iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

27 km podziemi, czyli duchy Znojma

 

Prawie 27 km podziemi, dokładnie 26,5 km. Cztery poziomy, z czego ten najwyższy mieszkańcy Znojma drążyli przez ponad dwieście lat. Na Morawach znajduje się jedno z największych, podziemnych miast w Europie. „Kolekcjonerzy tajemnic” powinni je zobaczyć.
 
Znojmo ożywa we wrześniu. Niewielkie, zabytkowe miasteczko zamienia się na trzy dni w wielki stragan z burczakiem, częściowo sfermentowanym moszczem, który ma mniej więcej 4 do 10 proc. zawartości alkoholu. Nie powiem, że można pić go litrami, ale kilka szklaneczek naprawdę poprawia humor. Burczak sprzedawany jest w plastikowych butelkach i na plastikowe kubeczki. Taki kubeczek kosztuje od 6 do 12 Kc. W czasie festiwalu wina Znojmo odwiedza około osiemdziesięciu tysięcy turystów.
 
Na ulicach przechadzają się rycerze i damy, do miasta wjeżdża król, niemal na każdym placu, a nawet w podwórkach odbywają się koncerty. Ja jednak, przede wszystkim, chciałam, odwiedzić podziemia. Słynne na całym kontynencie.
 
Ich początek sięga trzynastego wieku. Kupcy w średniowiecznym Znojmie drążyli piwnice, które służyły im do przechowywania wina i innych towarów. Co ciekawe, archeolodzy, którzy badali te podziemia, zauważyli dość ciekawą rzecz. Między piwnicami nie było ścian, ani krat. Kupcy ufali sobie i wiedzieli, że nikt nikomu nie będzie nic podkradał.
 
No proszę, dobre obyczaje ponad wszystko. I tak, przez lata powstawało to podziemne miasteczko, które miało specjalne otwory wentylacyjne i czterdzieści siedem studni! A ponieważ czasy były niespokojne, powstawał również drugi i trzeci poziom podziemi, który w razie czego, służył jako schronienie.
 
Jedna z najstraszliwszych legend o Znojmie związana jest właśnie z czasem oblężenia i wodą. Bo, studnie, z czasem przestały dla wszystkich wystarczać. Mieszkańcy Znjmo zbudowali więc czwarty poziom, który został włączony do ciągu jezuickich wodociągów. Zaczynały się one pod kościołem i ciągnęły pod 2,5 km pod miastem. Woda, która przechodziła przez siedem studni, była tak czysta, że używano jej jeszcze w 1970 roku!.
 
W czasie Wojny Trzydziestoletniej pod miasto podeszli Szwedzi. Mieszkańcy pozabierali najcenniejsze rzeczy, zwierzęta i jedzenie i ukryli się w piwnicach. Zaczęli też grzać w podziemiach, dym zaś wylatywał przez kominy w domach, co sprawiało wrażenie, że ktoś w tych domach jest. Ku zdziwieniu Szwedów okazały się jednak puste. Mnich, który ze wszystkim zszedł do piwnic, podstępem zaciągnął kilku żołnierzy w podziemia.
 
Ponieważ wszędzie były studnie, korytarze były wąskie i ciemne, Szwedzi się potopili. Nocą, mieszkańcy wyłowili ciała i podłożyli obok śpiących na rynku żołnierzy.. Kiedy ci się obudzili, zobaczyli martwych towarzyszy, na których ciałach nie było żadnego znaku przemocy. Przerażeni, przekonani, że miasto jest pełne duchów, opuścili Znojmo.
 
Opowieści o podziemiach Znojma i legendy są ciekawsze niż same podziemia. Jedną z niewielu „atrakcji” są rozrzucone w różnych miejscach kościotrupy i dość zabawne – choć takie nie miały być w założeniu – efekty dźwiękowe. Jęki w sali tortur jakby się zacinały i więcej z tego zabawy niż przerażenia. Ale kiedy wyobrazicie sobie, jak ludzie egzystowali w tej ciemności wieki temu, jak czekali w przerażeniu, aż odejdą wrogie wojska, brrr....robi się naprawdę zimno... Do zwiedzania udostępniony został zaledwie kilometr podziemi, ale to i tak nieźle działa na wyobraźnię.
 
ZDJĘCIA:
1.Trudno sobie to wyobrazić, prawda? Pod tym miastem ciągnie się prawie trzydzieści kilometrów podziemi.
2. Tzw. przerażająca ekspozycja.
3. Mnich, który topił szwedzkich żołnierzy trochę ucierpiał na twarzy od wilgoci i starości.
4. Typowe stoisko z burczakiem, kupują wszyscy.
5. Rycerz i muzyk pokrzepić się musi, to oczywiste. Burczak sprzedawany jest w plastikowych butlach.
6. Do miasta w czasie festiwalu wjeżdża król. W jego rolę wcielił się sławny, czeski aktor, ale zabijcie mnie, nie rozpoznałam który.

 

Komentarzy: 0
Praga z ciupagą w tle

 

Nie byłam w Pradze wiele lat, więc ucieszyłam się, że jadąc na kolejny materiał, będę miała przystanek w tym cudownym mieście. Tylko jeden dzień, ale zawsze coś. Romantyczny spacer po zabytkowych uliczkach, zdjęcie na Moście Karola, knedliki w jakiejś klimatycznej knajpce.
 
Wiadomo, jeden dzień na Pragę to za mało, ani nie da się jej zwiedzić, ani nacieszyć jej atmosferą. Ale radocha będzie. Nawet pogoda sprzyjała. Chciałam po prostu przejść się po mieście i chłonąć. Jednak już po kilku krokach poczułam, że coś jest nie tak, że, chociaż staram się jak mogę, spinam się niemal, żeby poczuć magię Pragi, coś mi w tym przeszkadza. Ale co? Przede wszystkim wspomnienia.
 
