iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Książę Karol kupi pałac w Bożkowie?

        Od niedzieli dziennikarze pytają mnie, czy naprawdę książę Karol kupi pałac w Bożkowie. Wczoraj opowiadałam o tym w I programie Polkiego Radia, przedwczoraj w rozgłośni regionalnej, a jeszcze wcześniej w Radiu Wrocław. Wizyta w Polsce księcia Karola, który m.in. zainteresował się stanem dolnośląskich zabytków, sprawiła, że pojawiła się nadzieja na coś nowego dla naszych zamków i pałaców. Postanowiłam więc dowiedzieć się, jak to naprawdę z tym Bożkowem jest i czy mieszkańcy okolicy powinni już zacząć ćwiczyć ukłony.


       Pałac w Bożkowie jest rzeczywiście piękny. Słusznie mówi się o nim, że jest trochę takim zamkiem z Disneylandu. Pięknie położony z malowniczą, strzelistą wieżą, mógłby z powodzeniem zagrać w jakiejś bajce. Od kilku lat jest prywatną własnością, niemieckiego-irlandzkich wspólników, którzy postanowili już jakiś czas temu go sprzedać. Za jakieś 26 milionów, takie informacje mam od gminy, więc przepraszam jeśli pomyliłam się o kilka milionów. Nie udało się, więc Bożków został wystawiony gdzieś w Internecie za 9 milionów złotych i ciągle nie mógł znaleźć nowego właściciela. Nie sztuką - co wszyscy właściciele obiektów zabytkowych wiedzą - jest kupić pałac, potem jednak trzeba o niego zadbać, ogrzewać go zimą tonami węgla, opiekować się nim zgodnie ze wszelkimi konserwatorskimi wymogami. Inaczej pałac umiera, pokrywa się pleśnią, grzybem, czy czym tam chcecie, zapadają mu się podłogi. A to, niestety, wszystko kosztuje.  

     Przeklęte freski


      Pierwszy przykład z brzegu: zamek w Ciechanowicach w Rudawach Janowckich. Kupiła go prywatna osoba, miała dobre chęci a tu nagle, uuppps, na całym pierwszym piętrze, od podłogi do sufitu, wspaniałe renesansowe freski. Przyjeżdżają naukowcy, badacze i się zachwycają, pieją, że freski z Ciechanowc są cenniejsze od tych na Wawelu i że absolutnie, absolutnie, absolutnie, trzeba je zachować dla potomności. I że będzie to kosztowało... 1 500 000 złotych. Właściciel poprosił o dotację Ministersywo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, nie dostał, bo są ograniczenia, w końcu okazał się możliwy układ, że właściciciel wykłada jedną trzecią tej sumy - zgodził się - a reszta państwo. I co? Pieniędzy, tej reszty nie ma, nie ma hotelu,  który miał zostać otwarty w zamku w Cichanowicach a częściowo odsłonięte freski pewnie wnet zaczną łapać wszelkie brudy i wilgoć z powietrza. Sytuacja jest patowa.

       Szczerze mówiąc, diabli mnie biorą jak patrzę na to co się w Ciechanowicach dzieje. Może należałoby odwrócić sytuację. Nie mówić, tak jak w jednej z wypowiedzi prasowych powiedział rzecznik MKiDN: 'Kupując nieruchomość trzeba liczyć się z konsekwencjami" , a powiedzieć sprzedając obiekt zabytkowy osobie prywatnej trzeba się liczyć z tym, że trzeba będzie jej pomóc, bo chodzi tu nie o willę w Wołomininie tylko obiekt wielkiej klasy, dziedzictwo, których należy się w każdej chwili chwalić. Przecież większość tych zabytków ciągle nabywa się od gmin czy państwowych agencji. Ale ad rem.
      

       Ukłony dla księcia

        Bajkowy pałac w Bożkowie szczęścia nie ma. Kiedyś w parkowym basenie pływały złote rybki, dziś przecieka dach w sali balowej. Historią tego miejsca można by obdzielić kilka zameczków. Z tzw. dobrze poinformowanych źródeł dowiedziałam się wczoraj, że Księciu Karolowi "zabłysły oczy", kiedy dowiedział się o "zamku z Disneylandu" na Dolnym Śląsku. Jego Wysokość już wyremontował już dwa domy w Rumunii, sprawy zabytków są mu bliskie, co by było, gdyby ten "błysk w oczach:" rzeczywiście doprowadził do kupna pałacu w Bożkowie? Spójrzcie na zamek Kliczków w Borach Dolnośląskich, na pałac Łomnica, na pałac w Wojanowie Bobrowie, na Paulinum. Tam gdzie zaangażowały się pieniądze, wiedza i fantazja, odżywa nie tylko zabytek ale i cała okolica. Dookoła jest czyściej - swoją drogą naprawdę podobały mi się apele chyba z gminy, które kiedyś wisiały w Wojanowie na słupach. Proszono w nich, żeby sprzątać przed domami, bo przecież turyści jak nas widzą tak nas piszą, i do bałaganu nie wrócą- pojawiają  sie nowe miejsca pracy, coś się dzieje, okolica żyje.

        Myślę, że książę Karol lub jakikolwiek inny książę, czy to tytułowany czy po prostu finansowy byłby dla Bożkowa ogromną szansą. Pewnie, wzorem angielskich włości, można by zamek zwiedzać, Karol mógłby sobie tu z Camillą zaglądać do prywatnych apartamentów i wszyscy by z tego skorzystali. Tak właśnie jest w Wielkiej Brytanii, wiele prywatnych rezydencji udostępnianych jest w jakimś zakresie dla zwiedzających. W ten sposób wszyscy są zadowoleni a zabytki żyją. Byle tylko nikt takiemu Karolowi nie przeszkadzał, byle tylko.


 
 
 

 

Komentarzy: 6
Brrrr.....

  

     Poszłam dzisiaj do centrum handlowego. Postaram sobie tego więcej nie robić. Przynajmniej nie w takiej częstotliwości. Kupiłam jogurt. Grejpruitowy, bo staram się nie jadać mięsa, choć trudno mnie nazwać ortodoksyjną wegetarianką. Zaczęłam pić, ale coś mnie tknęło i obejrzałam buteleczkę. A tam jak byk stoi, że w moim jogurcie jest... żelatyna wieprzowa. Brr... Czy ten świat nie stanął na głowie? 

    Czasem jakiś dziennikarz mnie pyta o smak, który najlepiej w zyciu zapamiętałam. To był jogurt. Piłam go w centrum Katmandu, w Nepalu. W środku miał kandyzowany agrest. Napewno nie było w nim wieprzowej żelatyny....

Komentarzy: 3
Miasta, którego nie ma

 

         Zamiast w Góry Sowie, trafiłam wczoraj w Rudawy Janowickie, z którymi wiąże mnie wszystko.  Po pierwsze chcemy tam zamieszkać, po drugie, za chwilę wychodzi moja kolejna książka o tym właśnie regionie, a po trzecie: wiadomo, Rudawy są jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie. 

       I Was też tam chcę zabrać, szczególnie w jedno miejsce, które obrosło setkami najdziwniejszych opowieści. To Miedzianka. Do tematu Miedzianki przymierzało się do tej pory niewielu dziennikarzy. Wiem, że Filip Springer jest w trakcie pracy nad książką o tym miejscu i znając jego pióro – mogę chwalić ile chcę, bo p. Filipa nie znam osobiście – to będzie naprawdę coś.

       W Miedziance umówiłam się z Pawłem Nowakiem, jedną z tych osób, które zawsze w odpowiednim momencie stają na mojej drodze. Paweł to prawdziwy pasjonat, aż oczy mu się świecą, kiedy zaczyna opowiadać o Miedziance i o jej dziejach. Wyobraźcie sobie, że umawiamy się pod kościołem, Paweł podjeżdża i mówi od razu: postawiliśmy auta w ryzykownym miejscu, tam pod spodem jest wielka dziura.

       No właśnie. Miedzianka na dziurach stoi, kto by chciał więcej poczytać odsyłam do artykułów internetowych. Kto nie wie, krótko wyjaśnię; od XII wieku działały tu kopalnie, w ciągu wieków bywały przerwy, ale po II wojnie światowej radzieccy fachowcy postanowili szukać tu uranu. I nagle z miłego miasteczka, które reklamowało się niegdyś jako jedno z najwyżej położonych miast w Prusach, z pięknym widokiem na Karkonosze, Miedzianka stała się ponurym świadkiem utajnionych prac, które oficjalnie kryła „fabryka papieru”. To niesamowite, kiedy oglądam przedwojenne widokówki z Miedzianki. Działał tu browar, były dwa kościoły, pałac, zajazd. Widać stojące obok siebie kamienice, szyldy, ludzi.

       Stanęliśmy z Pawłem na pustej, ośnieżonej łące.

        - To był rynek – pokazał dookoła – Tutaj panowie siedzieli przy stoliczkach i pili piwo i przy dobrej pogodzie mieli cudowny widok na Karkonosze.  Czego im więcej było trzeba?

        No właśnie. Dobre pytanie. Po radzieckich „specjalistach” zostały gigantyczne dziury. Górnicy niemieccy szli wzdłuż żyły i zachowywali bezpieczeństwo, Rosjanie „szli na całość”. Do dzisiaj w niektórych miejscach Miedzianki widać zapadliska.

        - O, tu dwa lata temu zapadło się drzewo – pokazywał mi wczoraj Paweł. Ale, wbrew pozorom, to nie uran skazał Miedziankę na zagładę. Na początku lat 70. XX wieku władze podjęły decyzję o zakazie jakichkolwiek prac remontowanych, w powietrze został wysadzony ewangelicki kościół, do domów, z których przesiedlono mieszkańców wprowadziły się romskie rodziny. I Miedzianka zaczęła znikać. Zaczęła być rozbierana, niszczona, rozszarpywana. Dziś ciągle stoi tu kilka bardzo ładnych domów, ciągle stoi kościół katolicki, w którym odbywają się msze.

        Wędrówka z Pawłem, choć krótka – nie wiem jak tam u Was, u nas na Dolnym Śląsku, czasem zawierucha, czasem śnieg i deszcz – to podziałała mi na wyobraźnię. Tak jak opowieść o jednym z niemieckich mieszkańców Miedzianki, który codziennie chodził na spacer do altanki w lesie, z której godzinami podziwiał widok na góry. Kiedy dowiedział się, że musi opuścić swój dom w 1945 rolu, po prostu się powiesił.

    Pani z „Gazety Wyborczej” poprosiła mnie kilka dni temu o rozmowę do cyklu „Moje serce zostało w ...”. Zastanawiam się co czują ci wszyscy, których wysiedlono z Miedzianki pod pretekstem górniczej katastrofy, kiedy patrzą na to miejsce? Kiedy widzą, że Miedzianka nadal trwa, a domy, których nie udało się rozszabrować ciągle stoją.  Gdzie ci wszyscy zostawili serce? A gdzie mieli je ci, którzy wtedy podejmowali decyzje?

 

Komentarzy: 2
Szewskie piątki, ale zaraz skarby

     

     Zaczynam wierzyć w pechowe piątki. Jedną przyjaciółkę wywalili mi właśnie z pracy, a właścicie jakoś tak wyrolowali, niby elegancko a wrednie. Druga jest trochę za bystra i ta bystrość nie spodobała się szefowi. Inna załatwiła koledze występ w telewizji w jej zastępstwie i teraz płacze, że ta telewizja już jej nigdy nie zaprosiła, bo na dobre zamieszkał tam już kolega. Jakaś epidemia z tym podsiadaniem. Jakby nie dla wszystkich straczyło miejsca. A przecież tych gazet, portali i telewizji pełno jak diabli. I pracy dla wszystkich się znajdzie. Jak mawia kolejna, również bardzo rozżalona przyjaciólka, z " każdym dniem rocznie liczba osób, które mogą nas pocałować w d..."

    Na szczęście są skarby. Jutro po tajemnicach Górach Sowich szaleje kanadyjski Discovery Channel, co rozsławi nas w świecie, a ja cichutko idę sobie do miejsca, gdzie z pewnością nikt nie był od przynajmniej 300 lat. Skarby mogą mnie całować do upadłego! 

