iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Skarby zamku Grodno , czyli trochę ze starych gazet

 

Notatka z powojennej gazety do dzisiaj działa na wyobraźnię. Już sam tytuł jest niezły: „Milionowy skarb w grobowcu zaprowadził sołtysa do obozu”. Autor, podpisujący się jedynie literką E pisze o zakończeniu dochodzenia „przeciwko sołtysowi gromady Choina, który w latach 45 – 46 przywłaszczył sobie mienie poniemieckie ukryte przez Niemców w grobowcu cmentarnym w Choinie. W grobowcu tym znajdowało się wiele futer, biżuterii, złota i kuponów materiałowych łącznej wartości 2 milionów złotych”. Sołtysa, który częściowo przyznał się do winy Główna Komisja Specjalna w Warszawie skazała na 2 lata obozu pracy przymusowej.
 
Choina to oczywiście dzisiejsze Zagórze Śląskie nad którym góruje zamek Grodno.
 
Druga informacja gazetowa jest jeszcze ciekawsza, zaś jej autorem jest Stanisław Warzecha, znany przewodnik sudecki. Niestety, nie jestem w stanie podać źródła , w którym znalazł się ten niezwykle ciekawy artykuł, być może sam Autor zechce mi pomóc albo ktoś z Państwa. Oto jego fragment: „Jeden z mniejszych oddziałów Armii Czerwonej pod dowództwem płk. Wiaczesława Iwanowicza Moskwina w pogoni za uciekającymi oddziałami faszystów zatrzymał się w 1945 roku po kapitulacji III Rzeszy w Berlinie w Zagórzu Śląskim”.
 
Żołnierze radzieccy zameldowali swojemu dowódcy o ciekawym odkryciu, mianowicie na strychu dzisiejszego sanatorium „Poranek” znaleźli zakurzone i w nieładzie bezcenne skarby kultury polskiej, pozostawione przed wywiezieniem do Niemiec. (....) Były tam skradzione przez faszystów z różnych miast polskich i tam złożone już bez złoconych ram obrazy, które były dziełami największych polskich malarzy: Jana Matejki, Aleksandra Gierymskiego, Stanisława Lentza, Józefa Brandta, Wojciecha Gersona i wielu, wielu innych.
 
Płk. Moskwin rozkazał podkomendnym sporządzić wielkie paki i skrzynie, aby pomieścić w nich znalezione skarby, a następnie przywieźć je do starannej konserwacji w pracowni konserwatorskiej przy Muzeum w Leningradzie. W lipcu 1946 roku zapakowane dzieła; 163 złoconych ram, pięknie oprawionych w skórę książek, rulony szkiców i rysunków w 213 wielkich pakach na 6 samochodach ciężarowych powędrowały do Leningradu”. W skrzyniach był m.in. „Stańczyk” Jana Matejki i „Wyjazd Jana III Sobieskiego z Wilanowa” Brandta.
 
Obrazy te, powróciły do Polski w latach 50. XX wieku, a trzy kolejne w 1968 roku. W 1956 roku opisał tę historię „Wieczernyj Leningrad”, opowiedział ją również sam Moskwin, kiedy odwiedził po wojnie zamek Grodno. Sprawa jest znana i ciekawa z bardzo wielu względów, teraz jednak skupmy się na samym zamku.
 
W „Słowniku Geografii Turystycznej Sudetów” znajduje się informacja, że skarby polskiej kultury zostały odnalezione w budynku bramnym zamku Grodno. Pan Stanisław Warzecha jako miejsce lokalizacji podaje sanatorium „Poranek”, które mieściło się w pałacu pod zamkiem. Ale to jeszcze nie koniec. Choć ta informacja nie ma potwierdzenia w dokumentach (w przynajmniej w tych, z którymi udało mi zapoznać), zamek Grodno miał być składnicą muzealną konserwatora z Berlina. Witold Kieszkowski odpowiedzialny od lipca 1945 roku za akcję rewindykacyjną twierdził, że zbiory z zamku zostały rozgrabione jeszcze czasie wojny. Pod koniec 1947 roku do zamku przyjechał natomiast referent Kultury i Sztuki wraz ze swoim czeskim odpowiednikiem, którego zadaniem było sprawdzenie, czy nie znajdują się tam dzieła sztuki wywiezione z Pragi. Zaraz po wojnie w Grodnie było jeszcze sporo zabytkowych przedmiotów, które systematycznie się rozpraszały. Ale to już temat na kolejną historię.
 
Podczas ostatniej konferencji w pałacu Jedlinka, o której już pisałam, Robert Kmieć zadał pytanie, na które wielu z nas chciało by poznać odpowiedź: skoro jest tyle opowieści o ukrytych „skarbach”, dlaczego, mimo wielkiego postępu jeśli chodzi o specjalistyczny sprzęt, ciągle ich nie znajdujemy? Zastanawiam się, na przykładzie Grodna, czy przywiezione tam w czasie wojny rzeczy (cokolwiek by to było: dokumenty, dzieła sztuki, depozyty) miałyby szanse przetrwać do dzisiaj i czekać na odkrywców? Los Grodna nie jest odosobniony, wiele zamków i pałaców Dolnego Śląska zostało już dokładnie przetrząśnięte, wiele po prostu okradzione. Pałacowe meble stoją dziś w wielu prywatnych domach, a czasem „przez zasiedzenie” w państwowych instytucjach. Ale, jak już wielokrotnie mówiłam, w takich historiach chodzi o dokumentowanie przeszłości, może więc szukać pewnych śladów należy zupełnie gdzie indziej?
 
1.      Wnętrza zamku Grodno na początku XX wieku,.
2.      Wjazd do zamku.

 

Komentarzy: 0
Gdzie są skarby Eriki?

 

Od wielu już lat łapię się na tym samym. Podczas poszukiwań jak zahipnotyzowana stoję nad chłopakami wywijającymi łopatą, nad koparką wyrywającą wielki dół albo nad jakimś eksploratorem mozolnie robiącym dziurę w ścianę. Choć rzadko jest coś na końcu takiej dziury, nigdy nie znudziło mi się to stanie i patrzenie na pasję, z jaką poszukiwacze dążą do celu. Tak było i teraz.
 
W pałacu Jedlinka spotkaliśmy się pogadać, wziąć udział w konferencji „Historia moją pasją i przygodą”, wypić za zdrowie Roberta Kmiecia, który przywiózł cały, niezbędny do poszukiwań sprzęt i właśnie w Jedlince obchodził urodziny. Ale przyjechaliśmy też odnaleźć trzy skrzynie, które Erika Boehm z pałacu Jedlinka kazała ukryć tuż przed końcem II wojny światowej.
 
O tych skrzyniach wspominałam już wielokrotnie, ale teraz miejsce ich ukrycia wskazał członek rodziny mieszkającej niegdyś w pałacu. Próbę przebadania terenu podjęła ekipa Adam Sikorskiego z programu „Było nie minęło”, a całą imprezę zorganizował Łukasz Kazek, wielki miłośnik i znawca historii Gór Sowich. Georadar pokazał dokładnie miejsce, w którym doszło do jakiejś ingerencji w ziemi, właściwie trzy takie miejsca, wszystkie jednak okazały się pudłem. Skrzyń nie ma, ale, moim zdaniem nie powinno ich tam już być.
 
Jeżeli zostały ukryte tam gdzie wskazuje pan Boehm, to łatwo je było namierzyć, albo radzieckim żołnierzom, albo szabrownikom, albo po prostu mieszkańcom okolicy. Miały bowiem zostać ukryte tuż obok zabudowań gospodarczych. Zresztą są tacy, którzy twierdzą, że jedna z trzech wspomnianych w rodzinnych pamiętnikach skrzyń, została już odnaleziona, zaś to, co było w środku, najprawdopodobniej przepadło. Pytanie; czy wszystkie trzy zostay złożone razem, czy też nie?
 
Mniejsze i większe znaleziska z Gór Sowich z ostatnich lat, które co prawda, nie są Bursztynową Komnatą, ale uzupełniają historię tych okolic, dają nadzieję, że może te „skarby” Eriki jeszcze gdzieś czekają. Bo wbrew pozorom, ludzie znajdują – najczęściej przez przypadek - ale wszyscy wiemy jak jest, więc o niektórych znaleziskach nie słychać w ogóle. Czasem tylko znajdzie się ktoś, jak teraz w Jedlince, kto nieoczekiwanie wyciąga dokładną mapę okolic Wałbrzycha z zaznaczonymi bocznicami kolejowymi z czasów wojny (kłania się „złoty pociąg”, o ile istniał), albo ktoś, kto „sprzedaje” informację o ukrytych na jednym z podwórek dobrach rodziny Manfreda von Richthofena, czyli słynnego Czerwonego Barona.
 
Takie informacje dają ciągle nadzieję na poszerzenie wiedzy o historii naszego regionu. Nigdy nie rozumiałam ludzi szukających dla pieniędzy, naprawdę emocjonujące jest poszukiwanie historii, opowieści, śladów ludzi. A czasem bywa i tak, jak teraz w Jedlince. Magda, żona Łukasza Kazka, po prostu w tym całym zamieszaniu zgubiła obrączkę. I choć nie udało się znaleźć tajemniczych skrzyń, znalazła się, na szczęście, obrączka. I to się nazywa skarb!
Komentarzy: 2
Widzimy się w Jedlince?

 

Wszystkich, którzy chociaż trochę lubią historię, zapraszam w sobotę do pałacu Jedlinka, gdzie odbędzie się spotkanie na którym będziemy rozmawiać o historii, eksploracji, a po opowieściach, weźmiemy się wszyscy do pracy i poszukamy skrzyń ukrytych przy pałacu pod koniec II wojny światowej. 
 
Impreza zapowiada się naprawdę ciekawie, ja szczególnie jestem ciekawa, czy te skrzynie rzeczywiście pozwolą się odnaleźć. Miejsce ich ukrycia wskazały zarówno badania bezinwazyjne, jak i przedstawiciel mieszkającej niegdyś w Jedlince rodziny. O efektach za kilka dni, chyba, że zechcecie przyjechać i osobiście przekonać się, czy łatwo odkryć skarb.

 

Komentarzy: 3
Mesjasz w Mniszkowie

            Był wyjątkowo barwną postacią. Obiecywał nieśmiertelność, usiłował uzdrawiać, urządzał rytualne orgie, pozyskiwał dla swojej sprawy władców. Ubogi chłopak z żydowskiej rodziny skończył jako pan z własnym zamkiem, zastępem służących, niewielką armią i gigantycznym tłumem wyznawców.
 
Od kilku dni można oglądać o nim film. Wyreżyserował go Adrian Panek, który po raz pierwszy usłyszał o Jakubie Franku jeszcze w szkole średniej. Czesław Miłosz pisał o nim w „Historii literatury polskiej”. Film ma tytuł „Daas” i jest debiutem młodego reżysera. I muszę dodać, bardzo udanym debiutem.
 
Jakub Frank to postać wyjątkowa i mało znana. Urodził się w 1726 roku na Podolu. Miał 28 lat, kiedy założył szkołę religijną, w której głosił, że sam jest Mesjaszem. A jako, że odrzucał Talmud i uznawał chrzest jako warunek zbawienia, kościelni hierarchowie uznali, że nawrócenie Mesjasza byłoby dla Kościoła prawdziwym sukcesem. Tymczasem Frank zmieniał wiarę kilka razy. W Turcji przeszedł islam, po jakimś czasie przyjął chrzest - jego ojcem chrzestnym został sam król August III - umarł jako wyznawca prawosławia. Tworząc sektę frankistów, obiecywał swoim wyznawcom nieśmiertelność, nauczał, że „droga do komnat świętości wjedzie przez bramy rozpusty”. Stąd orgie, wymiana żon i instytucja „dwunastu sióstr”.
 
