iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Szynobusem w piękny rejs

Nie macie jeszcze pomysłu, co robić w weekend? Przyjeżdżajcie na Dolny Śląsk! W ostatnią sobotę ponownie wsiedliśmy do pociągu, a właściwie szynobusu, żeby powędrować śladami skarbów.

Wiadomo, na Dolnym Śląsku skarby są wszędzie, z okolicą, o której zaraz opowiem, wiąże się historia napoleońskiej kasy, która utonęła w rzece (inni mówią, że została zakopana w pobliżu zamku w Płakowicach), historia niemieckich skrytek ukrytych gdzieś w sztolniach a także wiele relacji o duchach, strach i czarach. Ale miejsce, w które Was chcę zabrać jest, przede wszystkim bardzo piękne.

Kolej Doliny Bobru, z Jeleniej Góry do Lwówka Śląskiego kursuje pięć razy dziennie. Budowa tej ponad 32 kilometrowej trasy trwała aż 7 lat. Ale teren jest tu trudny. Trzeba było wydrążyć trzy tunele, zbudować most nad Jeziorem Pilchowickim, kamienny wiadukt w Pilchowicach, siedem stacji i 400-metrową żelbetową półkę na stację Pilchowice. Całość oddano do użytku 28 sierpnia 1909 roku, czyli w ubiegłym roku kolej obchodziła swoje setne urodziny. Co ciekawe, pod koniec II wojny światowej niemieccy żołnierze wysadzili wejścia do tuneli, wszystko jednak udało się w miarę szybko naprawić. Naprawdę warto tędy pojechać. My wybraliśmy następujący wariant; rano wsiedliśmy we Lwówku Śląskim do szynobusu (cudownie, że w te upały jest tam klimatyzacja) i niespełna w ciągu godziny dojechaliśmy do Jeleniej Góry. To tak dla nacieszenia oczu widokami. Po drodze mijaliśmy Dębowy Gaj z ruinami pałacu, Lwówecką Szwajcarię, Wleń ze swoim wspaniałym zamkiem i pałacem, Zaporę Pilchowicą, wieżę rycerską w Siedlęcinie – naprawdę jest tu co zwiedzać. W Jeleniej Górze 25 minutowa przerwa, lody i kanapki i wracamy.

Najpiękniejszy odcinek trasy to ten, kiedy wjeżdża się nad most kolejowy zawieszony 43 metry na Jeziorem Pilchowickim. Wysiedliśmy na przystanku Pilchowice Zapora. Chcieliśmy zielonym szlakiem dojść do Wlenia i tam znowu wsiąść do pociągu, żeby wrócić do Lwówka. Plan był ambitny i nie wypalił, ale o tym za chwilę. Najpierw rozpętała się burza i przez godzinę trzeba było siedzieć na stacyjce. Ale warto było.  Choć zdjęcia tego nie oddają, jezioro Pilchowickie parujące tuż po deszczu wygląda absolutnie magicznie. Gdy ucichły pioruny, ruszyliśmy w kierunku Wlenia, trasa jest przepiękna, idzie pod zaporą, potem wzdłuż Bobru, wąziutką ścieżką, która prowadzi do niewielkich skałek. Jednak...po drodze okazało się, że przeliczyliśmy się z czasem i mijając po drodze Maciejowiec (jakiż ten tutejszy dwór jest piękny! I w jakim strasznym stanie!) dotarliśmy już niemal sprintem do stacji Nielestno, żeby złapać ostatni pociąg jadący w kierunku Lwówka. Jeśli chcecie się dowiedzieć czegoś więcej  o Kolei Doliny Bobru, bardzo polecam ten artykuł.

A wieczorem kawa i ciastko w Cafe Lenno, w pałacu u stóp zamku we Wleniu. Szkoda, że pałac Lenno, który jest własnością Belga, nie ma strony internetowej po polsku. Wielka szkoda. Z innych stron wiem, że właściciel ma jakieś koszmarne kłopoty z miejscowymi władzami, i choć nie mnie z tak małą wiedzą wnikać w sedno problemu, cieszę się, że kolejny pałac odżywa. Daleko mu oczywiście do tak pięknie odrestaurowanych pereł jak Łomnica czy Wojanów, ale widać, że Lenno ma gospodarza.

I panuje to sympatyczna, ciepła , domowa atmosfera. Dookoła kręcą się owce a widoki, jakie się stąd rozpościerają.... Nie... to musicie zobaczyć sami. Szczerze mówiąc, zaskoczyły mnie ceny w tutejszej kawiarni. Gigantyczne ciastko, wielki, pyszny jabłecznik z bezowym wykończeniem, kosztuje tam 6 złotych. Z gałką lodów i bitą świetnaą – 8 złotych. Wielki dzbanek herbaty – 4 złote. No chyba ten Belg oszalał? To nie są przecież pałacowe ceny! I to też bardzo cieszy. Miłe miejsce, miłe ceny, a piszę o nich, bo w listach zarzucacie mi, że chwalę ten nasz Dolny Śląsk, ale zapominam, jak czasami jest tu drogo. A tu proszę, niespodzianka.

Zawsze ze sobą wozimy lekarza. Nasz przyjaciel Krzysiek Mildner studiuje mapę, idzie mu to prawie tak dobrze jak operacja.


Jezioro Pilchowickie tuż po burzy.

Samotna stacyjka, można tu siedzieć i siedzieć i wpatrywać się w wodę.

Nareszcie ruszamy, może to nie jest zielony szlak, ale po torach nie idzie się źle.


Tory jakie są każdy widzi.


Widok z tego mostu jest cudowny, widok na most również niczego sobie.

 
A to stacja kolejowa...nieźle położona, prawda?


Trochę widoczków z zapory...

I jeszcze zapora...


I zostawiamy zaporę, żeby wejść w zielone i wędrować już wzdłuż Bobru


Zabudowania gospodarcze pałacu Lenno

Wejście do pałacu, koło schodów stoją ławeczki i stoliki, gdzie można zjeść opisane ciastka.

Ostatni rzut oka na widok z kompleksu pałacowego. Ach, patrzeć tak na to codziennie...

Komentarzy: 4
Drugie wejście do krypty

Oj, dzieje się. Po raz pierwszy od 1963 roku otwarta została druga krypta pod kościołem św. Jadwigi w Walimiu. Pierwszą już wspólnie na tym blogu oglądaliśmy kilka miesięcy temu, teraz badacze zeszli do tej, w której w 1963 roku Jacek Wilczur z Komisją Badania Zbrodni Hitlerowskich szukał dokumentów związanych z projektem „Riese”.

Niestety, czego bardzo żałuję, nie mogłam być tym razem w Walimiu. Z relacji wiem jednak, że choć sama krypta jest w dobrym stanie, to niektórymi pochówkami zajęli się już dawno szabrownicy.

Pod kościołem św. Jadwigi leżą ciała pastorów i ich rodzin, a także członkowie rodziny Zedlitzów. Razem około 20 trumien, w tym 6 trumienek dziecięcych.  

Pretekstem do otwarcia krypty był tym razem film dokumentalny, do którego scenariusz napisał Łukasz Kazek, kustosz zamku Grodno. Dzięki uprzejmości Łukasza mogę też pokazać Wam kilka zdjęć.

A kiedy film będzie już gotowy, natychmiast wyjaśnię, jak i gdzie go obejrzeć.  Patrząc na nie zastanawiam się, jaka powinna być przyszłość tego miejsca. Czy powinni je oglądać turyści, czy zmarli powinni być pozostawieni w spokoju. Jak znaleźć złoty środek i czy on w ogóle istnieje?  


 

Komentarzy: 1
Skarby na upały

Zaczęło się od listu. Potem był telefon. Dotyczył dziwnego miejsca w Rudawach Janowickich. Dzwonił pan, który jako dziecko natknął się w okolicach Krzyżnej Góry na coś w rodzaju wejścia do sztolni albo groty. Opowiadał też o Niemce strzegącej tajemnicy tego miejsca.

Obiecałam, że nic więcej nie ujawnię zanim nie przejrzę dokumentów, które przetrwały i są związane z tą sprawą. Postanowiłam jednak powędrować szlakiem tajemniczego ukrycia, a przy okazji uciec przed upałami do lasu. Jeśli jesteście gdzieś na Dolnym Śląsku, powędrujcie w ten sam sposób. Cisza, zielono, prawie nie ma ludzi. Trasa, którą również Wam proponuję zabrała nam osiem godzin, ale był to jeden z najpiękniejszych spacerów w tym roku: niech wszystkie Meksyki, Portugalie i Szwajcarie niech się chowają. Naprawdę pięknie jest u nas.

Na Biuście Lollobrigidy
Samochód zostawiliśmy w Janowicach Wielkich i szynobusem o 10.58 pojechaliśmy do Wojanowa. Dworzec w Janowicach, zaniedbany i właściwie nieczynny, wszystko zamknięte, bilety kupuje się w pociągu, na drzwiach napis informujący, że wnet otwarta tu będzie pizzeria. Klimaty jak z zapomnianych filmów. Ale szynobus śliczny, z klimatyzacją, widoki za oknem zapierają dech, i choć do Wojanowa jedzie się z 15 minut, atrakcji po drodze sporo. Chociażby przejazd pod Tunelową Górą. Z dworca w Wojanowie marsz do tutejszego pałacu, jednego z najpiękniej odrestaurowanych w Polsce, potem krótka wizyta w Wojanowie Bobrowie i zielonym szlakiem w Góry Sokole. Po drodze mijamy śliczną Polankę Imieninową, powoli wędrujemy przed siebie, żeby na górze zejść na chwilę na czerwony szlak i wdrapać się na Sokolik Duży.

Ależ stąd jest widok! Nie jest to co prawda miejsce dla tych, którzy mają lęk wysokości, ale pozostałych zachęcam do wejścia. Sokoliki. Ze względu na swój kształt nazywane są Biustem Lollobrigidy, i nie jest to biust łatwy do osiągnięcia. Szczególnie w takich upałach. Z lewego biustu, przeskoczyliśmy na prawy, czyli Krzyżną Górą, którą, jak nazwa wskazuje zdobi spory krzyż. Widać stąd pięknie Karpniki i tamtejszy zamek, takie było zresztą zamierzenie rezydujących niegdyś w Karpnikach książąt, krzyż miał być widoczny z sypialni. Teraz spacer do schroniska Szwajcarka i nareszcie odpoczynek.

Gdzie jest woda?
Szwajcarka jest uroczym domkiem, w którym zawsze można spotkać turystów. Można tu dojechać nawet samochodem, więc dla wielu osób to spore ułatwienie, choć osobiście nie lubię samochodów w górach. Niegdyś był to książęcy domek myśliwski, teraz troszeczkę tu wszystko zaniedbane. Cóż, życie...  Dalej idziemy na dół niebieskim szlakiem i dalej w kierunku Starościńskich Skał. Jak z nich widać Sokoliki! A jakie tu są już jagody i poziomki! Palce lizać. Ze Starościńskich Skał, przez Mniszków, choć można również przez zamek Bolczów, powędrowaliśmy na dworzec w Janowicach po samochód.

Na szlakach spotkaliśmy zaledwie parę osób, oprócz tych kilkunastu w Szwajcarce. Na końcu nie czuliśmy nóg. Ta trasa dała mi wiele do myślenia. Pan, który opowiadał mi o tym, że mogła się po drodze znajdować skrytka, szedł troszeczkę inną drogą, nie tak jak my, wzdłuż szlaku. Ale do miejsca, które wskazał, można było dostać się samochodem. Tunelu ze skarbami nie znaleźliśmy, właściwie cały czas byliśmy w wielkiej skrzyni ze skarbami. Tyle, że zamiast ścian, dookoła był las.  

Uprzedzam jednak, w taką trasę trzeba zabrać ze sobą naprawdę sporo wody. Co prawda można uzupełnić zapasy w Szwajcarce, ale akurat kiedy my tam byliśmy, była woda tylko w małych butelkach. Jedyna szansa, żeby coś zjeść to również Szwajcarka.

A w ten weekend znowu wsiadamy do pociągu. Tym razem na jednej z najpiękniejszych tras w Polsce, z Jeleniej Góry do Lwówka Śląskiego. Już się nie mogę doczekać!

Komentarzy: 4
Straszliwe Góry Sowie

     W Górach Sowich zgroza. Turystów jak na lekarstwo, atrakcji jak na lekarstwo, miejsc, w których można dobrze zjeść również. Mnie, co prawda, wystarczy po prostu chodzić po górach, ale nie każdy turysta chce tak wypoczywać. Uwielbiam też nasz Dolny Śląsk, ale za każdym razem, kiedy odwiedzam moje ulubione miejsca, ogarnia mnie coraz większy smutek.

    Np. sztolnie w Walimiu. Każdy, kto tam przyjedzie, musi być pod wrażeniem ogromu tutejszych  podziemi i ich historii. W sztolni numer 3 można od niedawna obejrzeć ciekawą i działającą na emocje prezentację. Na ścianie widać pracujących więźniów, słychać dźwięki młotów i wiertnic, potem gra muzyka i w miejscu każdej postaci zapala się światełko. Trzeba przyznać, robi to wrażenie. Te światełka, skrawek pamięci, po każdym, kto tu zostawił życie...

    Ale kiedy wyjdzie się już na światło dzienne, pierwszą (no, może drugą rzeczą), którą zobaczy turysta, jest bajecznie kolorowa reklama ośrodka Wodniak w Zagórzu Śląskim. Dawno tam nie byłam, pomyślałam więc, że może zabiorę znajomych nad wodę. A tam.... Kosowo po wojnie. Sypiące się domki, pawilon jak po bombardowaniu, papiery, walające się kaloryfery, gdzieś rozwalone łóżko i ci biedni ludzie, którzy w upał chcieliby posiedzieć trochę nad wodą i muszą to robić w takich warunkach. Pamiętam ten ośrodek z dzieciństwa, pamiętam, że nigdy nie była to elegancja na najwyższym poziomie, ale położenie tego miejsca, widoki, bliskość tamy i przede wszystkim zamku Grodno, do czegoś zobowiązuje. Cóż, skoro już tam byliśmy, zajrzałam na zamek – to zaledwie 15 minut spaceru od ośrodka.

