iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Pozdrowienia z Genewy w Meksyku

     Po dwunastu godzinach lotu nareszcie dotarłam do Meksyku . Trochę mnie wytrzęsło nad Atlantykiem, trudno mi się oswoić ze sporym przesunięciem czasowym, kiedy to piszę w Polsce jest 18.00 a tutaj powoli zaczyna się rozkręcać dzień.

   Z obowiązku piszę, że „pogoda ładna”, hotel, w którym śpię jeszcze ładniejszy. Reklamuje się zresztą jako najbardziej legendarny hotel w Meksyku. Nazywa się Geneva a jego wnętrza są najbardziej jaskrawym przejawem środkowoamerykańskiego przepychu. Wszędzie krzątają się pokojówki z kolorowymi miotełkami, w pokoju jestem zaledwie ze trzy godziny a już czyhają, żeby mi pościelić łóżko, ułożyć poduszki i przesunąć mydełko. Uwielbiam takie piękne, stare hotele, ale – na Miłość Boską - po trzech godzinach siedzenia na łóżku sama mogę sobie poprawić prześcieradło. Więc teraz siedzę sobie w hallu i obserwuję całą obsługę. 

    Kelnerzy i kelnerki wyglądają jak tancerze, z niesamowitą gracją przenosz gigantyczne tace i talerze. Restauracja ozdobiona jest ozdobnymi kolumnami i witrażami.

Pierwszy meksykański sandwich

    Czytam sobie o historii hotelu. Postał w 1904 roku, jako pierwszy w kraju oferował pokoje samotnie podróżującym kobietom, taksówki dla gości i osobiste toalety.. Wyobrażacie sobie, jaki to był kiedyś luksus? W 1910 właśnie w Genevie podano pierwszego sandwicha w kraju i w końcu hotel stał się tak sławny, że w pierwszym dniu rewolucji prezydent Porfirio Diaz postanowił tu zjeść kolację ze swoją rodziną. Później bywał tu Winston Churchill, słynny magnat William Hearst i Charles Lindberg, który jako pierwszy przeleciał przez Atlantyk, Marlon Brando i Paul Newman. 

    Od wielkich nazwisk może zakręcić się w głowie, ale wymienię chociaż niektóre: Gabriel García Márquez, Julio Cortázar, Luis Barragán, Franz Mayer, poza tym wszyscy prezydenci Meksyku oraz sławni sportowcy. To miejsce ma naprawdę klimat.

    „Zwykłe” pokoje nie mają może wielkiego uroku – większość ma widok na witraż w czymś w rodzaju wnęki (z drugiej strony witraża jest chyba restauracja)- ale wystarczy, że spojrzycie na lobby i korytarze tego hotelu. Są pełne cudownych staroci, stare telefony ozdabiają ściany, w gablotach obejrzałam sobie mini-muzeum broni, w innej obuwia. W głównym hallu stylizowanym na XIX -wieczną bibliotekę, wiszą wielkie obrazy przedstawiające sceny życia Jezusa, obok gigantyczne lustro w przedobrzonych pod każdym względem ramach pomalowanych na złoto. I komu to przeszkadzało? Dlaczego dzisiaj, większość hoteli chce być za wszelką cenę zimna i chromowana?

Krowa idzie na salony

      Pan, który pokzał  mi hotel, opowiada, że na pcozątku XX wieku odbyło się w nim spotkanie ambasadorów. Ambasadorowie chcieli pić mleko. Więc menager hotelu kazał przyprowadzić krowę, która stała w restauracji aż do zakończenia obrad. Gość musi mieć zawsze wszystko świeże. Dzisiaj, na „dziedzińcu” śniadaniowym śpiewają w wolierach ptaki (jestem przeciwniczką trzymania kogolwiek w klatkach, ale jak już śpiewają to niech), rano zjadłam dokładnie wszystko to, czego nie mam w domu: była świeża papaja, pachnący ananas, kiwi i melon. Sąsiad wcinał jajecznicę z ryżem, co wydaje się dość dziwaczne. Dobrałam sałatę z ogórkami i avokado. Podali też malutkie, smażone w całości ziemniaczki. I tak będzie przez następne dni. Rząd meksykański zaprosił mnie do Meksyku, żebym poznawała i kosztowała smaki i zapachy tego kraju. Dziękuję Ci meksykański rządzie. Uwielbiam swoją pracę. Mam tylko nadzieję, że nie wrócę do domu sześciokrotnie szersza.

