iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Drzwi do pamiętania

 

„Czas nagli wędrowcze. O wspomnienia proszą. Przekrocz próg Domu, którego może i nie ma. Czuj się zaproszony” – taki napis znalazłam na drzwiach w środku pola. Te drzwi nie leżały, nikt ich tu nie porzucił, po prostu stały, wystarczyło nacisnąć klamkę, żeby wejść z pola na....pole. Są drzwi, ale nie ma domu. Nie ma nawet po nim wspomnienia, płotu, kamienia, dróżki. Tylko te samotne drzwi, które wyglądają po prostu surrealistycznie. Tajemniczo, ale i bardzo smutno. Drzwi do pamiętania, choć zostały postawione stosunkowo niedawno. Przypominają o miejscach, w których niegdyś tętniły życiem łemkowskie wsie.
 
Przez te drzwi przeszłam podczas wyjazdu w Beskid Niski. W okolicach Gładyszowa zagnało nas na boczne ścieżki i tak znaleźliśmy drzwi. Radocyna, Lipna i Czarne, tych wsi już nie ma. Na drzwiach, które są dziś symbolicznym wejściem do tych wiosek można przeczytać o tym, jak kiedyś wyglądały tu domy, ilu mieszkało ludzi, jak się nazywali, gdzie się modlili. To jeszcze potęguje dziwne uczucie wejścia do krainy duchów.
 
Wieś Czarne. W 1936 roku mieszkało tu 300 prawosławnych, 1 katolik obrządku wschodniego, 4 katolików obrządku łacińskiego i jeden Żyd, który prowadził sklep. Podczas II wojny światowej część mieszkańców była na robotach w Niemczech, a potem wyjechała do Ameryki. Zaraz po wojnie część wioski „dobrowolnie” wyjechała na Ukrainę, a w 1947 roku, w ramach akcji „Wisła” pozostałych 11 rodzin wywieziono na Dolny Śląsk, w okolice Legnicy i Ścinawy. Do dziś zostały cmentarze, przydrożne kapliczki i te drzwi. Nic więcej. Ale te drzwi mówią więcej niż sto muzealnych wystaw. Wystarczy odrobina wrażliwości, żeby chciały rozmawiać. 
           
Świetny pomysł z tymi drzwiami. Niezwykły. Zastanawiam się, czy sprawdziłby się na Dolnym Śląsku? Na przykład w miejscach, gdzie niegdyś stały zamki, a dziś zostało po nich kilka kamieni. Warto przecież pamiętać. „To istotne ukryte gdzieś. Przekrocz próg Domu. Koło pieca szukaj. Tam życiodajne źródło jest” – to powiedziały mi drzwi w Lipnej.

 

Komentarzy: 4
Jak Stokrotka jeździła na wrotkach

Jest taka scena w tym filmie: kończy się XIX wiek. Piękna Daisy of Pless wraz z młodym i równie pięknym maharadżą jeździ na wrotkach po błyszczących posadzkach bajkowego pałacu. Daisy, czyli Stokrotka przyjechała do Indii razem z mężem, Janem Henrykiem XV von Hochbergiem, do którego rodziny należał jeden z największych majątków w ówczesnej Europie; dobra pszczyńskie, m.in. browar w Tychach i wałbrzyskie. W Indiach Hochberg często wyjeżdża na polowania. Daisy szaleje więc na wrotkach, i to w długiej sukni. Nagle upada na ziemię, a maharadża bierze ją w ramiona i niesie na łoże (słowo „łóżko” jakoś nie pasuje do dalekowschodniego pałacu). Podczas rekonwalescencji, maharadża zakrada się nocami do Daisy, żeby patrzeć na nią i adorować w milczeniu.
 