    W Grodnie remont, sporo się dzieje, zaczął nawet funkcjonować mały punkt gastronomiczny. Tylko dlaczego – pytam – nazwy dań i napojów muszą być wypisane flamastrem? Czy ten niezwykły zabytek do czegoś nie zobowiązuje? Kiedy kilka tygodni temu jechałam przez Meksyk, zobaczyłam, że we wszystkich małych, zabytkowych miasteczkach, napisy są ujednolicone. Są zrobione tą samą, stylową, czcionką, o tej samej wielkości  i tej samej wysokości. Pewnie nam do tego jeszcze daleko, ale tak troszeczkę można się postarać.

      Wizytę w Górach Sowich trzeba zakończyć czymś smacznym do zjedzenia. Celowo ominęliśmy moje ulubione miejsca, postanowiliśmy szukać czegoś nowego. Wszyscy dookoła zachwalają placki ziemniaczane w Młynie w Olszyńcu. Podobno pyszne nad wyraz i ogromne. Niestety, nieczynne... Pojechaliśmy więc do Fregaty na Jezioro Bystrzyckie, w tym pięknie położonym, klimatycznym miejscu, z  widokiem na wodę można siedzieć godzinami. Takie położenie też powinno do czegoś zobowiązywać. Obsługa jest tu grzeczna i miła, jedzenie smaczne, sam dom, naznaczony patyną czasu ma ogromny urok. Ale już drugi raz zdarza mi się, że nie mogę zamówić tego, na co mam ochotę. Za pierwszym razem, szykowało się tu wesele, znajomych panie jeszcze obsłużyły, ale dla tych, którzy dotarli parę minut później, szansa na zjedzenie czegokolwiek przepadła. Teraz po 16.00 zabrakło już tutejszego, popisowego naleśnika z łososiem a z lodów można było wybierać tylko w jednym rodzaju owocowych. Marudzę? Może marudzę, ale nie marudzę w swoim imieniu. Ja te miejsca znam i można powiedzieć, kocham, bo Dolny Śląsk wart jest takiej miłości. Ale czy wróci do nas turysta z innych regionów Polski? A turysta z zagranicy?
 

Komentarzy: 8
Sosnowiec – płoną zabytki

Ledwie wróciłam do Polski i zaraz koledzy-poszukiwacze zaatakowali mnie informacjami o najbliższych akcjach eksploracyjnych.

Już niebawem zaczyna się kolejne wielkie szukanie pod Wrocławium, ale dzisiaj o innej, smutnej sprawie. Piotrek Majczak, o którym ostatnio pisałam (szukał zatopionych dzwonów z parafii w Januszewicach) przysłał mi kilka zdjęć z Sosnowca. Z różnych względów pojawiają się tutaj z opóźnieniem, ale ze względu jak ważna jest ta sprawa, trzeba o niej napisać.

W środę, 23 czerwca, spłonął bowiem pałac Wilhelma, a zamki i pałace są bliskie wszystkim eksploratorom. Są w końcu ważną częścią historii. Piotrek napisał: Około godziny 13 straż pożarna została powiadomiona o pożarze.

Gdy pierwsze jednostki dotarły na miejsce, pożar objął już wszystkie kondygnacje. Ogrom tragedii zmusił do posiłkowania się jednostkami z ościennych miast.

Przez ponad godzinę słychać było syreny jadących na pomoc wozów strażackich. Pałac Wilhelma został zbudowany w 1900 roku w stylu neobarokowym według projektu znanego architekta Józefa Pomiana-Pomianowskiego jako pałac gościnny. Wzniesiono go na zlecenie rodziny Schoenów, około 100m od własnej rezydencję Pałacu Schoena (dziś mieści się tam muzeum miejskie).

Po wojnie został zaadoptowany na potrzeby szkoły włókienniczej. W ostatnich latach wpisany do rejestru zabytków pałacyk kilkakrotnie zmieniał właściciela. Ostatnio nie był użytkowany. W 2009 miasto, uznawszy że nie stać je na remont, sprzedało go prywatnej firmie z Sosnowca, zakładowi remontowo-budowlanemu Przemysława Jędrzejczyka.

Nowi właściciele zapowiadali gruntowną renowację zabytku, szykowali się do pierwszych prac.” Zresztą nie ma co wiele pisać, popatrzcie na zdjęcia, które przysłał Piotrek.


 

Komentarzy: 6