Ps. Za chwilę kilka zdjęć z hotelu, żebyście poczuli klimat.

Komentarzy: 4
Lecę do Meksyku

 

     Lecę do Meksyku. Siedzę piątą godzinę na lotnisku w Madrycie i gapię się na walizki. Na dole od dłuższego czasu krąży po belcie samotny czerwony bagaż. Zastawiam się, skąd się biorą takie samotne walizki. Ktoś zapomniał? Doleciała gdzie indziej? Gdzie jest teraz jej właściciel?

     Ciekawe co jest w tej walizce? Kilka miesięcy temu, właśnie w Madrycie zginął mój bagaż. Wracałam, chyba z Ibizy, i cała szczęśliwa wiozłam mnóstwo śmierdzących serów. Ale panie na Ibizie nie wiedziały co to takiego Wrocław, nie miały nawet takiego miasta w systemie (pamiętacie? „Nie ma takiego miasta Londyn, jest Lądek...) i ręcznie, niezbyt wyraźnie oznaczyły miejsce, do którego moja walizka ma dotrzeć. Nie dotarła. Została sobie w Hiszpanii, gdzie sery trochę się pogrzały, po dobie doleciała do Warszawy i dalej, powtarzając moją trasę, do Wrocławia. Śmierdzące sery jeszcze bardziej śmierdziały, ale to im dodało tylko uroku. Kto lubi takie przysmaki, wie, o czym mówię. I teraz patrzę na tę czerwoną walizkę i tak sobie myślę: może jest w niej np. pasztet albo jakieś salami. Jeden z moich serdecznych kolegów pojechał w ubiegłym roku do Lizbony na BARDZO WAŻNĄ KONFERENCJĘ. Ubrał się ładnie, przygotował prezentację i nieoczekiwanie przed wyjazdem zadzwonił jego szef. Zażądał, żeby mój kolega wziął dla niego trzy kilogramy zwyczajnej polskiej. Kiełbasy, znaczy się, Kolega wziął. Szef prosi, wyjścia nie ma. I co? Walizka, bach, nie doleciała. Trzy tygodnie (choć wydaje się to niemoźliwe) tułała się zwyczajna polska po ciepłych krajach, a kiedy przyszło ją na lotnisku komisyjnie otworzyć, kolega o mało nie spalił się ze wstydu...

    Patrzę więc sobie na tę czerwoną walizkę, która jak tancerka nieśpiesznie wiruje sobie dookoła. O...właśnie przyszedł pracownik lotniska. Ufff, jaki brutalny... Nie chciałabym, żeby ktoś mojej walizce robił takie rzeczy! Przecież każda walizka ma swoją historię, prawda?  Ciekawe, czy moja doleci do Meksyku?

Komentarzy: 1
Trzy dni na skarbach

          Wiecie, czym różnią się myśliwi w Stanach Zjednoczonych od myśliwych w Rosji? Choć o polowaniach nie mam pojęcia, i raczej nie chcę mieć, wiedzę na temat tej różnicy posiadłam w pałacu w Borowej. Tam, w apartamencie wielkim jak Hala Stulecia spaliśmy z niedźwiedziem syberyjskim na podłodze, a właściwie z tym, co z niego zostało. Trochę mnie ten niedźwiedź stresował, bo leżał na drodze z łóżka do toalety. Za każdym razem, kiedy musiałam po ciemku obok niego przejść, bałam się, że wpakuję stopę w jego paszczę.

