iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

O panu który kupował zamki czyli pałac Borowa


       Za każdym razem, kiedy spotykam kogoś takiego, po prostu chce mi się żyć. Sobotę spędziliśmy w towarzystwie właściciela pałacu w Borowej koło Oleśnicy, czyli zaledwie kilkanaście kilometrów od Wrocławia. Już dobre kilka tygodni nie spotkałam takiego szaleńca, który o zamkach i pałacach potrafi mówić bez przerwy przez kilka godzin. A kiedy patrzy na zegarek to nie dlatego, że się spieszy, ale dlatego, że czeka na odpowiednią chwilę, żeby nakręcić mechanizm zegarowy na pałacowej wieży.
 

Pałac Borowa, fot. Krzysztof Góralski

        Choć ciągle jeżdżę po Dolnym Śląsku, do Borowej jakoś nigdy nie było mi po drodze. A szkoda... Pierwszy dwór w Borowej powstał najprawdopodobniej w połowie XIII wieku, pięć wieków później majątek  znalazł się rękach Kurta Christopha Grafa von Schwerin, zwycięzcy bitwy pod Małujowicami. Małujowice to również ciekawe miejsce, traficie tam do pięknego kościółka. Jego ściany pokrywają niezwykłe, gotyckie polichromie.  Najstarsze z nich pochodzą z II połowy XIV wieku. Znajdują się tu sceny ze Starego i Nowego Testamentu. To jedne z najlepszych i najpiękniejszych polichromii w kraju. Znajduje się tu też słynny Mojżesz z rogami, ale o nim innym razem....

        Gdzieś tak w połowie tygodnia zadzwonił Krzysztof Jabłonowski i zaprosił nas do pałacu w Borowej. Położenie tego obiektu jest idealne. Tuż przy drodze Wrocław – Warszawa, jednak od ruchu sam pałac oddziela przepiękny, choć bardzo jeszcze zaniedbany park. Sam Krzysztof Jabłonowski mówi, że uparł się na ten właśnie zabytek i po długim i „nieprzyjemnym” przetargu, w końcu udało mu się go kupić. Zresztą dla niego to nie pierwszyzna, jest właścicielem jeszcze jednego, bardzo pięknego, ale zdewastowanego zabytku na Dolnym Śląsku, jakiś czas temu należał do niego zamek w Międzylesiu. Kiedy opowiadał o tych wszystkich zakupach to przypominał mi zbieracza, którego cieszy każdy kolejny element kolekcji,  ale – uwaga – w tym co piszę nie ma nic wartościującego. To naprawdę miłe skojarzenie, bo ciągle rzadko się zdarza, żeby pieniądze szły w parze z taką pasją i fantazją. Chodziliśmy po parku, gdzie Krzysztof pokazywał zniszczone drzewa, opowiadał o każdym krzaczku, o każdym kamieniu z oddaniem, które naprawdę robi wrażenie. Nie sądziłam, że jeszcze raz usłyszę te samą znaną historię o pięknym pałacu, który popadł w totalną niełaskę tuż po II wojnie światowej. Trochę z lenistwa, a trochę po to, żeby zachęcić Was do odwiedzenia strony pałacu w Borowej zacytuję to, co opisał tam właściciel: 

        „W ostatnich dniach stycznia 1945  roku majątek w Borowej zajęła Armia Czerwona. Wyrzucono na podwórze meble i większość skrzyń ze skarbami. Leżały na deszczu i słońcu do jesieni. W opuszczonym przez żołnierzy pałacu zaczęto organizować szkołę. Meble, obrazy, żyrandole, zastawę, drzwi i inne przydatne przedmioty zabrali nowi przesiedleni ze wschodniej Polski mieszkańcy Borowej. To co było w ich oczach nieprzydatne – tysiące książek, bezcennych starodruków, rękopisów i grafik - spalono na stosach. Monety z Muzeum Śląskiego i zbiorów prywatnych rozrzucono po parku. Jeszcze wiele lat po wojnie dzieci puszczały monetami kaczki w stawach.
       Podobny los spotkał wszystko co nie było złotem. W parku niszczały zabytkowe czcionki, staloryty, zdjęcia na płytkach szklanych, ceramika, porcelana z Miśni i Rosenthala. Komisja Rewindykacyjna uratowała ze stosów dwie ciężarówki książek. Także w domach we wsi znaleziono wiele bezcennych zabytków, w tym szkice Wernera z XVIII wieku”.
 