Chciałam, żeby wszystko było takie, jak pamiętam sprzed lat. Niezwykłe, porywające, inne. Ale dla mnie już takie nie jest. Na Starym Mieście punkty z kebabami, sklepy z „ruskimi suvenirami”, matrioszkami, futrzanymi czapkami z gwiazdką itp. Szczytem wszystkiego są weneckie maski i ciupagi z Zakopanego. No po prostu, cudowne tradycyjne pamiątki z Czech. „To wina kupujących” – powiedział mi przy kolacji Pawel z Czeskiej Organizacji Turystycznej. „A może to wina sprzedających?”- zapytałam. „Nic na to nie poradzimy – globalizacja” – podsumował ponuro. Koło mnie przeszła wycieczka z Polski.
 
Zmęczone panie ze słuchawkami, do których sunący przodem przewodnik, przez mikrofon sączył najważniejsze informacje i daty. Panie dzielnie maszerowały za przewodnikiem i usłyszałam, jak jedna wysapuje do drugiej: „Głodna już jestem, przydałby się obiad”. „Pomęcz się jeszcze godzinę – odsapała druga – obiad o drugiej. I jeszcze trzeba kupić pamiątki”. Czy o taką turystykę nam chodzi? O taką Pragę? O bieganie z wywieszonym językiem między ciupagami i maskami z Wenecji? Czy to rzeczywiście globalizacja, czy tylko ja narzekam? Ktoś może powiedzieć, że byłam tylko chwilę i figę wiem o Pradze. To prawda, byłam tylko przez chwilę. Ale mówi się, że pierwsze wrażenie to ostatnie wrażenie. A najgorsze jest to, że pewnych rzeczy nie da się zatrzymać. Zastanawiam się, czy tylko ja tego żałuję? Może po prostu Praga jest tylko inna, ale cały czas tak samo cudowna?
 
Ps. Pani przewodnik wytłumaczyła mi, dlaczego zamkowi strażnicy na Hradczanach stoją za czymś w rodzaju barierek. Zostały ustawione kilka lat temu, bo zbyt wielu turystów chciało dotknąć strażnika, dzieci usiłowały nich rozśmieszać albo gilgotać, a strażnik musi stać poważnie, dumnie i reprezentacyjnie. Wygląda na to, że takie stanie to naprawdę ciężka praca. A strażnikom robi się więcej zdjęć niż gwiazdom filmowym.  
 
 
 
 
 

 

Komentarzy: 2
Jezioro z tajemniczą historią

 

„Aleksandrę”, nasz motorowy jachcik zacumowaliśmy w Kępkach, które pamiętam sprzed dwóch lat, jako miejsce ciszy i świętego spokoju. Teraz trochę się zmieniło.
 
Przy brzegu sporo śmieci, po drogiej stronie do późnej nocy słychać i widać samochody. Przejeżdża mnóstwo motocykli. Ale około 23.00 wszystko zdaje się usypiać i nareszcie można spokojnie pogapić się w gwiazdy. Choć woda nie jest moim żywiołem, to tutaj czuję się nadzwyczaj dobrze. W spokojnej wodzie, która pokrywa się mgłą jest coś niezwykle pięknego. I melancholijnego.
 
Lubię też ścieżkę z brzegu do samej wioski, ścieżkę, która zawsze jest pełna emocji. Bo, po pierwsze, niedaleko brzegu pasą się byki i nie zawsze są pod kontrolą. Poza tym, licho wie, co będzie można kupić w sklepiku, po pieczarki, o które zapytała moja Przyjaciółka, pani ze sklepu wysłała ją aż do Nowego Dworu Gdańskiego. Ale co to za pomysł szukać pieczarek na wakacjach? Na łódce mamy cały zestaw podstawowy, chleb i ser dla kobiet, chleb i puszki dla mięsnych panów. No i wina, głównie tanie (ale nie ekstremalnie tanie), z wiejskich sklepików. Zmierzamy w kierunku Kanały Ostródzko-Elbląskiego, więc droga wiedzie przez Jezioro Drużno (Druzno), które właśnie odkryłam i muszę tu zareklamować. Występuje tu 210 gatunków ptaków, taki laik jak ja łatwo wypatrzy łabędzie, czaple i kormorany.
 
Przed wiekami Drużno było częścią zatoki morskiej, która z czasem przybrała formę jeziora. Ma ono powierzchnię 1427,55 ha i jest mocno zarośnięte. Właściwie mam wrażenie, że płyniemy rzeką, tyle jest wokół zarośli. Ale ta przestrzeń robi wrażenie, szczególnie przy mocnym słońcu, kiedy woda miedzy zielenią błyszczy się aż po horyzont. Ale to miejsce nie tylko dla miłośników przyrody, ale i historii. W 1982 roku dr Marek Jagodziński, archeolog, odkrył, że na wschodnim brzegu mieściło się słynne Truso, które w IX wieku opisał anglosaski podróżnik Wulfstan, który dotarł tu z portu Hedeby w Danii. Truso było niezwykle ważnym i sporym centrum handlowym i portowym na szlaku łączącym kraje nadbałtyckie oraz Skandynawię z południem Europy i krajami arabskimi. Osada zajmowała ok. 10 ha powierzchni.
 