No to jest po prostu babskie kino! Ckliwe i romantyczne. Ale też scena jest filmowa i dotyczy jednej z najbarwniejszych postaci w historii Dolnego Śląska, urodziwej Mary Theresy Olivii Cornwallis-West, która poprzez małżeństwo stała się panią na zamku Książ. Zdania na temat Daisy są podzielone. Niektórzy, tak jak maharadża ją adorują, inni twierdzą, że jej jedynym atutem była uroda. Wszyscy muszą jednak się zgodzić, że życie Daisy było wyjątkowo ciekawe i pełne takich kinowych obrazów. Bardzo trudnego zadania pokazania tego życia podjęli się Maciej Kieres i Marcin Bradke (Marcin jest też autorem scenariusza) i wczoraj na salach zamku Książ odbyła się premiera filmu o życiu księżnej. Ma on tytuł „Daisy” i jest naprawdę zaskakujący. Autorzy wybrali mało znane wątki z życia Stokrotki, jak chociażby scena z wrotkami, ciekawie pokazali czasy, a właściwie kilka epok, w których przyszło żyć księżnej, cudownym pomysłem zaś jest to, że o jej dziejach opowiada jej przyjaciółka i opiekunka, Dolly. Panowie, trochę Wam zazdroszczę, i ciekawostek, które powyciągaliście, i dobrego filmu i świetnej zabawy przy jego realizacji.
 
Życie księżnej w telegraficznym skrócie: Daisy miała siedemnaście lat, kiedy stanęła przed ślubnym ołtarzem w Opactwie Westminsterskim. Jej pierwsze dziecko, córeczka, której imienia nie znamy, zmarła po kilku tygodniach. Księżna urodziła jeszcze trzech synów, zaś jej małżeństwo rozpadło się w 1923 roku. Książę ożenił się z młodą hiszpańską arystokratką, jednak i ten związek się rozpadł po 11 latach, gdy okazało się, że owa dama uwiodła najmłodszego syna Henryka i Daisy. W czasie I wojny światowej Stokrotka pracowała w szpitalach polowych. W czasie II wojny światowej została wysiedlona z zamku Książ, zmarła w Wałbrzychu 29 czerwca 1943 roku. Prawdopodobnie od lat chorowała na stwardnienie rozsiane. Przez wiele lat, podobnie jak jej matka w młodości, uważana była za jedną z najpiękniejszych kobiet Europy. Zauważył to sam cesarz Wilhelm II, a nie wątpię, że również wielu innych panów. Zagadką do dziś pozostaje, gdzie znajdują się jej szczątki. Prawdopodobnie – autorom filmu również nie udało się tego do końca wyjaśnić – ciało księżnej zostało przeniesione na cmentarz ewangelicki w Szczawienku, cmentarz zaś został zlikwidowany ponad trzydzieści lat temu.  
 
Film „Daisy” będzie można oglądać m.in. w zamku Książ. Jestem przekonana, że będzie się cieszył powodzeniem. Już wczoraj zabrakło miejsc na pokazie, film był więc wyświetlany równolegle w trzech salach.
Fot. WIKIPEDIA

Komentarzy: 6
Skarby Trzebieszowic

Zadzwonił Janusz Witek z Łużyckiej Grupy Poszukiwawczej i stwierdził: ty Asia już chyba coraz mniej wierzysz w skarby. Nieprawda. Wierzę, ale w inne. Takie, jak te, o których zaraz opowiem. 
 
Jeden z Czytelników napisał do mnie w sprawie Trzebieszowic. Ten wielki obiekt stoi przy drodze Kłodzko-Lądek Zdrój i w XIX wieku wraz z parkiem uchodził za jedno z najpiękniejszych założeń w okolicy. Niewiele wiadomo o tym, co działo się w pałacu zaraz po II wojnie światowej. Na ogół pisze się, że został ograbiony przez radzieckich żołnierzy, że nie wiadomo, co stało się z całym wyposażeniem, meblami i obrazami. Stara śpiewka. Powojenni właściciele i przeznaczenie pałacu, odbywały się tu m.in. kolonie, nie pomagały pięknym wnętrzom. Dziś trudno przywołać obraz tego zabytku sprzed lat, pamiętam jeszcze jak kilkanaście lat temu straszył ściankami działowymi, które z przestronnych pomieszczeń zrobiły małe pokoiki, pamiętam „artystyczną” kratę przed barem (chyba to był bar?).
 
Teraz jest tu luksusowy hotel. Pałac jest piękny jak z obrazka, elegancki, błyszczący, ale brak mu tej patyny, którą lubię i która sprawia, że tajemnica ma się gdzie ukryć. Na szczęście nie ma ścianek działowych, bo za tymi tajemnica nie przepada. Z tym większym zainteresowaniem przeczytałam, że czasie II wojny światowej Niemcy przywieźli właśnie do Trzebieszowic 20 tys. judaików zagrabionych w Polsce. To dla mnie zupełnie nowa informacja.
 
Kolejna jest również ciekawa. Przekazał mi ją właśnie Czytelnik. Oto fragment listu: „Mój śp. Tato zakończył w tym zamku swoje wojowanie. Jak wielu Polaków brał udział w walkach 2 Armii WP. Swoją wojnę zakończył wraz z 36 pułkiem piechoty w Kłodzku - a ściślej w Kuntzendorfie (Trzebieszowicach), gdzie stacjonowała bateria artylerii pułkowej.  Tato, stopniu ogniomistrza podchorążego był szefem sztabu baterii (i zastępcą dowódcy - Rosjanina). Tutaj odbyło się wesele moich Rodziców. Tato w 1975r. pojechał ze mną do Trzebieszowic i oprowadził mnie po zamku.
 
Zamek w owym czasie był domem wypoczynkowym Ministerstwa Rolnictwa. Z opowiadania Ojca wynikało, że w momencie objęcia zamku przez Wojsko Polskie w czerwcu 1945r, całe wyposażenie zamku było nietknięte. Były obrazy i arrasy oraz całe, bogate wyposażenie wnętrz. Wg opowiadania Ojca, w lipcu lub sierpniu przybyła na teren zamku komisja rewindykacyjna z Warszawy. Dokumenty były prawdziwe i nie wzbudzały podejrzeń. Całe wyposażenie zamku - głównie obrazy meble i inne dzieła sztuki zostały zapakowane - z pomocą żołnierzy - na ciężarówki i powiezione do Warszawy - tak przynajmniej informowali owi panowie. To co mi Ojciec pokazywał nawet nie można nazywać smętnymi resztkami. Chociaż i tak zamek miał szczęście bo nikt nie składował w nim nawozów sztucznych.”. Rozpuściłam wici po kolegach i archiwistach i przynajmniej ci, z którymi rozmawiałam, nie mają żadnych dokumentów, które potwierdzałyby, że rzeczywiście do Trzebieszowic dotarła w tym czasie jakakolwiek komisja rewindykacyjna. Ot, ciekawostka. Dokąd pojechało wyposażenie pałacu w Trzebieszowicach? Kolejna łamigłówka do rozwiązania. Chyba, że ktoś, kto to czyta, zna odpowiedź. Taka odpowiedź to prawdziwy skarb.
 
Zdjęcia:
Fot. Krzysztof Góralski
1.      Park wokół pałacu uchodził na jeden z najpiękniejszych na Dolnym Śląsku.
2.      Wnętrze pałacu, piękne i luksusowe.

Komentarzy: 2
Tajemnica wejścia, którego nie ma

Prawie każdy dolnośląski pałac albo zamek ma taką historię. W 1945 roku wchodzą Rosjanie, szabrują, pakują, wywożą, podpalają. Giną bezcenne dzieła sztuki, meble, całe wyposażenie.
 
Rosjanie wycierają buty w cenne płótna (to opowieść z Kamieńca Ząbkowickiego), strzelają do kryształowych luster (wspomnienie z Karpnik), tną w paski dywany, bo nie mieszczą się w samochodach (okolice Kraskowa). Każdy, kto choć trochę interesuje się historią Dolnego Śląska zna setki takich opowieści. Tym bardziej zainteresowała mnie historia, która ma swój ślad w dokumentach, a związana jest z zamkiem Grodno (ciągle wraca do mnie ten zamek). W czerwcu 1947 roku do zamku, przez tylną bramę, miało wejść stu radzieckich żołnierzy, którzy zagrabili znajdujące się tam ciągle zbroje. Informacja ta była prawdopodobnie zmyłką, chodziło o „zwalenie” na Rosjan wcześniejszych, polskich kradzieży z zamku. Mnie jednak zaintrygowało w tej informacji coś zupełnie innego, to, że Rosjanie weszli „przez tylną bramę”.
 
O innych, nieznanych wejściach do Grodna często opowiada się przy piwie. Legenda nabrzmiewa. Bardzo ciekawą informację przekazał mi kilka lat temu Łukasz Kazek, niegdyś pracujący właśnie w Grodnie. Pod koniec lat 30. XX wieku w zamku miały odbywać się obozy niemieckiej młodzieży. W czasie jednej z takich „imprez”, odbywających się o zmierzchu, któryś z chłopców poszedł gdzieś w głąb zamku i zniknął. Znaleziono go po kilku godzinach poza obrębem murów, poturbowanego. Prawdopodobnie gdzieś upadł, może uderzył się, nic więcej nie wiem. Podobno miał wyjść jakimś przejściem, które zostało uznane za niebezpieczne i zamurowane. To wszystko, czego udało mi się dowiedzieć o tej sprawie (no, może nie tak wszystko, ale resztę chcę sobie zostawić do książki). Czy to kolejna legenda o zamku, która świetnie wpisuje się w jego różne tajemnicze dzieje? Zawsze wydawało mi się, że tak. Ale skoro już po wojnie, poważny urząd nie neguje istnienia drugiego wejścia do zamku, to znaczy, że ono istniało. Pytanie tylko gdzie?
 
Być może to, co teraz piszę czyta ktoś, kto w tamtych czasach miał możliwość oglądania zamku i podpowiedziałby, gdzie szukać tego wejścia. Kolejna tajemnica tego niezwykłego i mojego ulubionego zabytku, zostałaby wyjaśniona.

Komentarzy: 3
Skarby zamku Grodno , czyli trochę ze starych gazet

 

Notatka z powojennej gazety do dzisiaj działa na wyobraźnię. Już sam tytuł jest niezły: „Milionowy skarb w grobowcu zaprowadził sołtysa do obozu”. Autor, podpisujący się jedynie literką E pisze o zakończeniu dochodzenia „przeciwko sołtysowi gromady Choina, który w latach 45 – 46 przywłaszczył sobie mienie poniemieckie ukryte przez Niemców w grobowcu cmentarnym w Choinie. W grobowcu tym znajdowało się wiele futer, biżuterii, złota i kuponów materiałowych łącznej wartości 2 milionów złotych”. Sołtysa, który częściowo przyznał się do winy Główna Komisja Specjalna w Warszawie skazała na 2 lata obozu pracy przymusowej.
 
Choina to oczywiście dzisiejsze Zagórze Śląskie nad którym góruje zamek Grodno.
 
Druga informacja gazetowa jest jeszcze ciekawsza, zaś jej autorem jest Stanisław Warzecha, znany przewodnik sudecki. Niestety, nie jestem w stanie podać źródła , w którym znalazł się ten niezwykle ciekawy artykuł, być może sam Autor zechce mi pomóc albo ktoś z Państwa. Oto jego fragment: „Jeden z mniejszych oddziałów Armii Czerwonej pod dowództwem płk. Wiaczesława Iwanowicza Moskwina w pogoni za uciekającymi oddziałami faszystów zatrzymał się w 1945 roku po kapitulacji III Rzeszy w Berlinie w Zagórzu Śląskim”.
 
Żołnierze radzieccy zameldowali swojemu dowódcy o ciekawym odkryciu, mianowicie na strychu dzisiejszego sanatorium „Poranek” znaleźli zakurzone i w nieładzie bezcenne skarby kultury polskiej, pozostawione przed wywiezieniem do Niemiec. (....) Były tam skradzione przez faszystów z różnych miast polskich i tam złożone już bez złoconych ram obrazy, które były dziełami największych polskich malarzy: Jana Matejki, Aleksandra Gierymskiego, Stanisława Lentza, Józefa Brandta, Wojciecha Gersona i wielu, wielu innych.
 
Płk. Moskwin rozkazał podkomendnym sporządzić wielkie paki i skrzynie, aby pomieścić w nich znalezione skarby, a następnie przywieźć je do starannej konserwacji w pracowni konserwatorskiej przy Muzeum w Leningradzie. W lipcu 1946 roku zapakowane dzieła; 163 złoconych ram, pięknie oprawionych w skórę książek, rulony szkiców i rysunków w 213 wielkich pakach na 6 samochodach ciężarowych powędrowały do Leningradu”. W skrzyniach był m.in. „Stańczyk” Jana Matejki i „Wyjazd Jana III Sobieskiego z Wilanowa” Brandta.
 
