iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Skarby wychodzą z ziemi


      Zadzwonił dzisiaj Piotrek Majczak z Polskiego Towarzystwa Badań Historycznych w Będzinie. Pod czujnym okiem archeologa, wraz z grupą poszukiwaczy i pasjonatów z Ośrodka Historyczno-Kulturalnego  Beldonek - Pałac Wielkopolskich w Chrobrzu prowadzą bezinwazyjne badania w Niegosławicach.

    W okolicy znajdują się cmantarzyska ciałopalne i nieco późniejsze stanowiska archeologiczne. To kolejna akcja, która łączy siły archeologów i pasjonatów. – To także taki nasz dar dla archeologów – powiedział mi rozradowany Piotrek – Mamy cały potrzebny sprzęt i opracowujemy mapy terenu.
Niestety, tym, razem nie mogę tam być, więc te telefony to  dla mnie taka namiastka własnych poszukiwań. Ale Piotrek zadzwonił też z zupełnie innego powodu. Dzisiaj podszedł do niego rolnik, który mieszka w okolicy. I przyniósł ...amforę kulistą, na widok której archeolog o mało nie zemdlał. Znalazca trafił na bezcenny zabytek podczas prac w polu. Chętnie zgodził się pokazać miejsce, gdzie trafił na amforę, opowiedział też przy okazji wiele innych, niezwykłych historii. Jak wspominał mi przed chwilą Piotr, na tamtym terenie można znaleźć zabytki z okresu rozciągniętego na dwa tysiące lat. Rolnik jakoś nie odważyłby się podejść do naukowca, ale poszukiwacze go ośmielili. Z pożytkiem dla wszystkich.
 

Komentarzy: 1
Marzenia stewardessy

    

     Lot z Mexico City do Madrytu. Pod nami Atlantyk, na pokładzie jeszcze środek nocy, w Polsce prawie dziesiąta rano. Idę pomiędzy krzesłami poprosić o wodę. Wszyscy śpią. W pomieszczeniu, w którym siedzą stewardessy, dwie panie. Jedna czyta jakieś pismo, druga...ma przed sobą kilka wielkich kartek i w zawrotnym tempie rysuje. Dziwnie rysuje. Od prawej w dół, potem posuwa się na skos ku górnemu, lewemu rogowi kartki. Nie moge się powtrzymać, gapię się jej przez ramię. Stewardessa rysuje komiks. Szalony, z dziwnymi postaciami, które coś tam wykrzykują po hiszpańsku w nierównych dymkach, które wychodzą z ich ust.

    - Świetnie pani rysuje - zagaduję. Stewardessa uśmiecha się i mówi zupełnie szczerze:

    - Uczę się i uczę. Chciałąbym zostać profesjonalnym rysownikiem i rysować tylko komiksy. To moje marzenie. Skąd pani jest ?- pyta jeszcze.

    - Z Polski.

    - Z Polski? Żona mojego brata jest z Polski. Z takiej miejsowości.... Krakaw.

     Dostaję wodę i wracam na swoje miejsce. I myślę sobie, że czyjeś marzenia można poznać w najmniej oczekiwanym miejscu.

Komentarzy: 1
Cały czas z Meksyku

  

    Pierwszy dzień, który mam naprawdę dla siebie. Nie wiem, ile już dni jestem w Meksyku, ale dzisiaj w Mexico City prawie nie ma korków. Wszyscy, kto tylko może, oglądają mecz z Republiką Południowej Afryki. Tłumy w restauracjach, w sklepach, nawet w moim hotelu hipnotycznie wpatrują się w ekrany telewizorów.

    Z powodu licznej plagi katarów, do naszej grupy dołączyło dwóch lekarzy. Oni też patrzą się na mecz. Chłopaki mają fajne wakacje. Codziennie przychodzą na śniadanie w czyściutkich, świeżutkich kitlach z małym zestawem ratowniczym w walizeczce. Jak na nich patrzę, to wcale się nie dziwię, że liczba zachorowań wśród zagranicznych dziennikarek nagle gwałtownie wzrosła. Śmiesznie to wygląda. Jesteśmy np. w destylatorni, próbujemy różnych wysokoprocentowych świństw, a pan doktor rozkłada nieoczekiwanie kuferek i mierzy komuś ciśnienie. Mnie też się podniosło ciśnienie, ale bynajmniej nie z powodu pana doktora.

   Dwa dni temu, nieoczkiwanie zostałam porwana o szóstej rano na śniadanie do jakiejś szkoły. Wśród zakładników było jeszcze kilku dziennikarzy, przerażanonych nie tym, że muszą nagle jechać do jakiejś szkoły, ale tym, że jest szósta rano. Pani dyrektor, kobieta o wyglądzie divy operowej, nigdy nie wychodząca z długich sukien i kapelusza, z filmowym makijażem, zabrała nas do swojej prywatnej  szkoły kulinarnej.  Na śniadanie była sałatka owocowa, bułeczki zapiekne z fasolą i serem, napój ryżowy i ...aleja gwiazd. Na klaśnięcie pani dyrektor (jak w operze mydlanej) nieoczekiwanie wyskoczyło kilku kelnerów niosących coś rodzaju ram. Potem okazało się, że ktoś w rogu rozrabia cement.

   -Oj, to może być koniec - pomyślałam, w końcu ogląda się te filmy o mafii i tym co potrafią wyprawiać z betonem. Ale nie. Okazało się, że każdy z nas ma odcisnąć swoje dłonie ku pamięci. Że niby takie z nas VIPy.     

     Odcisnęłam. Mam dwieście zdjęć z panią dyrektor, przy której czuję się głupio z powodu braku kapelusza i długiej sukni. A teraz patrzę na jeden z głównych placów Patzcuaro, ślicznego miasteczka z wielkim targiem, po którym zamierzam pobuszować bez tej całej, naszej ochrony. 

 

Komentarzy: 0
Czerwone i szare, czyli robak lubi pływać

 

Nie oglądam prawdziwego Meksyku. Oglądam Meksyk z tej strony, z której chce mi się pokazać, z najbogatszej, najpiękniejszej, przez pryzmat drogich hoteli i wykwintnych bankietów. Ale potem wychodzę na ulicę i spotykam biedę i samotność.

Jestem w Meksyku po to, żeby poznawać jego najlepsze smaki, codziennie gotują dla mnie najlepsi szefowie kuchni, wymyślając najdziwniejsze dania. Tacos z kwiatami hibiskusa, jabłka z jogurtem, marynowane mięso kozy w liściach banana, lody z płatków róży – to wszystko naprawdę może oszołomić. Nie tylko smakiem, ale także sposobem w jaki jest podane i miejscami, w których jemy. Będę o tym pisać, poznaję sekrety tutejszej, tej wykwintnej kuchni, uczę się umiejętnego używania ziół i przypraw. Ale kiedy nie mam już siły jeść następnego dania, podobnie jak wielu innych dziennikarzy i patrzę, jak kelnerzy wrzucają resztki, a właściwie nadgryzione jedynie równe pyszności, mam poczucie, że ten świat nie idzie w tę stronę, co trzeba...

Dzisiaj jedliśmy robaki. Te – jak mi wytłumaczono – jedzą akurat wszyscy, bo zawierają wiele protein. Dodaje się je do mezkalu, typowej meksykańskiej wódki. Mieszkają sobie w agawie, tylko na różnych pięterkach. Czerwone i białe najwyżej, szare, tłuste i obrzydliwe żyją najniżej. Jeśli nie są częścią produkcji, można je po prostu zjeść. Na surowo. Próbowałam kiedyś szarańczy, ale nie była surowa. Spróbowałam tego białego, najmniejszego, tego z wyższej kondygnacji agawy. Trudno określić jego smak. Mięsny i mdły. Na szarego się nie odważyłam. Zjadła go meksykańska koleżanka z telewizji, co zostało udokumentowane na zdjęciu.  Jutro natomiast ruszam na słynną La Pena de Bernal, słynną skałę, jednym z największych monolitów na świecie. Krąży wokół niej wiele legend, a tych o Ufo nie sposób zliczyć. To będzie może prawdziwy kawałek Meksyku?

Najpierw po czerwonym robaczku

Potem szary tłuścioszek 



Blanca robi dobrą minę do złej gry

I coś na deser, tym razem naprawdę smacznego :)

Chyba że jednak mięso. W liściach upiekła się właśnie baranina.
 

Komentarzy: 3
Jadę sobie meksykańską karetką


      Takie mam już szczęście, że dość często podczas wyjazdów ląduję w jakimś szpitalu. Na szczęście to nic poważnego. Wczoraj wieczorem, nieoczekiwanie, podeszła do mnie szefowa całego naszego zamieszania i oświadczyła, że wezwała do mnie karetkę.
   Widzisz – powiedziała – źle się czujesz, przyjedzie cię zbadać lekarz. Ambulans jest drodze.