Choć nie została jeszcze przebadana w całości, archeolodzy odkryli tu mnóstwo zabytków, w tym fragmenty łodzi, biżuterię, monety, wagi, ciężarki. Zainteresowanym polecam artykuł dr Marka Jagodzińskiego o Truso http://www.pradzieje.pl/Artykuly-pradziejowe/Truso-6.html, a także drugą publikację, w której znajdują się dość intrygujące informacje o niemalże mafijnych bitwach o ryby na tym jeziorze http://www.ww.media.pl/?page=PArticleViewer&nid=207. Do Drużna można dopłynąć też z Elbląga, zajrzeć tu chociaż na pół dnia. Przy większym wietrze trudno trochę nawiguje się łódką, otwarta przestrzeń i zarośnięta tafla wody mogą powodować drobne kłopoty. Ale śniadanie na Drużnie, jeziorze z taką historią – bezcenne. A na zdjęciach, po kolei: Kępki a potem jezioro Drużno wraz z łabędzią rodziną, która dokładnie pokazała gestem, co o nas sądzi.
 
 
 
 
 
 
 

 

Komentarzy: 0
Wodniacy, idźcie na pierogi!

 

Moje ulubione miejsca mają się dobrze. Dziś, w „Szkarpiawiance” w Drewnicy, zjadłam wielką porcję pierogów z jagodami, oblałam je toną śmietany i zapiłam kieliszkiem Kadarki. Wszystko razem kosztowało 12,50 zł. Drewnicę obowiązkowo odwiedzam, gdy jadę w okolice Gdańska.
 
Teraz kręcimy się po Żuławach i „housboatem” Żeglugi Wiślanej zajeżdżamy, a właściwie zapływamy w różne, nie tylko piękne, ale i smaczne zakątki. Po raz pierwszy „Szkarpawiankę” pokazał nam Łukasz Krajewski, pomysłodawca i właściciel motorowych jachtów Żeglugi Wiślanej. O pierogach z Drewnicy już tu pisałam, więc wypadało wpaść znowu i zobaczyć, czy „Szkarpiawanka” trzyma pierogowy poziom. Trzyma!
 
A w samej restauracyjce nic się nie zmieniło. Drewniane krzesła pomalowane brązową olejną, pożółkłe zdjęcia holenderskich wiatraków na ścianie, menu napisane ręcznie (pierogi wszelkiego rodzaju, świeże i wielkie po 10 zł, wątróbka w cebulce 8 zł itd., nic ponad 10 zł), trochę rozpaczliwe ozdóbki nad barem w formie rybich pyszczków, stoliki z obrusikami, które dla ozdoby pokrywają jeszcze inne, ułożone w poprzek i te ściany w kolorze wyblakłego różu, z czymś w rodzaju piany w charakterze urozmaicenia. To wnętrze ma zapomniany urok z filmów takich jak „Pieniądze to nie wszystko”. Ale najważniejsze, że panie są tu zawsze miłe i grzeczne, jest czysto, jedzenie jest świeże i naprawdę tanie.
 
Kilka kilometrów dalej, w Jantarze albo w Stegnie za dwie porcje ryby zapłaciliśmy prawie osiemdziesiąt złotych. Ceny nad samym morzem mogę doprowadzić do ruiny żądną wypoczynku rodzinę, a dzisiaj np. w sklepiku pod tytułem: świeże, wędzone, pyszne ryby, pan zaproponował mi coś bardzo egzotycznego, co z całą pewnością nie pochodziło z Bałtyku. „Jakiś wynalazek” – orzekł sprzedawca. Nawet nie udawał, że to jakaś bardzo dziwaczna, ale bałtycka ryba.
 
Pewnie, powiecie, trzeba iść z duchem czasu, i dziwaczna nieco „Szkarpawianka” nie powinna być miejscem, do którego wchodzą turyści. Ale dlaczego, właściwie? Czy wszystko musi być aluminiowe, błyszczące i luksusowe? Ja lubię pierogi z Drewnicy. I każdego, kto tu zajrzy, żeby obejrzeć piękne, tradycyjne, drewniane domy, albo przepływa akurat Szkarpawą, namawiam, żeby właśnie tutaj zatrzymał się na obiad. Niespodzianek nie będzie, wszystko tak, jak na zdjęciach. Koło mostu, obok którego stoi „Szkarpawianka” stoi nawet nowy pomost, do którego łatwo przybić. Miejscową młodzież uprasza się natomiast, żeby zechciała podciągnąć nogi podczas wylegiwania się na tym pomoście, bo głównie został pomyślany po to, żeby przybić do niego i np. obejrzeć wieś. A wodniacy się żalą, że wpuszczać do Drewnicy nie chcecie.
 
 
 
 
 
 

 

Komentarzy: 0
Ulubiony zamek z bajek Disneya

 

Upał na Cyprze Północnym jest latem nie do wytrzymania. Wystarczy przejść się po mieście przez parę minut i naprawdę może być ciężko. Może to nie jest najlepsza pora na zwiedzanie – lepiej siedzieć na basenie i pić drinki – ale co ma zrobić taka niepoprawna miłośniczka zamków jak ja, która do tego nie potrafi pływać?
 
Ruszyłam na podbój jednego z najsławniejszych miejsc na wyspie – zamku św. Hiliariona w rejonie Girne. Budowniczy położyli go na szczycie górującym nad niemal całym wybrzeżem, zamek widać więc z plaż w tej okolicy, w nocy zaś jest pięknie podświetlony. Góry Beşparmak miały znaczenie strategiczne, można z nich było obserwować morze i w razie czego szybko się schronić. Stąd pomysł na budowę strażnic, które stały się dzisiaj atrakcjami turystycznymi.
 