Obrazy te, powróciły do Polski w latach 50. XX wieku, a trzy kolejne w 1968 roku. W 1956 roku opisał tę historię „Wieczernyj Leningrad”, opowiedział ją również sam Moskwin, kiedy odwiedził po wojnie zamek Grodno. Sprawa jest znana i ciekawa z bardzo wielu względów, teraz jednak skupmy się na samym zamku.
 
W „Słowniku Geografii Turystycznej Sudetów” znajduje się informacja, że skarby polskiej kultury zostały odnalezione w budynku bramnym zamku Grodno. Pan Stanisław Warzecha jako miejsce lokalizacji podaje sanatorium „Poranek”, które mieściło się w pałacu pod zamkiem. Ale to jeszcze nie koniec. Choć ta informacja nie ma potwierdzenia w dokumentach (w przynajmniej w tych, z którymi udało mi zapoznać), zamek Grodno miał być składnicą muzealną konserwatora z Berlina. Witold Kieszkowski odpowiedzialny od lipca 1945 roku za akcję rewindykacyjną twierdził, że zbiory z zamku zostały rozgrabione jeszcze czasie wojny. Pod koniec 1947 roku do zamku przyjechał natomiast referent Kultury i Sztuki wraz ze swoim czeskim odpowiednikiem, którego zadaniem było sprawdzenie, czy nie znajdują się tam dzieła sztuki wywiezione z Pragi. Zaraz po wojnie w Grodnie było jeszcze sporo zabytkowych przedmiotów, które systematycznie się rozpraszały. Ale to już temat na kolejną historię.
 
Podczas ostatniej konferencji w pałacu Jedlinka, o której już pisałam, Robert Kmieć zadał pytanie, na które wielu z nas chciało by poznać odpowiedź: skoro jest tyle opowieści o ukrytych „skarbach”, dlaczego, mimo wielkiego postępu jeśli chodzi o specjalistyczny sprzęt, ciągle ich nie znajdujemy? Zastanawiam się, na przykładzie Grodna, czy przywiezione tam w czasie wojny rzeczy (cokolwiek by to było: dokumenty, dzieła sztuki, depozyty) miałyby szanse przetrwać do dzisiaj i czekać na odkrywców? Los Grodna nie jest odosobniony, wiele zamków i pałaców Dolnego Śląska zostało już dokładnie przetrząśnięte, wiele po prostu okradzione. Pałacowe meble stoją dziś w wielu prywatnych domach, a czasem „przez zasiedzenie” w państwowych instytucjach. Ale, jak już wielokrotnie mówiłam, w takich historiach chodzi o dokumentowanie przeszłości, może więc szukać pewnych śladów należy zupełnie gdzie indziej?
 
1.      Wnętrza zamku Grodno na początku XX wieku,.
2.      Wjazd do zamku.

 

Komentarzy: 0
Gdzie są skarby Eriki?

 

Od wielu już lat łapię się na tym samym. Podczas poszukiwań jak zahipnotyzowana stoję nad chłopakami wywijającymi łopatą, nad koparką wyrywającą wielki dół albo nad jakimś eksploratorem mozolnie robiącym dziurę w ścianę. Choć rzadko jest coś na końcu takiej dziury, nigdy nie znudziło mi się to stanie i patrzenie na pasję, z jaką poszukiwacze dążą do celu. Tak było i teraz.
 
W pałacu Jedlinka spotkaliśmy się pogadać, wziąć udział w konferencji „Historia moją pasją i przygodą”, wypić za zdrowie Roberta Kmiecia, który przywiózł cały, niezbędny do poszukiwań sprzęt i właśnie w Jedlince obchodził urodziny. Ale przyjechaliśmy też odnaleźć trzy skrzynie, które Erika Boehm z pałacu Jedlinka kazała ukryć tuż przed końcem II wojny światowej.
 
O tych skrzyniach wspominałam już wielokrotnie, ale teraz miejsce ich ukrycia wskazał członek rodziny mieszkającej niegdyś w pałacu. Próbę przebadania terenu podjęła ekipa Adam Sikorskiego z programu „Było nie minęło”, a całą imprezę zorganizował Łukasz Kazek, wielki miłośnik i znawca historii Gór Sowich. Georadar pokazał dokładnie miejsce, w którym doszło do jakiejś ingerencji w ziemi, właściwie trzy takie miejsca, wszystkie jednak okazały się pudłem. Skrzyń nie ma, ale, moim zdaniem nie powinno ich tam już być.
 
Jeżeli zostały ukryte tam gdzie wskazuje pan Boehm, to łatwo je było namierzyć, albo radzieckim żołnierzom, albo szabrownikom, albo po prostu mieszkańcom okolicy. Miały bowiem zostać ukryte tuż obok zabudowań gospodarczych. Zresztą są tacy, którzy twierdzą, że jedna z trzech wspomnianych w rodzinnych pamiętnikach skrzyń, została już odnaleziona, zaś to, co było w środku, najprawdopodobniej przepadło. Pytanie; czy wszystkie trzy zostay złożone razem, czy też nie?
 
Mniejsze i większe znaleziska z Gór Sowich z ostatnich lat, które co prawda, nie są Bursztynową Komnatą, ale uzupełniają historię tych okolic, dają nadzieję, że może te „skarby” Eriki jeszcze gdzieś czekają. Bo wbrew pozorom, ludzie znajdują – najczęściej przez przypadek - ale wszyscy wiemy jak jest, więc o niektórych znaleziskach nie słychać w ogóle. Czasem tylko znajdzie się ktoś, jak teraz w Jedlince, kto nieoczekiwanie wyciąga dokładną mapę okolic Wałbrzycha z zaznaczonymi bocznicami kolejowymi z czasów wojny (kłania się „złoty pociąg”, o ile istniał), albo ktoś, kto „sprzedaje” informację o ukrytych na jednym z podwórek dobrach rodziny Manfreda von Richthofena, czyli słynnego Czerwonego Barona.
 
Takie informacje dają ciągle nadzieję na poszerzenie wiedzy o historii naszego regionu. Nigdy nie rozumiałam ludzi szukających dla pieniędzy, naprawdę emocjonujące jest poszukiwanie historii, opowieści, śladów ludzi. A czasem bywa i tak, jak teraz w Jedlince. Magda, żona Łukasza Kazka, po prostu w tym całym zamieszaniu zgubiła obrączkę. I choć nie udało się znaleźć tajemniczych skrzyń, znalazła się, na szczęście, obrączka. I to się nazywa skarb!
Komentarzy: 2
Widzimy się w Jedlince?

 

Wszystkich, którzy chociaż trochę lubią historię, zapraszam w sobotę do pałacu Jedlinka, gdzie odbędzie się spotkanie na którym będziemy rozmawiać o historii, eksploracji, a po opowieściach, weźmiemy się wszyscy do pracy i poszukamy skrzyń ukrytych przy pałacu pod koniec II wojny światowej. 
 
Impreza zapowiada się naprawdę ciekawie, ja szczególnie jestem ciekawa, czy te skrzynie rzeczywiście pozwolą się odnaleźć. Miejsce ich ukrycia wskazały zarówno badania bezinwazyjne, jak i przedstawiciel mieszkającej niegdyś w Jedlince rodziny. O efektach za kilka dni, chyba, że zechcecie przyjechać i osobiście przekonać się, czy łatwo odkryć skarb.

 

Komentarzy: 3
Mesjasz w Mniszkowie

            Był wyjątkowo barwną postacią. Obiecywał nieśmiertelność, usiłował uzdrawiać, urządzał rytualne orgie, pozyskiwał dla swojej sprawy władców. Ubogi chłopak z żydowskiej rodziny skończył jako pan z własnym zamkiem, zastępem służących, niewielką armią i gigantycznym tłumem wyznawców.
 
Od kilku dni można oglądać o nim film. Wyreżyserował go Adrian Panek, który po raz pierwszy usłyszał o Jakubie Franku jeszcze w szkole średniej. Czesław Miłosz pisał o nim w „Historii literatury polskiej”. Film ma tytuł „Daas” i jest debiutem młodego reżysera. I muszę dodać, bardzo udanym debiutem.
 
Jakub Frank to postać wyjątkowa i mało znana. Urodził się w 1726 roku na Podolu. Miał 28 lat, kiedy założył szkołę religijną, w której głosił, że sam jest Mesjaszem. A jako, że odrzucał Talmud i uznawał chrzest jako warunek zbawienia, kościelni hierarchowie uznali, że nawrócenie Mesjasza byłoby dla Kościoła prawdziwym sukcesem. Tymczasem Frank zmieniał wiarę kilka razy. W Turcji przeszedł islam, po jakimś czasie przyjął chrzest - jego ojcem chrzestnym został sam król August III - umarł jako wyznawca prawosławia. Tworząc sektę frankistów, obiecywał swoim wyznawcom nieśmiertelność, nauczał, że „droga do komnat świętości wjedzie przez bramy rozpusty”. Stąd orgie, wymiana żon i instytucja „dwunastu sióstr”.
 
Kiedy, podczas epidemii, frankiści zaczęli jednak umierać, rozczarowani donieśli na mistrza, Jakub został skazany na więzienie i osadzony najpierw w klasztorze kamedułów na Bielanach, a następnie na Jasnej Górze. Spędził tam 13 lat życia, odwiedzała go tam żona, odbywały się rytuały z dwunastoma siostrami, które nocowały na terenie twierdzy, powiększała się grupa wyznawców. W twierdzy żona Franka urodziła mu syna, a potem kolejne dzieci. Po wyjściu z więzienia Mesjasz, wraz z piękną córką przybył do Wiednia, gdzie udało mu się uzyskać audiencję u Marii Teresy i jej syna Józefa II. Frank usiłował przekonać władczynię, że jest w stanie przekonać wyznawców judaizmu do nawrócenia się na katolicyzm. Niebagatelnym argumentem była obecność uroczej córki, która wkrótce prawdopodobnie została kochanką Józefa II. Mając takie plecy, Frankowie zaczęli żyć jak królowie. Na ulicach Wiednia pojawiali się otoczeni orszakiem ułanów i kozaków. Utrzymywali własny dwór.
 
O tym właśnie okresie w życiu Mesjasza opowiada „Daas”. Wystąpiła w nim cała plejada naszych znakomitych aktorów, trzeba więc pogratulować reżyserowi siły przebicia. Nazwiska mówią same za siebie: Danuta Stenka, Jan Nowicki, Maciej Stuhr, Mariusz Bonaszewski, Robert Gonera, Andrzej Chyra, zresztą nie ma co wymieniać w nieskończoność, trzeba na ten film pójść. I nie tylko dla niezwykłego tematu i pięknych, nastrojowych zdjęć Arkadiusza Tomiaka, ale przede wszystkim dla miejsc, które każdy, kto podróżuje po Dolnym Śląsku rozpozna z łatwością. 
 
Bo historia Jakuba Franka jest o wiele bardziej zawiła, niż opisałam to tutaj. Zapraszam do lipcowego numeru „Focusa Historia”, gdzie ukazał się obszerny artykuł na ten temat, a także wywiad z Janem Doktórem, który o Franku wie chyba wszystko. Film oglądałam pewnie trochę inaczej niż wszyscy, bo cały czas szukałam znanych mi miejsc. Przede wszystkim zagrał w filmie mój ukochany Mniszków w Rudawach Janowickich. W dworze państwa Krajewskich kręcone były sceny, które dzieją się w polskim domu jednego z głównych bohaterów. Dwór widać tu z tyłu, po sąsiadującej z zabytkiem łące hasa konno Robert Gonera. Równie pięknie, mrocznie, niezwykle sfilmowane zostały wnętrza! Dodatkowo, cudem wypożyczone w sąsiednim gospodarstwie kury prezentują się bardzo godnie.
 
Mglista i deszczowa pogoda sprzyjała twórcom filmu, Mniszków okazał się idealnym miejscem na dramatyczne przygody bohaterów. Sceny pałacowe powstawały w Książu, w Mosznej i w Leśnicy, Wrocław natomiast zagrał Wiedeń. Wprawne oko wypatrzy m.in. nasz Plac Uniwersytecki. Galeria zdjęć z filmu na stronie http://www.daas-film.pl/galeria.html, a ja, jak zwykle, namawiam do wizyty w Rudawach Janowickich. Można zajrzeć nie tylko do Mniszkowa i dworu z „Daas” ale obejrzeć jeden z siedmiu, właśnie wybranych cudów Polski. Na trzecim miejscu tej listy znalazły się Kolorowe Jeziorka i Rudawy Janowickie. Tak, na zdjęciu Krzysztofa Góralskiego, Sokoliki wyglądają z Miedzianki. Pięknie, prawda?

Komentarzy: 0
Barki, które lubię

Woda najbardziej odpowiada mi w wannie. Nie mam w sobie nic z wilka morskiego, dlatego z radością przyjęłam nową atrakcję na kulinarno-kulturalnej mapie Wrocławia, jaką jest Barka Tumska.

Największą atrakcją barki jest dla mnie to, że stoi w miejscu, tuż przy Hotelu Tumskich, obok Ostrowa Tumskiego, nigdzie nie odpłynie, a poza tym jest tu naprawdę świetne jedzenie i pyszna kawa. Wnętrza eleganckie jak na transatlantyku, a i widok stąd godny. Po hucznej zabawie, można jeszcze rano podejść na plac Bema i kupić słynnego „rycerza”, czyli ten fantastyczny chleb Rycerski na zakwasie, który sprzedają przecież tylko tam.

Choć Barka Tumska stoi teraz w miejscu, to płynęła do Wrocławia prawie sto kilometrów po Odrze i długo czekała na swoje otwarcie. Szkoda więc, że nadchodzą coraz zimniejsze dni, bo miło siedzi się na odkrytym, górnym pokładzie, choć restauracja, Messa Kapitańska i Messa Oficerska są jak najbardziej, również godne polecenia.

W czwartki można tu posłuchać muzyki, a w każdą ostatnią niedzielę miesiąca zobaczyć spektakl Teatru Lalek „Nawiedzony Młyn”. Mam taką cichą nadzieję, że to kolejny etap romansu Wrocławia z wodą, tak ciągle przez nas niewykorzystaną. Wystarczy spojrzeć na zdjęcia. Ileż taka barka dodaje uroku okolicy, rozumieją to w Amsterdamie, więc może i my to w końcu dostrzeżemy? .

 

Komentarzy: 0
W malowanej piwnicy

 

Podziemia niejedno mają imię. Na Morawach trafiłam do Šatova koło Znojma i zeszłam pod ziemię w zupełnie dziwne miejsce. To oczywiście piwnice do przechowywania wina, chociaż miejscowe legendy mówią, że powstały z zupełnie innego powodu. Jaki to powód? Podobno tajemnica.
 
Wchodzi się do nich przez mały, biały domek, w którym można skosztować tutejszego wina i zjeść coś bardzo małego. Piwnice pochodzą z końca XIX wieku, znajdują się 18 metrów pod ziemią. Wąskie schody ostro schodzą w dół, a na dole.... Wszystko pomalowane w nieco naiwny sposób, ale z jaką pasją. Maximilian Appeltauer, mieszkaniec Šatova malował ściany z piaskowca przez 36 lat, sam, korzystając jedynie ze światła świec. Zaczął w 1934 roku.
 
W czasie II wojny światowej. stracił wtedy rękę, postanowił skończyć jednak dzieło jedną ręką. I tak, na ścianach zostały syreny, skrzaty, widoki Alp, jest nawet malowidło, na którym na samym początku był Hitler, później zostało przemalowane. Miejscowa legenda mówi zresztą, że Hitler był w tych podziemiach, wizytował je...ale czy mu się podobało, nie wiadomo.
 
Appeltauer skończył swoją piwnicę w 1968 roku, zmarł zaś cztery lata później. Miał marzenie, żeby malować dalej, ale się nie udało. Podziemia są dość spore, tzw. regularne zwiedzanie trwa tu ponad godzinę. Wszystko trochę tu przypomina scenografię do filmu o świecie skrzatów. Nie wiem, czemu, ale większość czeskich podziemi jest oświetlona w wyjątkowo dramatyczny sposób. Gołe żarówki, nie dość, że oślepiają, to jeszcze wcale nie dodają uroku wnętrzom, które mają rozjaśnić. Wędrując z żarówką nad głową trudno więc poczuć atmosferę tego miejsca z czasów, gdy używało się tylko świec. A wtedy musiało być tu naprawdę niesamowicie. 
 
 
 
 
 
 

 

Komentarzy: 1
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |