iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Żegnamy Michała

 

      Święta, święta i po świętach. Czy zauważyliście, że w czasie świąt czas płynie jakby wolniej, bardziej leniwie, jakby się rozciągał. Poniedziałek rano, tak jak dziś jest już szybki, pulsujący, chociaż świat budzi się przecież w taki sam sposób. Specjalnie nie pisałam w czasie świąt,  specjalnie, bo dotarły do nas dwie niezwykle smutne wiadomości.

     21 grudnia odszedł Lech Emfazy Stefański, wybitny polski ezoteryk, właściwie ikona polskiej ezoteryki, z którym miałam okazję spotykać się zarówno służbowo, jak i prywatnie. Pan Stefański miał w sobie coś, nazwijmy to „majestatycznie demonicznego”, mówił, na ogół, tonem teatralnym, miał niezwykłą charyzmę. Pamiętam, jak kiedyś, podczas nagrywania programu telewizyjnego, nasz scenograf przyniósł mu obszerną pelerynę. Nasz gość spojrzał na nią z pogardą i tubalnym głosem zakrzyknął na całe, ogromne w końcu studio: proszę mi zabrać natychmiast tę szmatę! Cała ekipa struchlała. Ale kiedy „kamery poszły”, kiedy zaczął opowiadać o sztuce jasnowidzenia, w studio zapanowała prawdziwa magia.

    Byłam kiedyś gościem Policealnego Studium im. Ochorowicza w Krakowie. Tam Lech Emfazy Stefański miał zajęcia z jasnowidzenia właśnie. Pamiętam dokładnie te zajęcia. Narysował coś na wielkiej kartce, tak, aby nikt tego rysunku nie zobaczył, kartkę położyłna szafie, tak, żeby była niedostępna i kazał narysować uczniom ten sam obrazek, który tam się znajduje. „Każdy to potrafi” – zapewnił. Każdy może rozwijać takie umiejętności. I rzeczywiście, na kilkanaście osób, kilku udało się w przybliżeniu powtórzyć kształty z kartki na szafie. Okazało się, że był tam namalowany trójkąt zakończony słoneczkiem.

    Ze śmiercią Lecha Emfazego Stefańskiego kończy się pewien etap, podobnie jak ze śmiercią naszego dobrego kolegi Michała Łosiaka, który odszedł od nas w Wigilię. 

     O ile Lecha Emfazego Stefańskiego znał w Polsce każdy psychotronik, to Michała znał każdy poszukiwacz skarbów. Michał brał udział w wielu znaczących akcjach, często je sponsorował, każdej zimy spotykaliśmy się w jego mazurskiej chałupie w gronie poszukiwaczy i autorów piszących o skarbach, żeby, mówiąc wprost „pierniczyć” o tej Bursztynowej Komntacie i Złocie Wrocławia. Michał był taką osobą, która potrafiła się cieszyć życiem, wiele podróżował, szalał na Harley’u, żeglował, był honorowym konsulem Albanii w Polsce, ale sam mówił, że wbijanie się w garnitur to nie dla niego. Michał patrzył na świat z przymrużeniem oka, lubiłam spotkać się z nim na chwilę, kiedy przejeżdżał przez Wrocław, zawsze miał głowę pełną pomysłów i planów, co akurat jest mi wyjątkowo bliskie... W przyszłym roku mieliśmy wybierać się do Albanii, w Wigilię, pod choinkę dostałam książkę o tym kraju, żeby zdążyć poczytać przed podróżą... 

   Jeszcze wszystko jest za świeże, ale wiem jedno, że tacy ludzie jak Lech Emfazy Stefański i Michał Łosiak tak naprawdę nie odchodzą, bo w nieodłączny sposób stali się częścią jakiegoś mikroświata, który przecież nadal istnieje, ale bez nich nie może tak samo funkcjonować. Ci, którzy ich znali, wiedzą, co mam na myśli...
 

Komentarzy: 4
Zeszyt pilota Dywizjonu 303


        „Pilotom nie wolno startować bez zgody instruktora, akrobacje można wykonywać tylko powyżej pewnej wysokości”. To dwa pierwsze zdania z zapisków pilota legendarnego Dywizjonu 303. Zapisane ołówkiem, w starym zeszycie.

     Na kolejnych stronach dokładny opis kokpitu Spitfire’a, zasady nawigacji, rysunki ilustrujące lekcje meteorologii. Gdzieś na końcu zeszytu widać, że pilot się nudził i zaczął rysować różne esy-floresy.

    Aż trudno uwierzyć, że jeszcze można odnaleźć takie dokumenty. Już przed świętami dostałam niecodzienny prezent. Jeden ze znajomych zaprosił mnie do siebie i oddał na kilka godzin do dyspozycji swoją wielką szafę. Szafę pełną starych widokówek, historii, staroci, szafę z wielką żółtą, plastikową torbą, w której znajdował się fragment życia jednego z pilotów Dywizjonu 303. Zginął w 1942 roku, szczegóły okoliczności jego śmierci nie są jednak jeszcze dobrze znane. Mam nadzieję, że dzięki tym dokumentom powstanie kiedyś duży reportaż, na razie więc nie ma co mówić o szczegółach. Ważne jest to, że nagle, we Wrocławiu, w zupełnie nieoczekiwanym momencie (chociaż przecież przed świętami zdarzają się najbardziej cudowne niespodzianki) można w taki sposób dotknąć historii. I to jeszcze historii z pewną tajemnicą, bo mam wrażenie, że gdzieś jest tam drugie dno, już o zupełnie osobistym charakterze.

     Uwielbiam zapach starego papieru, część starych zdjęć pilota została podjedzona przez myszy. Mam wrażenie patrząc na te fotografie, że myszy odznaczają się wyjątkową inteligencją, bo – na przykład – wygryzły niektóre zdjęcia dokładnie do miejsca, gdzie stoi na nich człowiek. Jakby chciały ocalić akurat tę jedną osobę. Szczególnie wrażenie zrobiły na mnie dokumenty powojenne. Pytanie z Polski o ewentualne odszkodowanie dla rodziny pilota i uprzejma odpowiedź z Wielkiej Brytanii, że słowo „odszkodowanie” nie licuje z czyjąś śmiercią. I zapytanie, od kogo przyszedł z wysp list, w którym pojawiło się takie właśnie sformułowanie.  

    Czy ktoś dzisiaj zwróciłby uwagę na takie drobiazg?
 

Komentarzy: 1
Choć nie ma wojny, kto handluje ten żyje


       Znajomy architekt załatwił po znajomości świeże dorsze, jeszcze z nocnego połowu. Przyjechały pod dom prosto z nad Bałtyku. Zaraz pojawił się nasz doktor, chirurg znany w tzw. szerokich kręgach, który wziął trzy kilogramy dorsza i zostawił nam super ekologiczne jajka ze wsi, od takiej kury co je prawdziwe ziarno, a nie tekturę.

      Nasz mechanik zadziałał hurtowo, wziął 15 kg dorszy, ale przed świętami dowiezie domową śliwowicę od znajomego górala. Koleżanka, doktorka od mikrobiologii ma w tym tygodniu wpaść ze zdobyczną szynką z dzika, a w środę, jak zwykle, skoczę po masło do benedyktynów, zaś zaprzyjaźniona dyrektorka banku znalazła właśnie dojście do świeżego sera. Znajomy saper, w przerwie między rozbrajaniem, robi już kiełbasy na święta.
   - Do diabła, my przecież działamy jak za okupacji – ryknął w końcu mój połowiec – Wnet będziemy czyhać na pociąg z rąbanką!  
    Mnie tam na rąbance nie zależy, bo raczej nastawiam się na śliwowicę i jajka ekologiczne (swoją drogą podejrzanie wielkie, jak po Czarnobylu), ale nagle sobie uświadomiłam, że co spotkamy się ze znajomymi, przyjaciółmi, rodziną to rozmawiamy a) o skarbach, b) o podróżach, c) o tym, gdzie zdobyć coś co ma smak jedzenia.

     Choć nie stoję jeszcze nad grobem, z trudem mogę sobie przypomnieć smak PRAWDZIWEGO pomidora, zapach jeszcze pamiętam. Wiecie, o jakim zapachu mówię? Takim ciepłym, rozgrzanym, pachnącym słońcem. Pamiętam jeszcze te krzywe pomidory mojej babci, te nierówne pomidorki z warzywniaków mojego dzieciństwa, te ze z nieco grubą czasami skórką. A nie te równe, orwellowskie pomidory, które rosną równo w szklarniach bez ziemi, tylko z jakimiś dziwnymi doniczkami i rurkami. Już samo patrzenie na to jest smutne. Jakbym przeniosła się do strasznego filmu science-ficton o wzięciu przez Obcych naszych pomidorów a następnie o strasznych eksperymentach, którym są poddawane. Tylko, po diabła Obcy odsyłają nam je z powrotem na Ziemię???  

      Jeden z naszych znajomych ma taką teorię: jedzenie jest coraz bardziej sztuczne, więc ludziom coraz bardziej odbija. Żeby nam nie odbiło i żeby mieć z tego jedzenia trochę przyjemności, urządzamy więc polowania na tzw. produkty ekologiczne. Ale nasz doktor patrzy na mnie z politowaniem: czy ty wiesz, co ONI ( kim są ci ONI????) dodają do ziarna w czasie przemiału na mąkę??? – pyta.  I mi opowiada, a ja od razu funduję sobie wyparcie – tak mi wmawia koleżanka psycholog – bo nie chcę wiedzieć. Raz na jakiś czas pokornie staję w kolejce na placu Bema i kupuję większą ilość żytniego chleba i ma nadzieję, że nie ma w nim tego, co ONI dodają gdzie indziej.

        Czy ktoś wie, co się stało z naszym jedzeniem? I kiedy to się stało? Kiedyś na jakiejś fermie producent pokazywał mi wzornik z kolorami żółtek. W tamtym roku – zachwycał się – dobrze szły jajka z pomarańczowymi żółtkami, że niby takie zdrowe, a tym idą dobrze ze z cytrynowym żółtkiem. I jeszcze zademonstrował taki spray z kupką, którą się jajka spryskuje. Że niby takie prosto ze ściółki, takie wypaćkane, prosto z podwórka, które chemii nigdy nie widziało. 

    Kiedy masło zaczęło być produktem masłopodobnym o zawartości 64 proc. masła, kiedy ogórki zaczęły mieć kształt plastikowych zabawek i taki sam smak, kiedy nasze polskie jabłka zastąpiły jabłka z drugiego końca świata, jeszcze do tego we wzorek? Kiedy szynka przeobraziła się w szaroróżową kulę pełną wody i konserwantów?

    Tak, wiem, wszyscy znamy odpowiedź na to pytanie. Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi... wiadomo o co. Najbardziej przeraża mnie to, co powiedział „Newsweekowi” jeden z polskich królów pomidorów. Do handlu co innego, a dla rodziny mały ogródek i warzywa tylko stamtąd. A jeżeli wziąć pod uwagę słynne słowa: „jesteś tym co jesz” i połączyć je z teorią naszego kolegi, że złe jedzenie powoduje w mózgu nieodwracalne zmiany  (kurcze, za chwilę zacznę mu wierzyć) , to ja nie chcę wiedzieć (wyparcie! wyparcie!) co z nami będzie za jakiś czas. A ten dorsz prosto z Bałtyku pychota! No po prostu skarb z głębin!

    Ps. Może mam nerwicę natręctw, ale czy ktoś wie, skąd wziąć ekologicznego karpia???? Okey, żartowałam.... 

 

Komentarzy: 5
Spotkajmy się

       

    Wszystkich, którzy potrafią przedrzeć się przez zaspy, zapraszam w sobotę, 4 grudnia na spotkanie ze mną do Dolnośląskiej Biblioteki Publicznej na wrocławskim Rynku. Sala 31, trzecie piętro. Ja opowiem trochę o tajemnicach zamków i pałaców, pokażę też piękne zdjęcia Krzysia Góralskiego. Spotkamy się w ramach targów książki regionalnej SILESIANA. 

     Natomiast o 17.00, Jurek Rostkowski, mój kolega "skarbach"  opowie o tajemnicach Książa, Wałbrzycha i Szczawna Zdroju. Do zobaczenia! 

   

Komentarzy: 1
Przeklęty listopad


     Boję się listopadów. Zawsze zabierają najwięcej ludzi, przyjaciół, bliskich. W listopadzie ludzie umierają jakby chętniej, częściej, bardziej znienacka. Na listopad, na ogół, zapowiada się końce świata, wybuch III wojny światowej albo co tam jeszcze.

      Bardzo czekałam na koniec tego listopada. Połowa miesiąca zabrała na zawsze Jurka, nurka, z którym jeszcze w lecie biegaliśmy po polach i bagnach, szukając zaginionego dzwonu. Jurek odszedł po listopadowemu. Nagle, nad razem, bez ostrzeżenia. Potem listopad zabrał kilku ulubionych aktorów.

     Wczoraj, w ostatni dzień listopada, w Andrzejki wracaliśmy nocą do domu. Jeszcze weseli od wina, cieszyliśmy się, że listopad zaraz odejdzie w zapomnienie. Jeszcze przed północą minęliśmy na Placu Grunwaldzkim karetki i ratowników, którzy usiłowali reanimować leżącego na zimnej, listopadowej drodze, mężczyznę. Za chwilę grudzień – pomyślałam – może to ostatnia ofiara listopada? A może listopad daruje mu życie? Za chwilę grudzień. Odetchniemy. 

        Cały poniedziałek wracaliśmy ze Szczecina. Spaliśmy u serdecznego kolegi. Był wesoły, rano wyskoczył po ciepły chleb, podał elegancko, na kawalerskiej deseczce jajka na miękko i ładnie, rozczulająco dokładnie, posmarowane masłem kromki. Zrobił zieloną herbatę. To wszystko przyniósł do sypialni, żebym nie musiała wdychać dymu z papierochów w tak zwanym „dużym pokoju”. Dziś rano dowiedzieliśmy się, że we wtorek nad ranem odebrał sobie życie.

     To idiotyczne, że pewne rzeczy pamięta się w takich chwilach, ale telefon zadzwonił wtedy, kiedy akurat naszła nad ochota na takie same jajka. Teraz cały czas mam przed oczami te dwie cholerne kromki z takim pietyzmem, przyjaźnią, ułożone na tej deseczce. 

     Podobno cierpiał na depresję. Depresji nie widać tak jak grypy, często nie widzi jej rodzina, przyjaciele, a co dopiero znajomi. Depresję się lekceważy. Tez mi choroba – depresja? A jednak... listopad znowu przypomniał, że najważniejsze to poświęcić czas drugiej osobie. Zauważyć, gdy coś idzie nie tak... Listopad upomniał mnie znowu, że nie warto zawracać sobie głowy duperelami, że są rzeczy ważne, a reszta a nie ma znaczenia. Że na tamtą stronę nie zabiera się pracy, tytułów, osiągnięć, stanu konta, ale – jeśli wierzyć w inne życie po tamtej stronie – można tam zabrać emocje, wspomnienia, odczucia. Listopad przypomniał mi też, że ważne jest tu i teraz. A jutro? Nie ma sensu się martwic czymś, co jeszcze się nie wydarzyło. Wszystko, jak widać, może się zmienić w ułamku sekundy. 

      Wolter powiedział, że  człowiek wolny idzie do nieba taką drogą, jaka mu się podoba. Szczególnie dziś odczuwam dziwną dwuznaczność tych słów. Listopad kończy się dla nas dopiero dzisiaj.

Komentarzy: 6