Przed zamkiem stał tu kościół, a następnie klasztor. W tym miejscu zakończył życie św. Hilarion, pustelnik z przełomu III/IV wieku (obejrzyjcie sobie obrazy z przedstawieniami pokus, na które był narażany!). Stąd też i nazwa zamku, który wniesiony na górskiej grani miał trójdzielną budowę. W najwyższej części mieszkała królowa. Z nią też wiąże się wiele legend i opowieści. Wszystkie mają oczywiście kryminalne tło.
 
Oto jedna z nich: Książę Jan z Antiochii był synem króla Cypru. Kiedy zmarł władca kolejnym królem został brat Jana, Piotr, uważany za jedną z najwybitniejszych osobowości z dynastii Lusignan i człowieka o dobrym charakterze. Ale jego żona, Eleonora była już damą niezbyt lubianą przez otoczenie. Była zazdrosna i nienawidziła Jana. Z czasem i Piotr zaczął się zmieniać, był niemal o krok od utraty zdrowych zmysłów, zachowywał się dziwnie i niezrozumiale, odnosił się źle do swoich rycerzy. W końcu powstał pomysł, żeby go zamordować i tak 17 stycznia 1369 roku stracił życie. Eleonora zaprzysięgła zemstę.
 
Królowa szczególnie nienawidziła Jana, którego oskarżała o zamordowanie męża. Jak to przebiegła kobieta wymyśliła następujący plan: udawała, że nic się właściwie nie stało, zyskała zaufanie Jana i kiedy nadszedł odpowiedni czas, zasugerowała mu, że jego najwierniejsi bułgarscy najemnicy knują przeciwko niemu spisek. Książę długo się nie zastanawiał (musiał być chłopak bardzo porywczy), wezwał najemników i jednego po drugim wyrzucał przez okno swojego zamku. Eleonora knuła dalej. Zaprosiła Jana do zamku w Nikozji, i chociaż wszyscy ostrzegali go, aby nie jechał tam bez straży, książę nie posłuchał. Królowa powitała go w towarzystwie syna Piotra II. Zjedli obiad w dość chłodnej atmosferze, a na deser służba wniosła srebrną tacę przykrytą białym płótnem. Leżała pod nim skrwawiona szata Piotra, którą miał w dniu śmierci. Zanim Jan się obejrzał, leżał już z nożem w plecach. W ten sposób Eleonora dokończyła dzieła zemsty.
 
Co za historia! Dziś można zobaczyć okno, z którego wylatywali bułgarscy najemnicy. Zamek św. Hilariona jest w ruinie, ale jaka to ruina! Labirynty schodów prowadzą w różne zakamarki, nieoczekiwanie w samotnych ścianach pojawiają się przepiękne okna. Widać z nich morski brzeg, a panorama stąd zapiera dech w piersiach. Ale upał nie daje prawie żyć. Pociechą jest zimna lemoniada (zmiksowane z wodą i cukrem cytryny) w małej kawiarence. Pychota!
 
Zamek leży przy terenach strzeżonych przez wojsko, po drodze widać zardzewiałe siatki i tablice ostrzegawcze, żeby nie robić zdjęć. Podobno – niestety nie sprawdziłam tego – do zamku, przez tereny wojskowe można dojechać tylko samochodem, rowery i piesza wycieczka odpadają. Najciekawsze jest jednak to, że zamek św. Hilariona posłużył Waltowi Disneyowi jako pierwowzór zamku z bajki o królewnie Śnieżce i siedmiu krasnoludkach. W końcu to też opowieść o zemście. Tyle, że nie udanej.   
 
1.      Zamek Św. Hilariona w pełnej okazałości. Rzekomo, tak się w niego zapatrzył Walt Disney...
2.      Przy tym oknie knuła królowa Eleonora.
3.      Widok z najwyższej części zamku. W dole widać hotel Mercure, w którym nocują wycieczki z Polski.
4.      Kto by pomyślał, że mieszkając w takim miejscu, jeszcze tu mieli ochotę na intrygi...
5.      Zamek był podobno nie do zdobycia.
6.      A to okno, z którego książę Jan wyrzucał po kolei kolegów.
7.      Fragment ruin kościoła.

 

Komentarzy: 1
Osiołkowa wioska, czyli kiedy będę stara

 