       Kiedy dzisiaj weszłam do pałacu, naprawdę zrobił na mnie wrażenie. Starannie odrestaurowany, wielkie przeszklone, rozsuwane drzwi zostały zrobione z fragmentów starych drzwi, które właściciel kupował gdzieś przez lata. Restauracja została urządzona tak, żeby goście mogli podczas jedzenia podziwiać staw i aleję parkową. Na ścianach, za szkłem wiszą ocalone dokumenty związane z historią pałacu. A sam Krzysztof wyciąga z różnych skrytek cały bałagan, który znalazł w parku. Fragmenty porcelany i mosiądzu, wiekowe pamiątki, których wagę i piękno nie każdy potrafi docenić. I, z zadziwiającą, przynajmniej dla kogoś takiego jak ja, czyli typowego nadwrażliwca - swobodą opowiada o setkach kłopotów z ekipami budowlanymi, o wyrywaniu podłóg w pałacu, kradzieżach drobnych i dużych oraz o tym, że niektórym trudno się przyzwyczaić, że pałac – choć to hotel, to jednak teraz obiekt prywatny. A prywatność, przynajmniej w niektórych krajach, to świętość.
  Jak już wspomniałam na początku, zawsze przy spotkaniu kogoś z pasją, odżywam na nowo. Nie ma dla mnie znaczenia, czy to piekarz-artysta, czy właściciel pałacu, choć oczywiście pałace są mi bliższe niż sztuka wypieku. Do Borowej pewnie będę wracać, żeby wampirycznie czerpać z pozytywnego zakręcenia właściciela. Krzysztof Jabłonowski jak wyszkolony szpieg, śledzi losy mebli i innych przedmiotów z pałacu, z których część  można znaleźć chociażby w Muzeum Narodowym we Wrocławiu. I zamierza je odzyskiwać.  Jeśli lubicie takie pałace trochę "inne niż wszystkie" zajrzyjcie do Borowej. I opowiedzcie mi potem, jak Wam się podobało.

 

Komentarzy: 4
Wiosna, czyli skarby z szafy

   

      Wiosna, naprawdę przyszła wiosna. Podobno tylko na chwilę, ale jest! Wczoraj koleżanki z A2, firmy która zajmuje się organizowaniem różnych imprez poprosiły, żebym trochę opowiedziała o skarbach podczas Pierwszego Wiosennego Przeglądu Szaf.

    Wymyśliły sobie taką prostą i fajną imprezę. Kobiety z różnych świecznyków spotykają się raz do roku, każda przynosi jakiś ciuch i się nim wymieniają. O Jezusie, jakież tam było zamieszania. Sama wyszłam z torebką, którą wcisnęła mi koleżanka z naszego Urzędu Miejskiego i po powrocie do domu zaczęłam grzebać w swojej szafie.

    Podczas krótkiego epizodu życiowego, kiedy mieszkałam na angielskich klifach i pisząc książki gapiłam się godzinami w morze, co niedziela wędrowaliśmy na car boot, czyli rodzaj giełdy, gdzie spotykali się wszyscy okoliczni mieszkańcy sprzedając co im tylko przyszło do głowy. Jedni pozbywali się niepotrzebnych rzeczy, inni pewnie traktowali to zarobkowo, ale mam po tych wiejskich tragach piękny stolik z Indii, cudowne rzeźbione szachy gdzieś z Indochin i mnóstwo podobnych głupot. Czemu nie robić tego w gronie przyjaciół? Z taką myślą ...jak już wspomniałam, zaczęłam przetrząsać szafę i znalazłam w niej mnóstwo wpomnień, m.in. naszyjniki, które sama robiłam z Masajami podczas wędrówki po Afryce. Czemu ja tego nie noszę? W końcu była już jednak Biała Masajka - pomyśkałam. I teraz trzemam kciuki, żeby nie stało się to, co przewidują synoptycy. Że już w niedzielę, wiosnę znowu przegoni zima.  

 

Komentarzy: 1
Książę Karol kupi pałac w Bożkowie?

        Od niedzieli dziennikarze pytają mnie, czy naprawdę książę Karol kupi pałac w Bożkowie. Wczoraj opowiadałam o tym w I programie Polkiego Radia, przedwczoraj w rozgłośni regionalnej, a jeszcze wcześniej w Radiu Wrocław. Wizyta w Polsce księcia Karola, który m.in. zainteresował się stanem dolnośląskich zabytków, sprawiła, że pojawiła się nadzieja na coś nowego dla naszych zamków i pałaców. Postanowiłam więc dowiedzieć się, jak to naprawdę z tym Bożkowem jest i czy mieszkańcy okolicy powinni już zacząć ćwiczyć ukłony.