      W apartamencie po drugiej stronie korytarza na podłodze leżał niedźwiedź grizzly. Ten grizzly został zabity jednym strzałem, ten syberyjski ma ślady po serii z kałasznikowa. Syberyjskiego widzicie na zdjęciu z naszymi gośćmi z Proton Archeo, firmy zajmującej się bezinwazyjnymi badaniami geofizycznymi. Mówiąc w skrócie, taka ekipa potrafi znaleźć i zagubiony kluczyk, i Bursztynową Komnatę.  To, oczywiście w skrócie, bo Łukasz Porzuczek, który zapewnił nam sprzęt i pomoc, pewnie by mi urwał głowę za tę Bursztynową Komnatę.

     Trzy ostatnie dni spędziłam na skarbach. Jak już wiecie, namówiłam Krzysztofa Jabłonowskiego, właściciela pałacu w Borowej pod Wrocławiem i zamku w Domanicach na bezinwazyjne badania tych dwóch obiektów. To dla właściciela zabytku ważne. Bo, dzięki takim badaniom poznaje lepiej historię budynku, a przy okazji może wyjaśnić wiele jego tajemnic.

Blondynki rządzą

     Dziwny to widok, gdy na komnaty wpada kilkunastu facetów w polowych różnych armii, ciągną ze sobą wykrywacze metalu. Najpierw w piątek, zjechała fundacja Experior Labor ze Zbyszko Janiszewskim na czele i dr Moniką Łój z Akademii Górniczo-Hutniczej, subtelną blondynką, która swoją wiedzą potrafi każdego twardziela zapędzić w kozi róg. Przywieźli ze sobą georadar (dziękowałam już Adamowi Kuczyńskiemu, właścicielowi magazynu „Odkrywca” za udostępnienie tego sprzętu). W nocy nadjechał Portal Poszukiwaczy Skarbów reprezentowany przez Rafała Kruka i Piotrka Majczaka (Piotrek organizował w ubiegłym roku poszukiwania dzwonów w okolicach Włoszczowej), po nich Proton Archeo z kolejnym georadarem. Nad ranem dotarli archeolodzy i poszukiwacze z Wrocławia.

    Atmosfera takich badań jest niemalże magiczna. Wyobraźcie sobie ten piękny pałac, otoczony parkiem, wielkie pokoje, których podłogi zarzuciliśmy mapami, dyskutując całe noce o tym, co wykazały wstępne badania i czego można się spodziewać.

     „Pracowaliśmy” zarówno w Borowej, jak i w Domanicach. W Borowej szukaliśmy m.in. loży masońskiej. Niedawno właściciela pałacu odwiedzili Niemcy, który pamiętali, że niegdyś w parku odbywały się zebrania wolnomularzy. Ich uczestnicy przebierali się w pomalowanym na czarno pokoju w samym pałacu, a potem, jakimś tajnym przejściem szli na miejsce spotkań. Jeśli macie ochotę trochę więcej poczytać o tajemnicach Borowej zapraszam do bardzo ciekawej publikacji, która powstała na gorąco, tuż po sobotnim spotkaniu z dziennikarzami
http://www.naszesudety.pl/index.php?p=artykulyShow&iArtykul=7288
 

Tajne, niemieckie archiwum

      W Domanicach, natomiast, wielkim zamczysku, którego początek datuje się na XIII wiek nadacze usiłowali namierzyć pustki w samym obiekcie. Krzysztof Jabłonowski dowiedział się od poszukwiaczy skarbów, ze w zamku zostało w czasie II wojny światowej ukryte tajne archiwum, ale to wszystko co wiadomo. Dla mnie Domanice są również bardzo ważne. Z dokumentów, które otrzymała kilka lat temu, wynika, ze rzeczywiście może się tam znajdować poniemiecka skrytka. Ponieważ kilka osób podejmowało już nielegalnie próby rozkopywania zamku, właściciel postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i już dziś rano mieliśmy pierwsze wyniki badań. Już wiadomo, mniej więcej, w którym miejscu trzeba będzie szukać.
      Teraz czas wracać do rzeczywistości. Czekamy na interpretację wyników badań i za kilka tygodni wracamy na poszukiwania. 
 


