iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Wiosna, Madera i spotkacie się ze mną

     

      Nareszcie udało mi zauważyć wiosnę. Ale też nareszcie przyszła. Wiosnę zauważyłam z dwóch powodów. Po pierwsze, nareszcie (chwilowo) skończyły się różne wyjazdy i miała chwilę czasu, żeby odpocząć, po drugie, przez sznurek. Nieoczekiwanie za oknem zobaczyłam, mniej więcej dwumetrowy sznurek. Przez chwilę malowniczo zwisał za szybą, a potem jakaś magiczna siła zaczęła go wciągać powolutku, mozolnie na dach. Co za dziwny widok, taki sznurek wędrujący.

     Teraz mamy na dachu, a właściwie w rynnie na dachu gniazko, może niezbyt mądrze umieszczone, ale miejmy nadzieję, że wróble wiedzą co robią.

     Trochę słońca miałam już na twarzy na początku kwietnia, kiedy służbowo pojechałam na Mederę. Obiecałam napisać o tej wyspie, ale akurat wtedy wydarzyła się katastrofa pod Smoleńskiej i wszyscy skupiliśmy się zupełnie na czym innym. Ale też na Maderę nie poleciałam, żeby podziwiać widoki. Pamiętacie, jak w lutym tę bajkową wyspę nawiedziły nawałnice, a powodzie i błotne lawiny uszkodziły 100 kilometrów dróg? Rząd regionalny postanowił pokazać, że po dwóch miesiącach Madera może już przyjąć turystów, i że nie ma się czego bać.
Z Polski na Maderę najlepiej dolecieć z Warszawy. Najtańszy bilet w obie strony kosztuje 1500 złotych, ten kierunek obsługują sympatyczne linie TAP Portugal. Po drodze przesiadka w Lisbonie, gdzie można sobie zrobić przerwę. A potem półtoragodzinny skok na wyspę. Już samo lądowanie na Maderze jest przygodą, podobno lądują tu tylko specjalnie przeszkoleni piloci, pas jest bardzo krótki (choć kilka la temu został przedłużony), jakby przylepiony do wyspy, a niemalże obok znajduje się najnormalniejsza w świecie droga, po której jeżdżą samochody.  Teraz przesiadka do busa i jesteśmy już w Funchal, mieście, które jest ośrodkiem administracyjnym wyspy.  Po zniszczeniach nie ma prawie śladu.

     Sandra z biura promocji turystycznej wyspy, pokazywała mi koryto rzeki, które w luty m było całkowicie wypełnione błotem. Pokazywała mi z wagoników kolejki linowej miejsca po lawinach błota, które zagarnęły ze sobą domy. Domy , które – jak podkreśliła Sandra, stały w miejscach, w których stać nie powinny (zaraz mi się przypomniało budowanie domów na terenach zalewowych pod Wrocławiem). I zaraz zaczął padać deszcz. I to było niesamowite. Bo choć deszcz był spory, nie był deszczem ekstremalnym. Ale momentalnie na drogach zaczęły się tworzyć wielkie strumienie, rzeczki, w pewnym momencie musieliśmy przejechać pod czymś w rodzaju małego wodospadu. Widziałam niepewność w oczach naszego kierowcy. 

      Wszystkim więc oświadczam, że na Maderę można znów lecieć (albo płynąć, z Wysp Kanaryjskich 11 godzin) i naprawdę warto. O ile samo Funchal, miasto w końcu, nie jest dla mnie idealnym miejscem do odpoczynku to inne części wyspy są cudownie dzikie. Mieszkanie w małych hotelikach z widokiem na ocean jest również wielką przyjemnością.

       Ale o tym jeszcze opowiem, a tym, którzy nie pamiętają, przypominam, że przed nami tzw. Długi Weekend. Nie jest znowu taki długi, ale jeśli jesteście akurat gdzieś na Dolnym Śląsku, zapraszam do zamku Grodno w Zagórzu Śląskim, na spotkanie ze mną. Czekamy w zamku w sobotę od 11.00 do 14.00, a i okolica warta jest odwiedzenia.

     A tak na koniec, pałętam się po tych Maderach i innych dalekich światach, a tu dwa dni temu odkryłam piękną drogę w Górach Bystrzyckich. Kto jeszcze nie ma planów na jutro, a pragnie nieco naturalnej surowości, namawiam na wędrówkę żółtym szlakiem z Bystrzycy Kłodzkiej do Polanicy, albo na odwrót. Nie będziecie żałowac. 
 

Komentarzy: 1
Ostatnio...

        

        Wszyscy mieli tyle ostatnio do powiedzenia, że pomyślałam sobie, że ja muszę chwilę pomilczeć. Po powrocie z Madery, niemalże tuż przed wulkanem, zaczął się dziennikarski kocioł i dopiero teraz miała być chwila odpoczynku. Ale, jak pisał Wegiliusz, "bogowie zdecydowali inaczej" i rzuciło mnie w Puszczę Knyszyńską. Spokojnie tu, jakby poza problemami świata. Tylko smsy od kolegów przypominają, że życie pędzi jak szalone. Utknąłem w Marakeszu, jestem w Madrycie, nie mogę wydostać się z Lisbony, muszę jeszcze siedzieć w Nepalu....- alarmują przyjaciele, ale gdzieś tam w tle widzę w tych smsach uśmiech. Przyjemniej utknąć w Madrycie niż pracować w Warszawie, prawda? Z Puszczy Knyszyńskiej da się niestety wyjechać w każddej chwili.  

Komentarzy: 0
Z Madery...

    

     Ten wyjazd jest wyjatkowo smutny. Wszyscy skladaja nam kondolencje, portugalskie gazety poswiecaja wiele miejsca temu co sie stalo. Wieczorami ogladamy CNN, rodziny i znajomi bez przerwy relacjonuja nam, co dzieje sie w Polsce. Moja przyjaciolka napisala do mnie SMSa: Asia, a ty wierzysz w Boga? Napisala go, nie zeby sie dowiedziec, ale po to zeby pokazac, jak bardzo jest bezradna. Jak bardzo wszyscy jestesmy bezradni stajac w obliczu takich tragedii.

 

Komentarzy: 1
Zycie jest cudowne

    Zycie jest cudowne. Dwa dni temu grzebalam na smietniku, dzisiaj siedze w Lizbonie. W nocy lot na Madere. Jak ja lubie swoja prace ;)

Ps. Niestety, naszych literek tu nie maja....

Komentarzy: 2
Cały dzień na skarbach

   

     Cały dzień spędzam dzisiaj na skarbach. Krzysiek i Piotrek, koledzy, bardziej miłośnicy historii niż poszukiwacze, zabrali mnie do starszej pani, ponad 80 -letniej Niemki, która po wojnie została na Dolnym Śląsku. 

     Jedziemy do jej małego domku po Wrocławiem. Pani jest miła, sympatyczna, mieszka samiutka w tej starej, poniemieckiej chałupce. W pokoiku, który służy za sypialnię, salon i jadalnię walają się otwarte woreczki z cukrem i mąką. Na skromnych półkach mnóstwo leków. Starsza pani opowiada o swoim ciężkim życiu. Najpierw o tym, że przez Hitlera nie udało jej się skończyc studiów, potem o tym, jak Rosjanie zastrzelili jej tatę. Tato został pochowany przy drodze i jego ciało leży tam do dzisiaj. Pytam starszą panią, dlaczego po wojnie zdecydowała się tutaj zostać. Na jej twarzy pojawiają się emocje. Gwałtownie się zmienia i mówi: bo tu, co by pani sobie nie myślała, bo tu, jest k...mać, moja ojczyzna!

  Jedziemy kilka kilometrów dalej, gdzie kiedyś stał pałac. To dziwna historia. Pałac był otoczony parkiem, stały tu spore zabudowania gospodarcze. Trzy tygodnie przed nadejściem frontu właściciele powywozili wszystkie meble. Ale pałac pozostał nietknięty. Stał jeszcze kilkanaście lat temu. Cały pałac i wielkie gospodarstwo. W samym środku lasów, jakby specjalnie schowany przed wścibskimi oczami. Pałac, który nie był nawet przypisany do konkretnej miejscowości.

   Starsza pani bywała w nim przed wojną, chce pokazać gdzie co było, opowiada o tajemniczym wyjściu z piwnic, o jakimś dziwnym bunkrze. Jedziemy tam. Leśną drogą, po której mogą się poruszać tylko auta Straży Leśnej, docieramy do pałacu.

   Widok jest niesamowity. Naprawdę niesamowity. Nie ma kompletnie nic. Nie ma pałacu. Nie ma zabudowań gospodarczych. O tym, że był park pamiętają zdziczałe tuje i zniszczone dęby. O dawnych właścicielach świadczy ich śmietnik. Butelki w ziemi, kawałki porcelany, sygnowane talerzyki, a właściwie ich fragmenty, kubki, buteleczki na perfumy, różne cudowne drobiazgi, które mówią o ludziacj więcej niż ich pamiętniki. Zbieramy to wszystko i pakujemy do samochodu. Po co? Sama nie wiem. Kiedy chwalę się tym Przyjaciółce, ta mówi: to ładnie, że posprzątaliście las. Ale moja Kochana Przyjaciółka Kasia (Kasiu, wiem, że to będziesz czytać) jeszcze nigdy na skarbach nie była, więc jeszcze nie rozumie. Wynajdę jej kiedyś w ziemi kawałek starego talerzyka, zrozumie.

   W to miejsce prawie nikt nie trafia. Nie ma o nim zbyt wiele informacji, niemniej jednak trafili tu już ci, którzy teraz maja gdzieś pobudowane, być może gospodarcze, a może inne, budynki z fragmentów tutejszego pałacu. Jak, do diabła, może rozebrać niepostrzeżenie taki pałac?

 

 

 

 

 

Komentarzy: 4
Samych śminguśności!

     

     No to sobie narobiłam! Zamiast kręcić serniki i robić mazurki (mój ukochany to ten z płatków owsianych i orzechów z polewą), odpisuję na listy, z pytaniami, jak najłatwiej wygrać konkurs, o którym przed chwilą pisałam.

     Odpowiadam więc hurtem: słuchajcie własnej intuicji, nie róbcie nic pod nikogo, cieszcie się swoimi podróżami. I zarówno internauci, jak i jury, z pewnością to docenią. 

    Kiedy kilka lat temu prowadziłam niewielką redakcję, szukaliśmy sekretarki. Zgłosiło sie ponad 100 pań, z których każda znała przynajmniej o dwa języki więcej niż ja, większość miała po dwa fakultety, niektóre zaś ze swoim wykształceniem mogłby pracować w NASA. Ale, że życie nie zawsze ukłąda się tak jak chcemy, szukały jakiejkolwiek pracy. Rozmawiałam z każdą, bo przejrzenie CV i zdjęcie, na którym zwykle człowiek jest usztywniony, moim zdaniem (wiem, że specjaliści od HRu zaraz mnie zjedzą) niewiele daje. I wszystkie panie mówiły, że "pragną się rozwijać", "zrobią wszystko dla rozwoju firmy" i takie tam wyuczone formułki. Aż przyszła Beatka. Nie miała dwóch fakultetów, języków też nie znała, ale usiadła i na pytanie: dlaczego chce u nas pracować, odpowiedziała: mogę pracować dużo i uczuciwie, bo mam mieszkam z mamą i mam dużo czasu". Zapytałam wtedy: a co będzie, jak się Pani zakocha? Odrzekła: nie zamierzam się zakochiwać. 

   Zakochała się w pierwszym tygodniu pracy. 

   Praca z Betka, nie była może wyżynami profesjonalizmu, ale dzięki niej w redakcji zawsze było ciepło i sympatycznie. Nie byliśmy zresztą bankiem czy amerykańską firmą prawniczą. Liczyły się trochę inne rzeczy.

    Wielkanoc tuż tuż, wszystkich więc życzę samych skarbów, poszukiwaczom, żeby stali się znajdywaczami, paniom, żeby te baby, serniki i mazurki znikały gdzieś bez odkładania się w zbędne kilogramy, sobie, żeby naprawili nam w końcu drogę, bo o dziwo, przy ulicy gdzie mieści się zarząd dróg i mostów jest najwięcej dziur-morderców, poza tym dla każdego, tego co sobie w spokoju przemyśli, czyli spełnienia marzeń i zawsze, zawsze gdzieś w okolicy jakiejś bratniej duszy.

    Czyli, jak mawia jeden z moich kolegów, samych dynguśności!

     PS. A przed chwilą pani Mirosława napisała na pocztę na bloga: Wszystkiego najlepszego z okazji Świąt. Ja na pewno zjem dużo jajek i szynki. Mam upieczone ciasto przez cukiernika, więc też zjem. na pewno przytyję 2 kg, ale po tygodniu stracę. Więc nie martwię się.

    I tak trzymać:)

Komentarzy: 2
Wyprawa marzeń w zasięgu ręki

    

     Zostałam jurorem! Już kilka razy byłam. Pierwszy, wiele lat temu, kiedy jeszcze pracowałam w „Słowie Polskim”. Wtedy redakcja zmusiła mnie, żebym usiadła w komisji oceniającej... Mistera Mokrego Podkoszulka. Ostatnio, kiedy oceniałam blogi turystyczne na Onecie.

     Teraz będę przeglądać setki, a może i tysiące zdjęć na portalu Wyprawy Marzeń. To wszystko sprowokowało mnie do rozmyślań, czym naprawdę taka wyprawa marzeń jest.

Malaga tuż przed Wielkanocą:

Malaga tuż przed Wielkanocą

    Musi być ekstremalnie

      Tzw. Znani Podróżnicy (nie mylić z Wielcy) uważają, że liczą się tylko te wyprawy i podróże, które wiodą do odległych  dzikich krain, gdzie nigdy nie było i będzie hoteli, ludzie są jeszcze bardziej dzicy niż ich krainy, a za każdym rogiem czai się już ekstremalnie dziki zwierz. Liczą się dla nich często takie wyjazdy, gdzie wszystko jest odmienne, nie podróżuje się po bożemu, tylko w jakiś dziwaczny sposób.

    Pojawiają się więc rekordy: podróż  bokiem traktorem przez Australię, podróż kółkami wzdłuż Mekongu, podróż w podkoszulku na Alaskę i takie tam. Cudownie to pokazał Herzog, w filmie „Na krańcach świata”. Czym jest podróż, jakiego dokonuje wyczynu facet, który wędruje przez cały świat tyłem albo na jednej nodze? I przede wszystkim, po co to robi? Znani Podróżnicy po każdej, nawet niedługiej podróży, piszą książki, w którym często tak ubarwiają rzeczywistość, by była jeszcze bardziej dzika. A potem się śmieją się w twarz „szarym masom”, które tłumnie lecą do Tunezji, Egiptu i na Wyspy Kanaryjskie.

   Że niby to nie podróż, tylko popierdułka. A mnie biorą diabli.

   Sama lubię miejsca dzikie i odległe, tajemnicze i opuszczone, dziewicze. Nie lubię wysokich hoteli Egiptu, podczas służbowego wyjazdu na południe Portugalii, w znanym kurorcie pełnym bloków nad plażą, czułam się jak w klatce. Ale tak ma ja! Może dla kogoś innego to prawdziwe przeżycie? Cudowne wakacje? Coś, co będą jeszcze długo pamiętać i wspominać latami? Kto ma prawo im to odbierać?

    Nie musi być ekstremalnie (moim zdaniem)

    Nie ważne dokąd się podróżuje, ale co ma się w sobie, gdy tam się jedzie. Cały wewnętrzny szacunek dla tego co się widzi, przeżywa, albo dla swojego beztroskiego, słodkiego lenistwa, które w końcu każdemu się należy, prawda? 
   Dlatego, kiedy dzisiaj pół nocy oglądałam zdjęcia na Wyprawach Marzeń, jeszcze raz przekonałam się, że wiele ludzi potrafi czerpać wielką radość z „normalnych” wakacji, że często te normalne wakacje są ważniejsze niż wielkie wyczyny, którym oczywiście wielkości i wagi odbierać nie można.
    Ja jedną ze swoich wypraw marzeń odbyłam zaledwie wczoraj. Właściciel oprowadzał mnie po pustych i zrujnowanych komnatach zamku w Domanicach. Może dla kogoś to niewielka atrakcja. Kilkadziesiąt pomieszczeń ze starymi piecami, kominkami, resztkami malowideł. Wróciłam oszołomiona tymi wszystkimi historiami i opowieściami. A przecież nie pojechałam daleko. Dwa lata temu o tej porze była w Maladze, gdzie obserwowałam misteria wielkanocne. Też nie trzeba było jechać daleko. Cudownie wspominam też rejs do Szwecji (nota bene) można go wygrać w konkursie, w którym „juroruję”. Towarzystwo było świetne, pogoda dopisała, a cały prom falował w rytmie drinków z palemkami.

         Wyprawa marzeń, niejedno ma imię.  

Na promie do Szwecji:

Na promie do Szwecji

Zamek w Domanicach:

Zamek w Domanicach

Komentarzy: 3