       Pałac w Bożkowie jest rzeczywiście piękny. Słusznie mówi się o nim, że jest trochę takim zamkiem z Disneylandu. Pięknie położony z malowniczą, strzelistą wieżą, mógłby z powodzeniem zagrać w jakiejś bajce. Od kilku lat jest prywatną własnością, niemieckiego-irlandzkich wspólników, którzy postanowili już jakiś czas temu go sprzedać. Za jakieś 26 milionów, takie informacje mam od gminy, więc przepraszam jeśli pomyliłam się o kilka milionów. Nie udało się, więc Bożków został wystawiony gdzieś w Internecie za 9 milionów złotych i ciągle nie mógł znaleźć nowego właściciela. Nie sztuką - co wszyscy właściciele obiektów zabytkowych wiedzą - jest kupić pałac, potem jednak trzeba o niego zadbać, ogrzewać go zimą tonami węgla, opiekować się nim zgodnie ze wszelkimi konserwatorskimi wymogami. Inaczej pałac umiera, pokrywa się pleśnią, grzybem, czy czym tam chcecie, zapadają mu się podłogi. A to, niestety, wszystko kosztuje.  

     Przeklęte freski


      Pierwszy przykład z brzegu: zamek w Ciechanowicach w Rudawach Janowckich. Kupiła go prywatna osoba, miała dobre chęci a tu nagle, uuppps, na całym pierwszym piętrze, od podłogi do sufitu, wspaniałe renesansowe freski. Przyjeżdżają naukowcy, badacze i się zachwycają, pieją, że freski z Ciechanowc są cenniejsze od tych na Wawelu i że absolutnie, absolutnie, absolutnie, trzeba je zachować dla potomności. I że będzie to kosztowało... 1 500 000 złotych. Właściciel poprosił o dotację Ministersywo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, nie dostał, bo są ograniczenia, w końcu okazał się możliwy układ, że właściciciel wykłada jedną trzecią tej sumy - zgodził się - a reszta państwo. I co? Pieniędzy, tej reszty nie ma, nie ma hotelu,  który miał zostać otwarty w zamku w Cichanowicach a częściowo odsłonięte freski pewnie wnet zaczną łapać wszelkie brudy i wilgoć z powietrza. Sytuacja jest patowa.

       Szczerze mówiąc, diabli mnie biorą jak patrzę na to co się w Ciechanowicach dzieje. Może należałoby odwrócić sytuację. Nie mówić, tak jak w jednej z wypowiedzi prasowych powiedział rzecznik MKiDN: 'Kupując nieruchomość trzeba liczyć się z konsekwencjami" , a powiedzieć sprzedając obiekt zabytkowy osobie prywatnej trzeba się liczyć z tym, że trzeba będzie jej pomóc, bo chodzi tu nie o willę w Wołomininie tylko obiekt wielkiej klasy, dziedzictwo, których należy się w każdej chwili chwalić. Przecież większość tych zabytków ciągle nabywa się od gmin czy państwowych agencji. Ale ad rem.
      

       Ukłony dla księcia

        Bajkowy pałac w Bożkowie szczęścia nie ma. Kiedyś w parkowym basenie pływały złote rybki, dziś przecieka dach w sali balowej. Historią tego miejsca można by obdzielić kilka zameczków. Z tzw. dobrze poinformowanych źródeł dowiedziałam się wczoraj, że Księciu Karolowi "zabłysły oczy", kiedy dowiedział się o "zamku z Disneylandu" na Dolnym Śląsku. Jego Wysokość już wyremontował już dwa domy w Rumunii, sprawy zabytków są mu bliskie, co by było, gdyby ten "błysk w oczach:" rzeczywiście doprowadził do kupna pałacu w Bożkowie? Spójrzcie na zamek Kliczków w Borach Dolnośląskich, na pałac Łomnica, na pałac w Wojanowie Bobrowie, na Paulinum. Tam gdzie zaangażowały się pieniądze, wiedza i fantazja, odżywa nie tylko zabytek ale i cała okolica. Dookoła jest czyściej - swoją drogą naprawdę podobały mi się apele chyba z gminy, które kiedyś wisiały w Wojanowie na słupach. Proszono w nich, żeby sprzątać przed domami, bo przecież turyści jak nas widzą tak nas piszą, i do bałaganu nie wrócą- pojawiają  sie nowe miejsca pracy, coś się dzieje, okolica żyje.

