iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Lucerna, miasto światła

 Moi Drodzy,

     Taki widok miałam za oknem przez ostatnie kilka dni. Wyobraźcie sobie, że wchodzicie do Waszego pokoju hotelowego, otwieracie drzwi na balkonik i nagle roztacza się taka panorama. Po prostu cudo! To Lucerna nad zachodnim brzegiem Jeziora Czterech Kantonów, rozłożona u stóp magicznej góry Pilatus, nazywana "miastem światła".

    Nie byłam w Szwajcarii długo, ale po licznych podróżach "egzotycznych" ta czystość, porządek i poukładanie zrobiły na mnie spore wrażenie. Gdzie w polskim pociągu szukać specjalnych wieszaków dla pięknie odprasowanych marynarek i płaszczyków? Czy na zaledwie półgodzinnej trasie pojawi się u nas pani z wózeczkiem i napojami? Szwajcarię odwiedziłam po raz pierwszy w życiu, i choć nasza słowiańska dusza pewnie byłaby tam uwięziona jak ptaszek w klatce, to zwiedzać jest naprawdę co!

    Teraz biegnę odsypiać (samolot "doleciał" mnie w półtorej godziny, ale już nocny pociąg z Warszawy do Wrocławia to przygoda, że ho! Lucernę opiszę za chwilę, a Wy napawajcie się tym widokiem.

 

Komentarzy: 4
Mordują nasze drzewo

      

     Za oknem faceci w wielkim, niebieskim dźwigu wycinają przepiękne drzewo, które stało za płotem. Przyzwyczaiłam się do niego i rosłam razm z nim. Za chwilę, cyk, i go nie będzie. Już go nie ma. Znacie to uczucie, kiedy nagle znika, coś co dobrze znacie, prawda?

 

Komentarzy: 7
Średniowieczne Walentynki, czyli dwie dziewczyny z igłą

 

      Dzisiaj mamy różowe serduszka z pluszu, jabłka z napisem „kocham Cię” i absolutny obowiązek robienia wszystkiego, żeby ten jeden, jedyny dzień w roku wyglądał na wyjątkowy. Nawet, jak ktoś stuknie czasami połowicę w nos, to dzisiaj powinien przybiec z kwiatami, paść na kolana, zakrzyknąć „kocham Cię”, albo wręczyć chociaż to jabłuszko (3,50 za sztukę, można się wykosztować).

       Nie wiem, czy z tego wszystkiego więcej jest miłości na świecie, ale obrót w branży jabłuszek i poduszek zwiększa się nadzwyczajnie. Z drugiej jednak strony, fajnie mieć święta, bo święta łagodzą obyczaje, a miłości nigdy nie za wiele. Powiedzcie mi tylko, czemu do historii przechodzą głównie te miłości nieszczęśliwe, tragiczne, niespełnione, czemu nikt nie pamięta po latach o dobrych i stabilnych związkach?

       Jeżdżąc po Dolnym Śląsku znalazłam ostatnio dwie płyty nagrobne. Do pierwszej z nich rzadko kto dociera. Znajduje się w kościele św. Mikołaja w Świnach. To malutka świątynia tuż koło wielkiego zamczyska, do której klucze ma pan opiekujący się zamkiem. Zaraz za wejściem, po prawej stronie znajduje się epitafium Urszuli von Zedlitz z Prusic. Dziewczynka była sierotą i państwo ze Świn adoptowali ją. Zmarła jednak bardzo szybko, w wieku 17 lat.  Zmarła, ponieważ połknęła ...igłę.

       Zapytałam znajomego chirurga, jak to jest połknąć igłę i to jeszcze wieki temu, a ten aż się wzdrygnął. Igłę? To nie lepiej jej było rzucić się z wieży? Połknięcie igły wiąże się ze strasznymi męczarniami...- wykrztusił.  No cóż... 

       Nawet nie wiedział, jak tymi słowami dotknął legendy związanej z Urszulą. Mówi ona, że dziewczyna popełniła w ten sposób samobójstwo. Podobno zakochała się w mężczyźnie niższego stanu, przybrani rodzice natomiast zamierzali ją wydać za mąż za kogoś zupełnie innego, i – przy okazji, innego stanu. Wzięła bidula i targnęła się na życie....

       Co za historia! Najdziwniejsze jest jednak to, że po dwóch dniach odnalazłam drugą pannę z igłą. Jej płyta nagrobna znajduje się w kościele w Radomierzu i legenda mówi, że... panna ta była niezwykle chytra. Tak chytra, że suknię ślubną, z oszczędności, postanowiła uszyć własnymi rękoma. Miała pecha, coś się omsknęło i również połknęła igłę. Konsekwencje tego połknięcia znajdują się niestety, na murze świątyni...

       Ale to jeszcze nie wszystko. Moje ukochane Rudawy Janowckie mają wszak cudowną i tragiczną opowieść o innej, ślicznej pannie, która nie mogła wyjść za mąż za tego, kogo kochała. Mowa o Elizie Radziwiłłównej, córce Antoniego Radziwiłła. Jej wybrankiem był późniejszy cesarz Wilhelm I. W 1820 roku wyznali sobie miłość.   Doszło do zaręczyn i zaplanowano ślub. Wkrótce okazało się jednak, że Prusy nie chcą widzieć Polki na niemieckim tronie. Długo by pisać o powodach, zakochana Eliza nie miała żadnych szans. Wilhelm wybrał w końcu koronę, ożenił się z weimarską księżną Augustą, wnuczką Pawła I, rosyjskiego cara, i podobno tej decyzji żałował do końca życia. Augusta miała piętnaście lat, kiedy poznała narzeczonego, zaręczyli się pod koniec sierpnia 1826 roku. W liście do siostry Wilhelm napisał potem, że „człowiek może zakochać się w życiu tylko raz”, i dodał, że Augusta jest „miła i bystra, ale nie żywię do niej żadnych uczuć”. Weimarska księżniczka natomiast zakochała się do szaleństwa i liczyła, że miłość męża nadejdzie w odpowiednim czasie....

      Ale to jeszcze nie koniec. A taka Maria Antonina? Kiedy przybyła z Wiednia do Wesalu miała 14 lat i nie wolno jej było zatrzymać nawet osobistej bielizny. W „Czarnej Żmii”, angielskiej komedii, której akcja rozgrywa się na renesansowym dworze, jest taka scena: gapiowaty książę Edward czyta wybranej mu przez ojca narzeczonej książkę. W pewnej chwili słychać zmęczony głos panny; Edziu, jest późno, chyba pora spać. Masz rację kochana – odpowiada książę – już prawie szósta wieczorem. Gasi świecę, a kamera pokazuje ziewającą, może pięcioletnią, szczerbatą dziewczynkę.

      Więc teraz sobie tak myślę, że dobrze, że są te Walentynki. Też sobie poświętuję. Za co? Za wolność wyboru, drogie Panie! 
 

      Ps: W jednym z ostatnich Newsweeków czytałam, że jakiś naukowiec udowodnił, że można zakochać się na życzenie. Szkoda, że że nasza panna z igłą tego nie wiedziała...

Komentarzy: 5
Tłusty czwartek, czyli skarb w majonezie

    

   Długo już nie pisałam, ale tyle dzieje się dookoła, że na przelewanie tego na papier nie starczyłoby czasu.  Kończę książkę i wędrując po Dolnym Śląsku co chwila poznaję jakieś nowe historie. O historiach miłosnych napiszę tuż przed Walentynkami, wtedy będzie okazja a dzisiaj przecież Tłusty Czwartek!

    Od razu mi się przypomina fragment z „Tytusa, Romka i Atomka”: „Już wiem! Jest mi niedobrze z niedojedzenia. Zawsze zjadam 16 kg chałwy dziennie, a wczoraj zjadłem tylko 9.” Uwaga, nie dotyczy to pączków. Nawet historie wielkich władców ostrzegają przed przejedzeniem. W Szwecji, gdzie zamiast pączków je się dzisiaj fastlagsbulle albo semle, czyli specjalnie przygotowane bułki, uważano niegdyś ten przysmak za „morderczy”. Jeden ze szwedzkich poetów nawoływał nawet, żeby semle „wyrzucić” poza szwedzkie granice, przypominały bowiem o śmierci króla Adolfa Fryderyka.

    12 lutego 1771 roku, w wielkopostny poniedziałek, władca zasiadł do wystawnej uczty. Napchał się do niemożliwości ostrygami, kawiorem, homarem, wędzonymi śledziami, zupą kapuścianą i kiszoną kapustą. Zapił szampanem. Na deser zjadł czternaście porcji semli. Organizm Jaśnie Pana nie wytrzymał. Wieczorem Adolf Fryderyk odszedł ze świata żywych z powodu zawału serca. Ale gdyby zachował tylko trochę umiaru....
Kto nie zje jednak pączka albo semli, wrota do szczęście będzie miał zamknięte przez cały następny rok. Jeden pączek to niecałe 200 kalorii, mam rację? Wystarczy potem krótki spacer, pączek spalony a szczęście zapewnione. No, ale się rozgadałam, a miało być dzisiaj zupełnie o czymś innym.

    Wczoraj wieczorem, wędrując przez Rudawy Janowickie, trafiłam do domu pani Wiesi Łąckiej, niestrudzonej popularyzatorki historii Janowic Wielkich, zamku Bolczów i okolic. Kto chce dowiedzieć się czegoś ciekawego o tamtym rejonie, musi podejść do kiosku w Janowicach i Pani Wiesia natychmiast skieruje dokąd trzeba. A ileż ma różnych archiwaliów! Z setek pocztówek, książek, starych buteleczek i talerzyków, córka Pani Wiesławy wyciągnęła nagle wiekową książkę kucharską. Oprawione było to dzieło niezwykle starannie, pozłacany miało grzbiet, napisane zostało po francusku i zawierało zaledwie kilka zdjęć. Nie mogłam się powstrzymać.   Zaczęłam robić zdjęcia.

    Kobiety, spójrzcie na te misterne piramidy, na to coś z girlandami krewetek, ozdobami w kształcie gwiazdek i kółeczek, licho wie z czego, na te wszystkie galarety, pasztety i nieszczęsne pulardy, chyba z truflami. Kto rozpoznaje poszczególne składniki, niech się natychmiast przyzna! Czy to nie prawdziwe dzieła sztuki?  Kulinarne skarby. I to jak podane! Zastanawiam się ile trzeba poświęć czasu, żeby „wybudować” takiego łososia w majonezie. Ile trzeba cierpliwości na te wszystkie ozdóbki. I jak w to potem wbić widelec? No, po prostu szkoda.

To co, wracamy do prostoty? Smacznego pączka!
 

Komentarzy: 3