iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Zima bez trzymanki

     No, nie mogłam się oprzeć. Przed chwilą wysłał mi to Marcin Jamkowski, w odpowiedzi na moje marudzenie na Warszawę zaskoczoną zimą. Obejrzyjcie sobie. To się nazywa zima bez trzymanki:

http://www.youtube.com/watch?v=zMzeiMJQrvk

Komentarzy: 1
Zima atakuje, człowiek podróżuje

          Czasem mam wrażenie, że z zimą jest jak z Bursztynową Komnatą. Co jakis czas nieoczekiwanie pojawia sie informacja o znalezieniu jej fragmentów, a potem znowu nic. A teraz znowu, jak co roku, zaskoczyła nas zima. Mnie zaskoczyła szczególnie, bo w sobotę rano jechałam z, jeszcze ciepłego, Wrocławia na sesję Krajowego Klubu Reportażu do zimnej już Wisły, stamtąd na festiwal Warszawa bez Fikcji do "stolycy" (bardzo dziękuję w imieniu swoim i moich kolegów, że przyszliście tak licznie do Press Clubu i że słuchaliście nas tak długo), a następnie do Szczecina. Ze Szczecina cały poniedziałek w drodze do Wrocławia. Patrzymy, a te trochę śniegu całkowicie sparaliżowało świat. Samochody, jak baletnice obracały się dookoła swojej osi koło Legnicy, przejechaliśmy obok kilkukilometrowego korka między Wądrożem a Wrocławiem - liczyłam - ten pierwszy miał cztery kilometry, ten drugi niecałe dwa. Wyobrażam sobie cały ten wachlarz pochlebnych słów, które obijały się w samochodach czekających na naszej "autostradzie".

       Co roku jest to samo i co roku nie mogę się nadziwić, dlaczego świat jest zaskoczony i zadziwiony. Przecież zima to naturana sprawa, czyż nie?  

Komentarzy: 1
Kaczorów – moja miłość kulinarna


     Właściwie nie wiem, dlaczego jeszcze nigdy nie napisałam o Kaczorowie. Mogę to robić bez żadnych konsekwencji, bo na blogu można pisać o każdym co się chce. A ja akurat zamierzam chwalić i od razu uprzedzam, że nikt mi za to nie płaci. Kaczorów zaś jest integralną częścią wszystkich moich wyjazdów w Rudawy Janowickie i Kotlinę Jeleniogórską.

     Kaczorów to oczywiście skrót, mam na myśli moje ukochane miejsce, w które zawsze muszę zajrzeć, kiedy chce mi się jeść. To Karczma Podgórzanka.
    Podgórzanka jest dla mnie czymś w rodzaju atrakcji turystycznej. Teoretycznie knajpka w takim miejscu nie powinna przetrwać. Niby to droga Wrocław- Jelenia Góra, ale do Podgórzanki trzeba zjechać trochę w bok, w kierunku na Kamienną Górę. Tymczasem zawsze jest tu pełno ludzi. I to najdziwniejszych.

    W Podgórzance zawsze podsłuchuję okolicznych wójtów, sołtysów i burmistrzów, którzy knują przed i po wyborach. Zdarza się tu spotkać okazałe walkirie, które pracują w pewnym radosnym przybytku przy drodze do Jeleniej i tu od czasu do czasu wpadają. Zawsze wzbudzają sensację wśród panów. Dojeżdżają rycerze z pobliskiego Bolkowa.      

    Czasem można posłuchać miłosnych zwierzeń, albo rodzinnych opowieści. Za stolikami siadają urzędnicy w delegacji, my zawsze jemy tam podczas zimowego liczenia nietoperzy, szukania skarbów, albo w przerwie jakiejś wycieczki. Nie wyobrażam sobie wyjazdu do Jeleniej Gory i ominięcie Podgórzanki. Prawie się z nią zrosłam pisząc ostatnią książkę o tych rejonach. I jeśli ktoś mówi: idę jeść do Kaczorowa, to znaczy, że zmierza właśnie tam. Kiedy Podgórzanka bywa zamknięta (ale zdarza się to raz na sto lat) czuję się oszukana. Bo niby gdzie ja mam tak zjeść? Próbowałam, gdzie indziej, ale to nie to. Nawet jak nie chce mi się jeść, Podgórzanka jest jednym z punktów wyjazdu.
      Wystrój Podgórzanki jest dość kontrowersyjny, szczególnie dla kogoś takiego jak ja, czyli unikającego mięsa. Pod ścianą stoi wypchany lisek w krawacie, na stoliki patrzą głowy dzików. I w karcie różne mięsa, i bigos, i dziczyzna i pierogi z mięsem. Ale jest też cudny łosoś smażony w winie, kapusta zasmażana, podsmażane ziemniaczki i pierogi z kapustą, które panie zamiast mięsnych uszek, wrzucają mi do barszczu. Bo w Podgórzance wszystko jest domowe. I jak w domu. Nikt nie marudzi, że zamiast pięciu pierogów chcę trzy, herbatę podają naprawdę w wielkich filiżankach, a kiedy pani niesie zupę to robi to powolutku, żeby nie przelać. Bo zupy podaje się tutaj, nie w jakichś fantazyjnych filiżankach, tylko w talerzach. Takich zwykłych, domowych, do tego z kwiatowym szlaczkiem. Przy barze często stoją różne przetwory, które sobie można kupić do domu. My raz kupiliśmy, marynowane papryczki przypominają siódmą bramę piekieł i tylko cieszymy nimi oczy. Widziałam je też u znajomych. Słoik stoi jako ozdoba, papryczek nikt nie rusza. Czasami ktoś uczknie czerwony kawałeczek, tak mały, ze widać go tylko pod mikroskopem. Ja kocham kaczorowskie pierogi i zasmażaną kapustę. Do niej podsmażone ziemniaczki i mogę już jechać wszędzie. Osobiście uważam, że Podgórzanka powinna zostać wpisana na listę atrakcji Dolnego Śląska. Jest jak zamek. Nic w niej się od lat nie zmienia, menu zawsze takie samo, pewne i stabilne, ceny na poziomie, z których byłby zadowolony Robin Hood. I panie są tu zawsze uśmiechnięte. Zupełnie, jak by im zależało!

    O kurcze, ale zgłodniałam!
 
 

Komentarzy: 2
Szpital, czyli cztery metry sznurka


      Gdyby nie fakt, że w tej chwili chodzi po Polsce pewnie z kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset osób ze sznurkiem w nosie, mogłabym napisać, że biję rekord Guinessa. Przez kilka ostatnich dni też chodziłam z takim sznurkiem, dwa metry w lewej dziurce, dwa metry w prawej dziurce. Wierzyć się  nie chce, że to się w człowieku mieści.

     I nawet się nie wie, że ten sznurek tam tkwi. Dopiero, gdy go zaczynają wyciągać, to każda część ciała się buntuje. Jak powiedział mi wielki jak góra trzydziestolatek, którego spotkałam na szpitalnym korytarzu, przy wyciąganiu sznurka „ciary po plecach przechodzą”. I tak można to określić. 

      Tak mi się zdarzyło, że pierwszy raz w życiu poszłam do szpitala. Duże szczęście w nieszczęściu, bo szpital ładny, nowoczesny, świetnie wyposażony i lekarze mili. Zamiast chodzić sobie po lesie, gadać sobie skarbach, z zapchanym nochalem wylądowałam w Akademickim Szpitalu Klinicznym w moim rodzinnym Wrocławiu i trochę sobie tam poleżałam. Doktory zrobiły mi ciachu machu w narkozie i teraz wszystko mam jak nowe. Przynajmniej takie mam uczucie. Zaraz po powrocie zadzwoniła do mnie pani z „TV Imperium” i zapytała jakie mam słabości. I wtedy sobie tak pomyślałam, że moja największa słabość, a właściwie dwie, objawiły się właśnie w szpitalu. Bo zamiast być przykładną pacjentką, to mi się ciągle wydaje, że jestem w pracy. Zaczepiam salowe i usiłuję dowiedzieć się, kto wymyślił makaron z selerem, pytam lekarzy, po jakiego diabła wybrali sobie taki trudny zawód i teraz babrają się w różnych świństwach, o wszystko muszę się zapytać. Pełen szacunek dla cierpliwości anestezjologa, który usiłował mi opisać co to takiego operacja w znieczuleniu ogólnym.
       - Najpierw dostanie pani taką tabletkę.... – zaczął.
       - Taką ogłupiająco-rozluźniającą? A do czego by ją pan porównał? – zapytałam ciekawsko – Do haszyszu, marihuany, czy do walnięcia młotkiem w tył głowy?
       Cierpliwy ten człowiek, wytłumaczył mi, że choć, oprócz młotka, ze wszystkimi powyższymi specyfikami się zapoznał, porównać tego do niczego nie można.  I, że ten, kto wymyślił tego „głupiego jasia” przed operacją powinien dostać nagrodę Nobla. Tyle tylko, że podobno człowiek się staje po tym za szczery. Wypytując tak wszystkich, być może walczyłam z drugą słabością, z tym, że w szpitalu trzeba się wyciszyć, że nie ma tu miejsca na tajemnicze niespodzianki, nie ma fascynujących przygód ani historycznych zagadek, a lekarzy bardziej obchodzi mój nos niż jakaś Bursztynowa Komnata. Tu się po prostu trzeba wyciszyć i zaakceptować, że inni wiedzą lepiej. Oj, dla mnie to nie było łatwe.

    Więc, kiedy okazało się, że po operacji mam w tym nochalu te cztery metry sznurka, to nagle poczułam, że znów odkrywam jakąś tajemnicę. Że to w człowieku coś takiego może się zmieścić. Taki tamponik bawełniany, co to nie wiesz, że ci go włożyli, a jak wyciągają to masz już pewność.  

     Wiem, wiem, to też pewnie jakaś reakcja obronna, bo szpital jest pełen cierpienia. Z pewnością nie jest dobrym miejscem na żarty. Ale może łatwiej traktować takie miejsca jak przygodę, spróbować ja przeżyć, przecież szpitale też są dla ludzi. Przez chwilę leżała ze mną dziewczyna, u której lekarze zdiagnozowali jakiegoś guza. Ileż ona miała radości w sobie. I pokory. Była sto razy dzielniejsza niż ja. Szpital to szpital, powtarzała.  Tego przez te kilka dni musiałam się nauczyć. I proszę się z tego wpisu nie śmiać. W szpitalu byłam (prywatnie) pierwszy raz  w życiu.
    A ze sznurków tyle dobrego, że naczelny „Focusa” mówi, że teraz będę dopiero miała nosa do skarbów.
 

Komentarzy: 1
Kościółek do czytania

Pogoda robi się dla twardzieli, ale te deszcze, mgły i spadające liście mają w sobie coś tajemniczego. Prawda jest jednak taka, że podczas dłuuugich spacerów czy wycieczek, warto znaleźć miejsce, w którym można się na chwilę schronić pod dachem. A jeśli jeszcze pod tym dachem jest kolorowo, to czego więcej trzeba?
 
Ktoś napisał do mnie i poprosił o pokazanie takiego kolorowego miejsca na jesień. I zaraz przyszedł mi do głowy kościółek w Zalesiu koło Bystrzyc Kłodzkiej. W sumie, mało znane miejsce, trochę na uboczu, ale z jakim cudownym, kolorowym kościółkiem. Z zewnątrz skromny, w środku kryje 56 scen ze Starego i Nowego Testamentu, namalowanych na stropie i balustradzie empory. To, tak zwana Biblia ubogich, starodawny komiks, dzięki któremu niepiśmienni mogli poznać treści religijne.
 
Drewniany barokowy kościół Św. Anny został zbudowany w 1717 roku. Jego wnętrze na pewno Was zaskoczy, jeśli nie oszołomi. Malowidła w Zalesiu były tylko raz konserwowane, około 1920 roku, czyli dwieście lat po ich powstaniu. Czuć tu zapach dawnych czasów. Każda ze scen jest podpisana niemieckim gotykiem, podpis zawiera też numer ustępu w Biblii.
 
Wszystko wciąż w intensywnych barwach i chociaż niektóre sceny są nieco zatarte, a deski na których powstały popękały, można tu się doszukać setek szczegółów. Moja ulubiona scena to ta przedstawiająca budowę wieży Babel. Jakież tu widać kolory! Zresztą tego nie da się opowiedzieć, trzeba tam wejść i to samemu zobaczyć, poczuć.
 
Zalesie to jedno z moich ulubionych miejsc na Dolnym Śląsku. Być może dlatego, że przyjeżdża tu tak niewielu turystów, ale co za tym idzie do kościółka też nie jest łatwo się dostać. Byłam tam, co prawda, bardzo dawno temu, ale wtedy trzeba było się sporo cofnąć, żeby dotrzeć do pani – bardzo zresztą miłej – która miała klucze do kościoła. Jak każda niemal dolnośląska wioska, i Zalesie ma swoją legendę u ukrytych tu pod koniec II wojny światowej skarbach.
 
Ma też swoją straszną historię, wspomnienie o nawałnicy, która zniszczyła okolicę w maju 1882 roku. Spadały wtedy kawałki gradu wielkości kurzych jaj. Wiatr wyrywał drzewa z korzeniami. W Zalesiu zginęły trzy osoby, ale już w Bystrzycy Kłodzkiej utonęło ich dwanaście. Niech Was więc nie zmyli pozorny spokój jaki panuje w Zalesiu. Każde miejsce ma jakąś swoją i dziwną, i wesołą, a czasem i straszną historię.
 
A jeśli już traficie do Zalesia i znajdziecie jeszcze chwilę czasu, przy okazji zaś okaże się, że macie trochę wolnej gotówki, to zajrzyjcie do Niemojowa. Ruiny tamtejszego dworu są wystawione na sprzedaż. Kosztują 75 tysięcy złotych. Poznałam jakieś dwa lata obecnego właściciela tego dworu, miał wtedy głowę pełną planów. Ciekawe, co się zmieniło?
 

Komentarzy: 0
Co czują drzewa?

 

    Chociaż od Wszystkich Świętych minęło kilka dni, cały czas mam w głowie rozmowę rozmowę, która odbyła się w przy urodzinowym stole u naszego zaprzyjaźnionego lekarza, tak ze dwa dni wcześniej. Nasz doktor, chirurg znany i ceniony, ma w życiu wiele pasji. Oprócz tego, że skupuje jakieś rozlatujące się samochody, zbiera również ciekawe historie. I właśnie taką opowiedział nam tego wieczora.

    - Rozmawiałem z takim ludowym rzeźbiarzem - zaczął. Nie pamiętam, czy wspominał o Bieszczadach czy Podlasiu - I ten rzeźbiarz powiedział mi, że zawsze rozpozna lipę, która rosła na cmentarzu. Czasem dostaje drzewa z wycinki na cmentarzach. I zawsze wie, które właśnie stamtąd pochodzą. Są takie jakieś dziwnie pokręcone. Struktura drewna jest inna. 

   Te kilka słów jakoś utkwiło mi w pamięci. Są sprawy, które intuicyjnie wyczuwamy, ale nie potrafimy ich racjonalnie ogarnąć, prawda?

Komentarzy: 1