iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Książę Karol jednak kupuje!

Strona Studenckiego Koła Przewodników Sudeckich we Wrocławiu (www.skps.wroclaw.pl) „doniosła”, że Karol, książę Walii podjął ostateczną decyzję i wyremontuje (a właściwie jego fundacja) zrujnowany dwór w Ścinawce Górnej – Sarny. No i chwała księciu oraz wszystkim mocom w Niebie i na Ziemi.

O Ścinawce Górnej, której częścią od wieków był majątek Sarny pisałam w książce „Zamkowe Tajemnice”. Zaniedbany to zabytek, biedniutki, ale piękny, jego urok trzeba jednak odkrywać powoli.

Nieco poniżej dworu stoi barokowy dom, oficjalnie znany jako Zespół Pałacowo-Parkowy Sarny w Ścinawce Górnej. W tej rezydencji wszystko jest jak trzeba: biała dama, wielkie komnaty, starodrzewie ciągnące się po horyzont i tajemnicze podziemia. Park przypałacowy łagodnie pnie się ku dworowi, tworząc niezwykle malowniczą kompozycję. W „pałacu” mieści się niewielki pensjonat, może jeszcze nie do końca dopracowany, ale z fajnym klimatem. Cudowny jest tamtejszy park, również wymagający wiele pracy, ale cóż... realia są takie jakie są. Nas jednak interesuje dziś zrujnowany dwór.

Sarny przez wieki niezwykle często zmieniały właścicieli. W 1866 roku urodził się tu jeden z najbardziej znanych i kontrowersyjnych gubernatorów niemieckich kolonii w Afryce Gustav Adolf Graf von Götzen. Najcenniejszą częścią kompleksu jest oczywiście sam dwór. Ma aż trzy kondygnacje. Ośmioboczna wieża została dobudowana około 1730 roku, natomiast osiem lat wcześniej zaczęła powstawać .barokowa kaplica pod wezwaniem świętego Jana Nepomucena. Ta kaplica wymaga szczególnej troski, jest w fatalnym stanie, co zresztą widzicie na zdjęciach.  Ale już się cieszę na to, jak będzie wyglądać po renowacji.  Spójrzcie na te zdjęcia: na majątek Sarny składały się ogromny folwark, bielnik z siedmioma kotłami, budynek, w którym znajdowała się maszyna do obróbki płótna, cegielnia, wapiennik, działał również kamieniołom wapienia. Kilkadziesiąt lat później Sarny były już znaczącym ośrodkiem produkcji płótna, trzymano tu również merynosy a cegielnia była w stanie wyprodukować prawie dwanaście tysięcy cegieł.

Po II wojnie światowej pałac zajęła Armia Czerwona, potem był użytkowany przez PGR. Dziś stoi zrujnowany, zaś w zabudowaniach gospodarczych mieszka kilka rodzin.

Co będzie się mieścić w Sarnach po remoncie, nie wiem. Wiem, że kolejny dolnośląski zabytek zostanie uratowany od totalnego zniszczenia. Tylko dlaczego musi to robić obcokrajowiec?


 

Komentarzy: 4
Dumna i uprzedzona, czyli o potrzebie tajemnicy

Dziewczyny, trzeba nam się uczyć od naszych prababek. Dziś będą typowo babskie wynurzenia.
 
Zmogło mnie jakieś świństwo, więc przez dwa dni zaserwowałam sobie w łóżku wszystkie moje, ulubione babskie filmy. Rano wzięło mnie na „Niebezpieczne związki” (te z Glenn Close i Johnem Malkovitchem), potem zaserwowałam sobie po kolei wszystkie odcinki „Dumy i uprzedzenia” z Colinem Firthem, nakręcone wiele lat temu przez BBC. Potem obejrzałam „Dumę i uprzedzenia” z 2005 roku z cudowną Keirą Knightley, a na koniec dobiłam się „Zakochaną Jane”, rzecz jasna Jane Austin. Nie mogę powiedzieć, że jestem fanką twórczości Jane Austin, natomiast „Dumę i uprzedzenie” mogę jeść łyżkami, o każdej porze dnia i nocy. A także wszelkie jej ekranizacje.
 
