iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Barki, które lubię

Woda najbardziej odpowiada mi w wannie. Nie mam w sobie nic z wilka morskiego, dlatego z radością przyjęłam nową atrakcję na kulinarno-kulturalnej mapie Wrocławia, jaką jest Barka Tumska.

Największą atrakcją barki jest dla mnie to, że stoi w miejscu, tuż przy Hotelu Tumskich, obok Ostrowa Tumskiego, nigdzie nie odpłynie, a poza tym jest tu naprawdę świetne jedzenie i pyszna kawa. Wnętrza eleganckie jak na transatlantyku, a i widok stąd godny. Po hucznej zabawie, można jeszcze rano podejść na plac Bema i kupić słynnego „rycerza”, czyli ten fantastyczny chleb Rycerski na zakwasie, który sprzedają przecież tylko tam.

Choć Barka Tumska stoi teraz w miejscu, to płynęła do Wrocławia prawie sto kilometrów po Odrze i długo czekała na swoje otwarcie. Szkoda więc, że nadchodzą coraz zimniejsze dni, bo miło siedzi się na odkrytym, górnym pokładzie, choć restauracja, Messa Kapitańska i Messa Oficerska są jak najbardziej, również godne polecenia.

W czwartki można tu posłuchać muzyki, a w każdą ostatnią niedzielę miesiąca zobaczyć spektakl Teatru Lalek „Nawiedzony Młyn”. Mam taką cichą nadzieję, że to kolejny etap romansu Wrocławia z wodą, tak ciągle przez nas niewykorzystaną. Wystarczy spojrzeć na zdjęcia. Ileż taka barka dodaje uroku okolicy, rozumieją to w Amsterdamie, więc może i my to w końcu dostrzeżemy? .

 

Komentarzy: 0
W malowanej piwnicy

 

Podziemia niejedno mają imię. Na Morawach trafiłam do Šatova koło Znojma i zeszłam pod ziemię w zupełnie dziwne miejsce. To oczywiście piwnice do przechowywania wina, chociaż miejscowe legendy mówią, że powstały z zupełnie innego powodu. Jaki to powód? Podobno tajemnica.
 
Wchodzi się do nich przez mały, biały domek, w którym można skosztować tutejszego wina i zjeść coś bardzo małego. Piwnice pochodzą z końca XIX wieku, znajdują się 18 metrów pod ziemią. Wąskie schody ostro schodzą w dół, a na dole.... Wszystko pomalowane w nieco naiwny sposób, ale z jaką pasją. Maximilian Appeltauer, mieszkaniec Šatova malował ściany z piaskowca przez 36 lat, sam, korzystając jedynie ze światła świec. Zaczął w 1934 roku.
 
W czasie II wojny światowej. stracił wtedy rękę, postanowił skończyć jednak dzieło jedną ręką. I tak, na ścianach zostały syreny, skrzaty, widoki Alp, jest nawet malowidło, na którym na samym początku był Hitler, później zostało przemalowane. Miejscowa legenda mówi zresztą, że Hitler był w tych podziemiach, wizytował je...ale czy mu się podobało, nie wiadomo.
 
Appeltauer skończył swoją piwnicę w 1968 roku, zmarł zaś cztery lata później. Miał marzenie, żeby malować dalej, ale się nie udało. Podziemia są dość spore, tzw. regularne zwiedzanie trwa tu ponad godzinę. Wszystko trochę tu przypomina scenografię do filmu o świecie skrzatów. Nie wiem, czemu, ale większość czeskich podziemi jest oświetlona w wyjątkowo dramatyczny sposób. Gołe żarówki, nie dość, że oślepiają, to jeszcze wcale nie dodają uroku wnętrzom, które mają rozjaśnić. Wędrując z żarówką nad głową trudno więc poczuć atmosferę tego miejsca z czasów, gdy używało się tylko świec. A wtedy musiało być tu naprawdę niesamowicie. 
 
