole informacyjne i dawnych właścicieli, te właśnie duchy, trzymają w miejscu, w którym żyli, dawne, niezałatwione sprawy. Stąd tyle opowieści o zbrodniach, tragediach, nieszczęśliwych miłościach i samobójstwach w miejscach, które związane są z duchami.

Najbardziej zawsze bawi mnie, jeśli w starym domu spotykam twardych racjonalistów. Ci dopiero nie wiedzą co zrobić ze swoim duchowym problemem. Bo jak mogą zaakceptować zjawisko, które ich zdaniem nie istnieje. Widzę, że trochę się z tym męczą. Na drugim biegunie są ci, którzy sobie ze swoimi duchami gadają a nawet twierdzą, że je widzą. Ela Szumska, moja przyjaciółka i pani na kopalni złota w Złotym Stoku (fajne miejsce na wypad z rodziną) twierdzi, że jej goście również czują  COŚ w sztolniach. Ale – do diabła – co to jest?

Spójrzcie jak w weekend wyglądał las koło Bolczowa. Niewidzialne musi istnieć, prawda? A może macie inne zdanie?

Komentarzy: 6
Weekend w pałacu, czyli drugi raz może się nie zdarzyć

Piszę kolejną książkę o zamkach i w Internecie przeglądam różne zdjęcia. Zupełnie niechcący trafiłam na stronę, na której wystawione są na sprzedaż zamki, dwory i pałace. I patrzę sobie na te moje ukochane, dolnośląskie. I oczom nie wierzę! Mój ukochany pałac, jeden z tych, które naprawdę najbardziej lubię, jest do kupienia. Za... 20 milionów złotych. Plus VAT.

Co prawda dzisiaj kumulacja w Dużym Lotku, ale nawet gdybym zgarnęła wszystko, to i tak już na ten VAT mi nie starczy. A jeszcze remont, bo w pałac jeszcze nie do końca przywrócony do życia. A potem ogrzewanie. I praca nad parkiem. Za wiele się nasłuchałam od właścicieli zabytków, żeby żałować tak do końca. Ale... wcale nie trzeba mieć własnego zamku, żeby się nim cieszyć, prawda? Czasem nawet lepiej nie wiedzieć, co się dzieje za kurtyną. Dlatego chcę Was zachęcić do innego troszeczkę zwiedzania naszych dolnośląskich zamków i pałaców, okazja będzie już za chwilę.

W ramach Europejskich Dni Dziedzictwa w sobotę i w niedzielę, a także w następny weekend będzie można zwiedzać, ile się da. I to naprawdę wiele niezwykłych miejsc. Wszystkie niezbędne informacje znajdziecie na stronach: http://pik.wroclaw.pl/Europejskie-Dni-Dziedzictwa-2009-c236.html i http://praktycznyprzewodnik.blogspot.com/2009/08/europejskie-dni-dziedzictwa-2009-dolny.html , ja jednak namówię Was na kilka, moim zdaniem, szczególnych wypraw.

Zacznijmy od soboty, 12 września. Godz. 12.00 – Ruiny zamku Bolczów w Rudawach Janowickich. Znacie ten zamek? Przepiękny, bardzo tajemniczy, w XIX wieku każda można zakochana para odwiedzała to miejsce. W tyle nie pozostawali władcy. O Bolczowie krąży mnóstwo legend, mieszkają tu oczywiście duchy. W sobotę zaś, troszkę porzucone ruiny zaludnią się. Tego dnia odbędą się tu pokazy Husyckiej Roty Pieszej, wystąpi średniowieczny teatr, będą śpiewy i muzyka. Do zamku najszybciej wchodzi się z Janowic Wielkich, to niedługi i piękny spacer. Ale warto w okolicy spędzić trochę więcej czasu i obejść jeszcze skałki, zajrzeć w miejsce, gdzie stoi Skalny Most.

Również w sobotę i w niedzielę do 15.00 będzie można zwiedzać pałac w Ciechanowicach i obejrzeć odkryte tam renesansowe malowidła. Jeśli zostaniecie w okolicy na dłużej, koniecznie pojedźcie w niedzielę do Łomnicy na inaugurację historycznej kuźni albo na koncert w antycznej herbaciarni w parku w Bukowcu. A jeśli macie jeszcze więcej czasu to przez cały weekend będzie można zwiedzać bezpłatnie potężny zamek w Kliczkowie, a za tydzień w Bolkowie odbędzie się turniej rycerski.