Komentarzy: 4
Tyle zarabia urolog

   

    To mi się dostało. Dzwonią znajomi, również lekarze i pytają, ile ten urolog w Szwajcarii naprawdę zarabia? Co za wścibskość! Odpowiadam: dziewczyna z pociągu twierdziła, że do do miliona dwustu tysięcy rocznie. W przeliczeniu na złotówki. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale staram się zadowolić pytających.

      I od razu sobie myślę o różnych bliskich - dalekich znajomych, których gdzieś tam zostawiłam w afrykańskich czy azjatyckich wioskach. O tym, jak cieszy ich każdy drobiazg, długopis chociażby, kredki czy piłka, i jaki potrafią z każdego drobiazgu zrobić użytek. Ścianę ze starych telewizorów, buty z opony, fantazyjną ozdobych na głowę ze starych, plastikowych butelek. Przychodzą mi też do głowy różni "historyczni" bogacze, którzy pieniędzy nie zbierali, a realizowali dzięki nim swoje wielkie fantazje, budowali niezwykłe zamki, tworzyli oryginalne ogrody albo starali się, w miarę tych dawnych możliwości poznawać świat. I te myśli, które jakby nie było, sprowokował szwajcarski urolog, dalej pchają mnie do podróżowania. Oczywiście, już wiecie, dlaczego. Naprawdę, dziwny jest ten świat.

Komentarzy: 3
Dwa dni w mieście światła, czyli ile zarabia urolog

     

    Wiem, pospałam trochę, ale wystarczy, że wyjadę na kilka dni i po powrocie trzeba gasić pożary. Ale zdążyłam jeszcze odwiedzić zimowe Mazury, gdzie nasz kolega, poszukiwacz skarbów i przy okazji...konsul honorowy Albanii ma dom. O Michale, który jest konsulem dość wyjątkowym jeszcze kiedyś opowiem, ale czas mi rozliczyć się z pobytu w Lucernie.

      Nie znam Szwajcarii, i ten pierwszy raz zrobił na mnie spore wrażenie. Przede wszystkim czystość i ułożenie, w których słowiańska dusza (myślę tylko o ułożeniu) może poczuć się trochę skrępowana. Ale tak na chwilę, to jest to całkiem fajne.

    Najłatwiej i najszybciej dorzeć do Lucerny Swissem przez Zurich, a potem prosto z lotniska pociągiem, który jedzie zaledwie 50 minut. W pociągu biega regularnie pani z wózeczkiem, a w każdym przedziale są wieszaki na płaszcze i marynarki. Tak przynajmniej wygląda pierwsza klasa. Obok usiadła dość ponura, acz sympatyczna  dziewczyna, jak się okazało Polka, od kilkunastu lat na stałe mieszkająca w Szwajcarii. Z wykształcenia prawniczka. Roztoczyła przed nami (byłam z kolegą z innej redakcji) blaski i cienie szwajcarskiego prawa (podobno za przestępstwa o podłożu seksualnym trzeba odsiedzieć swoje bez możliwości skrócenia wyroku) i skalę zarobków. Dość szokująca jest wiadomość, że w szwajcarskiej służbie zdrowia zarabiają – nie wiedzieć czemu - urolodzy, zostawiając takich dentystów gdzieś daleko z tyłu.

     Sama Lucerna powitała nas pięknym słońcem, zaś samo położenie miasta może naprawdę oszołomić. Otoczone górami, nad cudownym jeziorem miasto ma w sobie ten romantyczny powiew wakacji, podczas których wszystko układa się jak trzeba. Najpierw wjazd na Pilatus, magiczną górę o wysokości 2120 metrów. Tradycja mówi, że ten szczyt wziął swoją nazwę od Poncjusza Piłata, którego duch chętnie nawiedza do dziś to miejsce. Na górę trzeba dotrzeć dwoma kolejkami, pierwsza, typowe wagoniki na cztery osoby, nie dostarczają wiele emocji, choć z każdym metrem widoki są coraz piękniejsze. W pewnym momencie trzeba się przesiąść do kolejki linowej, pojedynczego wagonika, w  którym ma się wrażenie, że właściwie to samolot.

     Akurat pan, który obsługiwał wagonik postanowił nam zrobić frajdę i pohuśtać nim trochę. Co za uczucie....Lepiej być przed śniadaniem. Ciekawa jestem, jak tu dotarła króla Wiktoria, która przecież niegdyś odwiedziła Pilatus, podobnie zresztą jak Wagner.
Widok z Pilatusa jest, co tu dużo mówić, oszałamiający. Na szczycie mnóstwo ptaków, które bawią się wiatrem, leniwie unosząc się nad głowami turystów. Choć oczywiście to XXI wiek, jest na tym szczycie coś absolutnie, dziwnie „starociowego”, może to piękny drewniany hotel, z którego okien widać panoramę gór, może te wszystkie opowieści o smokach, które tu niegdyś mieszkały? Pilatus przez wieki uchodził przecież za górę przeklętą. A może to przez dziewczynę ubraną w stylu vintage, która na starych sankach, ciągnięta przez dwa psy zjeżdżała właśnie z góry? Cudowne było to, że na Pilatusie było prawie pusto, a pogoda tego dnia sprzyjała...

      Uff, trochę się rozpisałam, a jeszcze nie weszłam nawet na uliczki Starego Miasta. O nich w takim razie jutro, ale skoro już jesteśmy przy dziwach i niesamowitościach. Spójrzcie na ten fresk z jednego z kościołów. Wiecie, co to za zwierzęta? Z tyłu są wielbłądy. Tak wyobraził je sobie artysta, który nigdy ich nie widział...

Komentarzy: 3
Lucerna, miasto światła

 Moi Drodzy,

     Taki widok miałam za oknem przez ostatnie kilka dni. Wyobraźcie sobie, że wchodzicie do Waszego pokoju hotelowego, otwieracie drzwi na balkonik i nagle roztacza się taka panorama. Po prostu cudo! To Lucerna nad zachodnim brzegiem Jeziora Czterech Kantonów, rozłożona u stóp magicznej góry Pilatus, nazywana "miastem światła".

    Nie byłam w Szwajcarii długo, ale po licznych podróżach "egzotycznych" ta czystość, porządek i poukładanie zrobiły na mnie spore wrażenie. Gdzie w polskim pociągu szukać specjalnych wieszaków dla pięknie odprasowanych marynarek i płaszczyków? Czy na zaledwie półgodzinnej trasie pojawi się u nas pani z wózeczkiem i napojami? Szwajcarię odwiedziłam po raz pierwszy w życiu, i choć nasza słowiańska dusza pewnie byłaby tam uwięziona jak ptaszek w klatce, to zwiedzać jest naprawdę co!

    Teraz biegnę odsypiać (samolot "doleciał" mnie w półtorej godziny, ale już nocny pociąg z Warszawy do Wrocławia to przygoda, że ho! Lucernę opiszę za chwilę, a Wy napawajcie się tym widokiem.

 

Komentarzy: 4
Mordują nasze drzewo

      

     Za oknem faceci w wielkim, niebieskim dźwigu wycinają przepiękne drzewo, które stało za płotem. Przyzwyczaiłam się do niego i rosłam razm z nim. Za chwilę, cyk, i go nie będzie. Już go nie ma. Znacie to uczucie, kiedy nagle znika, coś co dobrze znacie, prawda?

 

Komentarzy: 6
Średniowieczne Walentynki, czyli dwie dziewczyny z igłą

 

      Dzisiaj mamy różowe serduszka z pluszu, jabłka z napisem „kocham Cię” i absolutny obowiązek robienia wszystkiego, żeby ten jeden, jedyny dzień w roku wyglądał na wyjątkowy. Nawet, jak ktoś stuknie czasami połowicę w nos, to dzisiaj powinien przybiec z kwiatami, paść na kolana, zakrzyknąć „kocham Cię”, albo wręczyć chociaż to jabłuszko (3,50 za sztukę, można się wykosztować).

       Nie wiem, czy z tego wszystkiego więcej jest miłości na świecie, ale obrót w branży jabłuszek i poduszek zwiększa się nadzwyczajnie. Z drugiej jednak strony, fajnie mieć święta, bo święta łagodzą obyczaje, a miłości nigdy nie za wiele. Powiedzcie mi tylko, czemu do historii przechodzą głównie te miłości nieszczęśliwe, tragiczne, niespełnione, czemu nikt nie pamięta po latach o dobrych i stabilnych związkach?

       Jeżdżąc po Dolnym Śląsku znalazłam ostatnio dwie płyty nagrobne. Do pierwszej z nich rzadko kto dociera. Znajduje się w kościele św. Mikołaja w Świnach. To malutka świątynia tuż koło wielkiego zamczyska, do której klucze ma pan opiekujący się zamkiem. Zaraz za wejściem, po prawej stronie znajduje się epitafium Urszuli von Zedlitz z Prusic. Dziewczynka była sierotą i państwo ze Świn adoptowali ją. Zmarła jednak bardzo szybko, w wieku 17 lat.  Zmarła, ponieważ połknęła ...igłę.

       Zapytałam znajomego chirurga, jak to jest połknąć igłę i to jeszcze wieki temu, a ten aż się wzdrygnął. Igłę? To nie lepiej jej było rzucić się z wieży? Połknięcie igły wiąże się ze strasznymi męczarniami...- wykrztusił.  No cóż... 

       Nawet nie wiedział, jak tymi słowami dotknął legendy związanej z Urszulą. Mówi ona, że dziewczyna popełniła w ten sposób samobójstwo. Podobno zakochała się w mężczyźnie niższego stanu, przybrani rodzice natomiast zamierzali ją wydać za mąż za kogoś zupełnie innego, i – przy okazji, innego stanu. Wzięła bidula i targnęła się na życie....

       Co za historia! Najdziwniejsze jest jednak to, że po dwóch dniach odnalazłam drugą pannę z igłą. Jej płyta nagrobna znajduje się w kościele w Radomierzu i legenda mówi, że... panna ta była niezwykle chytra. Tak chytra, że suknię ślubną, z oszczędności, postanowiła uszyć własnymi rękoma. Miała pecha, coś się omsknęło i również połknęła igłę. Konsekwencje tego połknięcia znajdują się niestety, na murze świątyni...

       Ale to jeszcze nie wszystko. Moje ukochane Rudawy Janowckie mają wszak cudowną i tragiczną opowieść o innej, ślicznej pannie, która nie mogła wyjść za mąż za tego, kogo kochała. Mowa o Elizie Radziwiłłównej, córce Antoniego Radziwiłła. Jej wybrankiem był późniejszy cesarz Wilhelm I. W 1820 roku wyznali sobie miłość.   Doszło do zaręczyn i zaplanowano ślub. Wkrótce okazało się jednak, że Prusy nie chcą widzieć Polki na niemieckim tronie. Długo by pisać o powodach, zakochana Eliza nie miała żadnych szans. Wilhelm wybrał w końcu koronę, ożenił się z weimarską księżną Augustą, wnuczką Pawła I, rosyjskiego cara, i podobno tej decyzji żałował do końca życia. Augusta miała piętnaście lat, kiedy poznała narzeczonego, zaręczyli się pod koniec sierpnia 1826 roku. W liście do siostry Wilhelm napisał potem, że „człowiek może zakochać się w życiu tylko raz”, i dodał, że Augusta jest „miła i bystra, ale nie żywię do niej żadnych uczuć”. Weimarska księżniczka natomiast zakochała się do szaleństwa i liczyła, że miłość męża nadejdzie w odpowiednim czasie....

      Ale to jeszcze nie koniec. A taka Maria Antonina? Kiedy przybyła z Wiednia do Wesalu miała 14 lat i nie wolno jej było zatrzymać nawet osobistej bielizny. W „Czarnej Żmii”, angielskiej komedii, której akcja rozgrywa się na renesansowym dworze, jest taka scena: gapiowaty książę Edward czyta wybranej mu przez ojca narzeczonej książkę. W pewnej chwili słychać zmęczony głos panny; Edziu, jest późno, chyba pora spać. Masz rację kochana – odpowiada książę – już prawie szósta wieczorem. Gasi świecę, a kamera pokazuje ziewającą, może pięcioletnią, szczerbatą dziewczynkę.

      Więc teraz sobie tak myślę, że dobrze, że są te Walentynki. Też sobie poświętuję. Za co? Za wolność wyboru, drogie Panie! 
 

      Ps: W jednym z ostatnich Newsweeków czytałam, że jakiś naukowiec udowodnił, że można zakochać się na życzenie. Szkoda, że że nasza panna z igłą tego nie wiedziała...

Komentarzy: 5
Tłusty czwartek, czyli skarb w majonezie

    

   Długo już nie pisałam, ale tyle dzieje się dookoła, że na przelewanie tego na papier nie starczyłoby czasu.  Kończę książkę i wędrując po Dolnym Śląsku co chwila poznaję jakieś nowe historie. O historiach miłosnych napiszę tuż przed Walentynkami, wtedy będzie okazja a dzisiaj przecież Tłusty Czwartek!

    Od razu mi się przypomina fragment z „Tytusa, Romka i Atomka”: „Już wiem! Jest mi niedobrze z niedojedzenia. Zawsze zjadam 16 kg chałwy dziennie, a wczoraj zjadłem tylko 9.” Uwaga, nie dotyczy to pączków. Nawet historie wielkich władców ostrzegają przed przejedzeniem. W Szwecji, gdzie zamiast pączków je się dzisiaj fastlagsbulle albo semle, czyli specjalnie przygotowane bułki, uważano niegdyś ten przysmak za „morderczy”. Jeden ze szwedzkich poetów nawoływał nawet, żeby semle „wyrzucić” poza szwedzkie granice, przypominały bowiem o śmierci króla Adolfa Fryderyka.

    12 lutego 1771 roku, w wielkopostny poniedziałek, władca zasiadł do wystawnej uczty. Napchał się do niemożliwości ostrygami, kawiorem, homarem, wędzonymi śledziami, zupą kapuścianą i kiszoną kapustą. Zapił szampanem. Na deser zjadł czternaście porcji semli. Organizm Jaśnie Pana nie wytrzymał. Wieczorem Adolf Fryderyk odszedł ze świata żywych z powodu zawału serca. Ale gdyby zachował tylko trochę umiaru....
Kto nie zje jednak pączka albo semli, wrota do szczęście będzie miał zamknięte przez cały następny rok. Jeden pączek to niecałe 200 kalorii, mam rację? Wystarczy potem krótki spacer, pączek spalony a szczęście zapewnione. No, ale się rozgadałam, a miało być dzisiaj zupełnie o czymś innym.

    Wczoraj wieczorem, wędrując przez Rudawy Janowickie, trafiłam do domu pani Wiesi Łąckiej, niestrudzonej popularyzatorki historii Janowic Wielkich, zamku Bolczów i okolic. Kto chce dowiedzieć się czegoś ciekawego o tamtym rejonie, musi podejść do kiosku w Janowicach i Pani Wiesia natychmiast skieruje dokąd trzeba. A ileż ma różnych archiwaliów! Z setek pocztówek, książek, starych buteleczek i talerzyków, córka Pani Wiesławy wyciągnęła nagle wiekową książkę kucharską. Oprawione było to dzieło niezwykle starannie, pozłacany miało grzbiet, napisane zostało po francusku i zawierało zaledwie kilka zdjęć. Nie mogłam się powstrzymać.   Zaczęłam robić zdjęcia.

    Kobiety, spójrzcie na te misterne piramidy, na to coś z girlandami krewetek, ozdobami w kształcie gwiazdek i kółeczek, licho wie z czego, na te wszystkie galarety, pasztety i nieszczęsne pulardy, chyba z truflami. Kto rozpoznaje poszczególne składniki, niech się natychmiast przyzna! Czy to nie prawdziwe dzieła sztuki?  Kulinarne skarby. I to jak podane! Zastanawiam się ile trzeba poświęć czasu, żeby „wybudować” takiego łososia w majonezie. Ile trzeba cierpliwości na te wszystkie ozdóbki. I jak w to potem wbić widelec? No, po prostu szkoda.

To co, wracamy do prostoty? Smacznego pączka!
 

Komentarzy: 3
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 |

NAJNOWSZE WPISY

NAJNOWSZE KOMENTARZE

O MNIE

Joanna Lamparska

Joanna Lamparska - szuka skarbów, podróżuje, pisze książki o tajemnicach i niezwykłych miejscach. Zakochana w Dolnym Śląsku.

Mój profil w iWoman.pl

KATEGORIE

ARCHIWUM