Trafiłam tu przez zupełny przypadek. Podobnie jak na Cypr Północny, który uznawany jedynie przez Turcję, jest miejscem, w którym nie pojawia się zbyt wielu turystów.
Co prawda, wybrzeże „ozdabiają” nieprawdopodobnie luksusowe hotele, w których odpoczywają głównie Turcy, jednak zaledwie kilka kilometrów od brzegu spotykam opuszczone wioski, zrujnowane kościoły i monastery. To pokłosie wojny w 1974 roku. I tak znalazłam się w Karamanie, czyli - przed podziałem Cypru – Karmi. I od razu postanowiłam: w takim miejscu osiądę na starość (mam nadzieję, ze nieprędko).
Nie jeździ tu dolmusz, czyli minibus, który jest tu podstawowym środkiem komunikacji. Trzeba wynająć auto, taksówkę albo iść na piechotę. Upał w tej chwili jest nie do wytrzymania. Temperatury przekraczają 40 stopni C, już po kilku krokach człowiek jest zmęczony i zniechęcony. Do tego dochodzi wilgoć. Ale ludzie są tu uprzejmi. Zatrzymują się chętnie i chętnie biorą na stopa. Tak poznaliśmy rzeźbiarza, który usiadł koło Karamanu kilka lat temu i postawił przy drodze figurę osiołka, naturalnej wielkości. Dlaczego? Bo do 1959 roku pocztę do wioski dowoził właśnie osioł. Po wojnie 1974 roku, kiedy Karmi zostało opuszczone przez Greków, powoli zamieniało się w smutną ruinę. Ponieważ wioska jest przepięknie położona, turecki rząd postanowił wynajmować na długi okres (nawet na sto lat) tutejsze domy, tym, którzy chcieli je restaurować. Dziś mieszkają tu głównie Anglicy, Niemcy, jest kilku Finów, Norwegów i Kanadyjka. Spod domu rzeźbiarza, koło którego znajduje się coś w rodzaju pubu, przejął nas David, Anglik, który rozczarowany brytyjską polityką, postanowił udać się na wewnętrzną i zewnętrzną emigrację i zamieszkał w cudnym domu w Karamanie.
Okazało się, że są jeszcze miejsca na świecie, w których zupełnie obca osoba zabiera Was do domu, poi i jeszcze do tego karmi. David najzwyczajniej przyprowadził nas do siebie i podał pieczone z sosem ziemniaki. Przedtem pokazał zaś domek Angielki, która jako pierwsza osiadła w tej wiosce i zapoczątkowała na nią modę.
 Z naprawdę malutkiego domku Davida roztacza się nieprawdopodobny widok na wybrzeże. Z tyłu zaś góry. Sam Karaman to kilka wąskich uliczek, niemal całkowicie pustych, z cudnymi, małymi domkami i angielską budką telefoniczną – telefon działa! Sprawdziłam, można tu wynająć dom na wakacje. Tydzień z widokiem na morze, w domu z dwoma sypialniami, czyli dla czterech osób kosztuje 225 GBP. Do wynajęcia jest też znacznie droższy dom z basenem. Karaman wydaje się żyć własnym życiem, jest pub, w którym raz tygodniu serwują fish and chips bez których Anglicy nie potrafią żyć. Właścicielce restauracyjki, która pochodzi z Kanady, właśnie skradziono paszport (a to wiemy to Szkota, który nas zawiózł na dół), więc ku niemalże rozpaczy wszystkich, restauracyjka chwilowo nie działa. Uliczki wydają się niemalże wymarłe. Zresztą zobaczcie na zdjęciach. Nawet koty są tu totalnie rozleniwione.
Karaman wydaje się marzeniem o małej, wspierającej się społeczności. Takiej, jaką znamy chociażby z „Przystanku Alaska”. Ciekawe, jak naprawdę żyje się w takim miejscu?
 
 
Zdjęcia:
1.      Karaman leży na górskich zboczach.
2.      Pierwsze spotkanie z wioskową elitą - rzeźbiarz zabiera na stopa.
3.      Osiołek, symbol Karamanu
4.      W pubie na dole spotykamy Davida...
5.      ...który pokazuje nam dom pierwszej angielskiej mieszkanki wioski...
6.      ...a potem zabiera do siebie, żeby m.in. pokazać ten widok z balkonu.
7.      Ryba i frytki – bez tego Anglik nie chce żyć.
8.      Tuż za łukiem widać angielską budkę telefoniczną. Działa!
9.      Kościółek w centrum wsi.
10. No i przebiegł nam drogę....
11.....temu nie chciało się nawet wstać.
12.Cicho wszędzie, głucho wszędzie....
13.Przedostatni rzut oka na Karaman.
14.I mały detal na koniec. Śliczne, prawda?      

 

Komentarzy: 1
Dębowy Gaj w deszczu

Zawsze mnie ciągnie do tej wsi. Dębowy Gaj ma w sobie coś naprawdę tajemniczego. Moja ulubiona droga wiedzie z Mojesza, wtedy idąc przez łąki, widzę jak powoli wyłaniają się niewielkim wzniesieniu potężne, stare budynki.
 
Kiedy ostatni raz tędy wędrowałam, padała lekka mżawka, wiał wiatr i miałam nieodparte wrażenie, że ten dzień przywoływał niepokój jaki znam ze słynnej „Białej wstążki”. Ale w deszczu wszystko wygląda nieco inaczej... Dębowy Gaj zawsze będzie mi się kojarzył z wielki domami i ruinami. W XVIII wieku została tu uruchomiona nowoczesna gorzelnia, stał tu spory młyn, największe wrażenie robią jednak pozostałości renesansowego dworu, który został rozbudowany na pałac w 1754 roku. Z tego, co przeczytałam, został zniszczony pod koniec wojny, część kamiennych elementów „zabezpieczono” (cokolwiek to znaczy), część została wywieziona w inne miejsca (ciekawe, dokąd?) a jeden kamienny kwiaton znalazł się w „lapidarium” w Bogatyni. Co ciekawe, tam też „trafiły” elementy z pałacu w Radomierzycach. Kiedy po raz pierwszy, dobre z dziesięć lat temu, odwiedziłam Dębowy Gaj, ruiny pałacu zapadły mi w pamięć. Pani w sklepiku opowiedziała mi wtedy historię o tym, że gdzieś w parku pochowani są żołnierze. Jacy, tego nie wiedziała. Wspominała też o bogactwie wnętrz tego obiektu, o kryształowych lustrach, pięknych meblach. Teraz, w środku lata, kiedy w te deszczowe dni zajrzałam do Dębowego Gaju, niemal wszystko przysłoniła zieleń. Niemal trzeba się przedzierać między drzewami i krzakami. Nie ma nawet, jak zrobić zdjęcia. Ale mimo to, udało mi się wypatrzyć, że przez te parę lat znowu ubyło nieco elementów z tego obiektu. Również inne, wiekowe budynki chylą się ku ziemi. Jest w tym miejscu coś fascynującego. Może przez ogrom tutejszych budynków, może przez to, że ciągle pod zmarszczkami różnych wydarzeń widać ich dawną świetność (choć niektóre są przywracane do żywych), a może przez tajemniczość całej wsi. My wybraliśmy się do Dębowego Gaju z Płóczek Górnych, przez Lwówek, wróciliśmy zaś piękną drogą z Pławnej do Nagórza. Ale można tu też zrobić sobie wycieczkę pociągiem. Wysiąść w Dębowym Gaju i dojść na piechotę aż do Lwówka przez równie tajemniczą Szwajcarię Lwówecką. Nie mam wielu zdjęć z Dębowego Gaju. Tym, którzy są ciekawi, polecam stronę wroclaw.hydral.com.pl/
        Można na niej znaleźć również przedwojenne pocztówki, na których dokładnie widać, jak kiedyś wyglądała ta wieś.
 
ZDJECIA:
1.      Zdjęcia nie oddają tajemniczości Dębowego Gaju, ale spróbować można.
2.      Droga z Pławnej Górnej do Nagórza.
3.      To już Nagórze – urocze są te stare domy, prawda?

Komentarzy: 3
Topacz, czyli limuzyny jak za dawnych lat

 

Podobało mi się. Jacek Blum, jeden z organizatorów Zlotu Pojazdów II RP zaprosił mnie do zamku Topacz w Ślęzy pod Wrocławiem, żeby podziwiać przepiękne limuzyny z dawnych lat. Fantastyczny widok!
            Często bywam na imprezach związanych z rekonstrukcjami historycznymi, ale to co zobaczyłam w Ślęzy było inne niż wszystko, co do tej pory widziałam. Przede wszystkim okres historyczny, piękny i elegancki, Po drugie bardzo niezobowiązująca, miła atmosfera, ochrona bez zadęcia i strojenia surowych min, minimalny chaos i przede wszystkim otoczenie. Pamiętam ten zameczek z dawnych lat, nieprawdopodobne, jak pięknie teraz wygląda razem z otaczającymi go budynkami. Mieści się tu hotel, sale konferencyjne itp., itd., a także Muzeum Motoryzacji. Co prawda nie mój to zamek, ale tak mi się pomyślało, że cały ten kompleks jest idealnym miejscem na festiwal „zamknięty”. Nie, nie, nie zamknięty dla publiczności, zamknięty dla tych, którzy nie chcą się bawić. Kilka lat temu odwiedziłam Friesach w Karyntii. To miasteczko, raz do roku, zamyka swoje bramy, ustawia przy nich średniowieczny kantor, w którym Euro wymienia się na wewnętrzną walutę, wszyscy mieszkańcy, w miarę możliwości, przebierają się i zaczyna się prawdziwa doba średniowiecza. Zamiast elektryczności – świece, zamiast łazienek – balie, zamiast telewizji – palenie czarownicy. I choć, co trzeba przyznać, nie każdy jest tu purystą i czasem ktoś włozy do zbroi trampki., to każdy mieszkaniec się stara. Większość gości też. W Topaczu czas również się cofnął. Razem z innymi miałam taką namiastkę tej cudownej elegancji, kierowcy po skończonej konkurencji pili szampana, wkoło przechadzały się damy w fantazyjnych kapeluszach, a wszystko to z zamkiem w tle. Po prostu „powróciliśmy, jak za dawnych lat’. Ale gdyby tak WSZYSCY byli w strojach z tamtych czasów? To by było dopiero coś!
            Dziękuję za to zaproszenie. Mam nadzieję, że zdjęcia pokazują chociaż trochę klimat imprezy. A na koniec chwilkę pomarudzę, bo mam wielki niedosyt. Zabrakło mi trochę opowieści o tych wszystkich przepięknych pojazdach. Prawda, że spędziłam na zlocie zaledwie kilka godzin i byłam głownie podczas prób sprawnościowych, kiedy kierowcy pokazywali swoje i swoich pojazdów możliwości, ale właśnie wtedy chętnie dowiedziałabym się czegoś więcej na temat tych cudnych maszyn. Ale pewnie w przyszłym roku będzie jeszcze lepiej. Bo, mam nadzieję, będzie w przyszłym roku, taki zlot?

 

Komentarzy: 2
U nas jest najładniej

 

Chociaż za chwilę, znów będę musiała wsiąść do samolotu i polecieć trochę dalej, nigdzie tak nie łapię oddechu, jak w naszych dolnośląskich wioseczkach. Właśnie spędziłam kilka dni w Płóczkach Górnych w pobliżu Lwówka Śląskiego.
 
W starych przewodnikach można znaleźć informacje, że Płóczki to znakomite miejsce dla poszukiwaczy minerałów. Czekają tu ametysty, turmaliny, kryształy górskie i, oczywiście, agaty. Właśnie zakończyło się kolejne Lwóweckie Lato Agatowe, podczas którego tysiące zwiedzających oglądają i kupują te skarby ziemi na setkach stoisk. Osobiście wolę się zaszyć gdzieś na uboczu, stąd Płóczki wybraliśmy na wyjazd w środku tygodnia, żeby ominąć całe to sobotnio-niedzielne zamieszanie. Płóczki polecam tym, którzy chcą posiedzieć w autentycznej ciszy, powędrować po ciekawych, starych wioskach i poczuć taki lekko uchwytny powiew historii. 
 
Pierwsze, co uderzyło mnie w Płóczkach Górnych (uwaga, są jeszcze Dolne) to niesamowite, murowano-szachulcowe domy. Często w złym stanie. Smutne, porzucone giganty, które powoli się rozpadają. W grudniu 1868 roku w Płóczkach wybuchł wielki pożar, który zniszczył sporą część zabudowy. Dlatego większość budynków pochodzi już z czasów odbudowy.
 