        Myślę, że książę Karol lub jakikolwiek inny książę, czy to tytułowany czy po prostu finansowy byłby dla Bożkowa ogromną szansą. Pewnie, wzorem angielskich włości, można by zamek zwiedzać, Karol mógłby sobie tu z Camillą zaglądać do prywatnych apartamentów i wszyscy by z tego skorzystali. Tak właśnie jest w Wielkiej Brytanii, wiele prywatnych rezydencji udostępnianych jest w jakimś zakresie dla zwiedzających. W ten sposób wszyscy są zadowoleni a zabytki żyją. Byle tylko nikt takiemu Karolowi nie przeszkadzał, byle tylko.


 
 
 

 

Komentarzy: 8
Brrrr.....

  

     Poszłam dzisiaj do centrum handlowego. Postaram sobie tego więcej nie robić. Przynajmniej nie w takiej częstotliwości. Kupiłam jogurt. Grejpruitowy, bo staram się nie jadać mięsa, choć trudno mnie nazwać ortodoksyjną wegetarianką. Zaczęłam pić, ale coś mnie tknęło i obejrzałam buteleczkę. A tam jak byk stoi, że w moim jogurcie jest... żelatyna wieprzowa. Brr... Czy ten świat nie stanął na głowie? 

    Czasem jakiś dziennikarz mnie pyta o smak, który najlepiej w zyciu zapamiętałam. To był jogurt. Piłam go w centrum Katmandu, w Nepalu. W środku miał kandyzowany agrest. Napewno nie było w nim wieprzowej żelatyny....

Komentarzy: 3
Miasta, którego nie ma

 

         Zamiast w Góry Sowie, trafiłam wczoraj w Rudawy Janowickie, z którymi wiąże mnie wszystko.  Po pierwsze chcemy tam zamieszkać, po drugie, za chwilę wychodzi moja kolejna książka o tym właśnie regionie, a po trzecie: wiadomo, Rudawy są jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie. 

       I Was też tam chcę zabrać, szczególnie w jedno miejsce, które obrosło setkami najdziwniejszych opowieści. To Miedzianka. Do tematu Miedzianki przymierzało się do tej pory niewielu dziennikarzy. Wiem, że Filip Springer jest w trakcie pracy nad książką o tym miejscu i znając jego pióro – mogę chwalić ile chcę, bo p. Filipa nie znam osobiście – to będzie naprawdę coś.

       W Miedziance umówiłam się z Pawłem Nowakiem, jedną z tych osób, które zawsze w odpowiednim momencie stają na mojej drodze. Paweł to prawdziwy pasjonat, aż oczy mu się świecą, kiedy zaczyna opowiadać o Miedziance i o jej dziejach. Wyobraźcie sobie, że umawiamy się pod kościołem, Paweł podjeżdża i mówi od razu: postawiliśmy auta w ryzykownym miejscu, tam pod spodem jest wielka dziura.

       No właśnie. Miedzianka na dziurach stoi, kto by chciał więcej poczytać odsyłam do artykułów internetowych. Kto nie wie, krótko wyjaśnię; od XII wieku działały tu kopalnie, w ciągu wieków bywały przerwy, ale po II wojnie światowej radzieccy fachowcy postanowili szukać tu uranu. I nagle z miłego miasteczka, które reklamowało się niegdyś jako jedno z najwyżej położonych miast w Prusach, z pięknym widokiem na Karkonosze, Miedzianka stała się ponurym świadkiem utajnionych prac, które oficjalnie kryła „fabryka papieru”. To niesamowite, kiedy oglądam przedwojenne widokówki z Miedzianki. Działał tu browar, były dwa kościoły, pałac, zajazd. Widać stojące obok siebie kamienice, szyldy, ludzi.

       Stanęliśmy z Pawłem na pustej, ośnieżonej łące.

        - To był rynek – pokazał dookoła – Tutaj panowie siedzieli przy stoliczkach i pili piwo i przy dobrej pogodzie mieli cudowny widok na Karkonosze.  Czego im więcej było trzeba?

        No właśnie. Dobre pytanie. Po radzieckich „specjalistach” zostały gigantyczne dziury. Górnicy niemieccy szli wzdłuż żyły i zachowywali bezpieczeństwo, Rosjanie „szli na całość”. Do dzisiaj w niektórych miejscach Miedzianki widać zapadliska.

        - O, tu dwa lata temu zapadło się drzewo – pokazywał mi wczoraj Paweł. Ale, wbrew pozorom, to nie uran skazał Miedziankę na zagładę. Na początku lat 70. XX wieku władze podjęły decyzję o zakazie jakichkolwiek prac remontowanych, w powietrze został wysadzony ewangelicki kościół, do domów, z których przesiedlono mieszkańców wprowadziły się romskie rodziny. I Miedzianka zaczęła znikać. Zaczęła być rozbierana, niszczona, rozszarpywana. Dziś ciągle stoi tu kilka bardzo ładnych domów, ciągle stoi kościół katolicki, w którym odbywają się msze.

        Wędrówka z Pawłem, choć krótka – nie wiem jak tam u Was, u nas na Dolnym Śląsku, czasem zawierucha, czasem śnieg i deszcz – to podziałała mi na wyobraźnię. Tak jak opowieść o jednym z niemieckich mieszkańców Miedzianki, który codziennie chodził na spacer do altanki w lesie, z której godzinami podziwiał widok na góry. Kiedy dowiedział się, że musi opuścić swój dom w 1945 rolu, po prostu się powiesił.

    Pani z „Gazety Wyborczej” poprosiła mnie kilka dni temu o rozmowę do cyklu „Moje serce zostało w ...”. Zastanawiam się co czują ci wszyscy, których wysiedlono z Miedzianki pod pretekstem górniczej katastrofy, kiedy patrzą na to miejsce? Kiedy widzą, że Miedzianka nadal trwa, a domy, których nie udało się rozszabrować ciągle stoją.  Gdzie ci wszyscy zostawili serce? A gdzie mieli je ci, którzy wtedy podejmowali decyzje?

 

Komentarzy: 2
Szewskie piątki, ale zaraz skarby

     

     Zaczynam wierzyć w pechowe piątki. Jedną przyjaciółkę wywalili mi właśnie z pracy, a właścicie jakoś tak wyrolowali, niby elegancko a wrednie. Druga jest trochę za bystra i ta bystrość nie spodobała się szefowi. Inna załatwiła koledze występ w telewizji w jej zastępstwie i teraz płacze, że ta telewizja już jej nigdy nie zaprosiła, bo na dobre zamieszkał tam już kolega. Jakaś epidemia z tym podsiadaniem. Jakby nie dla wszystkich straczyło miejsca. A przecież tych gazet, portali i telewizji pełno jak diabli. I pracy dla wszystkich się znajdzie. Jak mawia kolejna, również bardzo rozżalona przyjaciólka, z " każdym dniem rocznie liczba osób, które mogą nas pocałować w d..."

    Na szczęście są skarby. Jutro po tajemnicach Górach Sowich szaleje kanadyjski Discovery Channel, co rozsławi nas w świecie, a ja cichutko idę sobie do miejsca, gdzie z pewnością nikt nie był od przynajmniej 300 lat. Skarby mogą mnie całować do upadłego! 

Komentarzy: 5
Tyle zarabia urolog

   

    To mi się dostało. Dzwonią znajomi, również lekarze i pytają, ile ten urolog w Szwajcarii naprawdę zarabia? Co za wścibskość! Odpowiadam: dziewczyna z pociągu twierdziła, że do do miliona dwustu tysięcy rocznie. W przeliczeniu na złotówki. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale staram się zadowolić pytających.

      I od razu sobie myślę o różnych bliskich - dalekich znajomych, których gdzieś tam zostawiłam w afrykańskich czy azjatyckich wioskach. O tym, jak cieszy ich każdy drobiazg, długopis chociażby, kredki czy piłka, i jaki potrafią z każdego drobiazgu zrobić użytek. Ścianę ze starych telewizorów, buty z opony, fantazyjną ozdobych na głowę ze starych, plastikowych butelek. Przychodzą mi też do głowy różni "historyczni" bogacze, którzy pieniędzy nie zbierali, a realizowali dzięki nim swoje wielkie fantazje, budowali niezwykłe zamki, tworzyli oryginalne ogrody albo starali się, w miarę tych dawnych możliwości poznawać świat. I te myśli, które jakby nie było, sprowokował szwajcarski urolog, dalej pchają mnie do podróżowania. Oczywiście, już wiecie, dlaczego. Naprawdę, dziwny jest ten świat.

Komentarzy: 3
Dwa dni w mieście światła, czyli ile zarabia urolog

     

    Wiem, pospałam trochę, ale wystarczy, że wyjadę na kilka dni i po powrocie trzeba gasić pożary. Ale zdążyłam jeszcze odwiedzić zimowe Mazury, gdzie nasz kolega, poszukiwacz skarbów i przy okazji...konsul honorowy Albanii ma dom. O Michale, który jest konsulem dość wyjątkowym jeszcze kiedyś opowiem, ale czas mi rozliczyć się z pobytu w Lucernie.

      Nie znam Szwajcarii, i ten pierwszy raz zrobił na mnie spore wrażenie. Przede wszystkim czystość i ułożenie, w których słowiańska dusza (myślę tylko o ułożeniu) może poczuć się trochę skrępowana. Ale tak na chwilę, to jest to całkiem fajne.

    Najłatwiej i najszybciej dorzeć do Lucerny Swissem przez Zurich, a potem prosto z lotniska pociągiem, który jedzie zaledwie 50 minut. W pociągu biega regularnie pani z wózeczkiem, a w każdym przedziale są wieszaki na płaszcze i marynarki. Tak przynajmniej wygląda pierwsza klasa. Obok usiadła dość ponura, acz sympatyczna  dziewczyna, jak się okazało Polka, od kilkunastu lat na stałe mieszkająca w Szwajcarii. Z wykształcenia prawniczka. Roztoczyła przed nami (byłam z kolegą z innej redakcji) blaski i cienie szwajcarskiego prawa (podobno za przestępstwa o podłożu seksualnym trzeba odsiedzieć swoje bez możliwości skrócenia wyroku) i skalę zarobków. Dość szokująca jest wiadomość, że w szwajcarskiej służbie zdrowia zarabiają – nie wiedzieć czemu - urolodzy, zostawiając takich dentystów gdzieś daleko z tyłu.

     Sama Lucerna powitała nas pięknym słońcem, zaś samo położenie miasta może naprawdę oszołomić. Otoczone górami, nad cudownym jeziorem miasto ma w sobie ten romantyczny powiew wakacji, podczas których wszystko układa się jak trzeba. Najpierw wjazd na Pilatus, magiczną górę o wysokości 2120 metrów. Tradycja mówi, że ten szczyt wziął swoją nazwę od Poncjusza Piłata, którego duch chętnie nawiedza do dziś to miejsce. Na górę trzeba dotrzeć dwoma kolejkami, pierwsza, typowe wagoniki na cztery osoby, nie dostarczają wiele emocji, choć z każdym metrem widoki są coraz piękniejsze. W pewnym momencie trzeba się przesiąść do kolejki linowej, pojedynczego wagonika, w  którym ma się wrażenie, że właściwie to samolot.

     Akurat pan, który obsługiwał wagonik postanowił nam zrobić frajdę i pohuśtać nim trochę. Co za uczucie....Lepiej być przed śniadaniem. Ciekawa jestem, jak tu dotarła króla Wiktoria, która przecież niegdyś odwiedziła Pilatus, podobnie zresztą jak Wagner.
Widok z Pilatusa jest, co tu dużo mówić, oszałamiający. Na szczycie mnóstwo ptaków, które bawią się wiatrem, leniwie unosząc się nad głowami turystów. Choć oczywiście to XXI wiek, jest na tym szczycie coś absolutnie, dziwnie „starociowego”, może to piękny drewniany hotel, z którego okien widać panoramę gór, może te wszystkie opowieści o smokach, które tu niegdyś mieszkały? Pilatus przez wieki uchodził przecież za górę przeklętą. A może to przez dziewczynę ubraną w stylu vintage, która na starych sankach, ciągnięta przez dwa psy zjeżdżała właśnie z góry? Cudowne było to, że na Pilatusie było prawie pusto, a pogoda tego dnia sprzyjała...

      Uff, trochę się rozpisałam, a jeszcze nie weszłam nawet na uliczki Starego Miasta. O nich w takim razie jutro, ale skoro już jesteśmy przy dziwach i niesamowitościach. Spójrzcie na ten fresk z jednego z kościołów. Wiecie, co to za zwierzęta? Z tyłu są wielbłądy. Tak wyobraził je sobie artysta, który nigdy ich nie widział...

Komentarzy: 3