iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Bardzo dziwna wycieczka


      To będzie zupełnie irracjonalna opowieść. Trochę straszna, trochę śmieszna.  Każdego podobno śmieszy co innego. Tak się zdarzyło, że muszę ostatnio bywać we wrocławskim Zakładzie Medycyny Sądowej, bo postanowiłam po raz drugi zostać studentką. Ale nie o tym dzisiaj.

     Rozejrzałam się ostatnio po sali, w której nasi lekarze przeprowadzają sekcje zwłok ( a robią to około ośmiuset razy w roku!). Chociaż widziałam to wszystko setki razy na filmach, z bliska te wszystkie medyczne narzędzia robią naprawdę wrażenie. Te wszystkie piłki, przecinaki, uchwyty, haki, których fachowych nazw nie znam, a przeznaczenia mogę się tylko domyślać, ale wyobraźnia podpowiada, że od tej wiedzy może podskoczyć ciśnienie.
    Niepokój takiego „cywila” jak ja, w tej sterylnej, sekcyjnej sali wzbudziło jednak coś innego. Po pierwsze, wesołe, spokojne i pełne harmonii akwarium. Po drugie grzebienie. Wielkie grzebienie, kolorowe, niektóre z urwanymi już ząbkami. Wiadomo, po co są, ale jakoś tak nie pasują. Kiedy na nie patrzyłam, przypomniał mi się nagle wyjazd sprzed lat. Wyjazd, którego żaden z uczestników do dzisiaj nie może, ale i pewnie nie chce zapomnieć. Wraz z grupą dziennikarzy z Krajowego Klubu Reportażu zostaliśmy zaproszeni  na wycieczkę (słowa „wycieczka” używam tu celowo, bo tak to zostało zapodane w programie) do krematorium w Ostrawie. Nowoczesny ten przybytek był wtedy czeską dumą, zapamiętałam z tamtych czasów potężny, nowoczesny budynek. Specjalnie, nie zajrzałam teraz do Internetu, żeby zobaczyć jak tamtejsze krematorium funkcjonuje, żeby nie zacierać wspomnień. A to wspomnienia sprzed może nawet kilkunastu lat.

    Ówczesny dyrektor postanowił zrobić na nas wrażenie: tutaj, pokazał główną salę, spod ziemi wyjeżdża nieboszczyk i wtedy.... I wtedy, z całej siły zatrąbiła muzyka z „Gwiezdnych wojen”, co wprawiło w lekki niepokój część kolegów.
     Po tym wstępie, pan dyrektor rozdał nam pamiątkowe gadżety: nie uwierzycie, ale było to pudełko zapałek, z napisem w języku polskim po obu stronach. Z jednej: Krematorium Ostrawa, a z drugiej „Twój przyjaciel w chwilach najcięższych”. Jeśli ktoś sądzi, że takiego upominku nic nie przebije, bardzo się myli. Po chwili otrzymaliśmy ulotkę, również w języku polskim. Zapamiętałam z niej jedno zdjęcie: Pani przypominająca nieco Helenę Vondraczkową stoi nad, z całą pewnością, nieżyjącym już panem, który leży na stole sekcyjnym. „Helena” z czułością rozczesuje mu siwe włosy wielkim, kolorowym grzebieniem. A pod spodem napis: „Możecie być państwo pewni, że ukochane przez Was zwłoki znajdą się we właściwym miejscu”. Również poczucie humoru jednego z pracowników było nie do przebicia, choć może to był to pracownik jakiegoś polskiego zakładu pogrzebowego, który się z nami zabrał. W pewnym momencie kazał zatrzymać autobus i wyskoczył informując nas, że idzie kupić urny. Wrócił z dwoma pod pachą i położył na półkę w autobusie. Podczas gwałtownego hamowania jedna z nich spadła. „Oooo, klient w denko puka” – zakrzyknął ów wesoły człowiek. A jakie komplementy na tej dziwnej „wycieczce” otrzymały nasze, co ładniejsze koleżanki, to lepiej nie pisać.  I lepiej się nie domyślać.

     Dziennikarstwo to zawód o wielu twarzach, czasami naprawdę dziwacznych. Do dzisiaj, kiedy staje w obliczu powagi śmierci, nie mogę uwierzyć, że naprawdę to przeżyłam. Wszystko przez grzebienie... 

 

Komentarzy: 1
Jak (od)budować zamek

 A jednak można! Pałac Jedlinka należy do jednych z moich ulubionych. Jest tam wszystko, co tak lubię; opowieść o ukrytych w parku skrzyniach, kilka duchów różnych płci, sympatyczni właściciele. Sala balowa ma podobno w swoich zdobieniach 15 kg złota w płatkach! W Jedlince bywam często, tak często, że nie w ogóle nie zauważam, ile tam się zmienia. I właśnie dostałam z pałacu zestaw zdjęć, które pokazują „wczoraj” i „dziś”. To „wczoraj” nie było wcale tak dawno, może kilkanaście lat temu. Ile się zmieniło w takim krótkim czasie!

Oczywiście, powiecie, gdzieś w innym kraju, może w innym miejscu, taka metamorfoza byłaby możliwa w rok, może w dwa. Ale co z tego? Liczy się to, co nam się udaje tutaj, przynajmniej dla mnie. A tutaj zadziało się naprawdę sporo, wystarczy też wejść na stronę pałacu, żeby przekonać się, że żyje. Nowe pomysły, wiele imprez, ciekawi goście. Tylko pogratulować. Chociaż, oczywiście, marzy mi się, żeby zabytki zarabiały na siebie. Tak normalnie.

W starym numerze Focusa Historia z października ubiegłego roku, znalazłam pasjonujący reportaż Jacka Ruperta o człowieku, który buduje od podstaw zamek. Będzie wyglądał dokładnie tak, jak budowle z pierwszej połowy XIII wieku. Michel Goyos kupił w 1979 roku podupadły zamek w Saint-Fargeau w Burgundii i go wyremontował. A jak wyremontował, było mu mało i zaangażował się w przedsięwzięcie z zakresu archeologii eksperymentalnej – rodzaj laboratorium pod gołym niebem. Zgodnie ze średniowiecznymi zasadami, znalazł odpowiednią lokalizację pod zamek i zaczął go wznosić. Na budowie pracuje 67 osób, roczny budżet wynosi 3,25 mln USD. Co roku, miejsce budowy odwiedza ponad 300 tysięcy turystów.
 
Normalny bilet kosztuje 9 Euro.... Wszystko łatwo policzyć... Zajrzyjcie na stronę budowy: www.guedelon.fr Robi wrażenie, prawda? Ale spójrzcie też na zdjęcia z naszej Jedlinki. Te z wczoraj i te z dziś. Też robią wrażenie. 
Życzę sobie i dolnośląskim zabytkom, żeby to wrażenie przekuwało się setki tysięcy ciekawych historii turystów.
 

 


 

Komentarzy: 3
Na Ślężę inaczej

            Wybrałam się w niedzielę na Ślężę. Nie można było inaczej, bo jeden ze starszych Czytelników bardzo chciał mi pokazać pewne tajemnicze miejsce u stóp góry, a to jego jedyny wolny dzień. Po oględzinach, pożegnaliśmy się i z „połowicem” ruszyliśmy pod górę. Pierwszy raz przyjechałam na Tąpadła w niedzielę i nie wiedziałam, że o dziesiątej rano, z trudem złapiemy ostatnie, niezbyt przepisowe miejsce na parkingu. O czternastej, samochody stały już wszędzie, także niemal po obydwóch stronach drogi, tak, że wszystko się blokowało. Żółty szlak na szczyt, ten najprostszy, szeroki jak droga, przypominał Marszałkowską w godzinach szczytu. Tłumy ludzi, niektórzy ciągnący po kamieniach wózki z potomstwem, kilka zorganizowanych wycieczek, wiele rodzin. Na samej górze nie było gdzie szpilki włożyć. W końcu ostatnia niedziela była wyjątkowo ciepła i piękna. A za chwilę kolejna, podobno już nie taka słoneczna, ale zawsze wolna i zachęcająca do wędrówek. Dlaczego o tym piszę? W końcu, to że ktoś wchodzi na Ślężę nie jest żądną sensacją. Chcę Was po prostu zachęcić do docierania na szczyt mniej uczęszczanymi szlakami. Co prawda, z wózkiem nie da się tam wjechać, ale z pełnym temperamentu dzieckiem już tak. My wybraliśmy tym razem niebieski szlak. Wiele osób uważa go za nieco trudniejszy, choć koło nas niemal śmignęła jakaś biegaczka, skacząca po skałach jak młoda kózka. Więc jednak nie jest tak źle.
 
            Na niebieski szlak wchodzi się również od przełęczy Tąpadła, najpierw obchodzicie nieco górę a potem już ostro w kierunku szczytu. Po drodze zaś piękne widoki, ciekawe formacje skalne, nawet takie małe labirynty z przekutymi dawno temu schodkami, ale najważniejsze jest to, że panuje to cudowna cisza. Przez ponad godzinę wędrówki spotkaliśmy tylko „kózkę” i dwóch starszych panów, którzy z werwą szli w kierunku szczytu. Może więc warto (oczywiście nie chcę nikogo zmuszać) wybrać się czasami boczną ścieżką? Tak trochę inaczej?
 

Komentarzy: 2
Trochę nierządu i odrobina historycznej rozpusty

 

Książę Hermann von Pückler zawsze mnie fascynował. Taki mężczyzna musi zresztą fascynować. Awanturnik, wybitny pisarz, uwodziciel, podróżnik, architekt ogrodów. Nawet przez jakiś czas bogacz. Może niezbyt przystojny, ale przecież nie można mieć wszystkiego. Wystarczy, że ma się to COŚ. Park, który stworzył dziś znajduje się na liście UNESCO. I jest to byle jaki park, to arcydzieło.
 
Park, znany dziś jako Muskauer Park/Park Mużakowski po 1945 roku został podzielony wzdłuż biegnącej przez niego Nysy Łużyckiej. Tak zwana część rezydencjonalna – ponad 200 hektarów - została w Niemczech, zaś 528 hektarów zieleńca przypadło Polsce. Polska „część” znajduje się więc na Ziemi Lubuskiej. Książę Pückler tworzył swój park przez 30 lat, Bad Muskau odziedziczył po ojcu w 1811 roku. „Park powinien być jak galeria, co kilka kroków powinno się widzieć nowy obraz” – tłumaczył książę. Jeździł do Anglii i podglądał jak tam projektuje się parki i ogrody. I postanowił odwzorować raj również u siebie. Ożenił się z piękną 41-latką, bogatą i wpływową, która miała piękną córkę i równie urodziwą wychowanicę.
 
Historycy twierdzą, że miało to spore znaczenie dla naszego Casanovy (tak, tak, nazywano go Łuzyckim Casanovą), bo potem, szanując co prawda żonę, wdawał się w liczne romanse. Ale trzeba przyznać, były to romanse na poziomie. Kiedy zabrakło pieniędzy na park, razem z żoną ustalili, że trzeba się rozwieść i szukać kolejnej narzeczonej z pieniędzmi. Trudno to sobie wyobrazić, prawda? Jeszcze trudniej sobie wyobrazić, że książę przywiózł z afrykańskiej podróży 13-letnią piękność (niektóre źródła podają, że dziewczynka miała zaledwie 10-lat) i tego była już żona, ale ciągle partnerka księcia, jakoś nie mogła znieść. Dziewczyna szybko zresztą zmarła, europejski klimat był podobno dla niej za ostry, książę zaś pochował jej serce w parku.
 
Ja wiem, to bardzo proste pokazanie historii (przecież Pücklera stawia się w jednym rzędzie z Schillerem i Goethe), ale żeby zrozumieć księcia trzeba po prostu do Parku Mużakowskiego pojechać. Właśnie teraz, gdy nie jest jeszcze bardzo zielono, widać cały zamysł księcia. Ten park jest po prostu niesamowity! Nie oddadzą tego zdjęcia, ani opowieści. Ta wielka połać naturalnych obrazów ze wstążką Nysy pośrodku. Ale tak naprawdę chcę napisać o czymś innym. Przygotowując reportaż o tej okolicy, objeździłam sporo miejsc. I nie mogę pojąć jednego. Jak miejsce tak niezwykłe (Park jest częścią ogromnego Parku Krajobrazowego „Łuk Mużakowa”) może być tak bardzo pozbawione zróżnicowanej oferty noclegowej. W Łęknicy są dwa hotele, ale nie każdy chce spać w czasie wakacji w hotelu, nie każdego też na to stać. W pobliżu samego parku jest tylko jedna agroturystyka, do kolejnych – zresztą bardzo ładnych - trzeba już kawałek pojechać i to nie jest problem, jeśli ktoś ma samochód. Jeśli nie, musi poświęcić trochę czasu, żeby dotrzeć do Łęknicy. Po polskiej stronie nie ma też oficjalnie działającej wypożyczalni rowerów, takiej, którą bez kombinowania można znaleźć w Internecie.
 
Najciekawsza rzecz na koniec. Wzdłuż dwóch dróg prowadzących do Łęknicy stoją rzędy czekających na okazję prostytutek (no nikt mi nie wmówi, że wymalowane ma maksa panny w mini to studentki uniwersytetu przyrodniczego), zaś czytając opinie o niektórych „hotelikach” od razu można się zorientować, że raczej to nie są przystanie dla turystów. Jakoś to wszystko zgrzyta. Te piękne krajobrazy, UNESCO i ten cały drugoplanowy biznes.
 
Mimo to, zachęcam, żeby do Parku pojechać. Dzieciom trzeba wcisnąć jakieś wytłumaczenie co do pań stojących przy drodze, a poza tym one też mają przerwy w pracy. A dla zachęty kilka zdjęć z parku, oczywiście bez ozdób na prowadzących do niego drogach. 
 
 
yle="text-align: center">
 
 

 

Komentarzy: 0