iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Jezioro z tajemniczą historią

 

„Aleksandrę”, nasz motorowy jachcik zacumowaliśmy w Kępkach, które pamiętam sprzed dwóch lat, jako miejsce ciszy i świętego spokoju. Teraz trochę się zmieniło.
 
Przy brzegu sporo śmieci, po drogiej stronie do późnej nocy słychać i widać samochody. Przejeżdża mnóstwo motocykli. Ale około 23.00 wszystko zdaje się usypiać i nareszcie można spokojnie pogapić się w gwiazdy. Choć woda nie jest moim żywiołem, to tutaj czuję się nadzwyczaj dobrze. W spokojnej wodzie, która pokrywa się mgłą jest coś niezwykle pięknego. I melancholijnego.
 
Lubię też ścieżkę z brzegu do samej wioski, ścieżkę, która zawsze jest pełna emocji. Bo, po pierwsze, niedaleko brzegu pasą się byki i nie zawsze są pod kontrolą. Poza tym, licho wie, co będzie można kupić w sklepiku, po pieczarki, o które zapytała moja Przyjaciółka, pani ze sklepu wysłała ją aż do Nowego Dworu Gdańskiego. Ale co to za pomysł szukać pieczarek na wakacjach? Na łódce mamy cały zestaw podstawowy, chleb i ser dla kobiet, chleb i puszki dla mięsnych panów. No i wina, głównie tanie (ale nie ekstremalnie tanie), z wiejskich sklepików. Zmierzamy w kierunku Kanały Ostródzko-Elbląskiego, więc droga wiedzie przez Jezioro Drużno (Druzno), które właśnie odkryłam i muszę tu zareklamować. Występuje tu 210 gatunków ptaków, taki laik jak ja łatwo wypatrzy łabędzie, czaple i kormorany.
 
Przed wiekami Drużno było częścią zatoki morskiej, która z czasem przybrała formę jeziora. Ma ono powierzchnię 1427,55 ha i jest mocno zarośnięte. Właściwie mam wrażenie, że płyniemy rzeką, tyle jest wokół zarośli. Ale ta przestrzeń robi wrażenie, szczególnie przy mocnym słońcu, kiedy woda miedzy zielenią błyszczy się aż po horyzont. Ale to miejsce nie tylko dla miłośników przyrody, ale i historii. W 1982 roku dr Marek Jagodziński, archeolog, odkrył, że na wschodnim brzegu mieściło się słynne Truso, które w IX wieku opisał anglosaski podróżnik Wulfstan, który dotarł tu z portu Hedeby w Danii. Truso było niezwykle ważnym i sporym centrum handlowym i portowym na szlaku łączącym kraje nadbałtyckie oraz Skandynawię z południem Europy i krajami arabskimi. Osada zajmowała ok. 10 ha powierzchni.
 
Choć nie została jeszcze przebadana w całości, archeolodzy odkryli tu mnóstwo zabytków, w tym fragmenty łodzi, biżuterię, monety, wagi, ciężarki. Zainteresowanym polecam artykuł dr Marka Jagodzińskiego o Truso http://www.pradzieje.pl/Artykuly-pradziejowe/Truso-6.html, a także drugą publikację, w której znajdują się dość intrygujące informacje o niemalże mafijnych bitwach o ryby na tym jeziorze http://www.ww.media.pl/?page=PArticleViewer&nid=207. Do Drużna można dopłynąć też z Elbląga, zajrzeć tu chociaż na pół dnia. Przy większym wietrze trudno trochę nawiguje się łódką, otwarta przestrzeń i zarośnięta tafla wody mogą powodować drobne kłopoty. Ale śniadanie na Drużnie, jeziorze z taką historią – bezcenne. A na zdjęciach, po kolei: Kępki a potem jezioro Drużno wraz z łabędzią rodziną, która dokładnie pokazała gestem, co o nas sądzi.
 
 
 
 
 
 
 

 

Komentarzy: 0
Wodniacy, idźcie na pierogi!

 

Moje ulubione miejsca mają się dobrze. Dziś, w „Szkarpiawiance” w Drewnicy, zjadłam wielką porcję pierogów z jagodami, oblałam je toną śmietany i zapiłam kieliszkiem Kadarki. Wszystko razem kosztowało 12,50 zł. Drewnicę obowiązkowo odwiedzam, gdy jadę w okolice Gdańska.
 
Teraz kręcimy się po Żuławach i „housboatem” Żeglugi Wiślanej zajeżdżamy, a właściwie zapływamy w różne, nie tylko piękne, ale i smaczne zakątki. Po raz pierwszy „Szkarpawiankę” pokazał nam Łukasz Krajewski, pomysłodawca i właściciel motorowych jachtów Żeglugi Wiślanej. O pierogach z Drewnicy już tu pisałam, więc wypadało wpaść znowu i zobaczyć, czy „Szkarpiawanka” trzyma pierogowy poziom. Trzyma!
 
A w samej restauracyjce nic się nie zmieniło. Drewniane krzesła pomalowane brązową olejną, pożółkłe zdjęcia holenderskich wiatraków na ścianie, menu napisane ręcznie (pierogi wszelkiego rodzaju, świeże i wielkie po 10 zł, wątróbka w cebulce 8 zł itd., nic ponad 10 zł), trochę rozpaczliwe ozdóbki nad barem w formie rybich pyszczków, stoliki z obrusikami, które dla ozdoby pokrywają jeszcze inne, ułożone w poprzek i te ściany w kolorze wyblakłego różu, z czymś w rodzaju piany w charakterze urozmaicenia. To wnętrze ma zapomniany urok z filmów takich jak „Pieniądze to nie wszystko”. Ale najważniejsze, że panie są tu zawsze miłe i grzeczne, jest czysto, jedzenie jest świeże i naprawdę tanie.
 
Kilka kilometrów dalej, w Jantarze albo w Stegnie za dwie porcje ryby zapłaciliśmy prawie osiemdziesiąt złotych. Ceny nad samym morzem mogę doprowadzić do ruiny żądną wypoczynku rodzinę, a dzisiaj np. w sklepiku pod tytułem: świeże, wędzone, pyszne ryby, pan zaproponował mi coś bardzo egzotycznego, co z całą pewnością nie pochodziło z Bałtyku. „Jakiś wynalazek” – orzekł sprzedawca. Nawet nie udawał, że to jakaś bardzo dziwaczna, ale bałtycka ryba.
 
Pewnie, powiecie, trzeba iść z duchem czasu, i dziwaczna nieco „Szkarpawianka” nie powinna być miejscem, do którego wchodzą turyści. Ale dlaczego, właściwie? Czy wszystko musi być aluminiowe, błyszczące i luksusowe? Ja lubię pierogi z Drewnicy. I każdego, kto tu zajrzy, żeby obejrzeć piękne, tradycyjne, drewniane domy, albo przepływa akurat Szkarpawą, namawiam, żeby właśnie tutaj zatrzymał się na obiad. Niespodzianek nie będzie, wszystko tak, jak na zdjęciach. Koło mostu, obok którego stoi „Szkarpawianka” stoi nawet nowy pomost, do którego łatwo przybić. Miejscową młodzież uprasza się natomiast, żeby zechciała podciągnąć nogi podczas wylegiwania się na tym pomoście, bo głównie został pomyślany po to, żeby przybić do niego i np. obejrzeć wieś. A wodniacy się żalą, że wpuszczać do Drewnicy nie chcecie.
 
 
 
 
 
 

 

Komentarzy: 0
Ulubiony zamek z bajek Disneya

 

Upał na Cyprze Północnym jest latem nie do wytrzymania. Wystarczy przejść się po mieście przez parę minut i naprawdę może być ciężko. Może to nie jest najlepsza pora na zwiedzanie – lepiej siedzieć na basenie i pić drinki – ale co ma zrobić taka niepoprawna miłośniczka zamków jak ja, która do tego nie potrafi pływać?
 
Ruszyłam na podbój jednego z najsławniejszych miejsc na wyspie – zamku św. Hiliariona w rejonie Girne. Budowniczy położyli go na szczycie górującym nad niemal całym wybrzeżem, zamek widać więc z plaż w tej okolicy, w nocy zaś jest pięknie podświetlony. Góry Beşparmak miały znaczenie strategiczne, można z nich było obserwować morze i w razie czego szybko się schronić. Stąd pomysł na budowę strażnic, które stały się dzisiaj atrakcjami turystycznymi.
 
Przed zamkiem stał tu kościół, a następnie klasztor. W tym miejscu zakończył życie św. Hilarion, pustelnik z przełomu III/IV wieku (obejrzyjcie sobie obrazy z przedstawieniami pokus, na które był narażany!). Stąd też i nazwa zamku, który wniesiony na górskiej grani miał trójdzielną budowę. W najwyższej części mieszkała królowa. Z nią też wiąże się wiele legend i opowieści. Wszystkie mają oczywiście kryminalne tło.
 
Oto jedna z nich: Książę Jan z Antiochii był synem króla Cypru. Kiedy zmarł władca kolejnym królem został brat Jana, Piotr, uważany za jedną z najwybitniejszych osobowości z dynastii Lusignan i człowieka o dobrym charakterze. Ale jego żona, Eleonora była już damą niezbyt lubianą przez otoczenie. Była zazdrosna i nienawidziła Jana. Z czasem i Piotr zaczął się zmieniać, był niemal o krok od utraty zdrowych zmysłów, zachowywał się dziwnie i niezrozumiale, odnosił się źle do swoich rycerzy. W końcu powstał pomysł, żeby go zamordować i tak 17 stycznia 1369 roku stracił życie. Eleonora zaprzysięgła zemstę.
 
Królowa szczególnie nienawidziła Jana, którego oskarżała o zamordowanie męża. Jak to przebiegła kobieta wymyśliła następujący plan: udawała, że nic się właściwie nie stało, zyskała zaufanie Jana i kiedy nadszedł odpowiedni czas, zasugerowała mu, że jego najwierniejsi bułgarscy najemnicy knują przeciwko niemu spisek. Książę długo się nie zastanawiał (musiał być chłopak bardzo porywczy), wezwał najemników i jednego po drugim wyrzucał przez okno swojego zamku. Eleonora knuła dalej. Zaprosiła Jana do zamku w Nikozji, i chociaż wszyscy ostrzegali go, aby nie jechał tam bez straży, książę nie posłuchał. Królowa powitała go w towarzystwie syna Piotra II. Zjedli obiad w dość chłodnej atmosferze, a na deser służba wniosła srebrną tacę przykrytą białym płótnem. Leżała pod nim skrwawiona szata Piotra, którą miał w dniu śmierci. Zanim Jan się obejrzał, leżał już z nożem w plecach. W ten sposób Eleonora dokończyła dzieła zemsty.
 
Co za historia! Dziś można zobaczyć okno, z którego wylatywali bułgarscy najemnicy. Zamek św. Hilariona jest w ruinie, ale jaka to ruina! Labirynty schodów prowadzą w różne zakamarki, nieoczekiwanie w samotnych ścianach pojawiają się przepiękne okna. Widać z nich morski brzeg, a panorama stąd zapiera dech w piersiach. Ale upał nie daje prawie żyć. Pociechą jest zimna lemoniada (zmiksowane z wodą i cukrem cytryny) w małej kawiarence. Pychota!
 
Zamek leży przy terenach strzeżonych przez wojsko, po drodze widać zardzewiałe siatki i tablice ostrzegawcze, żeby nie robić zdjęć. Podobno – niestety nie sprawdziłam tego – do zamku, przez tereny wojskowe można dojechać tylko samochodem, rowery i piesza wycieczka odpadają. Najciekawsze jest jednak to, że zamek św. Hilariona posłużył Waltowi Disneyowi jako pierwowzór zamku z bajki o królewnie Śnieżce i siedmiu krasnoludkach. W końcu to też opowieść o zemście. Tyle, że nie udanej.   
 
1.      Zamek Św. Hilariona w pełnej okazałości. Rzekomo, tak się w niego zapatrzył Walt Disney...
2.      Przy tym oknie knuła królowa Eleonora.
3.      Widok z najwyższej części zamku. W dole widać hotel Mercure, w którym nocują wycieczki z Polski.
4.      Kto by pomyślał, że mieszkając w takim miejscu, jeszcze tu mieli ochotę na intrygi...
5.      Zamek był podobno nie do zdobycia.
6.      A to okno, z którego książę Jan wyrzucał po kolei kolegów.
7.      Fragment ruin kościoła.

 

Komentarzy: 1
Osiołkowa wioska, czyli kiedy będę stara

 

Trafiłam tu przez zupełny przypadek. Podobnie jak na Cypr Północny, który uznawany jedynie przez Turcję, jest miejscem, w którym nie pojawia się zbyt wielu turystów.
Co prawda, wybrzeże „ozdabiają” nieprawdopodobnie luksusowe hotele, w których odpoczywają głównie Turcy, jednak zaledwie kilka kilometrów od brzegu spotykam opuszczone wioski, zrujnowane kościoły i monastery. To pokłosie wojny w 1974 roku. I tak znalazłam się w Karamanie, czyli - przed podziałem Cypru – Karmi. I od razu postanowiłam: w takim miejscu osiądę na starość (mam nadzieję, ze nieprędko).
Nie jeździ tu dolmusz, czyli minibus, który jest tu podstawowym środkiem komunikacji. Trzeba wynająć auto, taksówkę albo iść na piechotę. Upał w tej chwili jest nie do wytrzymania. Temperatury przekraczają 40 stopni C, już po kilku krokach człowiek jest zmęczony i zniechęcony. Do tego dochodzi wilgoć. Ale ludzie są tu uprzejmi. Zatrzymują się chętnie i chętnie biorą na stopa. Tak poznaliśmy rzeźbiarza, który usiadł koło Karamanu kilka lat temu i postawił przy drodze figurę osiołka, naturalnej wielkości. Dlaczego? Bo do 1959 roku pocztę do wioski dowoził właśnie osioł. Po wojnie 1974 roku, kiedy Karmi zostało opuszczone przez Greków, powoli zamieniało się w smutną ruinę. Ponieważ wioska jest przepięknie położona, turecki rząd postanowił wynajmować na długi okres (nawet na sto lat) tutejsze domy, tym, którzy chcieli je restaurować. Dziś mieszkają tu głównie Anglicy, Niemcy, jest kilku Finów, Norwegów i Kanadyjka. Spod domu rzeźbiarza, koło którego znajduje się coś w rodzaju pubu, przejął nas David, Anglik, który rozczarowany brytyjską polityką, postanowił udać się na wewnętrzną i zewnętrzną emigrację i zamieszkał w cudnym domu w Karamanie.
Okazało się, że są jeszcze miejsca na świecie, w których zupełnie obca osoba zabiera Was do domu, poi i jeszcze do tego karmi. David najzwyczajniej przyprowadził nas do siebie i podał pieczone z sosem ziemniaki. Przedtem pokazał zaś domek Angielki, która jako pierwsza osiadła w tej wiosce i zapoczątkowała na nią modę.
 Z naprawdę malutkiego domku Davida roztacza się nieprawdopodobny widok na wybrzeże. Z tyłu zaś góry. Sam Karaman to kilka wąskich uliczek, niemal całkowicie pustych, z cudnymi, małymi domkami i angielską budką telefoniczną – telefon działa! Sprawdziłam, można tu wynająć dom na wakacje. Tydzień z widokiem na morze, w domu z dwoma sypialniami, czyli dla czterech osób kosztuje 225 GBP. Do wynajęcia jest też znacznie droższy dom z basenem. Karaman wydaje się żyć własnym życiem, jest pub, w którym raz tygodniu serwują fish and chips bez których Anglicy nie potrafią żyć. Właścicielce restauracyjki, która pochodzi z Kanady, właśnie skradziono paszport (a to wiemy to Szkota, który nas zawiózł na dół), więc ku niemalże rozpaczy wszystkich, restauracyjka chwilowo nie działa. Uliczki wydają się niemalże wymarłe. Zresztą zobaczcie na zdjęciach. Nawet koty są tu totalnie rozleniwione.
Karaman wydaje się marzeniem o małej, wspierającej się społeczności. Takiej, jaką znamy chociażby z „Przystanku Alaska”. Ciekawe, jak naprawdę żyje się w takim miejscu?
 
 
Zdjęcia:
1.      Karaman leży na górskich zboczach.
2.      Pierwsze spotkanie z wioskową elitą - rzeźbiarz zabiera na stopa.
3.      Osiołek, symbol Karamanu
4.      W pubie na dole spotykamy Davida...
5.      ...który pokazuje nam dom pierwszej angielskiej mieszkanki wioski...
6.      ...a potem zabiera do siebie, żeby m.in. pokazać ten widok z balkonu.
7.      Ryba i frytki – bez tego Anglik nie chce żyć.
8.      Tuż za łukiem widać angielską budkę telefoniczną. Działa!
9.      Kościółek w centrum wsi.
10. No i przebiegł nam drogę....
11.....temu nie chciało się nawet wstać.
12.Cicho wszędzie, głucho wszędzie....
13.Przedostatni rzut oka na Karaman.
14.I mały detal na koniec. Śliczne, prawda?      

 

Komentarzy: 1