iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Drzwi do pamiętania

 

„Czas nagli wędrowcze. O wspomnienia proszą. Przekrocz próg Domu, którego może i nie ma. Czuj się zaproszony” – taki napis znalazłam na drzwiach w środku pola. Te drzwi nie leżały, nikt ich tu nie porzucił, po prostu stały, wystarczyło nacisnąć klamkę, żeby wejść z pola na....pole. Są drzwi, ale nie ma domu. Nie ma nawet po nim wspomnienia, płotu, kamienia, dróżki. Tylko te samotne drzwi, które wyglądają po prostu surrealistycznie. Tajemniczo, ale i bardzo smutno. Drzwi do pamiętania, choć zostały postawione stosunkowo niedawno. Przypominają o miejscach, w których niegdyś tętniły życiem łemkowskie wsie.
 
Przez te drzwi przeszłam podczas wyjazdu w Beskid Niski. W okolicach Gładyszowa zagnało nas na boczne ścieżki i tak znaleźliśmy drzwi. Radocyna, Lipna i Czarne, tych wsi już nie ma. Na drzwiach, które są dziś symbolicznym wejściem do tych wiosek można przeczytać o tym, jak kiedyś wyglądały tu domy, ilu mieszkało ludzi, jak się nazywali, gdzie się modlili. To jeszcze potęguje dziwne uczucie wejścia do krainy duchów.
 
Wieś Czarne. W 1936 roku mieszkało tu 300 prawosławnych, 1 katolik obrządku wschodniego, 4 katolików obrządku łacińskiego i jeden Żyd, który prowadził sklep. Podczas II wojny światowej część mieszkańców była na robotach w Niemczech, a potem wyjechała do Ameryki. Zaraz po wojnie część wioski „dobrowolnie” wyjechała na Ukrainę, a w 1947 roku, w ramach akcji „Wisła” pozostałych 11 rodzin wywieziono na Dolny Śląsk, w okolice Legnicy i Ścinawy. Do dziś zostały cmentarze, przydrożne kapliczki i te drzwi. Nic więcej. Ale te drzwi mówią więcej niż sto muzealnych wystaw. Wystarczy odrobina wrażliwości, żeby chciały rozmawiać. 
           
Świetny pomysł z tymi drzwiami. Niezwykły. Zastanawiam się, czy sprawdziłby się na Dolnym Śląsku? Na przykład w miejscach, gdzie niegdyś stały zamki, a dziś zostało po nich kilka kamieni. Warto przecież pamiętać. „To istotne ukryte gdzieś. Przekrocz próg Domu. Koło pieca szukaj. Tam życiodajne źródło jest” – to powiedziały mi drzwi w Lipnej.

 

Komentarzy: 4
Jak Stokrotka jeździła na wrotkach

Jest taka scena w tym filmie: kończy się XIX wiek. Piękna Daisy of Pless wraz z młodym i równie pięknym maharadżą jeździ na wrotkach po błyszczących posadzkach bajkowego pałacu. Daisy, czyli Stokrotka przyjechała do Indii razem z mężem, Janem Henrykiem XV von Hochbergiem, do którego rodziny należał jeden z największych majątków w ówczesnej Europie; dobra pszczyńskie, m.in. browar w Tychach i wałbrzyskie. W Indiach Hochberg często wyjeżdża na polowania. Daisy szaleje więc na wrotkach, i to w długiej sukni. Nagle upada na ziemię, a maharadża bierze ją w ramiona i niesie na łoże (słowo „łóżko” jakoś nie pasuje do dalekowschodniego pałacu). Podczas rekonwalescencji, maharadża zakrada się nocami do Daisy, żeby patrzeć na nią i adorować w milczeniu.
 
No to jest po prostu babskie kino! Ckliwe i romantyczne. Ale też scena jest filmowa i dotyczy jednej z najbarwniejszych postaci w historii Dolnego Śląska, urodziwej Mary Theresy Olivii Cornwallis-West, która poprzez małżeństwo stała się panią na zamku Książ. Zdania na temat Daisy są podzielone. Niektórzy, tak jak maharadża ją adorują, inni twierdzą, że jej jedynym atutem była uroda. Wszyscy muszą jednak się zgodzić, że życie Daisy było wyjątkowo ciekawe i pełne takich kinowych obrazów. Bardzo trudnego zadania pokazania tego życia podjęli się Maciej Kieres i Marcin Bradke (Marcin jest też autorem scenariusza) i wczoraj na salach zamku Książ odbyła się premiera filmu o życiu księżnej. Ma on tytuł „Daisy” i jest naprawdę zaskakujący. Autorzy wybrali mało znane wątki z życia Stokrotki, jak chociażby scena z wrotkami, ciekawie pokazali czasy, a właściwie kilka epok, w których przyszło żyć księżnej, cudownym pomysłem zaś jest to, że o jej dziejach opowiada jej przyjaciółka i opiekunka, Dolly. Panowie, trochę Wam zazdroszczę, i ciekawostek, które powyciągaliście, i dobrego filmu i świetnej zabawy przy jego realizacji.
 
Życie księżnej w telegraficznym skrócie: Daisy miała siedemnaście lat, kiedy stanęła przed ślubnym ołtarzem w Opactwie Westminsterskim. Jej pierwsze dziecko, córeczka, której imienia nie znamy, zmarła po kilku tygodniach. Księżna urodziła jeszcze trzech synów, zaś jej małżeństwo rozpadło się w 1923 roku. Książę ożenił się z młodą hiszpańską arystokratką, jednak i ten związek się rozpadł po 11 latach, gdy okazało się, że owa dama uwiodła najmłodszego syna Henryka i Daisy. W czasie I wojny światowej Stokrotka pracowała w szpitalach polowych. W czasie II wojny światowej została wysiedlona z zamku Książ, zmarła w Wałbrzychu 29 czerwca 1943 roku. Prawdopodobnie od lat chorowała na stwardnienie rozsiane. Przez wiele lat, podobnie jak jej matka w młodości, uważana była za jedną z najpiękniejszych kobiet Europy. Zauważył to sam cesarz Wilhelm II, a nie wątpię, że również wielu innych panów. Zagadką do dziś pozostaje, gdzie znajdują się jej szczątki. Prawdopodobnie – autorom filmu również nie udało się tego do końca wyjaśnić – ciało księżnej zostało przeniesione na cmentarz ewangelicki w Szczawienku, cmentarz zaś został zlikwidowany ponad trzydzieści lat temu.  
 
Film „Daisy” będzie można oglądać m.in. w zamku Książ. Jestem przekonana, że będzie się cieszył powodzeniem. Już wczoraj zabrakło miejsc na pokazie, film był więc wyświetlany równolegle w trzech salach.
Fot. WIKIPEDIA

Komentarzy: 6
Skarby Trzebieszowic

Zadzwonił Janusz Witek z Łużyckiej Grupy Poszukiwawczej i stwierdził: ty Asia już chyba coraz mniej wierzysz w skarby. Nieprawda. Wierzę, ale w inne. Takie, jak te, o których zaraz opowiem. 
 
Jeden z Czytelników napisał do mnie w sprawie Trzebieszowic. Ten wielki obiekt stoi przy drodze Kłodzko-Lądek Zdrój i w XIX wieku wraz z parkiem uchodził za jedno z najpiękniejszych założeń w okolicy. Niewiele wiadomo o tym, co działo się w pałacu zaraz po II wojnie światowej. Na ogół pisze się, że został ograbiony przez radzieckich żołnierzy, że nie wiadomo, co stało się z całym wyposażeniem, meblami i obrazami. Stara śpiewka. Powojenni właściciele i przeznaczenie pałacu, odbywały się tu m.in. kolonie, nie pomagały pięknym wnętrzom. Dziś trudno przywołać obraz tego zabytku sprzed lat, pamiętam jeszcze jak kilkanaście lat temu straszył ściankami działowymi, które z przestronnych pomieszczeń zrobiły małe pokoiki, pamiętam „artystyczną” kratę przed barem (chyba to był bar?).
 
Teraz jest tu luksusowy hotel. Pałac jest piękny jak z obrazka, elegancki, błyszczący, ale brak mu tej patyny, którą lubię i która sprawia, że tajemnica ma się gdzie ukryć. Na szczęście nie ma ścianek działowych, bo za tymi tajemnica nie przepada. Z tym większym zainteresowaniem przeczytałam, że czasie II wojny światowej Niemcy przywieźli właśnie do Trzebieszowic 20 tys. judaików zagrabionych w Polsce. To dla mnie zupełnie nowa informacja.
 
Kolejna jest również ciekawa. Przekazał mi ją właśnie Czytelnik. Oto fragment listu: „Mój śp. Tato zakończył w tym zamku swoje wojowanie. Jak wielu Polaków brał udział w walkach 2 Armii WP. Swoją wojnę zakończył wraz z 36 pułkiem piechoty w Kłodzku - a ściślej w Kuntzendorfie (Trzebieszowicach), gdzie stacjonowała bateria artylerii pułkowej.  Tato, stopniu ogniomistrza podchorążego był szefem sztabu baterii (i zastępcą dowódcy - Rosjanina). Tutaj odbyło się wesele moich Rodziców. Tato w 1975r. pojechał ze mną do Trzebieszowic i oprowadził mnie po zamku.
 
Zamek w owym czasie był domem wypoczynkowym Ministerstwa Rolnictwa. Z opowiadania Ojca wynikało, że w momencie objęcia zamku przez Wojsko Polskie w czerwcu 1945r, całe wyposażenie zamku było nietknięte. Były obrazy i arrasy oraz całe, bogate wyposażenie wnętrz. Wg opowiadania Ojca, w lipcu lub sierpniu przybyła na teren zamku komisja rewindykacyjna z Warszawy. Dokumenty były prawdziwe i nie wzbudzały podejrzeń. Całe wyposażenie zamku - głównie obrazy meble i inne dzieła sztuki zostały zapakowane - z pomocą żołnierzy - na ciężarówki i powiezione do Warszawy - tak przynajmniej informowali owi panowie. To co mi Ojciec pokazywał nawet nie można nazywać smętnymi resztkami. Chociaż i tak zamek miał szczęście bo nikt nie składował w nim nawozów sztucznych.”. Rozpuściłam wici po kolegach i archiwistach i przynajmniej ci, z którymi rozmawiałam, nie mają żadnych dokumentów, które potwierdzałyby, że rzeczywiście do Trzebieszowic dotarła w tym czasie jakakolwiek komisja rewindykacyjna. Ot, ciekawostka. Dokąd pojechało wyposażenie pałacu w Trzebieszowicach? Kolejna łamigłówka do rozwiązania. Chyba, że ktoś, kto to czyta, zna odpowiedź. Taka odpowiedź to prawdziwy skarb.
 
Zdjęcia:
Fot. Krzysztof Góralski
1.      Park wokół pałacu uchodził na jeden z najpiękniejszych na Dolnym Śląsku.
2.      Wnętrze pałacu, piękne i luksusowe.

Komentarzy: 2
Tajemnica wejścia, którego nie ma

Prawie każdy dolnośląski pałac albo zamek ma taką historię. W 1945 roku wchodzą Rosjanie, szabrują, pakują, wywożą, podpalają. Giną bezcenne dzieła sztuki, meble, całe wyposażenie.
 
Rosjanie wycierają buty w cenne płótna (to opowieść z Kamieńca Ząbkowickiego), strzelają do kryształowych luster (wspomnienie z Karpnik), tną w paski dywany, bo nie mieszczą się w samochodach (okolice Kraskowa). Każdy, kto choć trochę interesuje się historią Dolnego Śląska zna setki takich opowieści. Tym bardziej zainteresowała mnie historia, która ma swój ślad w dokumentach, a związana jest z zamkiem Grodno (ciągle wraca do mnie ten zamek). W czerwcu 1947 roku do zamku, przez tylną bramę, miało wejść stu radzieckich żołnierzy, którzy zagrabili znajdujące się tam ciągle zbroje. Informacja ta była prawdopodobnie zmyłką, chodziło o „zwalenie” na Rosjan wcześniejszych, polskich kradzieży z zamku. Mnie jednak zaintrygowało w tej informacji coś zupełnie innego, to, że Rosjanie weszli „przez tylną bramę”.
 
O innych, nieznanych wejściach do Grodna często opowiada się przy piwie. Legenda nabrzmiewa. Bardzo ciekawą informację przekazał mi kilka lat temu Łukasz Kazek, niegdyś pracujący właśnie w Grodnie. Pod koniec lat 30. XX wieku w zamku miały odbywać się obozy niemieckiej młodzieży. W czasie jednej z takich „imprez”, odbywających się o zmierzchu, któryś z chłopców poszedł gdzieś w głąb zamku i zniknął. Znaleziono go po kilku godzinach poza obrębem murów, poturbowanego. Prawdopodobnie gdzieś upadł, może uderzył się, nic więcej nie wiem. Podobno miał wyjść jakimś przejściem, które zostało uznane za niebezpieczne i zamurowane. To wszystko, czego udało mi się dowiedzieć o tej sprawie (no, może nie tak wszystko, ale resztę chcę sobie zostawić do książki). Czy to kolejna legenda o zamku, która świetnie wpisuje się w jego różne tajemnicze dzieje? Zawsze wydawało mi się, że tak. Ale skoro już po wojnie, poważny urząd nie neguje istnienia drugiego wejścia do zamku, to znaczy, że ono istniało. Pytanie tylko gdzie?
 
Być może to, co teraz piszę czyta ktoś, kto w tamtych czasach miał możliwość oglądania zamku i podpowiedziałby, gdzie szukać tego wejścia. Kolejna tajemnica tego niezwykłego i mojego ulubionego zabytku, zostałaby wyjaśniona.

Komentarzy: 3