iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Zima atakuje, człowiek podróżuje

          Czasem mam wrażenie, że z zimą jest jak z Bursztynową Komnatą. Co jakis czas nieoczekiwanie pojawia sie informacja o znalezieniu jej fragmentów, a potem znowu nic. A teraz znowu, jak co roku, zaskoczyła nas zima. Mnie zaskoczyła szczególnie, bo w sobotę rano jechałam z, jeszcze ciepłego, Wrocławia na sesję Krajowego Klubu Reportażu do zimnej już Wisły, stamtąd na festiwal Warszawa bez Fikcji do "stolycy" (bardzo dziękuję w imieniu swoim i moich kolegów, że przyszliście tak licznie do Press Clubu i że słuchaliście nas tak długo), a następnie do Szczecina. Ze Szczecina cały poniedziałek w drodze do Wrocławia. Patrzymy, a te trochę śniegu całkowicie sparaliżowało świat. Samochody, jak baletnice obracały się dookoła swojej osi koło Legnicy, przejechaliśmy obok kilkukilometrowego korka między Wądrożem a Wrocławiem - liczyłam - ten pierwszy miał cztery kilometry, ten drugi niecałe dwa. Wyobrażam sobie cały ten wachlarz pochlebnych słów, które obijały się w samochodach czekających na naszej "autostradzie".

       Co roku jest to samo i co roku nie mogę się nadziwić, dlaczego świat jest zaskoczony i zadziwiony. Przecież zima to naturana sprawa, czyż nie?  

Komentarzy: 1
Kaczorów – moja miłość kulinarna


     Właściwie nie wiem, dlaczego jeszcze nigdy nie napisałam o Kaczorowie. Mogę to robić bez żadnych konsekwencji, bo na blogu można pisać o każdym co się chce. A ja akurat zamierzam chwalić i od razu uprzedzam, że nikt mi za to nie płaci. Kaczorów zaś jest integralną częścią wszystkich moich wyjazdów w Rudawy Janowickie i Kotlinę Jeleniogórską.

     Kaczorów to oczywiście skrót, mam na myśli moje ukochane miejsce, w które zawsze muszę zajrzeć, kiedy chce mi się jeść. To Karczma Podgórzanka.
    Podgórzanka jest dla mnie czymś w rodzaju atrakcji turystycznej. Teoretycznie knajpka w takim miejscu nie powinna przetrwać. Niby to droga Wrocław- Jelenia Góra, ale do Podgórzanki trzeba zjechać trochę w bok, w kierunku na Kamienną Górę. Tymczasem zawsze jest tu pełno ludzi. I to najdziwniejszych.

    W Podgórzance zawsze podsłuchuję okolicznych wójtów, sołtysów i burmistrzów, którzy knują przed i po wyborach. Zdarza się tu spotkać okazałe walkirie, które pracują w pewnym radosnym przybytku przy drodze do Jeleniej i tu od czasu do czasu wpadają. Zawsze wzbudzają sensację wśród panów. Dojeżdżają rycerze z pobliskiego Bolkowa.      

    Czasem można posłuchać miłosnych zwierzeń, albo rodzinnych opowieści. Za stolikami siadają urzędnicy w delegacji, my zawsze jemy tam podczas zimowego liczenia nietoperzy, szukania skarbów, albo w przerwie jakiejś wycieczki. Nie wyobrażam sobie wyjazdu do Jeleniej Gory i ominięcie Podgórzanki. Prawie się z nią zrosłam pisząc ostatnią książkę o tych rejonach. I jeśli ktoś mówi: idę jeść do Kaczorowa, to znaczy, że zmierza właśnie tam. Kiedy Podgórzanka bywa zamknięta (ale zdarza się to raz na sto lat) czuję się oszukana. Bo niby gdzie ja mam tak zjeść? Próbowałam, gdzie indziej, ale to nie to. Nawet jak nie chce mi się jeść, Podgórzanka jest jednym z punktów wyjazdu.
      Wystrój Podgórzanki jest dość kontrowersyjny, szczególnie dla kogoś takiego jak ja, czyli unikającego mięsa. Pod ścianą stoi wypchany lisek w krawacie, na stoliki patrzą głowy dzików. I w karcie różne mięsa, i bigos, i dziczyzna i pierogi z mięsem. Ale jest też cudny łosoś smażony w winie, kapusta zasmażana, podsmażane ziemniaczki i pierogi z kapustą, które panie zamiast mięsnych uszek, wrzucają mi do barszczu. Bo w Podgórzance wszystko jest domowe. I jak w domu. Nikt nie marudzi, że zamiast pięciu pierogów chcę trzy, herbatę podają naprawdę w wielkich filiżankach, a kiedy pani niesie zupę to robi to powolutku, żeby nie przelać. Bo zupy podaje się tutaj, nie w jakichś fantazyjnych filiżankach, tylko w talerzach. Takich zwykłych, domowych, do tego z kwiatowym szlaczkiem. Przy barze często stoją różne przetwory, które sobie można kupić do domu. My raz kupiliśmy, marynowane papryczki przypominają siódmą bramę piekieł i tylko cieszymy nimi oczy. Widziałam je też u znajomych. Słoik stoi jako ozdoba, papryczek nikt nie rusza. Czasami ktoś uczknie czerwony kawałeczek, tak mały, ze widać go tylko pod mikroskopem. Ja kocham kaczorowskie pierogi i zasmażaną kapustę. Do niej podsmażone ziemniaczki i mogę już jechać wszędzie. Osobiście uważam, że Podgórzanka powinna zostać wpisana na listę atrakcji Dolnego Śląska. Jest jak zamek. Nic w niej się od lat nie zmienia, menu zawsze takie samo, pewne i stabilne, ceny na poziomie, z których byłby zadowolony Robin Hood. I panie są tu zawsze uśmiechnięte. Zupełnie, jak by im zależało!

    O kurcze, ale zgłodniałam!
 
 

Komentarzy: 2
Szpital, czyli cztery metry sznurka


      Gdyby nie fakt, że w tej chwili chodzi po Polsce pewnie z kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset osób ze sznurkiem w nosie, mogłabym napisać, że biję rekord Guinessa. Przez kilka ostatnich dni też chodziłam z takim sznurkiem, dwa metry w lewej dziurce, dwa metry w prawej dziurce. Wierzyć się  nie chce, że to się w człowieku mieści.

     I nawet się nie wie, że ten sznurek tam tkwi. Dopiero, gdy go zaczynają wyciągać, to każda część ciała się buntuje. Jak powiedział mi wielki jak góra trzydziestolatek, którego spotkałam na szpitalnym korytarzu, przy wyciąganiu sznurka „ciary po plecach przechodzą”. I tak można to określić. 

      Tak mi się zdarzyło, że pierwszy raz w życiu poszłam do szpitala. Duże szczęście w nieszczęściu, bo szpital ładny, nowoczesny, świetnie wyposażony i lekarze mili. Zamiast chodzić sobie po lesie, gadać sobie skarbach, z zapchanym nochalem wylądowałam w Akademickim Szpitalu Klinicznym w moim rodzinnym Wrocławiu i trochę sobie tam poleżałam. Doktory zrobiły mi ciachu machu w narkozie i teraz wszystko mam jak nowe. Przynajmniej takie mam uczucie. Zaraz po powrocie zadzwoniła do mnie pani z „TV Imperium” i zapytała jakie mam słabości. I wtedy sobie tak pomyślałam, że moja największa słabość, a właściwie dwie, objawiły się właśnie w szpitalu. Bo zamiast być przykładną pacjentką, to mi się ciągle wydaje, że jestem w pracy. Zaczepiam salowe i usiłuję dowiedzieć się, kto wymyślił makaron z selerem, pytam lekarzy, po jakiego diabła wybrali sobie taki trudny zawód i teraz babrają się w różnych świństwach, o wszystko muszę się zapytać. Pełen szacunek dla cierpliwości anestezjologa, który usiłował mi opisać co to takiego operacja w znieczuleniu ogólnym.
       - Najpierw dostanie pani taką tabletkę.... – zaczął.
       - Taką ogłupiająco-rozluźniającą? A do czego by ją pan porównał? – zapytałam ciekawsko – Do haszyszu, marihuany, czy do walnięcia młotkiem w tył głowy?
       Cierpliwy ten człowiek, wytłumaczył mi, że choć, oprócz młotka, ze wszystkimi powyższymi specyfikami się zapoznał, porównać tego do niczego nie można.  I, że ten, kto wymyślił tego „głupiego jasia” przed operacją powinien dostać nagrodę Nobla. Tyle tylko, że podobno człowiek się staje po tym za szczery. Wypytując tak wszystkich, być może walczyłam z drugą słabością, z tym, że w szpitalu trzeba się wyciszyć, że nie ma tu miejsca na tajemnicze niespodzianki, nie ma fascynujących przygód ani historycznych zagadek, a lekarzy bardziej obchodzi mój nos niż jakaś Bursztynowa Komnata. Tu się po prostu trzeba wyciszyć i zaakceptować, że inni wiedzą lepiej. Oj, dla mnie to nie było łatwe.

    Więc, kiedy okazało się, że po operacji mam w tym nochalu te cztery metry sznurka, to nagle poczułam, że znów odkrywam jakąś tajemnicę. Że to w człowieku coś takiego może się zmieścić. Taki tamponik bawełniany, co to nie wiesz, że ci go włożyli, a jak wyciągają to masz już pewność.  

     Wiem, wiem, to też pewnie jakaś reakcja obronna, bo szpital jest pełen cierpienia. Z pewnością nie jest dobrym miejscem na żarty. Ale może łatwiej traktować takie miejsca jak przygodę, spróbować ja przeżyć, przecież szpitale też są dla ludzi. Przez chwilę leżała ze mną dziewczyna, u której lekarze zdiagnozowali jakiegoś guza. Ileż ona miała radości w sobie. I pokory. Była sto razy dzielniejsza niż ja. Szpital to szpital, powtarzała.  Tego przez te kilka dni musiałam się nauczyć. I proszę się z tego wpisu nie śmiać. W szpitalu byłam (prywatnie) pierwszy raz  w życiu.
    A ze sznurków tyle dobrego, że naczelny „Focusa” mówi, że teraz będę dopiero miała nosa do skarbów.
 

Komentarzy: 1
Kościółek do czytania

Pogoda robi się dla twardzieli, ale te deszcze, mgły i spadające liście mają w sobie coś tajemniczego. Prawda jest jednak taka, że podczas dłuuugich spacerów czy wycieczek, warto znaleźć miejsce, w którym można się na chwilę schronić pod dachem. A jeśli jeszcze pod tym dachem jest kolorowo, to czego więcej trzeba?
 
Ktoś napisał do mnie i poprosił o pokazanie takiego kolorowego miejsca na jesień. I zaraz przyszedł mi do głowy kościółek w Zalesiu koło Bystrzyc Kłodzkiej. W sumie, mało znane miejsce, trochę na uboczu, ale z jakim cudownym, kolorowym kościółkiem. Z zewnątrz skromny, w środku kryje 56 scen ze Starego i Nowego Testamentu, namalowanych na stropie i balustradzie empory. To, tak zwana Biblia ubogich, starodawny komiks, dzięki któremu niepiśmienni mogli poznać treści religijne.
 
Drewniany barokowy kościół Św. Anny został zbudowany w 1717 roku. Jego wnętrze na pewno Was zaskoczy, jeśli nie oszołomi. Malowidła w Zalesiu były tylko raz konserwowane, około 1920 roku, czyli dwieście lat po ich powstaniu. Czuć tu zapach dawnych czasów. Każda ze scen jest podpisana niemieckim gotykiem, podpis zawiera też numer ustępu w Biblii.
 
Wszystko wciąż w intensywnych barwach i chociaż niektóre sceny są nieco zatarte, a deski na których powstały popękały, można tu się doszukać setek szczegółów. Moja ulubiona scena to ta przedstawiająca budowę wieży Babel. Jakież tu widać kolory! Zresztą tego nie da się opowiedzieć, trzeba tam wejść i to samemu zobaczyć, poczuć.
 
Zalesie to jedno z moich ulubionych miejsc na Dolnym Śląsku. Być może dlatego, że przyjeżdża tu tak niewielu turystów, ale co za tym idzie do kościółka też nie jest łatwo się dostać. Byłam tam, co prawda, bardzo dawno temu, ale wtedy trzeba było się sporo cofnąć, żeby dotrzeć do pani – bardzo zresztą miłej – która miała klucze do kościoła. Jak każda niemal dolnośląska wioska, i Zalesie ma swoją legendę u ukrytych tu pod koniec II wojny światowej skarbach.
 
Ma też swoją straszną historię, wspomnienie o nawałnicy, która zniszczyła okolicę w maju 1882 roku. Spadały wtedy kawałki gradu wielkości kurzych jaj. Wiatr wyrywał drzewa z korzeniami. W Zalesiu zginęły trzy osoby, ale już w Bystrzycy Kłodzkiej utonęło ich dwanaście. Niech Was więc nie zmyli pozorny spokój jaki panuje w Zalesiu. Każde miejsce ma jakąś swoją i dziwną, i wesołą, a czasem i straszną historię.
 
A jeśli już traficie do Zalesia i znajdziecie jeszcze chwilę czasu, przy okazji zaś okaże się, że macie trochę wolnej gotówki, to zajrzyjcie do Niemojowa. Ruiny tamtejszego dworu są wystawione na sprzedaż. Kosztują 75 tysięcy złotych. Poznałam jakieś dwa lata obecnego właściciela tego dworu, miał wtedy głowę pełną planów. Ciekawe, co się zmieniło?
 

Komentarzy: 0
Co czują drzewa?

 

    Chociaż od Wszystkich Świętych minęło kilka dni, cały czas mam w głowie rozmowę rozmowę, która odbyła się w przy urodzinowym stole u naszego zaprzyjaźnionego lekarza, tak ze dwa dni wcześniej. Nasz doktor, chirurg znany i ceniony, ma w życiu wiele pasji. Oprócz tego, że skupuje jakieś rozlatujące się samochody, zbiera również ciekawe historie. I właśnie taką opowiedział nam tego wieczora.

    - Rozmawiałem z takim ludowym rzeźbiarzem - zaczął. Nie pamiętam, czy wspominał o Bieszczadach czy Podlasiu - I ten rzeźbiarz powiedział mi, że zawsze rozpozna lipę, która rosła na cmentarzu. Czasem dostaje drzewa z wycinki na cmentarzach. I zawsze wie, które właśnie stamtąd pochodzą. Są takie jakieś dziwnie pokręcone. Struktura drewna jest inna. 

   Te kilka słów jakoś utkwiło mi w pamięci. Są sprawy, które intuicyjnie wyczuwamy, ale nie potrafimy ich racjonalnie ogarnąć, prawda?

Komentarzy: 1
Krzyżowa Hala, czyli magia jest wszędzie


         Wytrzymacie jeszcze chwilę, jeśli znów opowiem Wam o Mniszkowie? A właściwie o miejscu, w którym niegdyś wznosiły się zabudowania Mniszkowa.  Miejscu, którego widok dosłownie zapiera dech w piersiach.

       To Krzyżowa Hala, dawniej Kreuzwiese, ogromne górskie łąki, powiększone później przez wylesienie terenu na północno- wschodnim zboczu Wołka i wschodnim Małego Wołka. Tyle z geografii.
       A Wy zróbcie tak, od strony Mniszkowa wejdźcie na Wołka, droga jest dość prosta, idzie się nie dłużej niż pół godziny, samochód można zostawić pod szlabanem na samiutkim końcu wsi. Z Wołka przepięknie widać Sokoliki. Można się tu zasiedzieć i patrzeć, patrzeć.... Ale to jeszcze nie gwóźdź programu. Jeśli pójdziecie dalej niebieskim szlakiem i odbijecie w lewo, nagle roztoczy się przez Wami cudowna panorama i staniecie na wielkich, niemalże niekończących się łąkach. Jest tu nie tylko pięknie, ale i niezwykle tajemniczo. Gdzieniegdzie widać ruiny starych domostw, aż trudno uwierzyć, że kiedyś stała tu karczma. Krzyżowa Hala powstała dawno, około XV-XVI wieku, kiedyś znajdowała się osada drwali, potem niewielka wioska. Swoją nazwę wzięła od krzyża pojednania, który tu niegdyś stał. W 1945 roku radzieccy żołnierze zgwałcili i zamordowali tu młodą kobietę. 
         Specjalnie nie będę zamieszczać zdjęcia z Hali, zdjęcia nie są w stanie oddać atmosfery tego miejsca. Podobno jeszcze piękniej jest tu wiosną, kiedy kwitnie tu śnieżyca wiosenna, która ma tu jedno z zaledwie kilku stanowisk w Polsce. Może to nastrój ostatnich, październikowych dni, ale kiedy stoję na Krzyżowej Hali, mam wrażenie, że to miejsce mi się przygląda. Że każdy kamień chciałby coś powiedzieć, ale nie zawsze potrafimy się dogadać. 
 

Komentarzy: 2
Skarb z Mniszkowa, czyli nowa książka na urodziny

 

Życzliwi przypomnieli mi, że mam urodziny. Trudno. Jakoś trzeba to przeżyć. Tak się jakoś stało, że właśnie na urodziny sama sobie zrobiłam prezent, bo właśnie wyszła moja nowa książka, którą teraz świeżutką i pachnącą trzymam w rękach. To „Dolina Królów. Zamki i pałace u stóp Karkonoszy”.
 
Jak zwykle, prawie wszystkie zdjęcia robił do niej Krzysztof Góralski, ja zaś zajęłam się niektórymi tajemnicami moich kochanych Rudaw Janowickich i Kotliny Jeleniogórskiej. Jak tam się zmienia! Jeden z najpiękniejszych parków, jakie znam, ten w Bukowcu, przechodzi właśnie gruntowne zmiany, na romantyczną wieżę widokową zostały doprowadzone schodki, świątynia Ateny odzyskała boczne skrzydła. Szczególnie teraz, w październiku, kiedy wszystko jest złoto-czerwone, ta okolica wygląda magicznie. Niestety, nie udało mi się dotrzeć do wszystkich tajemnic tych okolic, choć pocieszam się, że to się nigdy nikomu nie uda.
 
Bo, na przykład, gdzie jest lew ze Starościńskich Skał?
Kiedy Starościńskie Skały dostały nazwę Mariannenfels, upamiętnione to zostało stosownym napisem z miedzianych literek. Pod napisem ustawiona została ławeczka, nad nią zaś niezwykle okazała figura lwa. Była zrobiona z żeliwa, ważyła ponad dwie tony i została odlana w Gliwicach. Lew dzielnie trwał na posterunku gdzieś do końca lat 70. XX wieku, mimo że widniejące nad nim miedziane literki przepadły zaraz po wojnie. Co się z nim działo dalej? Podobno został zwalony i przepadł. Ułamał mu się ogon. Krążyła plotka, że lew został wywieziony do zamku Czocha, gdzie jest do tej pory.

Przez kogo i dlaczego?
Ta historia mnie zaintrygowała. Zwalić i wywieźć dwie tony to jest coś! Jest tylko jedna osoba, która o zamku Czocha i jego tajemnicach wie wszystko i wybudzona w środku nocy potrafi odpowiedzieć na każde pytanie. To Janusz Skowroński, badacz historii Lubania i okolic. I rzeczywiście!
– W zamku tego lwa na pewno nie ma – oświadczył Janusz. – Ale jest w pobliżu, na zaporze w Złotnikach.
Rzeczywiście jest tam wspaniały lew. Ale pytani przeze mnie konserwatorzy twierdzą, że to nie ten sam. Gdzie jest więc tamten? Niestety, nie udało mi się rozwikłać tej zagadki...  
           
Ludzie znajdują skarby
Ale niektóre tajemnice wychodzą na jaw. Państwo Krajewscy, do których należy dwór w Mniszkowie (pisałam o nim już kilkaktronie) opowiedzieli mi najprawdziwszą historię skarbu ze swojego dworu. Jakiś czas temu dwóch chłopaków znalazło we wsi szesnaście baniek na mleko wkopanych płytko w stok, dnem do góry. Było w nich trochę skarbów, m.in.: cała zastawa srebrna z pałkami książęcymi na dwadzieścia cztery osoby, gumowce, pierzyny, kordonek z 1941 roku ze znakiem swastyki.
 
- Oferowali nam skórzany płaszcz, w jakim chodzili członkowie NSDAP i kieliszki, oraz pękniętą karafkę. Kupiłem od nich zniszczoną lupę do badań stratygraficznych skał – opowiada w mojej najnowszej książce pan Jerzy Krajewski – Ci panowie przynieśli mi również piękne buciki wyjściowe z cielęcej skórki i buty do konnej jazdy. Wycięli z nich herby. Twierdzili, że to wszystko wyjęli z zakopanych baniek. Najciekawsze zdarzyło się jednak potem. Pewnego dnia przyjechał do nas syn dawnego dzierżawcy dworu. Powiedziałem mu o butach a on zapytał: a obcasy pan oderwał? Bo pani baronowa chowała złote talary w obcasach.
Niestety, w obcasach nie było jednak nic...
To Ci historia, prawda?
 
Dwór w Mniszkowie

 

Rudawy Janowickie - nasz cud

Książka Dolina Królowa

Komentarzy: 6
Historia jednej rodziny

      

     Ty szukasz skarbów, więc liczyliśmy na ciebie! – oskarżycielski palec mojej cioci, z zawodu dyrektora, wysunął się w moim kierunku. Ale ja się nie sprawdziłam i szczerze mówiąc, trochę jestem tym zawstydzona. Bo, uganiając się za różnymi ciekawostkami historycznymi, zapomniałam o historii naszej rodziny.   

      Podczas wielkiej, rodzinnej uroczystości, mocno już nakarmieni i napojeni, zaczęliśmy, gdzieś tak w dwadzieścia osób odtwarzać dzieje naszych pradziadków. I okazało się, że prawie nie wiemy o nich nic.

      Ja wiem, że moja babcia urodziła się gdzieś podobno w Czechach, podobno miała jakiś dodatek greckiej krwi, ale inna ciocia twierdzi, że moja babcia urodziła się zupełnie gdzie indziej i razem z siostrami i bratem spędziła dzieciństwo we Lwowie. Babcia mi opowiadała, że jako dziecko widywała słynną Gorgonową, ktoś pamiętał, że prababcia miała jakieś kłopoty ze zdrowiem, ale co było wcześniej, tego nie wie nikt. Gdzieś tam pokutuje historia rodzinna o tym, jak pradziadkowie, wyjeżdżając ze Lwowa, a konkretnie z Zimnej Wody, na ziemie niby odzyskane, ciągnęli ze sobą  fortepian i mnóstwo rodzinnych albumów. Ale prababcia albumy spaliła, a fortepian porzucili w Katowicach.

      Rodzinna legenda głosi, że jakaś nasza praprapraprababcia stała się ofiarą tatarskiej hordy, która, jednakowoż, prarararararababcię pozostawiła przy życiu. Stąd oczy u mnie czarniawe. Mamy nawet jakąś daleką Zapolską w Argentynie, wnuczkę brata mojej babci. W naszej rodzinnej dyskusji zatrzymaliśmy się jednak na pradziadku, o którym nikt nie wie nic, oprócz tego, że miał na imię Jan, a na nazwisko Zapolski.

     Zaczęłam się zastanawiać, przecież to wszystko nie było tak dawno, zaledwie ponad sto lat temu. Dlaczego nigdy nie słuchałam opowieści babci, albo którejś z jej sióstr? Dlaczego wielu z nas za późno zaczyna się interesować tym, co jest przecież ważne. Historia rodziny może być piękną wycieczką w przeszłość. Moja ciocia, jubilatka, z tego średniego pokolenia, na swoje urodziny przygotowała dla nas wyjątkową niespodziankę. Zrobiła książeczkę, w ktorej jestesmy wszyscy, są nasze daty urodzenia i zdjęcia "obcych" w rodzinie; mężów, żon, chłopaków, dziewczyn i narzeczonych. Znakomity pomysł! Może dzięki temu, za sto lat, ktoś nie będzie musiał żałować, że nie słuchał nas, gdy truliśmy o przeszłości.
 

Komentarzy: 3
Świątynia Sziwy i Kolumb - Dolny Śląsk wciąż zaskakuje

Dolny Śląsk nie przestaje mnie zaskakiwać. Co prawda za każdym rogiem czeka tu jakaś niespodzianka, ale czy znacie jakiś inny rejon, w którym jest ich tak wiele? Jeśli macie chociaż jeden wolny dzień, zapraszam w kilka miejsc, które nie są tak dobrze znane, a jednak koniecznie trzeba je zobaczyć. Nie odkryłam ich wczoraj, jednak za każdym razem, kiedy obok nich przejeżdżam, zadziwiają mnie tak samo.
 
Najpierw Raszów koło Kamiennej Góry. Trwają prace nad pokazaniem tego miejsca światu. Na samym końcu wsi, w niewielkim kościele Niepokalanego Poczęcia NMP znajduje się przecudne mauzoleum Schaffgotschów. Jedna za drugą, stoją tu wspaniałe XVI- wieczne tumby grobowe dwóch małżeństw z tego słynnego, śląskiego rodu. Naukowcy twierdzą, że nie ma takiego drugiego miejsca w Polsce. Na ścianach płyty, które czyta się jak książkę. Każdy element stroju ma tu jakieś znaczenie. Będzie o tym trochę w mojej najnowszej książce, ale prawdziwym kompendium wiedzy o tym miejscu jest praca „Mauzoleum rycerskiej rodziny von Schaffgotsch w Raszowie” autorstwa Barbary Skoczylas-Stadnik, Romana Stelmacha i Przemysława Burchardta, która została właśnie wydana staraniem Urzędu Gminy w Kamiennej Górze. Mam szczęście i dostałam tę książkę, ale podobno nie ma ich wielu. A szkoda, każde takie miejsce potrzebuje promocji. Żeby wejść do mauzoleum Schaffgotschów trzeba poprosić o taką możliwość w najbliższym domu, gdzie znajdują się klucze do kościoła. Ja uwielbiam to mauzoleum tę ciszę, która tam panuje i nastrój skupienia.
           
A jeśli już traficie do Raszowa, koniecznie odwiedźcie pobliskie Pisarzowice i odbijcie w nich (jeśli jesteście samochodem) do Czarnowa. Jakie stamtąd rozpościerają się widoki! Sprawdzałam wczoraj, można jeszcze tanio tam kupić ziemię, jeśli komuś marzy się wieś sielska i anielska. A w samym je środku kolejna niespodzianka. To właśnie powstająca świątynia.... świątynia Pana Sziwy. To widok naprawdę niezwykły. Złocenia i kolumny wyglądają przedziwnie w tym surowym, górskim krajobrazie, praca na budowie chyba wre (widziałam tylko mnóstwo różnych materiałów budowlanych), więc chyba są tam gdzieś i robotnicy.
 
Ale to jeszcze nie koniec niespodzianek. Gdyby pójść na północ, dotarlibyście do Mniszkowa i tamtejszego dworu gwarków. Pisałam już o nim, ale pani Halina Krajewska, właścicielka, zwróciła mi ostatnio uwagę na coś niezwykle ciekawego. Na malowidło, które, jak przypuszczają niektórzy, może przedstawiać Krzysztofa Kolumba. Skąd Kolumb w Mniszkowie, to kolejna zagadka. Dwór w Mniszkowie nie jest oficjalnie udostępniony do zwiedzania. To dom prywatny. Ale właściciele są tak mili i tak chętnie propagują piękno Rudaw Janowickich, że można zawsze do nich zadzwonić – telefon jest na tablicy informacyjnej we wsi - i z pewnością obejrzycie te piękne malowidła. No i proszę, kilka kilometrów kwadratowych i tyle zadziwiających opowieści!
 
A jeśli myślicie, że to koniec, zajrzyjcie jeszcze do pobliskich Ciechanowic. W tamtejszym pałacu trwa remont pełną parą, wnet ma być tam hotel, a na ścianach czeka na lepsze czasy 700 metrów kwadratowych fresków w kilku warstwach. Pokryte jest nimi całe pierwsze piętro. Piszę o tym w najnowszym numerze miesięcznika „Focus Historia”. I Ciechanowice nie są jeszcze udostępnione dla ruchy turystycznego, ale i tutaj właściciele chętnie pokażą bezcenne malowidła, jeśli tylko są na miejscu. Te wnętrza robią wrażenie, a wizyta w takich zakątkach Dolnego Śląska może trochę odbiega od przewodnikowych standardów, ale ileż zostawia wspomnień. A na zachętę kilka zdjęć Krzysztofa Góralskiego właśnie z tych miejsc.
 
1.      Wnętrze mauzoleum w Raszowie.
2.      Czy to rzeczywiście Kolumb?
3.      Pałac w Ciechanowicach w jesiennych barwach
4.      Właściciele pałacu w Ciechanowicach, a w tle freski

Komentarzy: 4
Jeszcze o odkryciu w Górach Sowich

    

      Jeśli pojawia się tyle głosów, że sztolnia, w którą wwierciła się w niedzielę rano Sowiogórska Grupa Poszukiwawcza, była penetrowana już wcześniej i że "to żadne odkrycie", nie zostało mi nic innego, jak jeszcze raz "przepytać" samych zainteresowanych. Zarówno Andrzej Boczek, jak i Piotrek Kałuża, prezes Sowiogórskiej Grupy Poszukiwawczej stanowczo twierdzą, że było to pierwsze od wojny "otwarcie" tej sztolni. Natomiast- o czym już wspominałam - wszyscy zgodnie przyznają, że wielu badaczy wcześniej sugerowało, że w tym miejscu może znajdować się jakaś sztolnia.   

    Otwarcie to może za duże słowo, na razie to odwiert. Andrzej, rzeczywiście, dwa lata temu penetował na Soboniu sztolnię, ale inną, oddaloną od tego miejsca o kilkaset metrów. Przed chwilą zresztą, na antenie Faktów, Wiesław Zalas i Darek Tomalkiewicz opowiadali o niedzielnym odkryciu i pokazywali zdjęcia z wnętrza, zrobione na razie za pomocą kamery. Wejście do środka zapowiedzieli na wiosnę. Natomiast, jeżeli ktoś rzeczywiście był w tej sztolni wcześniej, wszyscy chętnie obejrzą zdjęcia.  

 

Komentarzy: 10
2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 |