   - Ale ja mam tylko katar - niemal krzyknęłam.
   - Nie szkodzi, dbamy o naszych gości - odpowiedziła. Ponieważ uroda i dystynkacja Patrcii Quintana nieco mnie paraliżuje, z rezygnacją przytaknęłam.

    Ale karetka do kataru??? Co za pomysł? Może myślą, że mam ptasią grypę, w większości restauracji podają przed posiłkami coś rodzaju żelu albo psikają nam ręce antygrypowym „czymś”. Czułam się rzeczywiście kiepsko, bo ile można spać po trzy, cztery godziny, ale... Dopóki nie przyjechała karetka byłam jeszcze zdrowa, w chwili gdy nadjechała, nieoczekiwanie kilka osób postanowiło mi pomóc wstać od stolika (w końcu jestem chora), operator z meksykańskiej telewizji podbiegł do mnie przestraszony i dał mi w ostatnią drogę malutkiego żółwia ze szkła, ktoś rzucił się, żeby nieść za mną szalik, ktoś niósł za mną torbę, a ja nie mogłam się wyrwać z tych wszystkich opiekuńczych rąk. Zleciała się cała wioska, w końcu nareszcie coś się działo. Cudem przepchnęli mnie do tej karetki przez tłum gapiów i zostawili z całkiem przystojnym ratownikiem, który nie znał ani słowa po angielsku. Karetka zawiozła mnie do hotelu, a kierowca prowadził po kocich łbach w takim stylu, że najzdrowszy atleta poczułby się nieco niepewnie.

    Stoimy ja i medyk w pokoju, nie możemy się dogadać. W końcu trochę bezbronny chłopak zmierzył mi ciśnienie, potem osłuchał. Stwierdził, że jestem zdrowa a organizatorzy odetchnęli. To się nazywa potęga medycyny! Dziś rano cała wioska uśmiechała się do mnie jak do gwiazdy meksykańskiego serialu. Juanita Lamparska powstała z grobu. I ciągle ma  katar.

Komentarzy: 6
Jak mnie nie zabił katar

      Jeszcze żaden, tak zwany oficjalny wyjazd, nie był tak wyczerpujący. Codziennie wyjeżdżamy o siódmej, żeby wrócić po dwudziestej trzeciej, albo po 24.00. Rano wszyscy wyglądają jak cienie, a wrażenie potęguje jeszcze to, że każdego dnia czeka na nas policyjna eskorta.

    Czuję się idiotycznie, kiedy wokół autobusu krążą bez przerwy policjanci na motorach, których zadaniem jest m.in. zatrzymywanie ruchu ulicznego, żebyśmy mogli szybko przejechać. Program, w którym uczestniczę jest w Meksyku ważnym wydarzeniem. Policja towarzyszyła nam też wczoraj na targu, jeszcze nigdy nie podróżowałam w ten sposób. Każdy targ na świecie wydaje mi się bezpieczny, tu jestem co chwila napominana, żebym nigdzie się nie oddalała, bo albo okradną, albo porwą i będę musiała pracować potem na ulicy w charakterze, który niezbyt mi odpowiada. Dziennikarce z Argentyny na targu ukradli komórkę.

    Nie znam w ogóle Meksyku, ale kiedy dzisiaj okazało się, że mam katar, jedna z organizatorek postanowiła wezwać karetkę. Tak, na wszelki przypadek. Cudem udało mi się odwieść ją od tego pomysłu. Ze wszystkich stron jestem otoczona opieką, kiedy wychodzę z autobusu dwóch panów podaje mi rękę, żebym, przypadkiem się nie potknęła, szczytem wszystkiego była pani z toalety w jednym z hoteli, która najpierw rzuciła się, żeby umyć mi ręce a potem wycierać je pachnącym ręczniczkiem. Jedni mi tłumaczą, że to typowa meksykańska gościnność, z drugiej strony słyszę, że na ogół chodzi o napiwek. Własne zdanie będę miała za jakiś czas.

      Dookoła dzieje się tyle rzeczy, że nie jestem w stanie wszystkiego przyswoić. Organizatorzy programu dla dziennikarzy "Aromas esabores" z całego świata postanowili nas oszołomić, powalić na kolana, ale taka ilość bodźców, narazie przynajmniej tworzy mi tylko mętlik w głowie.  Zamiast opowiadać, kilka zdjęć, które za chwilę powinny się pojawić


 

Komentarzy: 1