iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Jeszcze o odkryciu w Górach Sowich

    

      Jeśli pojawia się tyle głosów, że sztolnia, w którą wwierciła się w niedzielę rano Sowiogórska Grupa Poszukiwawcza, była penetrowana już wcześniej i że "to żadne odkrycie", nie zostało mi nic innego, jak jeszcze raz "przepytać" samych zainteresowanych. Zarówno Andrzej Boczek, jak i Piotrek Kałuża, prezes Sowiogórskiej Grupy Poszukiwawczej stanowczo twierdzą, że było to pierwsze od wojny "otwarcie" tej sztolni. Natomiast- o czym już wspominałam - wszyscy zgodnie przyznają, że wielu badaczy wcześniej sugerowało, że w tym miejscu może znajdować się jakaś sztolnia.   

    Otwarcie to może za duże słowo, na razie to odwiert. Andrzej, rzeczywiście, dwa lata temu penetował na Soboniu sztolnię, ale inną, oddaloną od tego miejsca o kilkaset metrów. Przed chwilą zresztą, na antenie Faktów, Wiesław Zalas i Darek Tomalkiewicz opowiadali o niedzielnym odkryciu i pokazywali zdjęcia z wnętrza, zrobione na razie za pomocą kamery. Wejście do środka zapowiedzieli na wiosnę. Natomiast, jeżeli ktoś rzeczywiście był w tej sztolni wcześniej, wszyscy chętnie obejrzą zdjęcia.  

 

Komentarzy: 10
Mamy odkrycie w Górach Sowich!

 

No i udało się! Podczas III Zjazdu Eksploratorów w Walimiu została odnaleziona nowa sztolnia w kompleksie Sobonia.
 
Chociaż już tyle lat jeżdżę na poszukiwania, piszę o poszukiwaczach i toczę wielogodzinne dyskusje z poszukiwaczami, ciągle mam wielką frajdę z tego stania w lesie, w piwnicy, w podziemiach i gapienia się na kopanie, wiercenia czy nawet na ludzi, wolno przesuwających się z georadarem. Jednak nieczęsto się zdarza, że tak szybko się udaje. Właściwie niemal od razu. Drugi odwiert gigantycznej wiertnicy i trafienie. Ale od początku.
 
Kominy- ślimaki
 
Niedzielny poranek w Górach Sowich. Andrzej Boczek z Piławy Górnej, nasz kolega, który ma dwie niezwykle przydatne pasje – poszukiwania i gotowanie – zgarnia nas do swojej terenówki. Z przodu siada Bogusław Wołoszański, honorowy gość zlotu. Jedziemy wzdłuż stawów nad Głuszycą obejrzeć pozostałości kompleksu Soboń. Andrzej robi nam niemal eksploracyjny express, pędzi wzdłuż wszystkich tajemnic, aż docieramy do miejsca, które Andrzeja wyjątkowo fascynuje. Pokazuje ruiny ceglano-betonowych konstrukcji z dwoma, nazwijmy to kominami, zalanymi betonem. W środku jednego, częściowo jeszcze istniejącego „komina” widać ślady czegoś, co można by nazwać ceglanym gwintem. Bogusław Wołoszański robi zdjęcia, „ten Dolny Śląsk jest fascynujący” mówi. „Ale to jeszcze nie wszystko” – cieszy się Andrzej, mam niespodziankę, może jeszcze dzisiaj uda się wejść do nieznanej nikomu sztolni.
 
Trochę z moim Piotrkiem naśmiewamy się z Andrzeja. Każdy by chciał przecież znaleźć nową sztolnię. Śmiejemy się jeszcze bardziej, bo nagle, jakby spod ziemi, w mokrym lesie, wcześnie rano pojawia się, nie wiadomo skąd policjant i patrząc Bogusławowi Wołoszańskiemu w twarz pyta surowo: to wy tu kopiecie?
 
Okazuje się, że policjant pilnuje miejsca, w którym grzybiarze zauważyli pocisk moździerzowy. Z Wrocławia jadą już saperzy, do tego czasu teren trzeba zabezpieczyć. Zanim znikniemy z tego miejsca, policjant szepce do Andrzeja; rozpoznałem go! Ma na myśli oczywiście gościa honorowego zlotu.
 
Jest dziura!
 
Bogusław Wołoszański wraca do Warszawy, my zjeżdżamy na dół, Andrzej martwi się, czy przez deszcz i błoto na Sobonia dojedzie gigantyczna wiertnica. Zapewnili ją członkowie Sowiogórskiej Grupy Poszukiwawczej, niestrudzeni organizatorzy zlotu (Andrzej współpracuje z grupą i jest jej honorowym członkiem), którzy każdy kawałek tych gór znają jak własną kieszeń. Wiertnica dzień wcześniej pracowała na Jaworniku. Około jedenastej telefon; jest sztolnia! Trzeba wracać.
 
A tam na górze to wszystko, co tak lubię w poszukiwaniach. Są wszyscy i wszyscy w niemal idealnym kręgu wpatrują się w obraz z kamery, która pokazuje podziemia. Nawet Darek Tomalkiewicz, wiceprezes SPG, choć od kilku dni ma gorączkę w napięciu wpatruje się w ekran. W środku widać spory bałagan, sztolnia prawdopodobnie została wysadzona, ktoś dostrzega stemple kopalniane, potem coś w rodzaju śrub mocujących tory wąskotorówki. 
 
Andrzej szukał tego miejsca przez trzy lata, choć oczywiście od kilku lat wiadomo było, że sztolnia tam jest. Wielkie gratulacje Andrzeju! Wejście do podziemi przewidziane jest na wiosnę. Również gratulacje dla SGP za to, że już po raz kolejny udało się ściągnąć w Góry Sowie takiej klasy sprzęt, bo inaczej byłoby trochę krucho....SGP wzięła na siebie również wszystkie sprwy papierkowe, załatwienie sponsorów, ustalenia, gdzie wiercić.
 
I dzięki za kolejny zlot. Mieliście przy nim sporo pracy, sama wiem, kiedyś przecież również organizowałam takie zloty, jak trudno okiełznać to całe nasze towarzystwo. Trochę to była lekcja przetrwania – może troszeczkę dałoby radę opanować chaos w przyszłym roku - szczególnie dla tych, którzy byli pierwszy raz, ale co tam! Mnie się nigdy nie znudzi to stanie godzinami i gapienie się na poszukiwania.

 Andrzej o poranku czyli „ekploracyjny express” na Soboniu.

 
Tajemnicze ruiny na Soboniu

Wcześniejsze prace na Soboniu przy ceglanych konstrukcjach. Z Andrzejem pracowała tu grupa „Hunter” z Polkowic.

 
Dziwne kominy na Soboniu.
 
Wielka wiertnica i ściśnięci wokół odwiertu eksploratorzy
 
Sprzęt w akcji, coś takiego słychać w całej okolicy
 
Wiesław Zalas, Andrzej Boczek(w środku) i Darek Tomalkiewicz, czyli rozmowa na szczycie i na szczycie Sobonia
 
Jest tam ta Bursztynowa Komnata czy nie?
 
Czy wyobrażacie sobie, że ten facet potrafi zrobić pyszne grzybki w zalewie i odnaleźć sztolnię? Tyle talentów na raz!
 
Łużycka Grupa Poszukiwacza (ŁGP)pozwoliła mi zrobić sobie z nimi zdjęcie
 
Tajna broń ŁGP, czyli Monika przygotowuje się do przejęcia sprzętu raciborskiej grupy „Eule”
 
Na Jaworniku. W tle słynna wiertnica.
 
Jak widać nie tylko ja lubię stać i gapić się jak inni ciężko pracują.
 
Wojtek Stojak, który sam o sobie mówi, że jest już nestorem, bardziej tym razem był zainteresowany obiadem niż eksploracją. Z tyłu pan Andrzej, niestrudzony przewodnik po zamku Grodno i kolekcjoner kartek z całego świata (pod warunkiem, że są na nich pozdrowienia dla zamku)
 
Jak widać, nie tylko mnie wolno sobie robić zdjęcia z Łużycką Grupą Poszukiwawczą.

 

Komentarzy: 24
Kto żyw w Góry Sowie!

    

     Wybieram się na zjazd eksploratorów. Bogusław Wołoszański, który też się wybiera i będzie gościem honorowym zlotu, napisał, że jedzie na zjazd eksploatorów przeszłości. Ładne określenie.

    Góry Sowie przez przerwy przyciągają wszelkiej maści szaleńców, a chęć odnalezienia czegokolwiek jest tak wielka, że niektórzy sami już podkładają skarby, byle można było pochwalić się jakimś znaleziskiem. Cóż...może tym razem trafi się coś prawdziwego.

Komentarzy: 2
Pustelnia Złotego Lasu, czyli coś dla pracoholików

 

Pustelnia Złotego Lasu. Brzmi nieźle prawda? Ilekroć jadę w Polskę, nasz kraj zaskakuje mnie kolejnymi, niesamowitymi miejscami. Teraz trafiłam do Pustelni Złotego Lasu, do tego wieczorem, kiedy powoli opadały pierwsze jesienne mgły, kiedy dookoła było zupełnie pusto. Przewodnik opowiedział mi, że kręcono tu „Czarne chmury”.
           
Pustelnia Złotego Lasu to pokamedulski klasztor z XVII wieku w Rytwianach. Położony niemal w środku lasu, z daleka od jakichkolwiek zabudowań. Cisza aż dudni tutaj w uszach. Przed dwa wieki bracia prowadzili w tych murach ciche i okryte tajemnicą (to lubimy!) życie. 16 czerwca 1819 roku na mocy carskiej ustawy o zniesieniu klasztorów, dokonano kasaty zakonu kamedulskiego, a w już w 1935 roku świątynia stała się kościołem parafialnym, zaś z 16 domków pustelniczych nie zachował się żaden. Tyle historii w skrócie. Została jednak w tym miejscu jakaś niesamowita magia i energia, której nie da się opisać. W kościele, czy ktoś jest wierzący czy nie, każdy musi poczuć coś, co nazywa się często „energią namodloną”.
 
 
Do Rytwian trafiłam podczas zbierania materiałów w Świętokrzyskim. Nie wiedziałam, że są takie miejsca. Księża wyremontowali stare zabudowania klasztorne i urządzili w nich SPeS, nie mylić ze Spa. Spes oznacza Salus Per Silentium, czyli zdrowie przez ciszę. W pięknie odremontowanych pokojach można zamieszkać na dowolny czas (ale uwaga, im krócej tym drożej) i koić tu duszę ciszą i samotnością. Do uczestniczenia w nabożeństwach nikt nie zmusza. Zasięgu komórki nie ma. Odgłosów miasta brak. „Oferta” pokamedulskiego eremu przeznaczona jest głównie dla pracoholików (chyba się zapiszę), siecioholików i zakupoholików, czyli tych wszystkich, którzy przystanąć nie potrafią i pędzą do przodu. Dla tych, którzy i tak pędzić muszą, są do dyspozycji rowery.
 
 
Pobyłam w Rytwianach kilka godzin i zaraz tam zatęskniłam. Do świata cichego i prostego, do piękna tutejszego lasu i do niewyobrażalnej harmonii, jaką tu czuć w każdym zakątku. Coraz bardziej mi tego brakuje, chociaż nie mam zamiaru zamykać się w żadnym klasztorze. Najważniejsza, jak wspomniałam, jest harmonia. Pohulać przecież też czasem trzeba.
Kiedy zwiedzałam kościół, na zewnątrz skromny, w środku zaś niemal przywalający niesamowitą ilością zdobień (naprawdę warto to zobaczyć), z pierwszej kondygnacji wystawała czyjaś głowa. Niewiele było widać, właściciel głowy nie zamierzał się wychylać.
 
 
Co się okazało? W kościele od trzech lat mieszka pustelniczka, która nigdy nie opuszcza tego miejsca. Kiedy świątynia jest zamykana na noc, schodzi podobno na dół, sprząta, układa kwiaty. Wiele o tym myślałam... I na tym poprzestańmy. Zostawiam Was ze zdjęciami, nie oddadzą energii tego miejsca, ale pokażą trochę jakie jest piękne.   
 
 
 
 
 
 

 

Komentarzy: 1
Taki zwykły katar?

     

     Czy też macie ostatnio wrażenie, że w Waszym życiu wszystko dzieje się za szybko i zbyt gwałtownie? Ja nawet nie mam czasu napisać parę słów na blogu, a jednak ciagle gonię jeszcze szybciej.    

     Przez ostatnie dni pływałam kajakiem po Wielkopolsce, szukałam skarbów pod Zamościem i odwiedziłam Szwecję. Choć "Stena Lina" zadbała o najlepszą kabinę dla nas, na samym dziobie, z pięknym widokiem i szerokim łóżkiem, oczywiście trafiłam na nieco burzliwe morze. Na Bałtyku szóstka, którą poczułam dokładnie po kolacji, gdy obijając się od ściany do ściany, dobijałam do swojej kabinki. A tam już koniec. Pamiętam tylko, że nie ma nic bardziej błogiego niż przytulić się do muszli klozetowej i leżąc tak w bezruchu czekać, aż przestanie kiwać. Ale to akurat żadne tam przygody... 

    Moją nową prawdziwą, wielką, zyciową przygodę zaczęłam kilka dni temu po wizycie w przychodni. 

      Katarzyna Lubos-Basińska, moja ukochana lekarka rodzinna, przejmuje sie mną i zawsze usiłuje zmusić to do zrobienia wyników, to do pójścia na prześwietlenie. Chętnie podsłuchuję na korytarzu w przychodni jak rozmawia ze wszystkimi pacjentami i jak o nich pamięta. Do tzw. lekarza pierwszego kontaktu mam więc wielkie szczęście. Ale moja pani doktor wysłała mnie do laryngologa z katarem. Laryngolog (prywatnie) zatrzelił mnie informacją, że pewnie trzeba będzie zrobic operację i wysłał na tomografię. Tomografię również zrobiłam prywatnie i udałam się z nią do szpitala (mała dygresja; nie cierpię, gdy inni piszą na blogach o tym co im jest, albo dokładnie opisują swoje choróbska, więc wytrzymajcie jeszcze chwilę, bo mam swój cel w tym pisaniu). W szpitalu, baaardzo miły pan doktor spojrzał na moją tomografię i powiedział: jak ja lubię jak pacjenci przynoszą mi wyniki, u nas i tak czeka się na operację trzy lata. 

    Yppps, mocno uderzyłam o ziemię.

   Pan doktor spojrzał mi tam, gdzie laryngolog spojrzeć powinien, zapisał mi leki i kazał przyjść do kontroli. Gdyby nie to, że przyszłam z tomografią, nie wiedziałby co mi jest, znałby tylko pobieżne objawy. 

    Opowiedziałam o tym koledze z Belgii, a ten się przejął. Skonsultował się ze swoim lekarzem, ze swoim prawnikiem i napisał do mnie: Asia, jeśli nie mogą Cię zoperować w twoim szpital to musisz poprosić swojego ubezpieczyciela, zeby sfinansował operację w innym kraju, np.w Belgii. 

   Opowidam to wszystkim jako anegdotę.     

    Na szczęście, nie jestem umierająca, ale co z tymi, którzy naprawdę potrzebują pomocy? Wiem, wiem, wszyscy o tym piszą, a ciągle nic się nie zmienia. Ja z dnia na dzień zmieniłam dietę i zanim doczekam operacji będę starała się pracować nad całym organizmem, a nie tylko na jego małym wycinkiem. Wierzę i ufam tzw. metodom naturalnym i żaden lekarz nie może mi zarzucić, że odstawiam leki na rzecz szamanizmu. Może przez te trzy lata, które będę czekać na swoje miejsce w szpitalnym ogonku, nie padnę na placu boju.

 

Komentarzy: 3