Cena sławy - Krzysiek Jabłnowski opowiada o swoim zamku


Ciekawe, co jest w tej dziurze


Co pokaże georadar


Domanice - zamek pełen tajemnic


Mostek w Domanicach. Właściciel zamku mówi, że dla tego mostka kupił cały kompleks


Nie jest łatwo pracować na dachu


Pierwsze znalezisko z plastyku


Piotrek ps. Weteryna przystępuje do akcji


Porównujemy wyniki, fundacja Experior Labor i Krzysztof Jabłonowski


Proton Archeo rozprawiło się z niedźwiedziem, teraz czas na zamek


Proton archeo wkracza do akcji


Trochę się kręci w głowie


Widok z dachu zamku w Domanicach


Łąka za pałacem w Borowej, Nataszka pokazuje nam, gdzie szukać

Komentarzy: 4
Dziś ruszamy na poszukiwania

      Gdyby istniała maszyna czasu, w miejscu, gdzie kilka dni temu piłam mojito, otoczona bym była obrazami Pisarra, Renoira, Sissleya, Moneta, Cezanne’a, Degasa i van Gogha.  Ale, że jeszcze takiej maszyny czasu nie ma, w piwnicach, gdzie pewnie kiedyś była pralnia, siedziałam w sympatycznej, podróżniczej knajpce.I nie wiedziałam, gdzie siedzę.

      We Wrocławiu, przy Parku Południowym, dokładnie przy ulicy Kutnowskiej, stoi wielki dom. Do głowy by mi nie przyszło, że przed wojną mógłby być własnością jednej osoby. Dziś, w podziemiach willi mieści się restauracja „Pieprz i wanilia”, zaś w częściach „mieszkalnych” Wrocławski Medyczny Park Naukowo-Technologiczny. Niegdyś była to Landsbergerstrasse 1-3. Willa należała zaś do Maxa Silberberga, jednego z organizatorów muzeum żydowskiego i kolekcjonera. Silberberg miał ponad 260 wybitnych dzieł sztuki, w 1940 roku jego mienie „poddano aryzacji”. Kolekcjoner wraz z żoną zginął w Oświęcimiu.

    O tym wszystkim dowiedziałam się na wykładzie Magdaleny Palicy, który otworzył wielki i arcyciekawy projekt „Śląskie kolekcje sztuki”. Okazuje się, że w samym przedwojennym Wrocławiu było prawie 200 prywatnych kolekcji, autorzy projektu chcą je udokumentować i dokładnie opisać. Szczegóły znajdziecie na strone www.slaskiekolecje.eu, serdecznie polecam obejrzeć dzieła tam pokazane. Jak chociażby te „Baletnice” Edgara Degasa, które wisiały w willi przy Parku Południowym. Czy nie inaczej ogląda się domy, jeśli znamy ich historię? I to taką historię. Było mi nieco przykro, bo na wykładzie inaugurującym projekt pojawiło się zaledwie kilka osób, głównie historyków sztuki. Szkoda, dobrze wiedzieć, kto i gdzie był przed nami.
      Ale...skoro przy historii jesteśmy. Trzymajcie dziś za mnie kciuki. Po wielu perturbacjach, zaczynamy dziś badania pałaców w Borowej i w Domanicach. O tych pałacach już pisałam, Krzysztof Jabłonowski, ich obecny właściciel chciałby dokładnie poznać ich historię, poza tym Domanice są w takim stanie, że szybko trzeba się za nie wziąć.

     Badacze historii (najświeższa informacja z wczoraj) twierdzą, że w piwnicach pałacu w Borowej mogą znajdować się skrytki Hankego (nie chce mi się wierzyć, ale czemu nie?), z dokumentów, które udało mi się zdobyć, wynika, że i Domanice mogą kryć niezwykle ciekawe archiwum. Oczywiście, badanie nieinwazyjne, które zamierzamy przeprowadzić, skarbów nam nie wyciągną z ziemi i piwnic, ale wskażą miejsca, którymi w przyszłości trzeba będzie się zainteresować.  A teraz będzie trochę oficjalnie. Nasze weekendowe prace nie byłyby możliwe, gdyby nie życzliwość, a właściwie pasja kilku osób. Dziś przyjeżdżają członkowie fundacji Experior Labor, georadar mamy dzięki Adamowi Kuczyńskiemu, właścicielowi pisma „Odkrywca”, które miałam kiedyś zaszczyt prowadzić (bardzo dziękuję za ten miły gest), swój georadar i cały sprzęt przywożą również fachowcy z firmy „Proton Archeo”, wspierać nas będzie również Wortal Poszukiwaczy Skarbów. Takiej, „ponadpartyjnej” ekipy dawno nie było. O wynikach będę informować na bieżąco, oczywiście!


Sala myśliwska w pałacu


Tancerki Degasa

 

 

Komentarzy: 2
Trochę słońca z Madery

Nie wiem, co u Was widać za oknem, ale we Wrocławiu ani promienia słońca, a deszcze leje z cebra. Dlatego kilka zdjęć z Madery, które obiecałam kilka dni temu. Może coś nimi zaczarujemy?

Zwróćcie uwagę na fotografię, na której widać lotnisko na wyspie. Pas startowy wygląda, jakby został przyczepiony, prawda?

To co? Ja biorę się za pisanie, a dla wszystkich równie ciężko pracujących, miłego dnia!

 

Komentarzy: 6
Wózki z Carrefoura i Marakesz

     

     Już wiem, do czego mogą służyć wózki z Carrefoura! Te wielkie, nieporęczne, do których w niedzielne poranki całe rodziny wpychają zakupy na następny tydzień. Takie wózki spokojnie można wykorzystać do gier sportowych. Chłopcy z łąk w pobliżu naszego domu, "rąbnęli" taki wózek i ćwiczą z nim rzuty piłką do kosza, a właściciwie wózka. Jest w tym coś niezwykłego, podobne sceny widziałam w Azji i Afryce, ale nigdy na wrocławskich Krzykach.

    Ludzka pomysłowość nie zna granic. W ubiegłym roku, w Marakeszu widzieliśmy dom, którego ściany zrobione były z telewizorów. Nie, nie, nie była to żadna ekstrawagancja. Oszczędność raczej. W Wietnamie widziałam matkę noszącą dzieci i wiaderkach na wodę, które wisiała na ogromnym pałąki wbijającym się kobiecie w plecy. W Kenii wiele osób chodzi w "sandałach" z opon. Sami siebie przeszli Masajowie. Jak najlepiej zrobić sobie dezodorant w naturalnych warunkach, gdy w okolicy brak Sephory, Rossmana czy inego Douglasa? Trzeba nazbierać pachnących listków i... myślicie, że trzeba nimi pocierać ciało, żeby ładnie pachniało? O nie! Trzeba zgnieść listki w kulę, włożyć po pachy, pochodzić sobie tak z godzinkę i już nie trzeba sprayu.

   Czasem mi się wydaje, że im człowiek więcej ma, tym mniej ma fantazji. Jakoś tęskni mi się do prostych rzeczy, dawnych prostych zabawek, choć, wiadomo, z lalką Barbie, nikt nie wygra. 

Komentarzy: 0
Z Wolimierza

  

     Tzw. długi, choć wcale nie jest długi, weekend spędzamy w Wolimierzu. Dobrze, że nie uwierzyliśmy w prognozy pogody, bo zamiast włóczyć się po Dolnym Śląsku, siedzielibyśmy w domu czekając na deszcz. Dzisiaj już, co prawda, pada, ale wczoraj słońce dzielnie przebijało się spoza chmur. Zauważyłam coś niezwykłego, przynajmniej dla mnie. Poszliśmy wczoraj na wycieczkę na zamek Czocha, jakieś 10 kilometrów od Wolimierza. Piękna droga, cicha, trochę wioskami, trochę lasem. A pod zamkiem szok. Tłumy ludzi, samochodów, parkingi z trudem mieszczące wszelkie zmechanizowane pojazdy. Tak się zastanawiam, co w nas ludziach jest, że najchętniej odpoczywamy tam, gdzie jest jeszcze więcej ludzi? Tylko podeszliśmy pod zamek, cała nasza ośmiosobowa gruba powiedziała tym tłumom zdecydowanie NIE. I poszliśmy piękną drogą, na której nie było ani żywego ducha. Polecam. Dochodzicie do tamy w Złotnikach Lubańskich, jeszcze w sporym tłoku, a potem wchodzicie na niebieski szlak do zameczku Rajsko, z Rajska przez Zapustę i znowu do tamy. Po drodze mijacie przepiękne stare domy, sady, łąki. Jakiż tam jest totalny spokój, cudo poprostu.Czasem tak sie zastanawiam, po co mi się tłuc po świecie, jak u nas jest naprawdę wszystko.  

Komentarzy: 0
Wiosna, Madera i spotkacie się ze mną

     

      Nareszcie udało mi zauważyć wiosnę. Ale też nareszcie przyszła. Wiosnę zauważyłam z dwóch powodów. Po pierwsze, nareszcie (chwilowo) skończyły się różne wyjazdy i miała chwilę czasu, żeby odpocząć, po drugie, przez sznurek. Nieoczekiwanie za oknem zobaczyłam, mniej więcej dwumetrowy sznurek. Przez chwilę malowniczo zwisał za szybą, a potem jakaś magiczna siła zaczęła go wciągać powolutku, mozolnie na dach. Co za dziwny widok, taki sznurek wędrujący.

     Teraz mamy na dachu, a właściwie w rynnie na dachu gniazko, może niezbyt mądrze umieszczone, ale miejmy nadzieję, że wróble wiedzą co robią.

     Trochę słońca miałam już na twarzy na początku kwietnia, kiedy służbowo pojechałam na Mederę. Obiecałam napisać o tej wyspie, ale akurat wtedy wydarzyła się katastrofa pod Smoleńskiej i wszyscy skupiliśmy się zupełnie na czym innym. Ale też na Maderę nie poleciałam, żeby podziwiać widoki. Pamiętacie, jak w lutym tę bajkową wyspę nawiedziły nawałnice, a powodzie i błotne lawiny uszkodziły 100 kilometrów dróg? Rząd regionalny postanowił pokazać, że po dwóch miesiącach Madera może już przyjąć turystów, i że nie ma się czego bać.
Z Polski na Maderę najlepiej dolecieć z Warszawy. Najtańszy bilet w obie strony kosztuje 1500 złotych, ten kierunek obsługują sympatyczne linie TAP Portugal. Po drodze przesiadka w Lisbonie, gdzie można sobie zrobić przerwę. A potem półtoragodzinny skok na wyspę. Już samo lądowanie na Maderze jest przygodą, podobno lądują tu tylko specjalnie przeszkoleni piloci, pas jest bardzo krótki (choć kilka la temu został przedłużony), jakby przylepiony do wyspy, a niemalże obok znajduje się najnormalniejsza w świecie droga, po której jeżdżą samochody.  Teraz przesiadka do busa i jesteśmy już w Funchal, mieście, które jest ośrodkiem administracyjnym wyspy.  Po zniszczeniach nie ma prawie śladu.

     Sandra z biura promocji turystycznej wyspy, pokazywała mi koryto rzeki, które w luty m było całkowicie wypełnione błotem. Pokazywała mi z wagoników kolejki linowej miejsca po lawinach błota, które zagarnęły ze sobą domy. Domy , które – jak podkreśliła Sandra, stały w miejscach, w których stać nie powinny (zaraz mi się przypomniało budowanie domów na terenach zalewowych pod Wrocławiem). I zaraz zaczął padać deszcz. I to było niesamowite. Bo choć deszcz był spory, nie był deszczem ekstremalnym. Ale momentalnie na drogach zaczęły się tworzyć wielkie strumienie, rzeczki, w pewnym momencie musieliśmy przejechać pod czymś w rodzaju małego wodospadu. Widziałam niepewność w oczach naszego kierowcy. 

      Wszystkim więc oświadczam, że na Maderę można znów lecieć (albo płynąć, z Wysp Kanaryjskich 11 godzin) i naprawdę warto. O ile samo Funchal, miasto w końcu, nie jest dla mnie idealnym miejscem do odpoczynku to inne części wyspy są cudownie dzikie. Mieszkanie w małych hotelikach z widokiem na ocean jest również wielką przyjemnością.

       Ale o tym jeszcze opowiem, a tym, którzy nie pamiętają, przypominam, że przed nami tzw. Długi Weekend. Nie jest znowu taki długi, ale jeśli jesteście akurat gdzieś na Dolnym Śląsku, zapraszam do zamku Grodno w Zagórzu Śląskim, na spotkanie ze mną. Czekamy w zamku w sobotę od 11.00 do 14.00, a i okolica warta jest odwiedzenia.

     A tak na koniec, pałętam się po tych Maderach i innych dalekich światach, a tu dwa dni temu odkryłam piękną drogę w Górach Bystrzyckich. Kto jeszcze nie ma planów na jutro, a pragnie nieco naturalnej surowości, namawiam na wędrówkę żółtym szlakiem z Bystrzycy Kłodzkiej do Polanicy, albo na odwrót. Nie będziecie żałowac. 
 

Komentarzy: 1
Ostatnio...

        

        Wszyscy mieli tyle ostatnio do powiedzenia, że pomyślałam sobie, że ja muszę chwilę pomilczeć. Po powrocie z Madery, niemalże tuż przed wulkanem, zaczął się dziennikarski kocioł i dopiero teraz miała być chwila odpoczynku. Ale, jak pisał Wegiliusz, "bogowie zdecydowali inaczej" i rzuciło mnie w Puszczę Knyszyńską. Spokojnie tu, jakby poza problemami świata. Tylko smsy od kolegów przypominają, że życie pędzi jak szalone. Utknąłem w Marakeszu, jestem w Madrycie, nie mogę wydostać się z Lisbony, muszę jeszcze siedzieć w Nepalu....- alarmują przyjaciele, ale gdzieś tam w tle widzę w tych smsach uśmiech. Przyjemniej utknąć w Madrycie niż pracować w Warszawie, prawda? Z Puszczy Knyszyńskiej da się niestety wyjechać w każddej chwili.  

Komentarzy: 0
Z Madery...

    

     Ten wyjazd jest wyjatkowo smutny. Wszyscy skladaja nam kondolencje, portugalskie gazety poswiecaja wiele miejsca temu co sie stalo. Wieczorami ogladamy CNN, rodziny i znajomi bez przerwy relacjonuja nam, co dzieje sie w Polsce. Moja przyjaciolka napisala do mnie SMSa: Asia, a ty wierzysz w Boga? Napisala go, nie zeby sie dowiedziec, ale po to zeby pokazac, jak bardzo jest bezradna. Jak bardzo wszyscy jestesmy bezradni stajac w obliczu takich tragedii.

 

Komentarzy: 1
5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 |