Do Bolkowa i Adama Łaciuka, kasztelana tego zamku, mam stosunek wyjątkowo ciepły. Adam postanowił pewnego dnia zatańczyć w pełnej zbroi płytowej i niestety zbroja odmówiła posłuszeństwa. Podczas walcowania albo innej figury – drastycznych szczegółów niestety nie znam – naszemu rycerzowi nóżka się omsknęła i efektownie złamała. Cóż, kto powiedział, że życie wojownika jest łatwe? Pewnie rycerze z Bolkowa dadzą chociaż potrzymać miecz i zobaczycie ile to wymaga krzepy!
.
 

Komentarzy: 3
Hinduski kawałek Wrocławia, czyli chwila o jedzeniu

Podróżowanie nieodmiennie kojarzy mi się z jedzeniem. Wszystkie zakątki świata, które odwiedziłam miały swój niepowtarzalny zapach. Zawsze przywożę do domu produkty spożywcze, tak, żeby moi bliscy mogli poczuć i posmakować kraj, z którego właśnie wróciłam. Z Dubaju targałam wielkie słoje libańskich serów zanurzonych w oliwie z różnymi przyprawami.

Z Kambodży wlokłam miniaturowe, suszone rybki, których nikt nie chciał tknąć, do dzisiaj „elegancką” przystawką są u nas kanapeczki, które nauczyłam się jeść na Ibizie. Rewelacyjnie proste i przepyszne. Długą białą bułkę (w zależności od części Polski nazywaną francuską albo weką) kroję na kromki, lekko podsmażam lub opiekam, smaruję świeżym pomidorem, daję trochę soli i pieprzu, na wierzch kładę cieniusieńki kawałek szynki jambon albo tzw. szwarcwaldzkiej i takie ciepło-zimne kanapeczki wkładam do talerza z niewielką, gdzieś trzymilimetrową warstwą oliwy. Pychota. Za każdym razem przypominam sobie w ten sposób słoneczną wyspę. Dlatego, kiedy nie wyjeżdżam, staram się szukać takich  miejsc w Polsce, gdzie można na chwilę przenieść się do innego kraju. I nieoczekiwanie wczoraj znalazłam! We Wrocławiu jest tradycyjna indyjska restauracja. Nowa. Nazywa się Spice India i choć zajęła miejsce, zdaje się po japońskiej restauracji, co troszkę widać w wystroju, to na talerzu, rzeczywiście przywędrowały najprawdziwsze smaki Indii.

Indie to taki kraj, do którego prędzej czy później zjedzie każdy podróżnik. Indie mają magię, której nie trzeba tłumaczyć ani opisywać. Mają w sobie to coś...

Z pierwszego pobytu w Indiach pamiętam taką historię. Mieliśmy jechać do Taj Mahal, słynnego białego grobowca. Autobus, na który czekaliśmy miał przyjechać o czwartej nad ranem. Karnie czekamy, aż o gdzieś około szóstej przylatuje wesoły Hindus krzycząc: autobus już wyjechał, czekajcie, czekajcie!

Czekamy.

Około ósmej, przylatuje znowu ktoś i radośnie oznajmia: autobus zaraz będzie! Już jedzie!

Czekamy.

O dziewiątej przyjechał. Cudownie rozklekotany, wynajęty tylko dla naszej grupy, z szybkami, które omal nie wyleciały. Po 15 minutach autobus się jednak zatrzymał i wsiadła do niego rodzina składająca się z mamy, wujka i sześciorga dzieci.

-No co? – zdziwił się kierowca – Oni też chcą mieć wycieczkę!

Oczywiste, prawda! Trochę się nasz kierowca tylko zdenerwował, gdy dziecko nasiusiało na środek autobusu. No, ale przecież jest wycieczce.

Całe cudowne Indie. Nie będę już wspominać jak to dojechaliśmy dopiero na wieczór, bo nasz kierowca miał po drodze mnóstwo znajomych i kuzynów, u których chciał nas karmić i zaopatrywać w pamiątki. W drodze powrotnej, gdzieś około trzeciej nad ranem, nieoczekiwanie zatrzymał się w szczerym polu i gdzieś pobiegł. Wiecie po co? Poszedł kupić sobie sandały.
Indie uzależniają. Wracam tam, jeśli tylko mogę. I zawsze tęsknię to tamtejszej kuchni. Do „Spice India” poszłam jednak z „pewną dozą podejrzliwości”.  I już przy przystawce ta podejrzliwość rozpłynęła się w cudownych zapachach przypraw. Znacie tę tęsknotę, którą przywołuje jakaś znajoma melodia albo smak? Chciałoby się natychmiast teleportować w to dobrze znane, pełne dobrych wspomnień, miejsce.

Jeśli chcecie skosztować kawałka Indii to zapraszam do Wrocławia. I choć przy wejściu do toalet wiszą laleczki prostu z Turcji, to kucharz jest jak najbardziej z Indii i to czuć w każdym daniu.  Aha, no  i obsługa sympatyczna jak na Dalekim Wschodzie.
 

Komentarzy: 2
Żywioł jest nieprzewidywalny, czyli koledzy mi się topią

Ja tu o Trzech Żywiołach, zapraszam Was na wielki festiwal podróżniczy, a prawdziwe podróżnicze dramaty dzieją się w tle. Jeszcze na dodatek wczoraj wieczorem znowu przeszła przez Polskę kolejna nawałnica.

Akurat siedziałam w cieple, w wielkiej sali w siedzibie BCC, gdzie debatowaliśmy o przyszłości turystyki na Dolnym Śląsku, gdy nagle zerwał się wiatr, drzewa zaczęło przyginać do ziemi, deszcz lunął jak z cebra. A potem wieczorem przeczytałam, że nie żyją dwie osoby. Wieczorem zaś przyszedł TEN list.

Od lat jestem członkiem Krajowego Klubu Reportażu. To stowarzyszenie, które skupia reportażystów i autorów książek. Z latami staliśmy się grupą przyjaciół, dość specyficzną, za to taką, w której każdy może na siebie nawzajem liczyć. Mamy swoją siatkę. Wiem, że jeśli zawędruję na drugi koniec Polski i spotka mnie kłopot, będę miała do kogo zadzwonić i otrzymam pomoc. Wszyscy widujemy się rzadko, może ze cztery razy w roku, ale łączy nas niezwykle silna więź.

Kilka dni temu sześciu naszych kolegów wyruszyło pod wodzą Romka Koperskiego na Syberię.

Romek jest znanym podróżnikiem, organizuje wycieczki i rajdy, jest specjalistą od Syberii i pływania pontonem po Lenie. Przy okazji przygotowań do kolejnego rajdu przez pół świata zaproponował nam – sam jest członkiem klubu – wspólną wyprawę. W programie 7200 km drogi przez Syberię, Ural i całą Europę wschodnią. W sumie 14 - 16 dni podróży przez inny świat. Bajkał, polska wieś Wierszyna, gdzie do dziś mówią po polsku, górny odcinek Leny, opuszczone wioski, miejsca pierwszych zsyłek.
Pierwsze smsy z wyprawy były radosne: śpimy w tajdze, brudni i szczęśliwi. Przyszła nawałnica, waliły w nas pioruny. Pozdrowienia z Syberiady. Ale kolejne zaczęły być dramatyczne. Jak to w grupie przyjaciół przekazał nam je Marek Rymuszko, nasz Przyjaciel i prezes Klubu, który na wyprawę nie wyruszył, ale ma nią stały kontakt.

Ewa: W Lenie topiły się wczoraj 4 osoby. Marek z Dorotą sami dopłynęli do brzegu. Stracili foto, kamerę i buty. Teraz wędrują przez Sybir w sandałach. Grażyna i Rysiek też przewrócili ponton. Ryś spłynął Leną, Grażyna uczepiła się przęsła mostu, tonęła.

Marek natychmiast wysłał SMSa z prośbą o więcej szczegółów, bo nie wiadomo, czy nasza koleżanka żyje czy nie.

Ewa: Zleciała się cała wieś, baby krzyczały, Grażyna siniała. Padliśmy na most i rzuciliśmy jej pasek, nie dała się wyciągnąć. "Dopłyniesz do brzegu" - krzyczę. Mówi, że nie i zanurza się. Ukazuje się na powierzchni i pyta, czy ktoś to fotografuje. Uratowaliśmy ją.

Uff... Jak przeczytałam, że Grażyna zapytała, czy ktoś to fotografuje, pomyślałam, że nie jest źle... Nawet topiący się dziennikarz zawsze jest dziennikarzem. Ale, zobaczcie sami, jak niewiele trzeba. Jak wszystko może zmienić się w jednej chwili, jak trzeba więc łapać każdą chwilę. Miłego, choć niekoniecznie pełnego wrażeń dnia.
 

Komentarzy: 3
Trzy Żywioły, czyli podróżnicy łączą się...w Srebrnej Górze

Pamiętam atmosferę tego festiwalu w ubiegłym roku. Wieczór, ognisko, ocieplone jego blaskiem mury Twierdzy w Srebrnej Górze. Nieco wyżej wielki namiot z ekranem i wszędzie mnóstwo podróżników.

Zarówno tych bardzo, bardzo sławnych, jak i tych, którzy sławy nie szukają. Pociąga ich głównie przygoda. A że za tą sława często goni, to już zupełnie inna sprawa.

Już w piątek 4 września, rozpocznie się 2. Letnia Edycja Festiwalu Podróżników Trzy Żywioły na Fortach w Srebrnej Górze. Wszystkie niezbędne informacje znajdują się na stronie http://3zywioly.pl. Do Trzech Żywiołów mam- że się tak wyrażę – stosunek osobisty. Lubię pracować z Piotrkiem Trybalskim, z jednym z jego organizatorów i szczególnie miło wspominam nasze przygody na Wesołym Cmentarzu w Rumunii. I cieszę się, że na Trzy Żywioły wybrał filmy z którym dwa należą do moich ukochanych. Zobaczycie więc m.in. „Księgę rekordów Szutki” i „Spotkania na krańcach świata”.

„Księga rekordów Szutki” jest filmem absolutnie szalonym i pokazuje mistrzów niezwykłych dziedzin, którzy mieszkają w nieoficjalnej światowej stolicy Romów. Poznacie więc super podrywaczy, derwiszy-magików i pogromcę wampirów. To uroczy film do wspólnego oglądania, wspólnego śmiechu i zadumy. Nie ma więc chyba lepszego miejsca na jego pokazanie niż taki festiwal.



 „Spotkania na krańcach świata” Wernera Herzoga na pewno Was zaskoczą. Nigdy nie sądziłam, że Herzog zrobi taki ciepły film. To dokumentalna opowieść o stacji badawczej na Antarktydzie, w której pracują kompletnie ekstrawaganccy (a może właśnie przez to tacy normalny?) naukowcy. Specjalista od wymarłych języków zajmuje się cieplarnią, hydraulik wywodzi się z królewskiej rodziny Azteków, jest też kobieta, która podróżowała w rurze i rozważania o psychicznej kondycji pingwinów. Scena, w której Herzog docieka, czy pingwiny bywają szalone jest po prostu cudowna. To mądry i ciepły film, ale i niepokojący, bo po obejrzeniu trzeba sobie zadać kilka ważnych pytań. I choć pewnie nie każdy codziennie zaprząta sobie głowę przyszłością Ziemi, to istnieje przecież efekt motyla....Zresztą sami zobaczycie.



Oprócz pokazów i filmów z podróży bardzo dalekich, wiele w tym roku będzie o rejonach mi najbliższych. O Górach Izerskich, o Górach Stołowych i o wakacjach z duchami w Czechach. „Trzy Żywioły” to też świetny moment, żeby dokładnie obejrzeć wszystkie zakamarki twierdzy w Srebrnej Górze. Jej budowa kosztowała 1 688 000 talarów, z czego – jak mówi legenda – 999 999 pochłonęło wykucie studni na dziedzińcu Donżonu.

Kiedy dowiedział się o tym pruski król, Fryderyk II, dla równego rachunku wrzucił do środka jeszcze jednego talara. W szczytowym okresie twierdzę w Srebrnej Górze budowało 4 tys. robotników, a miejscowa ludność została zmuszona do przekazaniu „datku”, który miał przyspieszyć prace. W ten sposób uzyskano dodatkowe 70 tysięcy talarów. Opowieści z czasów II wojny światowej wspominają natomiast o ukrywanych tu skrzyniach. Co jakiś czas pojawiają się informacje o różnych znaleziskach z tego regionu.

Były tajemnicze skrzynie, dokumenty odnalezione na Ostrogu, ziemianka z niemieckimi motorami i „coś” wyciągnięte kilka lat temu spod wapiennika. Tyle opowieści, a co za nimi stoi to zupełnie inna, baaardzo długa historia.
Iluż poszukiwaczy skarbów zjadło na tej twierdzy zęby! Strach liczyć! Ja zaś liczę, że na ten nasz cudowny Dolny Śląsk wszyscy miłośnicy podróży zjadą tłumnie. A potem, we wrześniu spotykamy się jeszcze w Walimiu na zlocie eksploratorów. Pamiętacie?
 

Komentarzy: 2