iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Dębowy Gaj w deszczu

Zawsze mnie ciągnie do tej wsi. Dębowy Gaj ma w sobie coś naprawdę tajemniczego. Moja ulubiona droga wiedzie z Mojesza, wtedy idąc przez łąki, widzę jak powoli wyłaniają się niewielkim wzniesieniu potężne, stare budynki.
 
Kiedy ostatni raz tędy wędrowałam, padała lekka mżawka, wiał wiatr i miałam nieodparte wrażenie, że ten dzień przywoływał niepokój jaki znam ze słynnej „Białej wstążki”. Ale w deszczu wszystko wygląda nieco inaczej... Dębowy Gaj zawsze będzie mi się kojarzył z wielki domami i ruinami. W XVIII wieku została tu uruchomiona nowoczesna gorzelnia, stał tu spory młyn, największe wrażenie robią jednak pozostałości renesansowego dworu, który został rozbudowany na pałac w 1754 roku. Z tego, co przeczytałam, został zniszczony pod koniec wojny, część kamiennych elementów „zabezpieczono” (cokolwiek to znaczy), część została wywieziona w inne miejsca (ciekawe, dokąd?) a jeden kamienny kwiaton znalazł się w „lapidarium” w Bogatyni. Co ciekawe, tam też „trafiły” elementy z pałacu w Radomierzycach. Kiedy po raz pierwszy, dobre z dziesięć lat temu, odwiedziłam Dębowy Gaj, ruiny pałacu zapadły mi w pamięć. Pani w sklepiku opowiedziała mi wtedy historię o tym, że gdzieś w parku pochowani są żołnierze. Jacy, tego nie wiedziała. Wspominała też o bogactwie wnętrz tego obiektu, o kryształowych lustrach, pięknych meblach. Teraz, w środku lata, kiedy w te deszczowe dni zajrzałam do Dębowego Gaju, niemal wszystko przysłoniła zieleń. Niemal trzeba się przedzierać między drzewami i krzakami. Nie ma nawet, jak zrobić zdjęcia. Ale mimo to, udało mi się wypatrzyć, że przez te parę lat znowu ubyło nieco elementów z tego obiektu. Również inne, wiekowe budynki chylą się ku ziemi. Jest w tym miejscu coś fascynującego. Może przez ogrom tutejszych budynków, może przez to, że ciągle pod zmarszczkami różnych wydarzeń widać ich dawną świetność (choć niektóre są przywracane do żywych), a może przez tajemniczość całej wsi. My wybraliśmy się do Dębowego Gaju z Płóczek Górnych, przez Lwówek, wróciliśmy zaś piękną drogą z Pławnej do Nagórza. Ale można tu też zrobić sobie wycieczkę pociągiem. Wysiąść w Dębowym Gaju i dojść na piechotę aż do Lwówka przez równie tajemniczą Szwajcarię Lwówecką. Nie mam wielu zdjęć z Dębowego Gaju. Tym, którzy są ciekawi, polecam stronę wroclaw.hydral.com.pl/
        Można na niej znaleźć również przedwojenne pocztówki, na których dokładnie widać, jak kiedyś wyglądała ta wieś.
 
ZDJECIA:
1.      Zdjęcia nie oddają tajemniczości Dębowego Gaju, ale spróbować można.
2.      Droga z Pławnej Górnej do Nagórza.
3.      To już Nagórze – urocze są te stare domy, prawda?

Komentarzy: 3
Topacz, czyli limuzyny jak za dawnych lat

 

Podobało mi się. Jacek Blum, jeden z organizatorów Zlotu Pojazdów II RP zaprosił mnie do zamku Topacz w Ślęzy pod Wrocławiem, żeby podziwiać przepiękne limuzyny z dawnych lat. Fantastyczny widok!
            Często bywam na imprezach związanych z rekonstrukcjami historycznymi, ale to co zobaczyłam w Ślęzy było inne niż wszystko, co do tej pory widziałam. Przede wszystkim okres historyczny, piękny i elegancki, Po drugie bardzo niezobowiązująca, miła atmosfera, ochrona bez zadęcia i strojenia surowych min, minimalny chaos i przede wszystkim otoczenie. Pamiętam ten zameczek z dawnych lat, nieprawdopodobne, jak pięknie teraz wygląda razem z otaczającymi go budynkami. Mieści się tu hotel, sale konferencyjne itp., itd., a także Muzeum Motoryzacji. Co prawda nie mój to zamek, ale tak mi się pomyślało, że cały ten kompleks jest idealnym miejscem na festiwal „zamknięty”. Nie, nie, nie zamknięty dla publiczności, zamknięty dla tych, którzy nie chcą się bawić. Kilka lat temu odwiedziłam Friesach w Karyntii. To miasteczko, raz do roku, zamyka swoje bramy, ustawia przy nich średniowieczny kantor, w którym Euro wymienia się na wewnętrzną walutę, wszyscy mieszkańcy, w miarę możliwości, przebierają się i zaczyna się prawdziwa doba średniowiecza. Zamiast elektryczności – świece, zamiast łazienek – balie, zamiast telewizji – palenie czarownicy. I choć, co trzeba przyznać, nie każdy jest tu purystą i czasem ktoś włozy do zbroi trampki., to każdy mieszkaniec się stara. Większość gości też. W Topaczu czas również się cofnął. Razem z innymi miałam taką namiastkę tej cudownej elegancji, kierowcy po skończonej konkurencji pili szampana, wkoło przechadzały się damy w fantazyjnych kapeluszach, a wszystko to z zamkiem w tle. Po prostu „powróciliśmy, jak za dawnych lat’. Ale gdyby tak WSZYSCY byli w strojach z tamtych czasów? To by było dopiero coś!
            Dziękuję za to zaproszenie. Mam nadzieję, że zdjęcia pokazują chociaż trochę klimat imprezy. A na koniec chwilkę pomarudzę, bo mam wielki niedosyt. Zabrakło mi trochę opowieści o tych wszystkich przepięknych pojazdach. Prawda, że spędziłam na zlocie zaledwie kilka godzin i byłam głownie podczas prób sprawnościowych, kiedy kierowcy pokazywali swoje i swoich pojazdów możliwości, ale właśnie wtedy chętnie dowiedziałabym się czegoś więcej na temat tych cudnych maszyn. Ale pewnie w przyszłym roku będzie jeszcze lepiej. Bo, mam nadzieję, będzie w przyszłym roku, taki zlot?

 

Komentarzy: 2
U nas jest najładniej

 

Chociaż za chwilę, znów będę musiała wsiąść do samolotu i polecieć trochę dalej, nigdzie tak nie łapię oddechu, jak w naszych dolnośląskich wioseczkach. Właśnie spędziłam kilka dni w Płóczkach Górnych w pobliżu Lwówka Śląskiego.
 
W starych przewodnikach można znaleźć informacje, że Płóczki to znakomite miejsce dla poszukiwaczy minerałów. Czekają tu ametysty, turmaliny, kryształy górskie i, oczywiście, agaty. Właśnie zakończyło się kolejne Lwóweckie Lato Agatowe, podczas którego tysiące zwiedzających oglądają i kupują te skarby ziemi na setkach stoisk. Osobiście wolę się zaszyć gdzieś na uboczu, stąd Płóczki wybraliśmy na wyjazd w środku tygodnia, żeby ominąć całe to sobotnio-niedzielne zamieszanie. Płóczki polecam tym, którzy chcą posiedzieć w autentycznej ciszy, powędrować po ciekawych, starych wioskach i poczuć taki lekko uchwytny powiew historii. 
 
Pierwsze, co uderzyło mnie w Płóczkach Górnych (uwaga, są jeszcze Dolne) to niesamowite, murowano-szachulcowe domy. Często w złym stanie. Smutne, porzucone giganty, które powoli się rozpadają. W grudniu 1868 roku w Płóczkach wybuchł wielki pożar, który zniszczył sporą część zabudowy. Dlatego większość budynków pochodzi już z czasów odbudowy.
 
Widać jednak, że wiele ucierpiało w ostatnich latach, nie remontowane, porzucone, popadały w ruinie. Na szczęście nie wszystkie. Spaliśmy w Gościńcu pod Zielonym Jajem, w fantastycznie odnowionym, wiekowym domu, urządzonym w środku z dużym smakiem. Gościniec ma ciekawego gospodarza, z tych, którzy w życiu wiele widzieli, a skoro widzieli wiele, to wiedzą, jak innym zapewnić komfortowy wypoczynek. Śpiew ptaków, księżyc zaglądający do okna, przytulny zaułek na tyłach domu, gdzie można usiąść wieczorem – tego mi było trzeba. No i te cudowne wnętrza, pachnące historią, afrykańskimi opowieściami (wiele elementów wyposażenia gospodarz przywiózł z Maroka i świetnie tu pasują), spadziste dachy w pokojach na górze i małe lampki pozapalane w korytarzach.
 
Żadnego nachalnego światła, telewizorów w pokojach brak, jest – jeśli potrzeba – bezprzewodowy Internet. Dom okazał się świetną bazą wypadową po okolicy (o tym kiedy indziej), a także do krótkich wieczornych spacerów po samej wsi. Jakoś tak się złożyło, że od razu trafiłam na cmentarz, a właściwie dwa. Obydwa wyjątkowe.
 
Pierwszy leży na wzgórzu, koło kościoła św. Bartłomieja, który góruje nad całymi Płóczkami. Jakiż stąd jest piękny widok! Kościół był już wzmiankowany w 1241 roku, jak przeczytałam, ostatni raz był remontowany w 1975 roku, ma wspaniałą wieżę. Podobno istniejący tu cmentarz został dość niefrasobliwie zlikwidowany po II wojnie światowej, nie udało mi się dotrzeć do bardziej konkretnych informacji. Oglądając kościół, który wyglądał akurat tego dnia dość dramatycznie na tle zbierających się, burzowych chmur, zobaczyłam zrujnowaną wieżyczkę po drugiej stronie drogi. I tak trafiłam na dawny cmentarz ewangelicki.
 
Jeśli lubicie takie klimaty, z pewnością Wam się na nim spodoba. Stare drzewa, aleja, która prowadzi do czegoś, co było kiedyś kaplicą albo mauzoleum na jej końcu i wieża. Z polskich publikacji wynika, że to wieża kościoła ewangelickiego, mieszkańcy Płóczek twierdzą jednak, że kościół stał znacznie niżej, na starych fotografiach nie ma też takiej wieży. Przy wejściu na cmentarz stoi obelisk upamiętniający ofiary I wojny światowej, z czymś w rodzaju ławek po bokach. I można by się zapaść się w tę niezwykłą atmosferę, gdy nie jedna rzecz. Przeczytałam, że kościół uszkodzony i opuszczony w 1945 roku, został rozebrany w 1960. Został wzniesiony w latach 1741-42 i należał do ładniejszych i ciekawszych w naszym regionie.
 
To, że wiele zabytków znikło z mapy Dolnego Śląska to już dla nas nie dziwota, ale to co zobaczyłam na dawnym cmentarzu ewangelickim mną wstrząsnęło, choć takie widoki widywałam już wiele razy. Porozwalane grobowce, wewnątrz fragmenty ludzkich kości, w studni jakiś zwierzak, który pewnie tam kiedyś wpadł, a może został wrzucony. Zupełnie jakby przez cmentarz przeszedł tajfun, a zaraz po nim oddział dzikich grabieżców, którym przydało się wszystko, co mogli tutaj znaleźć. Zastanawiam się, jak długo jeszcze nie będą nam przeszkadzały takie miejsca? Ile będziemy udawać, że ich nie ma, bo zasłaniają je gęste krzaki? Przecież te cmentarze to część historii regionu, w którym teraz mieszkamy. Zresztą co ja tu będę się rozpisywać, wiecie wszystko....
 
 
1. Gościniec pod Zielonym Jajem od frontu
2. ...i z tyłu. To tutaj odpoczywa się najlepiej.
3. Fragment jednego z pustych domów z data budowy: 1848.
4. Kościół św. Bartłomieja
5.Wejście na katolicki cmentarz.
6. Widok na wioskę i kościół od strony cmentarza ewangelickiego.
7.Pomnik ofiar I wojny światowej
8. Aleja na dawnym cmentarzu ewangelickim.
9. Zniszczone, rozgrabione grobowce, bez komentarza.
10. Wieża na dawnym cmentarzu ewangelickim.
11. Ten dom jest do kupienia, tak przynajmniej przeczytałam w internecie.
12. Jeden z opuszczonych domów – typowy widok w okolicy.
13. Wnętrze Gościńca pod Zielonym Jajem – klimatycznie, prawda?

 

Komentarzy: 3
Wąsy Marysi Kunickiej, czyli Belgowie na Dolnym Śląsku

Tym razem odwiedzili nas przyjaciele z Belgii. Frans Rombouts, dziennikarz z Brukseli i jego żona Liesbeth, postanowili pójść szlakiem nowoczesnej, polskiej kuchni i pokazać ją w swoim kraju.
 
I znowu trochę się wystraszyłam, bo Frans jest członkiem międzynarodowego jury, które przyznaje hotelom gwiazdki, jadał już na całym świecie i smakował znacznie więcej niż przeciętny turysta. Ale ich wizyta okazała się niezwykle pouczająca, nawet odkrywcza. Bo ileż osób wie, że mamy na Dolnym Śląsku winnice? Odwiedziliśmy tę, chyba największą, w Zachowicach. Widok Ślęży z winoroślami na pierwszych planie, jest naprawdę niezwykły.
 
Stara góra i młoda winnica
Winnicę Adoria prowadzi Mike Wihitney, który szesnaście lat temu opuścił rodzinną Kalifornię, zachował się w Polce i w Polsce i tutaj osiadł. Uprawia tu trzy odmiany winogron: Pinot Noir, Chardonnay i Riesling. Z okolic Drezna przywiózł również lokalną odmianę Bacchus. Mówi, że jego wina to połączenie kalifornijskiej tradycji i polskiej ambicji. Po winnicy oprowadzała nas pani Ilona Migacz, którą na Dolny Śląsk przywiało ze Szczecina. Kiedy ta drobna, subtelna kobieta, w towarzystwie dwóch wesołych owczarków wędrowała między rzędami winorośli, nie mogła się oprzeć wrażeniu, że gramy w jakimś filmie o Toskanii i tylko ta Ślęża w tle przywoływała fantazję do porządku. Winnica jest młoda i niewielka, ale w tamtym roku sprzedała piętnaście tysięcy butelek. Chardonnay, którego próbowaliśmy, było wyśmienite, jeśli kogoś to zainteresuje, butelka kosztuje 60 złotych. Nawet jeśli nie jesteście miłośnikami wina, przez Zachowice warto przejechać, żeby obejrzeć ten niezwykły, jak na Dolny Śląsk krajobraz.
 
Wypoczynek w starym stylu
Nowym elementem w krajobrazie Wrocławia natomiast jest już barka koło Hotelu Tumskiego, którą zwiedziłam razem z naszymi belgijskimi przyjaciółmi. Barka nie jest jeszcze otwarta, ale oglądaliśmy restauracje i sale klubowe w zawrotnym tempie przygotowywane na przyjęcie pierwszych gości. Niektóre pomieszczenia mają atmosferę angielskiego klubu dla gentelmanów, inne melancholijnej barki na Wołdzie. A jaki stąd kojący widok! Myślę, że wnet będzie to jedno z najmodniejszych i najbardziej klimatycznych miejsc w moim mieście. Kuchnia (dziś o kuchni, bo wizyta była typowo kulinarna) będzie lekka, nowoczesna, oparta na owocach morza. Próbowaliśmy m.in. pysznej ryby w sosie krabowym ze ryżem na szpinaku, która będzie tam serwowana i delikatnej zupy borowikowej.
 
Wielki ukłon dla szefa kuchni. My, sybaryci wiemy, że dobre jedzenie, piękny widok i lokalizacja w jednym z najpiękniejszych zakątków Wrocławia, tuż przy Moście Młyńskim, to trzy elementy, które lubimy najbardziej. Ta lokalizacja ma jeszcze jeden plus. Wracając nad ranem z szampańskiej zabawy, zawsze będzie można jeszcze kupić sobie na pobliskim placu Bema chleb za zakwasie, ten chyba najsławniejszych chleb we Wrocławiu z malutkiej piekarni, do której nie wolno przychodzić z plastikową siatką. Mój ulubiony to Rycerski, ale i razowy wart jest grzechu.  
 
Trzecia kulinarna odsłona
Kolejnym odkryciem podczas pobytu Belgów była restauracja Ziemiańska w Świdnicy, czyli w mieście, którego mieszkanką trochę się czuję. Nasi goście, oszołomieni Kościołem Pokoju, a potem wnętrzem Katedry, opici czekoladą w „baroccafe” przy Placu Pokoju, najpierw obejrzeli sobie dokładnie Rynek. Zanim się obejrzałam Liesbeth przytulała się do siedzącej figury Marii Cunitii, nazywanej w mieście Marysią Kunicką. Ta słynna pani astronom z XVII wieku mieszkała w rynku w Domu pod Złotym Chłopkiem, zaś kilka lat temu miasto uhonorowało jej pamięć ławeczką, z jej naturalnej wielkości brązową rzeźbą. Jeśli myślicie, że pani Rombouts chciała sobie zrobić zdjęcie z Marysią, to grubo się mylicie.
 
Nasz gość, zauważył, że jakiś gamoń domalował Marysi wąsy. Liesbeth wyjęła więc chusteczkę, a potem paznokciem zaczęła te wąsy wydrapywać. Gest był tak naturalny, że natychmiast sama zabrałam się do ścierania wąsów, więc mam na koncie mały, dobry uczynek. No i w końcu obiad. Ukryta koło Muzeum Kupiectwa Ziemiańska ma naprawdę znakomitego szefa kuchni (wiem, ze przedtem pracował w pałacu w Kraskowie). Na obiad panowie wybrali wątróbkę z malinami, ja jadłam torcik ziemniaczany z łososiem, Liesbeth surówkę pełną niezwykłych połączeń: sałata, ser bałkański, brzoskwinie i pomidory. Spróbowałam, znakomita. No cóż, jak widać cały nasz Dolny Śląsk jest nie tylko tajemniczy, ale i smakowity.
 
1.      Ślęża w tle, na pierwszym planie winnica Adoria.
2.      Tak, to Dolny Śląsk....
3.      Jeden z dwóch piesków mieszkających w winnicy. Widać, że jest mu tu bardzo dobrze.
4.      Nasi goście przy wyczyszczonej Marysi.
5.      Ostrzeżenie w „baroccafe” przy Placu Pokoju. Cóż, anioły latają nisko.
6.       Jak ja lubię tę Świdnicę!

Komentarzy: 1