Widać jednak, że wiele ucierpiało w ostatnich latach, nie remontowane, porzucone, popadały w ruinie. Na szczęście nie wszystkie. Spaliśmy w Gościńcu pod Zielonym Jajem, w fantastycznie odnowionym, wiekowym domu, urządzonym w środku z dużym smakiem. Gościniec ma ciekawego gospodarza, z tych, którzy w życiu wiele widzieli, a skoro widzieli wiele, to wiedzą, jak innym zapewnić komfortowy wypoczynek. Śpiew ptaków, księżyc zaglądający do okna, przytulny zaułek na tyłach domu, gdzie można usiąść wieczorem – tego mi było trzeba. No i te cudowne wnętrza, pachnące historią, afrykańskimi opowieściami (wiele elementów wyposażenia gospodarz przywiózł z Maroka i świetnie tu pasują), spadziste dachy w pokojach na górze i małe lampki pozapalane w korytarzach.
 
Żadnego nachalnego światła, telewizorów w pokojach brak, jest – jeśli potrzeba – bezprzewodowy Internet. Dom okazał się świetną bazą wypadową po okolicy (o tym kiedy indziej), a także do krótkich wieczornych spacerów po samej wsi. Jakoś tak się złożyło, że od razu trafiłam na cmentarz, a właściwie dwa. Obydwa wyjątkowe.
 
Pierwszy leży na wzgórzu, koło kościoła św. Bartłomieja, który góruje nad całymi Płóczkami. Jakiż stąd jest piękny widok! Kościół był już wzmiankowany w 1241 roku, jak przeczytałam, ostatni raz był remontowany w 1975 roku, ma wspaniałą wieżę. Podobno istniejący tu cmentarz został dość niefrasobliwie zlikwidowany po II wojnie światowej, nie udało mi się dotrzeć do bardziej konkretnych informacji. Oglądając kościół, który wyglądał akurat tego dnia dość dramatycznie na tle zbierających się, burzowych chmur, zobaczyłam zrujnowaną wieżyczkę po drugiej stronie drogi. I tak trafiłam na dawny cmentarz ewangelicki.
 
Jeśli lubicie takie klimaty, z pewnością Wam się na nim spodoba. Stare drzewa, aleja, która prowadzi do czegoś, co było kiedyś kaplicą albo mauzoleum na jej końcu i wieża. Z polskich publikacji wynika, że to wieża kościoła ewangelickiego, mieszkańcy Płóczek twierdzą jednak, że kościół stał znacznie niżej, na starych fotografiach nie ma też takiej wieży. Przy wejściu na cmentarz stoi obelisk upamiętniający ofiary I wojny światowej, z czymś w rodzaju ławek po bokach. I można by się zapaść się w tę niezwykłą atmosferę, gdy nie jedna rzecz. Przeczytałam, że kościół uszkodzony i opuszczony w 1945 roku, został rozebrany w 1960. Został wzniesiony w latach 1741-42 i należał do ładniejszych i ciekawszych w naszym regionie.
 
To, że wiele zabytków znikło z mapy Dolnego Śląska to już dla nas nie dziwota, ale to co zobaczyłam na dawnym cmentarzu ewangelickim mną wstrząsnęło, choć takie widoki widywałam już wiele razy. Porozwalane grobowce, wewnątrz fragmenty ludzkich kości, w studni jakiś zwierzak, który pewnie tam kiedyś wpadł, a może został wrzucony. Zupełnie jakby przez cmentarz przeszedł tajfun, a zaraz po nim oddział dzikich grabieżców, którym przydało się wszystko, co mogli tutaj znaleźć. Zastanawiam się, jak długo jeszcze nie będą nam przeszkadzały takie miejsca? Ile będziemy udawać, że ich nie ma, bo zasłaniają je gęste krzaki? Przecież te cmentarze to część historii regionu, w którym teraz mieszkamy. Zresztą co ja tu będę się rozpisywać, wiecie wszystko....
 
 
1. Gościniec pod Zielonym Jajem od frontu
2. ...i z tyłu. To tutaj odpoczywa się najlepiej.
3. Fragment jednego z pustych domów z data budowy: 1848.
4. Kościół św. Bartłomieja
5.Wejście na katolicki cmentarz.
6. Widok na wioskę i kościół od strony cmentarza ewangelickiego.
7.Pomnik ofiar I wojny światowej
8. Aleja na dawnym cmentarzu ewangelickim.
9. Zniszczone, rozgrabione grobowce, bez komentarza.
10. Wieża na dawnym cmentarzu ewangelickim.
11. Ten dom jest do kupienia, tak przynajmniej przeczytałam w internecie.
12. Jeden z opuszczonych domów – typowy widok w okolicy.
13. Wnętrze Gościńca pod Zielonym Jajem – klimatycznie, prawda?

 

Komentarzy: 3
Wąsy Marysi Kunickiej, czyli Belgowie na Dolnym Śląsku

Tym razem odwiedzili nas przyjaciele z Belgii. Frans Rombouts, dziennikarz z Brukseli i jego żona Liesbeth, postanowili pójść szlakiem nowoczesnej, polskiej kuchni i pokazać ją w swoim kraju.
 
I znowu trochę się wystraszyłam, bo Frans jest członkiem międzynarodowego jury, które przyznaje hotelom gwiazdki, jadał już na całym świecie i smakował znacznie więcej niż przeciętny turysta. Ale ich wizyta okazała się niezwykle pouczająca, nawet odkrywcza. Bo ileż osób wie, że mamy na Dolnym Śląsku winnice? Odwiedziliśmy tę, chyba największą, w Zachowicach. Widok Ślęży z winoroślami na pierwszych planie, jest naprawdę niezwykły.
 
Stara góra i młoda winnica
Winnicę Adoria prowadzi Mike Wihitney, który szesnaście lat temu opuścił rodzinną Kalifornię, zachował się w Polce i w Polsce i tutaj osiadł. Uprawia tu trzy odmiany winogron: Pinot Noir, Chardonnay i Riesling. Z okolic Drezna przywiózł również lokalną odmianę Bacchus. Mówi, że jego wina to połączenie kalifornijskiej tradycji i polskiej ambicji. Po winnicy oprowadzała nas pani Ilona Migacz, którą na Dolny Śląsk przywiało ze Szczecina. Kiedy ta drobna, subtelna kobieta, w towarzystwie dwóch wesołych owczarków wędrowała między rzędami winorośli, nie mogła się oprzeć wrażeniu, że gramy w jakimś filmie o Toskanii i tylko ta Ślęża w tle przywoływała fantazję do porządku. Winnica jest młoda i niewielka, ale w tamtym roku sprzedała piętnaście tysięcy butelek. Chardonnay, którego próbowaliśmy, było wyśmienite, jeśli kogoś to zainteresuje, butelka kosztuje 60 złotych. Nawet jeśli nie jesteście miłośnikami wina, przez Zachowice warto przejechać, żeby obejrzeć ten niezwykły, jak na Dolny Śląsk krajobraz.
 
Wypoczynek w starym stylu
Nowym elementem w krajobrazie Wrocławia natomiast jest już barka koło Hotelu Tumskiego, którą zwiedziłam razem z naszymi belgijskimi przyjaciółmi. Barka nie jest jeszcze otwarta, ale oglądaliśmy restauracje i sale klubowe w zawrotnym tempie przygotowywane na przyjęcie pierwszych gości. Niektóre pomieszczenia mają atmosferę angielskiego klubu dla gentelmanów, inne melancholijnej barki na Wołdzie. A jaki stąd kojący widok! Myślę, że wnet będzie to jedno z najmodniejszych i najbardziej klimatycznych miejsc w moim mieście. Kuchnia (dziś o kuchni, bo wizyta była typowo kulinarna) będzie lekka, nowoczesna, oparta na owocach morza. Próbowaliśmy m.in. pysznej ryby w sosie krabowym ze ryżem na szpinaku, która będzie tam serwowana i delikatnej zupy borowikowej.
 
Wielki ukłon dla szefa kuchni. My, sybaryci wiemy, że dobre jedzenie, piękny widok i lokalizacja w jednym z najpiękniejszych zakątków Wrocławia, tuż przy Moście Młyńskim, to trzy elementy, które lubimy najbardziej. Ta lokalizacja ma jeszcze jeden plus. Wracając nad ranem z szampańskiej zabawy, zawsze będzie można jeszcze kupić sobie na pobliskim placu Bema chleb za zakwasie, ten chyba najsławniejszych chleb we Wrocławiu z malutkiej piekarni, do której nie wolno przychodzić z plastikową siatką. Mój ulubiony to Rycerski, ale i razowy wart jest grzechu.  
 
Trzecia kulinarna odsłona
Kolejnym odkryciem podczas pobytu Belgów była restauracja Ziemiańska w Świdnicy, czyli w mieście, którego mieszkanką trochę się czuję. Nasi goście, oszołomieni Kościołem Pokoju, a potem wnętrzem Katedry, opici czekoladą w „baroccafe” przy Placu Pokoju, najpierw obejrzeli sobie dokładnie Rynek. Zanim się obejrzałam Liesbeth przytulała się do siedzącej figury Marii Cunitii, nazywanej w mieście Marysią Kunicką. Ta słynna pani astronom z XVII wieku mieszkała w rynku w Domu pod Złotym Chłopkiem, zaś kilka lat temu miasto uhonorowało jej pamięć ławeczką, z jej naturalnej wielkości brązową rzeźbą. Jeśli myślicie, że pani Rombouts chciała sobie zrobić zdjęcie z Marysią, to grubo się mylicie.
 
Nasz gość, zauważył, że jakiś gamoń domalował Marysi wąsy. Liesbeth wyjęła więc chusteczkę, a potem paznokciem zaczęła te wąsy wydrapywać. Gest był tak naturalny, że natychmiast sama zabrałam się do ścierania wąsów, więc mam na koncie mały, dobry uczynek. No i w końcu obiad. Ukryta koło Muzeum Kupiectwa Ziemiańska ma naprawdę znakomitego szefa kuchni (wiem, ze przedtem pracował w pałacu w Kraskowie). Na obiad panowie wybrali wątróbkę z malinami, ja jadłam torcik ziemniaczany z łososiem, Liesbeth surówkę pełną niezwykłych połączeń: sałata, ser bałkański, brzoskwinie i pomidory. Spróbowałam, znakomita. No cóż, jak widać cały nasz Dolny Śląsk jest nie tylko tajemniczy, ale i smakowity.
 
1.      Ślęża w tle, na pierwszym planie winnica Adoria.
2.      Tak, to Dolny Śląsk....
3.      Jeden z dwóch piesków mieszkających w winnicy. Widać, że jest mu tu bardzo dobrze.
4.      Nasi goście przy wyczyszczonej Marysi.
5.      Ostrzeżenie w „baroccafe” przy Placu Pokoju. Cóż, anioły latają nisko.
6.       Jak ja lubię tę Świdnicę!

Komentarzy: 1
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |