iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Muzeum w Górach Sowich


    W napływie super ważnych wiadomości, takich jak ślub księcia Williama (podobno żyje tym cały świat...) i kapelusz na kształt salaterki przyklejonej do czoła Victorii Beckham na tymże ślubie, pewnie gdzieś przepadnie interesująca dla miłośników Dolnego Śląska wiadomość.

     Dzisiaj pierwsza uroczystość w nowym, ważnym dla wędrowców, miejscu. W marcu skończył się remont poewangelickiego kościółka w Ludwikowicach Kłodzkich. Powstanie w nim Muzeum Ziemi Sowiogórskiej i skansen. Sławomir Karwowski, wójt gminy Nowa Ruda opowiada, że będą się tu odbywały koncerty, prelekcje, obiekt będzie miał wiele funkcji, zachowa jednak także funkcję sakralną. W następnej kolejności powstanie skansen ziemi sowiogórskiej, na który udało się uzyskać dofinansowanie w wysokości 500 tys. złotych. Na taki pomysł to niewiele, tym bardziej ciekawa jestem efektów. Górom Sowim, ich tajemnicom, historii, także tej najnowszej od dawna należy się takie miejsce. A określenie „muzeum” zobowiązuje. A jak coś robić, to porządnie... Mam nadzieję, że oprócz zgromadzenia tam „różnych urządzeń i sprzętów z XVIII/XIX wieku” znajdzie się też sporo ciekawostek, interesujących opisów, że będzie tu można dotknąć historii a nie tylko na nią patrzeć. Na regionalnych forach internetowych sprawa muzeum wzbudza wiele emocji, ale takie miejsce z pewnością przyciągnie kolejnych turystów, których w Górach Sowich jest ostatnio jakby mniej. Ale dobra wiadomość dla rodzimej turystyki to taka, że spadła o trzydzieści procent sprzedaż wycieczek zagranicznych – to informacje podawane przez media trzy dni temu. Ci, którzy nie wyjadą, będą chcieli spędzić fajnie czas tu, na miejscu. Dzisiaj, w kościele-muzeum w Ludwikowicach odbędzie się poświęcenie dzwonu im. "Jana Pawła II", a co będzie dalej, zobaczymy. W każdym razie, trzymam kciuki. I nie idę oglądać sławnego ślubu. 
 

Komentarzy: 2
Krótkie historie lalek

„Legendy Dalekiego Wschodu mówią, że pralalka została stworzona nad brzegami Gangesu. Miała być kwintesencją pierwiastka boskiego w człowieku. Jej ruchy, strój, mowa i kształty wyrażały to co doskonałe, odsyłały do sensu duchowego. 
 
W tradycji tej narodził się teatr cieni. Jego początki wiążą się z legendą o pani Li, ukochanej cesarza Wudi (141-87 pne) z dynastii Han. Kiedy zmarła, cesarz popadł w depresję. Aby ukoić jego smutek, z oślej skóry i tkanin sporządzono marionetkę, która nie tylko kształtem i strojem przypominała panią Li, ale też dzięki ruchomym stawom naśladowała wdzięk jej ruchów.
 
Cień marionetki poruszył do głębi cesarza, który odzyskał chęć do życia. Od tego czasu teatry cieni związane są z kultem duchów przodków, są oknem pomiędzy namacalnym światem ludzi i utkanym ze światła i cienia eterycznym światem duchów. Co wieczór, od tysiącleci powraca magia, która sprawia, że mity ożywają pod dotknięciem ręki człowieka”.
 
Ładnie napisane, prawda? Tę krótką opowieść znalazłam w Muzeum Zabawek i Zabawy w Kielcach. Jakoś do muzeów zabawek nie mam szczególnego sentymentu, aczkolwiek doceniam pasję kolekcjonerów.
 
Jednak w zabawkach zamkniętych w szklanych gablotach, w tych smutnych lalkach sprzed kilkudziesięciu lat jest coś tak przeraźliwie dołującego, że w ogóle nie kojarzy mi się to z zabawą. A jednak kieleckie muzeum miło mnie rozczarowało, może to kwestia przewodnika, pana Przemka, który z taka pasją opowiadał o zabawkach, że mogłabym słuchać godzinami. Przecież każda zabawka, każdy miś, lalka, klocek to historia jakiegoś dziecka czy dzieci, historia ich rodziny, która zawiera mnóstwo informacji o ich charakterze, a pozycji społecznej (oczywiście niegdyś) i także stanie kieszeni.
 
Wśród setek barwnych zabawek zauważyłam jednak tę jedna, jedyną, nieco inną niż wszystkie. Takiego zabawkowego Kopciuszka. Uszyta z resztek żołnierskiego munduru „urodziła” się w 1943 roku w Kazachstanie. Jest obok niej informacja: ”Kupiona przez mamę niemalże za całą pensję dla małej Małgosi”. Za całą pensję? Ten kawałek szmatki? A jednak.
 
Na zdjęciach lalka jest oznaczona numerem 11 i trudno sobie dziś wyobrazić, że była tyle warta. A ile była warta dla małej Małgosi? Musi kryć się za tym jakaś historia, może smutna, a może wprost przeciwnie. Nie opowiem jej tutaj. Można jej posłuchać w muzeum.
 
Niejako na drugim końcu skali znajduje się lalka Barbie, której została poświęcona zupełnie osobna wystawa. Nazywa się „Mała lalka – wielka gwiazda” i wszystkie lalki Barbie ubrane tu zostały w stroje projektu Anny Stokłosy. Są śliczne, światowe, uśmiechnięte, niemalże czuć tu zapach wielkiego świata.
 
Dziś dziewczynki mają nie jedną Barbie, ale czasem dwie, razem z przyjaciółką, Kenem i z kim tam jeszcze chcecie. Czy te zabawki są lepsze niż lalki ze szmatek? Czy tak, jak w czasach cesarza Wudi pokazują ten boski pierwiastek, odsyłają do sensu duchowego? Nie mnie to osądzać, nie bawię się już lalkami... Z pewnością są śliczne. Trochę mam zamęt w głowie po tej wizycie. Znalazłam zabawki, którymi bawiłam się w dzieciństwie i to w dzieciństwie tak głębokim, że o niektórych przypomniałam sobie dopiero w kieleckim muzeum. Zresztą, znajdźcie chwilę czasu i jeśli akurat będziecie mieli chwilę czasu, wejdźcie do tego świata zabawek. Ciekawa jestem, czy w kontakcie z dzieciństwem poczujecie to dziwne uczucie, którego ja nie potrafię nazwać.

Komentarzy: 0
Odkrywanie krainy czarownic

Niewiele wiem o Świętokrzyskim. Byłam tam zaledwie kilka razy pisząc m.in. o tajemnicach klasztoru w Rytwianach czy o Grabkach, w których stoi pałac, przeznaczony – według tradycji – na harem. Właśnie znowu wróciłam z tamtych okolic i odkryłam zupełnie nowe miejsce. Odkryłam – to może złe słowo – to miejsce dopiero powstaje i oficjalnie zostanie otwarte 8 maja, czyli niemalże za chwilę. To Osada Średniowieczna w Hucie Szklanej koło Bielin, niemalże u stóp Łysej Góry.
 
Dzisiaj coraz trudniej zrobić coś oryginalnego. Niemal na każdym festynie pojawiają się rycerze, którzy – w zależności od chęci i siły – robią mniej lub bardziej atrakcyjny pokaz. Są tacy, którzy zamiast walczyć umierają od razu, bo za gorąco, za dużo piwa, za wiele walk w ciągu jednego dnia.
 
Organizatorzy wiedzą jednak, że rycerze czy wojowie to zawsze atrakcja, chętnie ich więc zapraszają. Średniowieczne festiwale, które odbywają się na ogół przy zamkach, mają często naprawdę wysoki poziom. Jak już wspomniałam, w świecie pełnym wojów, trudno o coś, co naprawdę zrobi wrażenie. I dlatego to, co zobaczyłam w Hucie Szklanej bardzo mile mnie zaskoczyło. Bo widać, że organizatorzy i pomysłodawcy tego miejsca poszli na jakoś, a nie na ilość.
 
Osada Średniowieczna jest całkiem spora. Będzie się do niej wchodzić przez drewnianą bramę stojącą tuż za piękną, stylizowaną karczmą. Dalej domki rzemieślników, którzy – i tutaj wielki ukłon dla wszystkich zaangażowanych w to przedsięwzięcie – opowiadają z taką pasją, że można słuchać godzinami. Nie ma razie fajerwerków, ale te opowieści starczą za wszystko.
 
Odwiedziłam „skansen” w czasie wyjazdu dziennikarskiego, w którym brali też udział koledzy ze Skandynawii. Tempo, w jakim pałaszowali podpłomyki i gorliwość, z jaką robili zdjęcia tamtejszym czarownicom świadczy tylko o tym, że naprawdę im się podobało. Zrobili nawet wywiad z zespołem ludowym. Pytali jednak – mieszkamy tak blisko, a jak się różnymi! – czy jemy kapustę kiszoną z keczupem i dlaczego dorosłym podajemy zimne napoje z rurką w szklance. No, ale nie o tym miało być... W Osadzie „mieszka” bartnik. Wspominał, że aby powstał kilogram miodu, pszczoła musi oblecieć odległość równą trzem okrążeniem kuli ziemskiej. Mówił również o tym, jak to kiedyś zrobił dla pszczół syrop z cukru kupionego w pewnej znanej sieci sklepów. Pszczoły pokosztowały i wyginęły trzy ule.
 
Podobnie u sąsiadów, którzy korzystali z tego samego cukru. Cóż... to takie zderzenie starej sztuki bartnictwa ze współczesnością... Każdy gość, który zajrzy do osady będzie mógł porozmawiać z zielarką, garncarką, kowalem czy szewcem (pozdrowienia dla szewca, opowiada Pan przepięknie). Po skansenie biegają również czarownice, które ze względu na strój są trochę elementem obcym, ale barwnie uzupełniającym całość.
 
Podoba mi się pasja, z jaką osada została zrobiona. I sama chętnie będę tam zaglądać podczas wizyt w tym rejonie. Bilety będą kosztować 14 zł, dla dzieci 10 zł. I choć to wszystko, co widziałam warte jest swojej ceny, zastanawiam się, czy taka cena nie odstraszy trochę, np. rodziny z dwójką, albo trójką dzieci. Miejmy nadzieję, że nie, choć będzie gdzie tam wydawać pieniądze. Tuż obok parkingu stanęły nowoczesne budki, w których będzie można kupić pamiątki, zaś na samej Łysej Górze, w klasztorze również nie brak atrakcji. Wielu ezoteryków twierdzi, że na szczycie znajduje się czakram (na tyłach klasztoru widać taki niewielki kamień, podobno to właśnie w tym miejscu), a nawet jeśli nie czuje się jego mocy to i tak ta góra ma w sobie coś uspokajającego. Magicznego po prostu. Ma w sobie moc. Wszystkim z Osady Średniowiecznej życzę, żeby im tej pasji i mocy również starczyło na długo.  
  
1.Wejście do skansenu, z tyłu widać karczmę.
2.Przed wejściem powitały nas świętokrzyskie czarownice.
3.Jak widać, czarownice potrafią się bawić...
4....i zapamiętują się w tańcu.
5. Choć osada jeszcze nie jest oficjalnie otwarta, już czuć tu ducha dawnych czasów.
6. A nad wszystkim czuwają oczywiście nasze czarownice.
7. Te podpłomyki zrobiły furorę. Z miodem albo powidłami – niebo w gębie.
8. W osadzie nie ma jeszcze koła garncarskiego, ale na otwarcie będzie podobno już na pewno.
9. Ten rzemieślnik czeka jeszcze na buty z epoki, również obiecane na otwarcie.
10. Taka „słowiańska” ozdoba...
11. Nas całością czuwa wiadomo kto...
12. I ostatni rzut na całą, jeszcze pustą osadę.
 

Komentarzy: 1
Hrabia się sypie, piwnica otwiera


        Pewnie Bursztynowej Komnaty tam nie ma, ale nigdy przecież nie wiadomo. Zaczyna się wiosna, a z wiosną poszukiwania. Już jutro, w pałacu Jedlinka zaczynają się kolejne prace, których celem jest odnalezienie nieznanych pomieszczeń w piwnicach tego magicznego zabytku.

    Trwają również poszukiwania pieniędzy na restaurację tych zabytków, które poradzić sobie nie mogą. Do moich ulubionych z tej grupy należy mauzoleum rodu Schaffgotschów w Raszowie, o którym już tutaj pisałam. Na łamach miesięcznika „Focus Historia” apelowaliśmy też o pomoc dla tego zabytku. Tak zaczęłam kilka miesięcy temu tekst: Jeden hrabia ma kłopoty z nogą, drugi został pozbawiony nosa. Ale dla znawców i tak są zachwycający. Historycy sztuki mówią, że to miejsce jest prawdziwym skarbem. Ludzie, którzy mieszkają w pobliżu, często o nim nie wiedzą, natomiast zjeżdżają je oglądać historycy z najdalszych zakątków Europy. Dlatego trzeba je ratować, bo hrabiowie zaczynają się sypać. Nie ma takiego drugiego miejsca na Śląsku, tylko w Raszowie znajdują się wolnostojące sarkofagi i do tego jakie! 

       W tej chwili trwają prace przy remoncie chóru w raszowskim kościele, zostaną również wymienione ławki. Niestety, Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego po raz kolejny przysłało negatywną odpowiedź w sprawie renowacji sarkofagów i epitafiów. Żeby to XVi-wieczne mauzoleum nie popadło w ruinę potrzeba 275 tysięcy złotych. Na tyle przynajmniej zostały wyliczone koszty renowacji przez specjalistów z krakowskiej frmy Consiste. Pieniądze nie nadchodzą, a rzeźby pękają, jeden z hrabiów nie ma już części nogi, odpadają palce, pękają tumby, na wierzchu są elementy metalowe, które szybko korodują. Panie Ministrze, pewnie nie czyta Pan blogów, ale może jakieś dobre duchy przypomną Panu o tym mauzoleum. W końcu, kto jak kto, ale Dolny Śląsk zna Pan znakomicie.

    Ps. A tak swoją drogą, może odwiedzicie Raszów? Warto o każdej porze.

 

 

Komentarzy: 0