Zastanowiło mnie, skąd bierze się nieprzerwana fascynacja tym, jakby nie było romansidłem (wiem, zaraz mnie zakrzyczą ci, którzy wiedzą, że książki Austin świetnie malują tamtą epokę, są jej cudownym dokumentem itd., ja o tym wiem, ale chcę teraz o czym innym), dlaczego wszystkie znane mi panie wzdychają do modelu „Pan Darcy”, czyli dumny, zdystansowany, piękny, a na koniec ciepły i szlachetny. I znalazłam odpowiedź. Mieści się w jednym słowie: tajemnica.
 
Spójrzcie na świat, który nas dzisiaj otacza. Gdzie tu miejsce na te cudowne niedomówienia, które pojawiają się w rozmowach bohaterów Jane Austin, gdzie to pełne szacunku zachowanie panów w stosunku do dam, gdzie ta niedostępność, która sprawia, że chcemy ją przełamywać, gdzie w końcu ten niepokój, drżenie serca, niepewność. Gdzie cała ta cudowna gra między mężczyzną i kobietą. Nie oszukujmy się, wszystkie do tego tęsknimy. Bo wszyscy, panowie również, w głębi duszy, jesteśmy romantykami.
 
A dzisiaj wszystko jest na wierzchu. Zabijanie na ekranie, żadna nowina. Porno dostępne dla wszystkich – bardzo proszę. Chcesz na kogoś napluć, piszesz sobie anonimowy post w internecie i najlepiej żeby zawierał jak najbardziej wstydliwe czy intymne szczegóły dotyczące osoby, o której piszemy. Żadnych zasad. Wolna amerykanka. Żadnej delikatności.
 
Wkurza mnie taki świat i choć nie dałabym sobie rady w ułożonym świecie Jane Austin, duszę mam trochę rogatą, to wiem, że świat tworzymy przecież my. I to my przekraczamy coraz częściej wszystkie granice. I niech mi nikt nie zarzuca, że jestem zgorzkniała, mój pan Darcy okazał się ciepły i szlachetnyia. Chodzi mi o to, żeby zostawić sobie coś takiego, żeby mogła zadziałać wyobraźnia, żeby było miejsce właśnie na tę tajemnicę. O nie oszukujmy się, to tajemnica najbardziej pociąga.
 
Świat Jane Austin lubię także przez te cudowne angielskie ogrody, trawniki uprawiane od pokoleń i te dumne posiadłości. Można się na nie do woli naprzeć na wszystkich ekranizacjach jej powieści. Kiedy mieszkałam przez chwilę w Anglii chętnie zwiedzałam te wszystkie miejsca. Dla Was kilka zdjęć, i fragment dialogu z „Zakochanej Jane”, może niezbyt dokładnie przytoczonego. Stary prawnik pyta kuzyna, studenta prawa: Po co jest prawo?
-          Po to, żeby bronić własności.
-          A przed kim?
-          Przed hołotą.
 
Nie wylewajmy wszystkiego przed każdym. Chyba, że macie inne zdanie.
 
 

Komentarzy: 3
Hala Szrenicka, czyli strzeż się prysznica

 
       Wrzątek w toalecie, arktyczna woda w kranie albo suchy prysznic? A może trochę kłaczków kurzu na podłodze, albo mordercze śruby ostrą częścią wystające ze ściany? Macie ochotę na trochę ekstremum? Zapraszam w Karkonosze, do schroniska na Hali Szrenickiej.
      Ty jesteś taka łagodna, że nie napiszesz prawdy – powiedział do mnie z wyrzutem kolega po naszym wspólnym wyjeździe. Łagodna może nie jestem, ale spałam i mieszkałam już w różnych warunkach, w Kambodży, w Wietnamie, w Gambii. Różne rzeczy widziałam, a co gorsze jadłam I choć trudne warunki mnie nie przerażają, to przerażenie w oczach moich przyjaciół dało mi do myślenia. Na Hali Szrenickiej nigdy nie spałam. Kiedy Przyjacióła zarezerwowała tam miejsca, nawte się ucieszyła. Przygotowuję sie do książki o tej części Dolnego Śląsku, więc czemu nie pojechać po cichu i przypatrzeć się wszystkiemu z bliska? 

   Kiedy dostaliśmy klucze do pokoju, z pełną ufnością otworzyliśmy drzwi, żeby stanąć w obliczu czegoś, co już widziałam, a natychmiast skojarzyło mi się z salą więzienną w starym stylu. Więzienie ok, brud – nie. Koleżanka poprosiła, żeby ktoś posprzątał. Przyszedł pan z miotłą. Pozamiatał. No i ślicznie. Nie było źle. Jazda bez trzymanki zaczęła się, gdy ktoś chciał się umyć. No, kochani tak nie można. Łazienki nie sprzątane kilka dni, wrzątek lecący z prysznica. Do diabła, tam są też dzieci! Czy ktokolwiek z Was jest sobie w stanie wyobrazić dzieciaka, na którego nagle z góry leje się wrzątek??? W męskiej łazience (w męskiej była pewnego dnia CIEPŁA woda) spotkałam chłopaka, który żalił się, że woda go całego poparzyła. A zaraz potem wparował inny pan z dziewczyną ubraną tylko w ręcznik i wysmarowaną od stóp do głów mydłem. „Niech pani szybciej wyjdzie spod prysznica (męskiego zresztą), bo w damskiej zabrakło wody i żona nie ma się jak spłukać! No to wybiegłam, prosto na zalaną i nie ścieraną od trzech dni podłogę.
     Takie opowieści można by mnożyć, a ponieważ gorąca, buchająca woda pojawia się i sedesie, schronisko powinno się reklamować hasłem: u nas nawet w WC jest gorąca woda! Jest, ale nie cały dzień, nawet nie pół dnia. Nasza ekipa natomiast wymyśliła piosenkę, która zaczyna się słowami: Strzeż się prysznica, bo to szubienicaaaa...
       I jeszcze jedna sprawa; rozgotowana, nieposolona kasza z sosem to nie jest coś, co lubimy najbardziej. Podobnie śniadanie w formie suchego chleba i trzech plasterków wędliny (ale za to każda inna). Ja rozumiem, schronisko, warunki surowe, ale są granice, których przekraczać nie wolno. Zapytałam ostatnio o Halę Szrenicką jednego z włodarzy położonej niżej Szklarskiej Poręby. Spojrzał na mnie z bólem w oczach i opowiedział: kiedy byłem dzieckiem byłem w tym schronisku, wie pani, tam jest taki specyficzny, brzydki zapach. I teraz, po dwudziestu latach poszedłem tam z rodziną na spacerek. I wie pani co? Dalej jest ten sam zapach...”
       Ps. Ale pierogi na Hali Szrenickiej mają naprawdę pierwsza klasa. I to bez żartów. Wiem, bo pierogi dostały dziwaki, czyli bezmięśni. I jak tu kochać tego Dolnego Śląska? I taki piękny i straszny.

 

 

Komentarzy: 7
Tajemnica klasztornej szafy

Jej wygląd może przyprawić o dreszcze. Szklany wzrok zastygł gdzieś w oddali, surowa twarz tężeje w zamyśleniu. Pozbawioną włosów głowę przykrywa szary welon.

O wizycie w Rytwianach, pięknym pokamedulskim kompleksie już Wam pisałam. Nie pisałam jednak wtedy, co odkryłam tam w szafie zakrystii. Tymczasem, w kościele w szafie od czterystu lat mieszka...kobieta z wosku. Chociaż znalazłam w Internecie trochę wiadomości na jej temat, okazuje się, że jej historia jest bardzo skomplikowana. Być może nie jest nawet kobietą!

Legenda mówi, że kto usunie figurę z Rytwian, czeka go rychła śmierć. Najpopularniejsza legenda o tej dziwnej osobie z wosku mówi, że kiedy właściciel okolicznych dóbr, Stanisław Opaliński, powrócił z Wyprawy Wiedeńskiej zakochał się z prostej chłopce. Wbrew woli całej rodziny ożenił się z nią, a kiedy wkrótce umarła, kazał zrobić pośmiertny odlew jej twarzy i ciała. I tak została do dziś w klasztorze.

Jednak, im bardziej zagłębiałam się w tę historię, tym więcej miałam wątpliwości. Historyczne śledztwo zaprowadziło mnie aż do Florencji, poprzez dzieje niezwykłych namiętności, wydarzeń i skandali. Wyjaśnienie, przynajmniej częściowe, tych zagadek znajdziecie z najnowszym numerze miesięcznika „Focus Historia”. Zapraszam do lektury, i oczywiście do Rytwian.
 

Komentarzy: 1
Żegnamy Michała

 

      Święta, święta i po świętach. Czy zauważyliście, że w czasie świąt czas płynie jakby wolniej, bardziej leniwie, jakby się rozciągał. Poniedziałek rano, tak jak dziś jest już szybki, pulsujący, chociaż świat budzi się przecież w taki sam sposób. Specjalnie nie pisałam w czasie świąt,  specjalnie, bo dotarły do nas dwie niezwykle smutne wiadomości.

     21 grudnia odszedł Lech Emfazy Stefański, wybitny polski ezoteryk, właściwie ikona polskiej ezoteryki, z którym miałam okazję spotykać się zarówno służbowo, jak i prywatnie. Pan Stefański miał w sobie coś, nazwijmy to „majestatycznie demonicznego”, mówił, na ogół, tonem teatralnym, miał niezwykłą charyzmę. Pamiętam, jak kiedyś, podczas nagrywania programu telewizyjnego, nasz scenograf przyniósł mu obszerną pelerynę. Nasz gość spojrzał na nią z pogardą i tubalnym głosem zakrzyknął na całe, ogromne w końcu studio: proszę mi zabrać natychmiast tę szmatę! Cała ekipa struchlała. Ale kiedy „kamery poszły”, kiedy zaczął opowiadać o sztuce jasnowidzenia, w studio zapanowała prawdziwa magia.

    Byłam kiedyś gościem Policealnego Studium im. Ochorowicza w Krakowie. Tam Lech Emfazy Stefański miał zajęcia z jasnowidzenia właśnie. Pamiętam dokładnie te zajęcia. Narysował coś na wielkiej kartce, tak, aby nikt tego rysunku nie zobaczył, kartkę położyłna szafie, tak, żeby była niedostępna i kazał narysować uczniom ten sam obrazek, który tam się znajduje. „Każdy to potrafi” – zapewnił. Każdy może rozwijać takie umiejętności. I rzeczywiście, na kilkanaście osób, kilku udało się w przybliżeniu powtórzyć kształty z kartki na szafie. Okazało się, że był tam namalowany trójkąt zakończony słoneczkiem.

    Ze śmiercią Lecha Emfazego Stefańskiego kończy się pewien etap, podobnie jak ze śmiercią naszego dobrego kolegi Michała Łosiaka, który odszedł od nas w Wigilię. 

     O ile Lecha Emfazego Stefańskiego znał w Polsce każdy psychotronik, to Michała znał każdy poszukiwacz skarbów. Michał brał udział w wielu znaczących akcjach, często je sponsorował, każdej zimy spotykaliśmy się w jego mazurskiej chałupie w gronie poszukiwaczy i autorów piszących o skarbach, żeby, mówiąc wprost „pierniczyć” o tej Bursztynowej Komntacie i Złocie Wrocławia. Michał był taką osobą, która potrafiła się cieszyć życiem, wiele podróżował, szalał na Harley’u, żeglował, był honorowym konsulem Albanii w Polsce, ale sam mówił, że wbijanie się w garnitur to nie dla niego. Michał patrzył na świat z przymrużeniem oka, lubiłam spotkać się z nim na chwilę, kiedy przejeżdżał przez Wrocław, zawsze miał głowę pełną pomysłów i planów, co akurat jest mi wyjątkowo bliskie... W przyszłym roku mieliśmy wybierać się do Albanii, w Wigilię, pod choinkę dostałam książkę o tym kraju, żeby zdążyć poczytać przed podróżą... 

   Jeszcze wszystko jest za świeże, ale wiem jedno, że tacy ludzie jak Lech Emfazy Stefański i Michał Łosiak tak naprawdę nie odchodzą, bo w nieodłączny sposób stali się częścią jakiegoś mikroświata, który przecież nadal istnieje, ale bez nich nie może tak samo funkcjonować. Ci, którzy ich znali, wiedzą, co mam na myśli...
 

Komentarzy: 4
Zeszyt pilota Dywizjonu 303


        „Pilotom nie wolno startować bez zgody instruktora, akrobacje można wykonywać tylko powyżej pewnej wysokości”. To dwa pierwsze zdania z zapisków pilota legendarnego Dywizjonu 303. Zapisane ołówkiem, w starym zeszycie.

     Na kolejnych stronach dokładny opis kokpitu Spitfire’a, zasady nawigacji, rysunki ilustrujące lekcje meteorologii. Gdzieś na końcu zeszytu widać, że pilot się nudził i zaczął rysować różne esy-floresy.

    Aż trudno uwierzyć, że jeszcze można odnaleźć takie dokumenty. Już przed świętami dostałam niecodzienny prezent. Jeden ze znajomych zaprosił mnie do siebie i oddał na kilka godzin do dyspozycji swoją wielką szafę. Szafę pełną starych widokówek, historii, staroci, szafę z wielką żółtą, plastikową torbą, w której znajdował się fragment życia jednego z pilotów Dywizjonu 303. Zginął w 1942 roku, szczegóły okoliczności jego śmierci nie są jednak jeszcze dobrze znane. Mam nadzieję, że dzięki tym dokumentom powstanie kiedyś duży reportaż, na razie więc nie ma co mówić o szczegółach. Ważne jest to, że nagle, we Wrocławiu, w zupełnie nieoczekiwanym momencie (chociaż przecież przed świętami zdarzają się najbardziej cudowne niespodzianki) można w taki sposób dotknąć historii. I to jeszcze historii z pewną tajemnicą, bo mam wrażenie, że gdzieś jest tam drugie dno, już o zupełnie osobistym charakterze.

     Uwielbiam zapach starego papieru, część starych zdjęć pilota została podjedzona przez myszy. Mam wrażenie patrząc na te fotografie, że myszy odznaczają się wyjątkową inteligencją, bo – na przykład – wygryzły niektóre zdjęcia dokładnie do miejsca, gdzie stoi na nich człowiek. Jakby chciały ocalić akurat tę jedną osobę. Szczególnie wrażenie zrobiły na mnie dokumenty powojenne. Pytanie z Polski o ewentualne odszkodowanie dla rodziny pilota i uprzejma odpowiedź z Wielkiej Brytanii, że słowo „odszkodowanie” nie licuje z czyjąś śmiercią. I zapytanie, od kogo przyszedł z wysp list, w którym pojawiło się takie właśnie sformułowanie.  

    Czy ktoś dzisiaj zwróciłby uwagę na takie drobiazg?
 

Komentarzy: 1
Choć nie ma wojny, kto handluje ten żyje


       Znajomy architekt załatwił po znajomości świeże dorsze, jeszcze z nocnego połowu. Przyjechały pod dom prosto z nad Bałtyku. Zaraz pojawił się nasz doktor, chirurg znany w tzw. szerokich kręgach, który wziął trzy kilogramy dorsza i zostawił nam super ekologiczne jajka ze wsi, od takiej kury co je prawdziwe ziarno, a nie tekturę.

      Nasz mechanik zadziałał hurtowo, wziął 15 kg dorszy, ale przed świętami dowiezie domową śliwowicę od znajomego górala. Koleżanka, doktorka od mikrobiologii ma w tym tygodniu wpaść ze zdobyczną szynką z dzika, a w środę, jak zwykle, skoczę po masło do benedyktynów, zaś zaprzyjaźniona dyrektorka banku znalazła właśnie dojście do świeżego sera. Znajomy saper, w przerwie między rozbrajaniem, robi już kiełbasy na święta.
   - Do diabła, my przecież działamy jak za okupacji – ryknął w końcu mój połowiec – Wnet będziemy czyhać na pociąg z rąbanką!  
    Mnie tam na rąbance nie zależy, bo raczej nastawiam się na śliwowicę i jajka ekologiczne (swoją drogą podejrzanie wielkie, jak po Czarnobylu), ale nagle sobie uświadomiłam, że co spotkamy się ze znajomymi, przyjaciółmi, rodziną to rozmawiamy a) o skarbach, b) o podróżach, c) o tym, gdzie zdobyć coś co ma smak jedzenia.

     Choć nie stoję jeszcze nad grobem, z trudem mogę sobie przypomnieć smak PRAWDZIWEGO pomidora, zapach jeszcze pamiętam. Wiecie, o jakim zapachu mówię? Takim ciepłym, rozgrzanym, pachnącym słońcem. Pamiętam jeszcze te krzywe pomidory mojej babci, te nierówne pomidorki z warzywniaków mojego dzieciństwa, te ze z nieco grubą czasami skórką. A nie te równe, orwellowskie pomidory, które rosną równo w szklarniach bez ziemi, tylko z jakimiś dziwnymi doniczkami i rurkami. Już samo patrzenie na to jest smutne. Jakbym przeniosła się do strasznego filmu science-ficton o wzięciu przez Obcych naszych pomidorów a następnie o strasznych eksperymentach, którym są poddawane. Tylko, po diabła Obcy odsyłają nam je z powrotem na Ziemię???  

      Jeden z naszych znajomych ma taką teorię: jedzenie jest coraz bardziej sztuczne, więc ludziom coraz bardziej odbija. Żeby nam nie odbiło i żeby mieć z tego jedzenia trochę przyjemności, urządzamy więc polowania na tzw. produkty ekologiczne. Ale nasz doktor patrzy na mnie z politowaniem: czy ty wiesz, co ONI ( kim są ci ONI????) dodają do ziarna w czasie przemiału na mąkę??? – pyta.  I mi opowiada, a ja od razu funduję sobie wyparcie – tak mi wmawia koleżanka psycholog – bo nie chcę wiedzieć. Raz na jakiś czas pokornie staję w kolejce na placu Bema i kupuję większą ilość żytniego chleba i ma nadzieję, że nie ma w nim tego, co ONI dodają gdzie indziej.

        Czy ktoś wie, co się stało z naszym jedzeniem? I kiedy to się stało? Kiedyś na jakiejś fermie producent pokazywał mi wzornik z kolorami żółtek. W tamtym roku – zachwycał się – dobrze szły jajka z pomarańczowymi żółtkami, że niby takie zdrowe, a tym idą dobrze ze z cytrynowym żółtkiem. I jeszcze zademonstrował taki spray z kupką, którą się jajka spryskuje. Że niby takie prosto ze ściółki, takie wypaćkane, prosto z podwórka, które chemii nigdy nie widziało. 

    Kiedy masło zaczęło być produktem masłopodobnym o zawartości 64 proc. masła, kiedy ogórki zaczęły mieć kształt plastikowych zabawek i taki sam smak, kiedy nasze polskie jabłka zastąpiły jabłka z drugiego końca świata, jeszcze do tego we wzorek? Kiedy szynka przeobraziła się w szaroróżową kulę pełną wody i konserwantów?

    Tak, wiem, wszyscy znamy odpowiedź na to pytanie. Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi... wiadomo o co. Najbardziej przeraża mnie to, co powiedział „Newsweekowi” jeden z polskich królów pomidorów. Do handlu co innego, a dla rodziny mały ogródek i warzywa tylko stamtąd. A jeżeli wziąć pod uwagę słynne słowa: „jesteś tym co jesz” i połączyć je z teorią naszego kolegi, że złe jedzenie powoduje w mózgu nieodwracalne zmiany  (kurcze, za chwilę zacznę mu wierzyć) , to ja nie chcę wiedzieć (wyparcie! wyparcie!) co z nami będzie za jakiś czas. A ten dorsz prosto z Bałtyku pychota! No po prostu skarb z głębin!

    Ps. Może mam nerwicę natręctw, ale czy ktoś wie, skąd wziąć ekologicznego karpia???? Okey, żartowałam.... 

 

Komentarzy: 5
Spotkajmy się

       

    Wszystkich, którzy potrafią przedrzeć się przez zaspy, zapraszam w sobotę, 4 grudnia na spotkanie ze mną do Dolnośląskiej Biblioteki Publicznej na wrocławskim Rynku. Sala 31, trzecie piętro. Ja opowiem trochę o tajemnicach zamków i pałaców, pokażę też piękne zdjęcia Krzysia Góralskiego. Spotkamy się w ramach targów książki regionalnej SILESIANA. 

     Natomiast o 17.00, Jurek Rostkowski, mój kolega "skarbach"  opowie o tajemnicach Książa, Wałbrzycha i Szczawna Zdroju. Do zobaczenia! 

   

Komentarzy: 1
Przeklęty listopad


     Boję się listopadów. Zawsze zabierają najwięcej ludzi, przyjaciół, bliskich. W listopadzie ludzie umierają jakby chętniej, częściej, bardziej znienacka. Na listopad, na ogół, zapowiada się końce świata, wybuch III wojny światowej albo co tam jeszcze.

      Bardzo czekałam na koniec tego listopada. Połowa miesiąca zabrała na zawsze Jurka, nurka, z którym jeszcze w lecie biegaliśmy po polach i bagnach, szukając zaginionego dzwonu. Jurek odszedł po listopadowemu. Nagle, nad razem, bez ostrzeżenia. Potem listopad zabrał kilku ulubionych aktorów.

     Wczoraj, w ostatni dzień listopada, w Andrzejki wracaliśmy nocą do domu. Jeszcze weseli od wina, cieszyliśmy się, że listopad zaraz odejdzie w zapomnienie. Jeszcze przed północą minęliśmy na Placu Grunwaldzkim karetki i ratowników, którzy usiłowali reanimować leżącego na zimnej, listopadowej drodze, mężczyznę. Za chwilę grudzień – pomyślałam – może to ostatnia ofiara listopada? A może listopad daruje mu życie? Za chwilę grudzień. Odetchniemy. 

        Cały poniedziałek wracaliśmy ze Szczecina. Spaliśmy u serdecznego kolegi. Był wesoły, rano wyskoczył po ciepły chleb, podał elegancko, na kawalerskiej deseczce jajka na miękko i ładnie, rozczulająco dokładnie, posmarowane masłem kromki. Zrobił zieloną herbatę. To wszystko przyniósł do sypialni, żebym nie musiała wdychać dymu z papierochów w tak zwanym „dużym pokoju”. Dziś rano dowiedzieliśmy się, że we wtorek nad ranem odebrał sobie życie.

     To idiotyczne, że pewne rzeczy pamięta się w takich chwilach, ale telefon zadzwonił wtedy, kiedy akurat naszła nad ochota na takie same jajka. Teraz cały czas mam przed oczami te dwie cholerne kromki z takim pietyzmem, przyjaźnią, ułożone na tej deseczce. 

     Podobno cierpiał na depresję. Depresji nie widać tak jak grypy, często nie widzi jej rodzina, przyjaciele, a co dopiero znajomi. Depresję się lekceważy. Tez mi choroba – depresja? A jednak... listopad znowu przypomniał, że najważniejsze to poświęcić czas drugiej osobie. Zauważyć, gdy coś idzie nie tak... Listopad upomniał mnie znowu, że nie warto zawracać sobie głowy duperelami, że są rzeczy ważne, a reszta a nie ma znaczenia. Że na tamtą stronę nie zabiera się pracy, tytułów, osiągnięć, stanu konta, ale – jeśli wierzyć w inne życie po tamtej stronie – można tam zabrać emocje, wspomnienia, odczucia. Listopad przypomniał mi też, że ważne jest tu i teraz. A jutro? Nie ma sensu się martwic czymś, co jeszcze się nie wydarzyło. Wszystko, jak widać, może się zmienić w ułamku sekundy. 

      Wolter powiedział, że  człowiek wolny idzie do nieba taką drogą, jaka mu się podoba. Szczególnie dziś odczuwam dziwną dwuznaczność tych słów. Listopad kończy się dla nas dopiero dzisiaj.

Komentarzy: 6
Zima bez trzymanki

     No, nie mogłam się oprzeć. Przed chwilą wysłał mi to Marcin Jamkowski, w odpowiedzi na moje marudzenie na Warszawę zaskoczoną zimą. Obejrzyjcie sobie. To się nazywa zima bez trzymanki:

http://www.youtube.com/watch?v=zMzeiMJQrvk

Komentarzy: 1
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |