iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Tyle zarabia urolog

   

    To mi się dostało. Dzwonią znajomi, również lekarze i pytają, ile ten urolog w Szwajcarii naprawdę zarabia? Co za wścibskość! Odpowiadam: dziewczyna z pociągu twierdziła, że do do miliona dwustu tysięcy rocznie. W przeliczeniu na złotówki. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale staram się zadowolić pytających.

      I od razu sobie myślę o różnych bliskich - dalekich znajomych, których gdzieś tam zostawiłam w afrykańskich czy azjatyckich wioskach. O tym, jak cieszy ich każdy drobiazg, długopis chociażby, kredki czy piłka, i jaki potrafią z każdego drobiazgu zrobić użytek. Ścianę ze starych telewizorów, buty z opony, fantazyjną ozdobych na głowę ze starych, plastikowych butelek. Przychodzą mi też do głowy różni "historyczni" bogacze, którzy pieniędzy nie zbierali, a realizowali dzięki nim swoje wielkie fantazje, budowali niezwykłe zamki, tworzyli oryginalne ogrody albo starali się, w miarę tych dawnych możliwości poznawać świat. I te myśli, które jakby nie było, sprowokował szwajcarski urolog, dalej pchają mnie do podróżowania. Oczywiście, już wiecie, dlaczego. Naprawdę, dziwny jest ten świat.

Komentarzy: 2
Dwa dni w mieście światła, czyli ile zarabia urolog

     

    Wiem, pospałam trochę, ale wystarczy, że wyjadę na kilka dni i po powrocie trzeba gasić pożary. Ale zdążyłam jeszcze odwiedzić zimowe Mazury, gdzie nasz kolega, poszukiwacz skarbów i przy okazji...konsul honorowy Albanii ma dom. O Michale, który jest konsulem dość wyjątkowym jeszcze kiedyś opowiem, ale czas mi rozliczyć się z pobytu w Lucernie.

      Nie znam Szwajcarii, i ten pierwszy raz zrobił na mnie spore wrażenie. Przede wszystkim czystość i ułożenie, w których słowiańska dusza (myślę tylko o ułożeniu) może poczuć się trochę skrępowana. Ale tak na chwilę, to jest to całkiem fajne.

    Najłatwiej i najszybciej dorzeć do Lucerny Swissem przez Zurich, a potem prosto z lotniska pociągiem, który jedzie zaledwie 50 minut. W pociągu biega regularnie pani z wózeczkiem, a w każdym przedziale są wieszaki na płaszcze i marynarki. Tak przynajmniej wygląda pierwsza klasa. Obok usiadła dość ponura, acz sympatyczna  dziewczyna, jak się okazało Polka, od kilkunastu lat na stałe mieszkająca w Szwajcarii. Z wykształcenia prawniczka. Roztoczyła przed nami (byłam z kolegą z innej redakcji) blaski i cienie szwajcarskiego prawa (podobno za przestępstwa o podłożu seksualnym trzeba odsiedzieć swoje bez możliwości skrócenia wyroku) i skalę zarobków. Dość szokująca jest wiadomość, że w szwajcarskiej służbie zdrowia zarabiają – nie wiedzieć czemu - urolodzy, zostawiając takich dentystów gdzieś daleko z tyłu.

     Sama Lucerna powitała nas pięknym słońcem, zaś samo położenie miasta może naprawdę oszołomić. Otoczone górami, nad cudownym jeziorem miasto ma w sobie ten romantyczny powiew wakacji, podczas których wszystko układa się jak trzeba. Najpierw wjazd na Pilatus, magiczną górę o wysokości 2120 metrów. Tradycja mówi, że ten szczyt wziął swoją nazwę od Poncjusza Piłata, którego duch chętnie nawiedza do dziś to miejsce. Na górę trzeba dotrzeć dwoma kolejkami, pierwsza, typowe wagoniki na cztery osoby, nie dostarczają wiele emocji, choć z każdym metrem widoki są coraz piękniejsze. W pewnym momencie trzeba się przesiąść do kolejki linowej, pojedynczego wagonika, w  którym ma się wrażenie, że właściwie to samolot.

     Akurat pan, który obsługiwał wagonik postanowił nam zrobić frajdę i pohuśtać nim trochę. Co za uczucie....Lepiej być przed śniadaniem. Ciekawa jestem, jak tu dotarła króla Wiktoria, która przecież niegdyś odwiedziła Pilatus, podobnie zresztą jak Wagner.
Widok z Pilatusa jest, co tu dużo mówić, oszałamiający. Na szczycie mnóstwo ptaków, które bawią się wiatrem, leniwie unosząc się nad głowami turystów. Choć oczywiście to XXI wiek, jest na tym szczycie coś absolutnie, dziwnie „starociowego”, może to piękny drewniany hotel, z którego okien widać panoramę gór, może te wszystkie opowieści o smokach, które tu niegdyś mieszkały? Pilatus przez wieki uchodził przecież za górę przeklętą. A może to przez dziewczynę ubraną w stylu vintage, która na starych sankach, ciągnięta przez dwa psy zjeżdżała właśnie z góry? Cudowne było to, że na Pilatusie było prawie pusto, a pogoda tego dnia sprzyjała...

      Uff, trochę się rozpisałam, a jeszcze nie weszłam nawet na uliczki Starego Miasta. O nich w takim razie jutro, ale skoro już jesteśmy przy dziwach i niesamowitościach. Spójrzcie na ten fresk z jednego z kościołów. Wiecie, co to za zwierzęta? Z tyłu są wielbłądy. Tak wyobraził je sobie artysta, który nigdy ich nie widział...

Komentarzy: 3
Lucerna, miasto światła

 Moi Drodzy,

     Taki widok miałam za oknem przez ostatnie kilka dni. Wyobraźcie sobie, że wchodzicie do Waszego pokoju hotelowego, otwieracie drzwi na balkonik i nagle roztacza się taka panorama. Po prostu cudo! To Lucerna nad zachodnim brzegiem Jeziora Czterech Kantonów, rozłożona u stóp magicznej góry Pilatus, nazywana "miastem światła".

    Nie byłam w Szwajcarii długo, ale po licznych podróżach "egzotycznych" ta czystość, porządek i poukładanie zrobiły na mnie spore wrażenie. Gdzie w polskim pociągu szukać specjalnych wieszaków dla pięknie odprasowanych marynarek i płaszczyków? Czy na zaledwie półgodzinnej trasie pojawi się u nas pani z wózeczkiem i napojami? Szwajcarię odwiedziłam po raz pierwszy w życiu, i choć nasza słowiańska dusza pewnie byłaby tam uwięziona jak ptaszek w klatce, to zwiedzać jest naprawdę co!

    Teraz biegnę odsypiać (samolot "doleciał" mnie w półtorej godziny, ale już nocny pociąg z Warszawy do Wrocławia to przygoda, że ho! Lucernę opiszę za chwilę, a Wy napawajcie się tym widokiem.

 

Komentarzy: 4
Mordują nasze drzewo

      

     Za oknem faceci w wielkim, niebieskim dźwigu wycinają przepiękne drzewo, które stało za płotem. Przyzwyczaiłam się do niego i rosłam razm z nim. Za chwilę, cyk, i go nie będzie. Już go nie ma. Znacie to uczucie, kiedy nagle znika, coś co dobrze znacie, prawda?

 

Komentarzy: 6
Średniowieczne Walentynki, czyli dwie dziewczyny z igłą

 

      Dzisiaj mamy różowe serduszka z pluszu, jabłka z napisem „kocham Cię” i absolutny obowiązek robienia wszystkiego, żeby ten jeden, jedyny dzień w roku wyglądał na wyjątkowy. Nawet, jak ktoś stuknie czasami połowicę w nos, to dzisiaj powinien przybiec z kwiatami, paść na kolana, zakrzyknąć „kocham Cię”, albo wręczyć chociaż to jabłuszko (3,50 za sztukę, można się wykosztować).

       Nie wiem, czy z tego wszystkiego więcej jest miłości na świecie, ale obrót w branży jabłuszek i poduszek zwiększa się nadzwyczajnie. Z drugiej jednak strony, fajnie mieć święta, bo święta łagodzą obyczaje, a miłości nigdy nie za wiele. Powiedzcie mi tylko, czemu do historii przechodzą głównie te miłości nieszczęśliwe, tragiczne, niespełnione, czemu nikt nie pamięta po latach o dobrych i stabilnych związkach?

       Jeżdżąc po Dolnym Śląsku znalazłam ostatnio dwie płyty nagrobne. Do pierwszej z nich rzadko kto dociera. Znajduje się w kościele św. Mikołaja w Świnach. To malutka świątynia tuż koło wielkiego zamczyska, do której klucze ma pan opiekujący się zamkiem. Zaraz za wejściem, po prawej stronie znajduje się epitafium Urszuli von Zedlitz z Prusic. Dziewczynka była sierotą i państwo ze Świn adoptowali ją. Zmarła jednak bardzo szybko, w wieku 17 lat.  Zmarła, ponieważ połknęła ...igłę.

       Zapytałam znajomego chirurga, jak to jest połknąć igłę i to jeszcze wieki temu, a ten aż się wzdrygnął. Igłę? To nie lepiej jej było rzucić się z wieży? Połknięcie igły wiąże się ze strasznymi męczarniami...- wykrztusił.  No cóż... 

       Nawet nie wiedział, jak tymi słowami dotknął legendy związanej z Urszulą. Mówi ona, że dziewczyna popełniła w ten sposób samobójstwo. Podobno zakochała się w mężczyźnie niższego stanu, przybrani rodzice natomiast zamierzali ją wydać za mąż za kogoś zupełnie innego, i – przy okazji, innego stanu. Wzięła bidula i targnęła się na życie....

       Co za historia! Najdziwniejsze jest jednak to, że po dwóch dniach odnalazłam drugą pannę z igłą. Jej płyta nagrobna znajduje się w kościele w Radomierzu i legenda mówi, że... panna ta była niezwykle chytra. Tak chytra, że suknię ślubną, z oszczędności, postanowiła uszyć własnymi rękoma. Miała pecha, coś się omsknęło i również połknęła igłę. Konsekwencje tego połknięcia znajdują się niestety, na murze świątyni...

       Ale to jeszcze nie wszystko. Moje ukochane Rudawy Janowckie mają wszak cudowną i tragiczną opowieść o innej, ślicznej pannie, która nie mogła wyjść za mąż za tego, kogo kochała. Mowa o Elizie Radziwiłłównej, córce Antoniego Radziwiłła. Jej wybrankiem był późniejszy cesarz Wilhelm I. W 1820 roku wyznali sobie miłość.   Doszło do zaręczyn i zaplanowano ślub. Wkrótce okazało się jednak, że Prusy nie chcą widzieć Polki na niemieckim tronie. Długo by pisać o powodach, zakochana Eliza nie miała żadnych szans. Wilhelm wybrał w końcu koronę, ożenił się z weimarską księżną Augustą, wnuczką Pawła I, rosyjskiego cara, i podobno tej decyzji żałował do końca życia. Augusta miała piętnaście lat, kiedy poznała narzeczonego, zaręczyli się pod koniec sierpnia 1826 roku. W liście do siostry Wilhelm napisał potem, że „człowiek może zakochać się w życiu tylko raz”, i dodał, że Augusta jest „miła i bystra, ale nie żywię do niej żadnych uczuć”. Weimarska księżniczka natomiast zakochała się do szaleństwa i liczyła, że miłość męża nadejdzie w odpowiednim czasie....

      Ale to jeszcze nie koniec. A taka Maria Antonina? Kiedy przybyła z Wiednia do Wesalu miała 14 lat i nie wolno jej było zatrzymać nawet osobistej bielizny. W „Czarnej Żmii”, angielskiej komedii, której akcja rozgrywa się na renesansowym dworze, jest taka scena: gapiowaty książę Edward czyta wybranej mu przez ojca narzeczonej książkę. W pewnej chwili słychać zmęczony głos panny; Edziu, jest późno, chyba pora spać. Masz rację kochana – odpowiada książę – już prawie szósta wieczorem. Gasi świecę, a kamera pokazuje ziewającą, może pięcioletnią, szczerbatą dziewczynkę.

      Więc teraz sobie tak myślę, że dobrze, że są te Walentynki. Też sobie poświętuję. Za co? Za wolność wyboru, drogie Panie! 
 

      Ps: W jednym z ostatnich Newsweeków czytałam, że jakiś naukowiec udowodnił, że można zakochać się na życzenie. Szkoda, że że nasza panna z igłą tego nie wiedziała...

Komentarzy: 5
Tłusty czwartek, czyli skarb w majonezie

    

   Długo już nie pisałam, ale tyle dzieje się dookoła, że na przelewanie tego na papier nie starczyłoby czasu.  Kończę książkę i wędrując po Dolnym Śląsku co chwila poznaję jakieś nowe historie. O historiach miłosnych napiszę tuż przed Walentynkami, wtedy będzie okazja a dzisiaj przecież Tłusty Czwartek!

    Od razu mi się przypomina fragment z „Tytusa, Romka i Atomka”: „Już wiem! Jest mi niedobrze z niedojedzenia. Zawsze zjadam 16 kg chałwy dziennie, a wczoraj zjadłem tylko 9.” Uwaga, nie dotyczy to pączków. Nawet historie wielkich władców ostrzegają przed przejedzeniem. W Szwecji, gdzie zamiast pączków je się dzisiaj fastlagsbulle albo semle, czyli specjalnie przygotowane bułki, uważano niegdyś ten przysmak za „morderczy”. Jeden ze szwedzkich poetów nawoływał nawet, żeby semle „wyrzucić” poza szwedzkie granice, przypominały bowiem o śmierci króla Adolfa Fryderyka.

    12 lutego 1771 roku, w wielkopostny poniedziałek, władca zasiadł do wystawnej uczty. Napchał się do niemożliwości ostrygami, kawiorem, homarem, wędzonymi śledziami, zupą kapuścianą i kiszoną kapustą. Zapił szampanem. Na deser zjadł czternaście porcji semli. Organizm Jaśnie Pana nie wytrzymał. Wieczorem Adolf Fryderyk odszedł ze świata żywych z powodu zawału serca. Ale gdyby zachował tylko trochę umiaru....
Kto nie zje jednak pączka albo semli, wrota do szczęście będzie miał zamknięte przez cały następny rok. Jeden pączek to niecałe 200 kalorii, mam rację? Wystarczy potem krótki spacer, pączek spalony a szczęście zapewnione. No, ale się rozgadałam, a miało być dzisiaj zupełnie o czymś innym.

    Wczoraj wieczorem, wędrując przez Rudawy Janowickie, trafiłam do domu pani Wiesi Łąckiej, niestrudzonej popularyzatorki historii Janowic Wielkich, zamku Bolczów i okolic. Kto chce dowiedzieć się czegoś ciekawego o tamtym rejonie, musi podejść do kiosku w Janowicach i Pani Wiesia natychmiast skieruje dokąd trzeba. A ileż ma różnych archiwaliów! Z setek pocztówek, książek, starych buteleczek i talerzyków, córka Pani Wiesławy wyciągnęła nagle wiekową książkę kucharską. Oprawione było to dzieło niezwykle starannie, pozłacany miało grzbiet, napisane zostało po francusku i zawierało zaledwie kilka zdjęć. Nie mogłam się powstrzymać.   Zaczęłam robić zdjęcia.

    Kobiety, spójrzcie na te misterne piramidy, na to coś z girlandami krewetek, ozdobami w kształcie gwiazdek i kółeczek, licho wie z czego, na te wszystkie galarety, pasztety i nieszczęsne pulardy, chyba z truflami. Kto rozpoznaje poszczególne składniki, niech się natychmiast przyzna! Czy to nie prawdziwe dzieła sztuki?  Kulinarne skarby. I to jak podane! Zastanawiam się ile trzeba poświęć czasu, żeby „wybudować” takiego łososia w majonezie. Ile trzeba cierpliwości na te wszystkie ozdóbki. I jak w to potem wbić widelec? No, po prostu szkoda.

To co, wracamy do prostoty? Smacznego pączka!
 

Komentarzy: 3
Kolonie w zamku w Płoninie, czyli kto ma zdjęcia?

Przygotowując się do kolejnej książki znowu wróciłam do historii zamku i pałacu w Płoninie na Dolnym Śląsku. Dla mnie to miejsce magiczne, szczególnie średniowieczna wieża zamku Niesytno, z której widać ruiny niemal przylepionego do niej drugiego obiektu. Uwielbiam tam jeździć i zawsze kiedy mogę chociaż na chwilę przystaję w Płoninie.

     Nie czas ani miejsce rozpisywać się o historii tego miejsca, bywało tu i strasznie i krwawo, przez pewien czas mówiono o tym miejscu nawet „Zakątek Strachu”. W czasie II wojny światowej odpoczywali tu lotnicy z Luftwaffe, również i potem zabytek całkiem dzielnie się trzymał. Odbywały się w nim kolonie, należał też przez pewien czas do Lubelskiej Fabryki Samochodów Ciężarowych. W 1984 roku pałac został sprzedany w prywatne ręce.

     Niestety nie remontowany, spłonął 2 lipca 1992 roku, do dziś przy każdej informacji o Płoninie można znaleźć notatkę:  „plotkowano, że było to celowe podpalenie.” Od tamtego czasu nic się w Płoninie nie dzieje, zaginął natomiast portal pałacowy z datą 1545 i kartusz herbowy.  I tak te piękne mury trwały od wieków, znosiły wojny, ataki i zarazy, aż w czasach pokoju po prostu „się spaliły”. Nóż się w kieszeni otwiera – mało tak powiedzieć.

     Napisał do mnie pan, który prowadzi stronę o zamku, bardzo piękną zresztą www.niesytno.pl i zapytał czy może mam jakieś powojenne zdjęcia zamku. Nie mam, ale były tam przecież te kolonie! W pałacu w Jedlince, gdzie również odpoczywały dzieci, udało się nawet zebrać dawnych kolonistów, którzy opowiedzieli sporo o tym, co widzieli w pałacu kilkadziesiąt lat temu. Dzięki ich opowieściom udało się trafić na ślad pewnej tajemnicy związanej z podziemiami (ale o tym, kiedy już  tajemnicę uda się wyjaśnić). Pomyślałam sobie więc, że może ktoś z Was ma takie zdjęcia, może Wasi rodzice byli przed laty na koloniach w Płoninie? A może ktoś chciałby opowiedzieć coś, o czym się nigdy nie mówiło? Przecież historie zamków to nie tylko szaleni rycerze, skarby i średniowiecze, prawda?

     Jeżeli nie udało się uszanować murów Niesytna, może uda się ocalić jego historię? Zresztą spójrzcie na te dwa zdjęcia. Jedno zrobił Krzysztof Góralski w ubiegłym roku, drugie pokazuje cały obiekt w czasach świetności....


 

Komentarzy: 4
Seks w wielkim śniegu

     

     Wczoraj w śniegu znalazłam 5 groszy. Świeciło się tym swoim wrednym złotkiem udając skarb. Ale, że znalezione podobno przynosi szczęście, to zabrałam. Mam zresztą koleżankę, sławę dziennikarstwa, która regularnie zagląda pod klapy śmietników z nadzieją, że a nuż, coś tam znajdzie. Nie dlatego, że musi. Dla niej wszystko jest skarbem, zbiera więc stare talerzyki, czasem trafi się jakaś śmieszna zabawka, ot taka, jakby powiedziała moja babcia ze Lwowa, z niej handełeska.

   Ja też lubię zbierać. I nawet te pięć groszy w śniegu potraktowałam jak mały skarb, bo chociaż nic za nie nie kupię, to może sprawi coś dobrego. I jak tak schylałam się po pięciogroszówkę, przypomniała mi się pewna historia.

    Mamy przyjaciela, dziś pana przed sześćdziesiątką, który po życiowych przebojach, rozwodzie i innych trudnych sytuacjach, zapoznał lat temu kilka piękną studentkę. Spotykali się niezobowiązująco, na kawie, ciastku i tak dalej. Aż pewnego zimowego dnia, atmosfera nabrzmiała, spojrzeli sobie głęboko w oczy i szybko ustalili, że jadą do niej. Mój kolega powiódł studentkę do taksówki, po drodze jednak zobaczył leżącą na chodniku pięciogroszówkę. A że jak sam mówi, Krakus jest z niego z charakteru i z pochodzenia - pięć groszy w końcu piechotą nie chodzi - gwałtownie się schylił nie bacząc na studentkę u swego ramienia i...tak został.

   Zamiast do niej, pojechali na pogotowie, przedtem jednak studentka mozolnie ułożyła ciągle zgiętego w pałąk naszego kolegę na siedzeniu taksówki. Spędzili uroczy wieczór pełen zastrzyków, termoforów, maści rozgrzewających, wszystko zaś nasz koega musiał znosić w upokarzającej, pałąkowatej pozie. Dziś mają czwórkę dzieci. 

   I niech ktoś powie, że zima nie jest piękna! I że pięć groszy to nie skarb!

 

 

Komentarzy: 5
Może zrobić w zimie lato?

    

     Wstałam wcześniej, żeby popracować - rano jakoś najlepiej mi się pisze - i jakoś tak wpadła mi na forum portalu Wyprawy Marzeń informacja, że do jeszcze do wieczora można kupować tańsze bilety w Easy Jet. Każdy, kto trochę jeździ, wie już co było dalej. Zamiast pracować, zaczęłam przeglądać oferty. Tak, żeby sobie chwilę pomarzyć....

     Kolejny sąsiad na naszej ulicy własnie wykopuje ze śniegu samochód, więc czemu nie zrobić sobie lata w środku zimy i nie polecieć, np. na..... no właśnie...dokąd? W Lizbonie dzisiaj rano 15 stopni C, w Agadirze w Maroko zaleledwie 10 stopni ale na Madagaskarze już 21. Sprawdziłam jeszcze południe Australii - o ósmej naszego czasu były tam 24 stopnie, podobnie w Honolulu. 

    No...miło by było teraz poleżeć na plaży na Hawajach. Ale Easy Jet na Hawaje nie lata, w ramach marzeń porannych, rzuiłam więc okiem na Lizbonę, Paryż i Wenecję. Do Lizbony najtaniej z Berlina, dwie osoby w dwie strony mogą podróżować już za 1200 złotych,  Paryż jest nieco tańszy, podobnie Wenecja. I już, jakoś tak z głupoty, chciałam już na coś kliknąć, ale nagle przyszło oślnienie. Przecież za miesiąc, dwa, te bilety będą jeszcze tańsze. A może nie? A może tak? 

   Trudno, biorę się do pracy. Ale Was namawiam do marzenia. Może znajdziecie dzisiaj jakiś ciepły lot do słońca. 

Komentarzy: 6
Zima zaskoczyła naszą ulicę


     Nie wiem, jak tam u Was, ale na mojej ulicy walka trwa. Od soboty na malutkiej, zamkniętej uliczce tworzą się gigantyczne korki, samochody walczą o to, kto przejedzie pierwszy, a kto wyląduje na kilkadziesiąt minut w zaspie.

    Wczoraj wieczorem wybraliśmy się na spacer. I zamiast romantycznej wędrówki wśród białego puchu, co chwila popychaliśmy czyjeś auto. Jak tak dalej pójdzie, pod koniec zimy będę miała mięśnie jak kulturysta. Ale z drugiej strony, jakie to wciągające. Człowiek gapi się przez okno, a tam bez przerwy kolejne odcinki tego samego serialu i to za darmo!  Nie ma co, zima zaskoczyła naszą ulicę! Najbardziej zaskoczyła jednak mnie.

     Piątek i sobotę spędziliśmy w Rudawach Janowickich licząc w tamtejszych sztolniach nietoperze. Właściwie to pomagam je liczyć, największą frajdę sprawia mi chodzenie po naszych pięknych podziemiach. Ale... co mnie zadziwiło najbardziej. Jedziemy tam przez wioseczki na końcu świata, a tam wszędzie odśnieżone. Do domu, czasem, co prawda po lodzie, ale dojechaliśmy bez kłopotu. Dopiero pod domem samochód zarył się w śnieg i koniec. Ale w końcu to najnormalniejsza zima na świecie, prawda? 

    Ps. Oooo, słychać krzyki za oknem. Biegnę  na następny odcinek pt. "Sąsiad określa zimę słowa uważanymi powszechnie za niecenzuralne i bezsensownie zapiera się o samochód licząc na to, że go wypchnie".  
 

Komentarzy: 4
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 |

NAJNOWSZE WPISY

NAJNOWSZE KOMENTARZE

O MNIE

Joanna Lamparska

Joanna Lamparska - szuka skarbów, podróżuje, pisze książki o tajemnicach i niezwykłych miejscach. Zakochana w Dolnym Śląsku.

Mój profil w iWoman.pl

KATEGORIE

ARCHIWUM