iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Krzyżowa Hala, czyli magia jest wszędzie


         Wytrzymacie jeszcze chwilę, jeśli znów opowiem Wam o Mniszkowie? A właściwie o miejscu, w którym niegdyś wznosiły się zabudowania Mniszkowa.  Miejscu, którego widok dosłownie zapiera dech w piersiach.

       To Krzyżowa Hala, dawniej Kreuzwiese, ogromne górskie łąki, powiększone później przez wylesienie terenu na północno- wschodnim zboczu Wołka i wschodnim Małego Wołka. Tyle z geografii.
       A Wy zróbcie tak, od strony Mniszkowa wejdźcie na Wołka, droga jest dość prosta, idzie się nie dłużej niż pół godziny, samochód można zostawić pod szlabanem na samiutkim końcu wsi. Z Wołka przepięknie widać Sokoliki. Można się tu zasiedzieć i patrzeć, patrzeć.... Ale to jeszcze nie gwóźdź programu. Jeśli pójdziecie dalej niebieskim szlakiem i odbijecie w lewo, nagle roztoczy się przez Wami cudowna panorama i staniecie na wielkich, niemalże niekończących się łąkach. Jest tu nie tylko pięknie, ale i niezwykle tajemniczo. Gdzieniegdzie widać ruiny starych domostw, aż trudno uwierzyć, że kiedyś stała tu karczma. Krzyżowa Hala powstała dawno, około XV-XVI wieku, kiedyś znajdowała się osada drwali, potem niewielka wioska. Swoją nazwę wzięła od krzyża pojednania, który tu niegdyś stał. W 1945 roku radzieccy żołnierze zgwałcili i zamordowali tu młodą kobietę. 
         Specjalnie nie będę zamieszczać zdjęcia z Hali, zdjęcia nie są w stanie oddać atmosfery tego miejsca. Podobno jeszcze piękniej jest tu wiosną, kiedy kwitnie tu śnieżyca wiosenna, która ma tu jedno z zaledwie kilku stanowisk w Polsce. Może to nastrój ostatnich, październikowych dni, ale kiedy stoję na Krzyżowej Hali, mam wrażenie, że to miejsce mi się przygląda. Że każdy kamień chciałby coś powiedzieć, ale nie zawsze potrafimy się dogadać. 
 

Komentarzy: 2
Skarb z Mniszkowa, czyli nowa książka na urodziny

 

Życzliwi przypomnieli mi, że mam urodziny. Trudno. Jakoś trzeba to przeżyć. Tak się jakoś stało, że właśnie na urodziny sama sobie zrobiłam prezent, bo właśnie wyszła moja nowa książka, którą teraz świeżutką i pachnącą trzymam w rękach. To „Dolina Królów. Zamki i pałace u stóp Karkonoszy”.
 
Jak zwykle, prawie wszystkie zdjęcia robił do niej Krzysztof Góralski, ja zaś zajęłam się niektórymi tajemnicami moich kochanych Rudaw Janowickich i Kotliny Jeleniogórskiej. Jak tam się zmienia! Jeden z najpiękniejszych parków, jakie znam, ten w Bukowcu, przechodzi właśnie gruntowne zmiany, na romantyczną wieżę widokową zostały doprowadzone schodki, świątynia Ateny odzyskała boczne skrzydła. Szczególnie teraz, w październiku, kiedy wszystko jest złoto-czerwone, ta okolica wygląda magicznie. Niestety, nie udało mi się dotrzeć do wszystkich tajemnic tych okolic, choć pocieszam się, że to się nigdy nikomu nie uda.
 
Bo, na przykład, gdzie jest lew ze Starościńskich Skał?
Kiedy Starościńskie Skały dostały nazwę Mariannenfels, upamiętnione to zostało stosownym napisem z miedzianych literek. Pod napisem ustawiona została ławeczka, nad nią zaś niezwykle okazała figura lwa. Była zrobiona z żeliwa, ważyła ponad dwie tony i została odlana w Gliwicach. Lew dzielnie trwał na posterunku gdzieś do końca lat 70. XX wieku, mimo że widniejące nad nim miedziane literki przepadły zaraz po wojnie. Co się z nim działo dalej? Podobno został zwalony i przepadł. Ułamał mu się ogon. Krążyła plotka, że lew został wywieziony do zamku Czocha, gdzie jest do tej pory.

Przez kogo i dlaczego?
Ta historia mnie zaintrygowała. Zwalić i wywieźć dwie tony to jest coś! Jest tylko jedna osoba, która o zamku Czocha i jego tajemnicach wie wszystko i wybudzona w środku nocy potrafi odpowiedzieć na każde pytanie. To Janusz Skowroński, badacz historii Lubania i okolic. I rzeczywiście!
– W zamku tego lwa na pewno nie ma – oświadczył Janusz. – Ale jest w pobliżu, na zaporze w Złotnikach.
Rzeczywiście jest tam wspaniały lew. Ale pytani przeze mnie konserwatorzy twierdzą, że to nie ten sam. Gdzie jest więc tamten? Niestety, nie udało mi się rozwikłać tej zagadki...  
           
Ludzie znajdują skarby
Ale niektóre tajemnice wychodzą na jaw. Państwo Krajewscy, do których należy dwór w Mniszkowie (pisałam o nim już kilkaktronie) opowiedzieli mi najprawdziwszą historię skarbu ze swojego dworu. Jakiś czas temu dwóch chłopaków znalazło we wsi szesnaście baniek na mleko wkopanych płytko w stok, dnem do góry. Było w nich trochę skarbów, m.in.: cała zastawa srebrna z pałkami książęcymi na dwadzieścia cztery osoby, gumowce, pierzyny, kordonek z 1941 roku ze znakiem swastyki.
 
- Oferowali nam skórzany płaszcz, w jakim chodzili członkowie NSDAP i kieliszki, oraz pękniętą karafkę. Kupiłem od nich zniszczoną lupę do badań stratygraficznych skał – opowiada w mojej najnowszej książce pan Jerzy Krajewski – Ci panowie przynieśli mi również piękne buciki wyjściowe z cielęcej skórki i buty do konnej jazdy. Wycięli z nich herby. Twierdzili, że to wszystko wyjęli z zakopanych baniek. Najciekawsze zdarzyło się jednak potem. Pewnego dnia przyjechał do nas syn dawnego dzierżawcy dworu. Powiedziałem mu o butach a on zapytał: a obcasy pan oderwał? Bo pani baronowa chowała złote talary w obcasach.
Niestety, w obcasach nie było jednak nic...
To Ci historia, prawda?
 
Dwór w Mniszkowie

 

Rudawy Janowickie - nasz cud

Książka Dolina Królowa

Komentarzy: 6
Historia jednej rodziny

      

     Ty szukasz skarbów, więc liczyliśmy na ciebie! – oskarżycielski palec mojej cioci, z zawodu dyrektora, wysunął się w moim kierunku. Ale ja się nie sprawdziłam i szczerze mówiąc, trochę jestem tym zawstydzona. Bo, uganiając się za różnymi ciekawostkami historycznymi, zapomniałam o historii naszej rodziny.   

      Podczas wielkiej, rodzinnej uroczystości, mocno już nakarmieni i napojeni, zaczęliśmy, gdzieś tak w dwadzieścia osób odtwarzać dzieje naszych pradziadków. I okazało się, że prawie nie wiemy o nich nic.

      Ja wiem, że moja babcia urodziła się gdzieś podobno w Czechach, podobno miała jakiś dodatek greckiej krwi, ale inna ciocia twierdzi, że moja babcia urodziła się zupełnie gdzie indziej i razem z siostrami i bratem spędziła dzieciństwo we Lwowie. Babcia mi opowiadała, że jako dziecko widywała słynną Gorgonową, ktoś pamiętał, że prababcia miała jakieś kłopoty ze zdrowiem, ale co było wcześniej, tego nie wie nikt. Gdzieś tam pokutuje historia rodzinna o tym, jak pradziadkowie, wyjeżdżając ze Lwowa, a konkretnie z Zimnej Wody, na ziemie niby odzyskane, ciągnęli ze sobą  fortepian i mnóstwo rodzinnych albumów. Ale prababcia albumy spaliła, a fortepian porzucili w Katowicach.

      Rodzinna legenda głosi, że jakaś nasza praprapraprababcia stała się ofiarą tatarskiej hordy, która, jednakowoż, prarararararababcię pozostawiła przy życiu. Stąd oczy u mnie czarniawe. Mamy nawet jakąś daleką Zapolską w Argentynie, wnuczkę brata mojej babci. W naszej rodzinnej dyskusji zatrzymaliśmy się jednak na pradziadku, o którym nikt nie wie nic, oprócz tego, że miał na imię Jan, a na nazwisko Zapolski.

     Zaczęłam się zastanawiać, przecież to wszystko nie było tak dawno, zaledwie ponad sto lat temu. Dlaczego nigdy nie słuchałam opowieści babci, albo którejś z jej sióstr? Dlaczego wielu z nas za późno zaczyna się interesować tym, co jest przecież ważne. Historia rodziny może być piękną wycieczką w przeszłość. Moja ciocia, jubilatka, z tego średniego pokolenia, na swoje urodziny przygotowała dla nas wyjątkową niespodziankę. Zrobiła książeczkę, w ktorej jestesmy wszyscy, są nasze daty urodzenia i zdjęcia "obcych" w rodzinie; mężów, żon, chłopaków, dziewczyn i narzeczonych. Znakomity pomysł! Może dzięki temu, za sto lat, ktoś nie będzie musiał żałować, że nie słuchał nas, gdy truliśmy o przeszłości.
 

Komentarzy: 3
Świątynia Sziwy i Kolumb - Dolny Śląsk wciąż zaskakuje

Dolny Śląsk nie przestaje mnie zaskakiwać. Co prawda za każdym rogiem czeka tu jakaś niespodzianka, ale czy znacie jakiś inny rejon, w którym jest ich tak wiele? Jeśli macie chociaż jeden wolny dzień, zapraszam w kilka miejsc, które nie są tak dobrze znane, a jednak koniecznie trzeba je zobaczyć. Nie odkryłam ich wczoraj, jednak za każdym razem, kiedy obok nich przejeżdżam, zadziwiają mnie tak samo.
 
Najpierw Raszów koło Kamiennej Góry. Trwają prace nad pokazaniem tego miejsca światu. Na samym końcu wsi, w niewielkim kościele Niepokalanego Poczęcia NMP znajduje się przecudne mauzoleum Schaffgotschów. Jedna za drugą, stoją tu wspaniałe XVI- wieczne tumby grobowe dwóch małżeństw z tego słynnego, śląskiego rodu. Naukowcy twierdzą, że nie ma takiego drugiego miejsca w Polsce. Na ścianach płyty, które czyta się jak książkę. Każdy element stroju ma tu jakieś znaczenie. Będzie o tym trochę w mojej najnowszej książce, ale prawdziwym kompendium wiedzy o tym miejscu jest praca „Mauzoleum rycerskiej rodziny von Schaffgotsch w Raszowie” autorstwa Barbary Skoczylas-Stadnik, Romana Stelmacha i Przemysława Burchardta, która została właśnie wydana staraniem Urzędu Gminy w Kamiennej Górze. Mam szczęście i dostałam tę książkę, ale podobno nie ma ich wielu. A szkoda, każde takie miejsce potrzebuje promocji. Żeby wejść do mauzoleum Schaffgotschów trzeba poprosić o taką możliwość w najbliższym domu, gdzie znajdują się klucze do kościoła. Ja uwielbiam to mauzoleum tę ciszę, która tam panuje i nastrój skupienia.
           
A jeśli już traficie do Raszowa, koniecznie odwiedźcie pobliskie Pisarzowice i odbijcie w nich (jeśli jesteście samochodem) do Czarnowa. Jakie stamtąd rozpościerają się widoki! Sprawdzałam wczoraj, można jeszcze tanio tam kupić ziemię, jeśli komuś marzy się wieś sielska i anielska. A w samym je środku kolejna niespodzianka. To właśnie powstająca świątynia.... świątynia Pana Sziwy. To widok naprawdę niezwykły. Złocenia i kolumny wyglądają przedziwnie w tym surowym, górskim krajobrazie, praca na budowie chyba wre (widziałam tylko mnóstwo różnych materiałów budowlanych), więc chyba są tam gdzieś i robotnicy.
 
Ale to jeszcze nie koniec niespodzianek. Gdyby pójść na północ, dotarlibyście do Mniszkowa i tamtejszego dworu gwarków. Pisałam już o nim, ale pani Halina Krajewska, właścicielka, zwróciła mi ostatnio uwagę na coś niezwykle ciekawego. Na malowidło, które, jak przypuszczają niektórzy, może przedstawiać Krzysztofa Kolumba. Skąd Kolumb w Mniszkowie, to kolejna zagadka. Dwór w Mniszkowie nie jest oficjalnie udostępniony do zwiedzania. To dom prywatny. Ale właściciele są tak mili i tak chętnie propagują piękno Rudaw Janowickich, że można zawsze do nich zadzwonić – telefon jest na tablicy informacyjnej we wsi - i z pewnością obejrzycie te piękne malowidła. No i proszę, kilka kilometrów kwadratowych i tyle zadziwiających opowieści!
 
A jeśli myślicie, że to koniec, zajrzyjcie jeszcze do pobliskich Ciechanowic. W tamtejszym pałacu trwa remont pełną parą, wnet ma być tam hotel, a na ścianach czeka na lepsze czasy 700 metrów kwadratowych fresków w kilku warstwach. Pokryte jest nimi całe pierwsze piętro. Piszę o tym w najnowszym numerze miesięcznika „Focus Historia”. I Ciechanowice nie są jeszcze udostępnione dla ruchy turystycznego, ale i tutaj właściciele chętnie pokażą bezcenne malowidła, jeśli tylko są na miejscu. Te wnętrza robią wrażenie, a wizyta w takich zakątkach Dolnego Śląska może trochę odbiega od przewodnikowych standardów, ale ileż zostawia wspomnień. A na zachętę kilka zdjęć Krzysztofa Góralskiego właśnie z tych miejsc.
 
1.      Wnętrze mauzoleum w Raszowie.
2.      Czy to rzeczywiście Kolumb?
3.      Pałac w Ciechanowicach w jesiennych barwach
4.      Właściciele pałacu w Ciechanowicach, a w tle freski

Komentarzy: 4