 
 
 
 
 

 

Komentarzy: 1
27 km podziemi, czyli duchy Znojma

 

Prawie 27 km podziemi, dokładnie 26,5 km. Cztery poziomy, z czego ten najwyższy mieszkańcy Znojma drążyli przez ponad dwieście lat. Na Morawach znajduje się jedno z największych, podziemnych miast w Europie. „Kolekcjonerzy tajemnic” powinni je zobaczyć.
 
Znojmo ożywa we wrześniu. Niewielkie, zabytkowe miasteczko zamienia się na trzy dni w wielki stragan z burczakiem, częściowo sfermentowanym moszczem, który ma mniej więcej 4 do 10 proc. zawartości alkoholu. Nie powiem, że można pić go litrami, ale kilka szklaneczek naprawdę poprawia humor. Burczak sprzedawany jest w plastikowych butelkach i na plastikowe kubeczki. Taki kubeczek kosztuje od 6 do 12 Kc. W czasie festiwalu wina Znojmo odwiedza około osiemdziesięciu tysięcy turystów.
 
Na ulicach przechadzają się rycerze i damy, do miasta wjeżdża król, niemal na każdym placu, a nawet w podwórkach odbywają się koncerty. Ja jednak, przede wszystkim, chciałam, odwiedzić podziemia. Słynne na całym kontynencie.
 
Ich początek sięga trzynastego wieku. Kupcy w średniowiecznym Znojmie drążyli piwnice, które służyły im do przechowywania wina i innych towarów. Co ciekawe, archeolodzy, którzy badali te podziemia, zauważyli dość ciekawą rzecz. Między piwnicami nie było ścian, ani krat. Kupcy ufali sobie i wiedzieli, że nikt nikomu nie będzie nic podkradał.
 
No proszę, dobre obyczaje ponad wszystko. I tak, przez lata powstawało to podziemne miasteczko, które miało specjalne otwory wentylacyjne i czterdzieści siedem studni! A ponieważ czasy były niespokojne, powstawał również drugi i trzeci poziom podziemi, który w razie czego, służył jako schronienie.
 
Jedna z najstraszliwszych legend o Znojmie związana jest właśnie z czasem oblężenia i wodą. Bo, studnie, z czasem przestały dla wszystkich wystarczać. Mieszkańcy Znjmo zbudowali więc czwarty poziom, który został włączony do ciągu jezuickich wodociągów. Zaczynały się one pod kościołem i ciągnęły pod 2,5 km pod miastem. Woda, która przechodziła przez siedem studni, była tak czysta, że używano jej jeszcze w 1970 roku!.
 
W czasie Wojny Trzydziestoletniej pod miasto podeszli Szwedzi. Mieszkańcy pozabierali najcenniejsze rzeczy, zwierzęta i jedzenie i ukryli się w piwnicach. Zaczęli też grzać w podziemiach, dym zaś wylatywał przez kominy w domach, co sprawiało wrażenie, że ktoś w tych domach jest. Ku zdziwieniu Szwedów okazały się jednak puste. Mnich, który ze wszystkim zszedł do piwnic, podstępem zaciągnął kilku żołnierzy w podziemia.
 
Ponieważ wszędzie były studnie, korytarze były wąskie i ciemne, Szwedzi się potopili. Nocą, mieszkańcy wyłowili ciała i podłożyli obok śpiących na rynku żołnierzy.. Kiedy ci się obudzili, zobaczyli martwych towarzyszy, na których ciałach nie było żadnego znaku przemocy. Przerażeni, przekonani, że miasto jest pełne duchów, opuścili Znojmo.
 
Opowieści o podziemiach Znojma i legendy są ciekawsze niż same podziemia. Jedną z niewielu „atrakcji” są rozrzucone w różnych miejscach kościotrupy i dość zabawne – choć takie nie miały być w założeniu – efekty dźwiękowe. Jęki w sali tortur jakby się zacinały i więcej z tego zabawy niż przerażenia. Ale kiedy wyobrazicie sobie, jak ludzie egzystowali w tej ciemności wieki temu, jak czekali w przerażeniu, aż odejdą wrogie wojska, brrr....robi się naprawdę zimno... Do zwiedzania udostępniony został zaledwie kilometr podziemi, ale to i tak nieźle działa na wyobraźnię.
 
ZDJĘCIA:
1.Trudno sobie to wyobrazić, prawda? Pod tym miastem ciągnie się prawie trzydzieści kilometrów podziemi.
2. Tzw. przerażająca ekspozycja.
3. Mnich, który topił szwedzkich żołnierzy trochę ucierpiał na twarzy od wilgoci i starości.
4. Typowe stoisko z burczakiem, kupują wszyscy.
5. Rycerz i muzyk pokrzepić się musi, to oczywiste. Burczak sprzedawany jest w plastikowych butlach.
6. Do miasta w czasie festiwalu wjeżdża król. W jego rolę wcielił się sławny, czeski aktor, ale zabijcie mnie, nie rozpoznałam który.

 

Komentarzy: 0
Praga z ciupagą w tle

 

Nie byłam w Pradze wiele lat, więc ucieszyłam się, że jadąc na kolejny materiał, będę miała przystanek w tym cudownym mieście. Tylko jeden dzień, ale zawsze coś. Romantyczny spacer po zabytkowych uliczkach, zdjęcie na Moście Karola, knedliki w jakiejś klimatycznej knajpce.
 
Wiadomo, jeden dzień na Pragę to za mało, ani nie da się jej zwiedzić, ani nacieszyć jej atmosferą. Ale radocha będzie. Nawet pogoda sprzyjała. Chciałam po prostu przejść się po mieście i chłonąć. Jednak już po kilku krokach poczułam, że coś jest nie tak, że, chociaż staram się jak mogę, spinam się niemal, żeby poczuć magię Pragi, coś mi w tym przeszkadza. Ale co? Przede wszystkim wspomnienia.
 
Chciałam, żeby wszystko było takie, jak pamiętam sprzed lat. Niezwykłe, porywające, inne. Ale dla mnie już takie nie jest. Na Starym Mieście punkty z kebabami, sklepy z „ruskimi suvenirami”, matrioszkami, futrzanymi czapkami z gwiazdką itp. Szczytem wszystkiego są weneckie maski i ciupagi z Zakopanego. No po prostu, cudowne tradycyjne pamiątki z Czech. „To wina kupujących” – powiedział mi przy kolacji Pawel z Czeskiej Organizacji Turystycznej. „A może to wina sprzedających?”- zapytałam. „Nic na to nie poradzimy – globalizacja” – podsumował ponuro. Koło mnie przeszła wycieczka z Polski.
 
Zmęczone panie ze słuchawkami, do których sunący przodem przewodnik, przez mikrofon sączył najważniejsze informacje i daty. Panie dzielnie maszerowały za przewodnikiem i usłyszałam, jak jedna wysapuje do drugiej: „Głodna już jestem, przydałby się obiad”. „Pomęcz się jeszcze godzinę – odsapała druga – obiad o drugiej. I jeszcze trzeba kupić pamiątki”. Czy o taką turystykę nam chodzi? O taką Pragę? O bieganie z wywieszonym językiem między ciupagami i maskami z Wenecji? Czy to rzeczywiście globalizacja, czy tylko ja narzekam? Ktoś może powiedzieć, że byłam tylko chwilę i figę wiem o Pradze. To prawda, byłam tylko przez chwilę. Ale mówi się, że pierwsze wrażenie to ostatnie wrażenie. A najgorsze jest to, że pewnych rzeczy nie da się zatrzymać. Zastanawiam się, czy tylko ja tego żałuję? Może po prostu Praga jest tylko inna, ale cały czas tak samo cudowna?
 
Ps. Pani przewodnik wytłumaczyła mi, dlaczego zamkowi strażnicy na Hradczanach stoją za czymś w rodzaju barierek. Zostały ustawione kilka lat temu, bo zbyt wielu turystów chciało dotknąć strażnika, dzieci usiłowały nich rozśmieszać albo gilgotać, a strażnik musi stać poważnie, dumnie i reprezentacyjnie. Wygląda na to, że takie stanie to naprawdę ciężka praca. A strażnikom robi się więcej zdjęć niż gwiazdom filmowym.  
 
 
 
 
 

 

Komentarzy: 2