Kiedy, podczas epidemii, frankiści zaczęli jednak umierać, rozczarowani donieśli na mistrza, Jakub został skazany na więzienie i osadzony najpierw w klasztorze kamedułów na Bielanach, a następnie na Jasnej Górze. Spędził tam 13 lat życia, odwiedzała go tam żona, odbywały się rytuały z dwunastoma siostrami, które nocowały na terenie twierdzy, powiększała się grupa wyznawców. W twierdzy żona Franka urodziła mu syna, a potem kolejne dzieci. Po wyjściu z więzienia Mesjasz, wraz z piękną córką przybył do Wiednia, gdzie udało mu się uzyskać audiencję u Marii Teresy i jej syna Józefa II. Frank usiłował przekonać władczynię, że jest w stanie przekonać wyznawców judaizmu do nawrócenia się na katolicyzm. Niebagatelnym argumentem była obecność uroczej córki, która wkrótce prawdopodobnie została kochanką Józefa II. Mając takie plecy, Frankowie zaczęli żyć jak królowie. Na ulicach Wiednia pojawiali się otoczeni orszakiem ułanów i kozaków. Utrzymywali własny dwór.
 
O tym właśnie okresie w życiu Mesjasza opowiada „Daas”. Wystąpiła w nim cała plejada naszych znakomitych aktorów, trzeba więc pogratulować reżyserowi siły przebicia. Nazwiska mówią same za siebie: Danuta Stenka, Jan Nowicki, Maciej Stuhr, Mariusz Bonaszewski, Robert Gonera, Andrzej Chyra, zresztą nie ma co wymieniać w nieskończoność, trzeba na ten film pójść. I nie tylko dla niezwykłego tematu i pięknych, nastrojowych zdjęć Arkadiusza Tomiaka, ale przede wszystkim dla miejsc, które każdy, kto podróżuje po Dolnym Śląsku rozpozna z łatwością. 
 
Bo historia Jakuba Franka jest o wiele bardziej zawiła, niż opisałam to tutaj. Zapraszam do lipcowego numeru „Focusa Historia”, gdzie ukazał się obszerny artykuł na ten temat, a także wywiad z Janem Doktórem, który o Franku wie chyba wszystko. Film oglądałam pewnie trochę inaczej niż wszyscy, bo cały czas szukałam znanych mi miejsc. Przede wszystkim zagrał w filmie mój ukochany Mniszków w Rudawach Janowickich. W dworze państwa Krajewskich kręcone były sceny, które dzieją się w polskim domu jednego z głównych bohaterów. Dwór widać tu z tyłu, po sąsiadującej z zabytkiem łące hasa konno Robert Gonera. Równie pięknie, mrocznie, niezwykle sfilmowane zostały wnętrza! Dodatkowo, cudem wypożyczone w sąsiednim gospodarstwie kury prezentują się bardzo godnie.
 
Mglista i deszczowa pogoda sprzyjała twórcom filmu, Mniszków okazał się idealnym miejscem na dramatyczne przygody bohaterów. Sceny pałacowe powstawały w Książu, w Mosznej i w Leśnicy, Wrocław natomiast zagrał Wiedeń. Wprawne oko wypatrzy m.in. nasz Plac Uniwersytecki. Galeria zdjęć z filmu na stronie http://www.daas-film.pl/galeria.html, a ja, jak zwykle, namawiam do wizyty w Rudawach Janowickich. Można zajrzeć nie tylko do Mniszkowa i dworu z „Daas” ale obejrzeć jeden z siedmiu, właśnie wybranych cudów Polski. Na trzecim miejscu tej listy znalazły się Kolorowe Jeziorka i Rudawy Janowickie. Tak, na zdjęciu Krzysztofa Góralskiego, Sokoliki wyglądają z Miedzianki. Pięknie, prawda?

Komentarzy: 0