Za każdym razem, kiedy spotykam kogoś takiego, po prostu chce mi się żyć. Sobotę spędziliśmy w towarzystwie właściciela pałacu w Borowej koło Oleśnicy, czyli zaledwie kilkanaście kilometrów od Wrocławia. Już dobre kilka tygodni nie spotkałam takiego szaleńca, który o zamkach i pałacach potrafi mówić bez przerwy przez kilka godzin. A kiedy patrzy na zegarek to nie dlatego, że się spieszy, ale dlatego, że czeka na odpowiednią chwilę, żeby nakręcić mechanizm zegarowy na pałacowej wieży.
Pałac Borowa, fot. Krzysztof Góralski
Choć ciągle jeżdżę po Dolnym Śląsku, do Borowej jakoś nigdy nie było mi po drodze. A szkoda... Pierwszy dwór w Borowej powstał najprawdopodobniej w połowie XIII wieku, pięć wieków później majątek znalazł się rękach Kurta Christopha Grafa von Schwerin, zwycięzcy bitwy pod Małujowicami. Małujowice to również ciekawe miejsce, traficie tam do pięknego kościółka. Jego ściany pokrywają niezwykłe, gotyckie polichromie. Najstarsze z nich pochodzą z II połowy XIV wieku. Znajdują się tu sceny ze Starego i Nowego Testamentu. To jedne z najlepszych i najpiękniejszych polichromii w kraju. Znajduje się tu też słynny Mojżesz z rogami, ale o nim innym razem....
Gdzieś tak w połowie tygodnia zadzwonił Krzysztof Jabłonowski i zaprosił nas do pałacu w Borowej. Położenie tego obiektu jest idealne. Tuż przy drodze Wrocław – Warszawa, jednak od ruchu sam pałac oddziela przepiękny, choć bardzo jeszcze zaniedbany park. Sam Krzysztof Jabłonowski mówi, że uparł się na ten właśnie zabytek i po długim i „nieprzyjemnym” przetargu, w końcu udało mu się go kupić. Zresztą dla niego to nie pierwszyzna, jest właścicielem jeszcze jednego, bardzo pięknego, ale zdewastowanego zabytku na Dolnym Śląsku, jakiś czas temu należał do niego zamek w Międzylesiu. Kiedy opowiadał o tych wszystkich zakupach to przypominał mi zbieracza, którego cieszy każdy kolejny element kolekcji, ale – uwaga – w tym co piszę nie ma nic wartościującego. To naprawdę miłe skojarzenie, bo ciągle rzadko się zdarza, żeby pieniądze szły w parze z taką pasją i fantazją. Chodziliśmy po parku, gdzie Krzysztof pokazywał zniszczone drzewa, opowiadał o każdym krzaczku, o każdym kamieniu z oddaniem, które naprawdę robi wrażenie. Nie sądziłam, że jeszcze raz usłyszę te samą znaną historię o pięknym pałacu, który popadł w totalną niełaskę tuż po II wojnie światowej. Trochę z lenistwa, a trochę po to, żeby zachęcić Was do odwiedzenia strony pałacu w Borowej zacytuję to, co opisał tam właściciel:
„W ostatnich dniach stycznia 1945 roku majątek w Borowej zajęła Armia Czerwona. Wyrzucono na podwórze meble i większość skrzyń ze skarbami. Leżały na deszczu i słońcu do jesieni. W opuszczonym przez żołnierzy pałacu zaczęto organizować szkołę. Meble, obrazy, żyrandole, zastawę, drzwi i inne przydatne przedmioty zabrali nowi przesiedleni ze wschodniej Polski mieszkańcy Borowej. To co było w ich oczach nieprzydatne – tysiące książek, bezcennych starodruków, rękopisów i grafik - spalono na stosach. Monety z Muzeum Śląskiego i zbiorów prywatnych rozrzucono po parku. Jeszcze wiele lat po wojnie dzieci puszczały monetami kaczki w stawach.
Podobny los spotkał wszystko co nie było złotem. W parku niszczały zabytkowe czcionki, staloryty, zdjęcia na płytkach szklanych, ceramika, porcelana z Miśni i Rosenthala. Komisja Rewindykacyjna uratowała ze stosów dwie ciężarówki książek. Także w domach we wsi znaleziono wiele bezcennych zabytków, w tym szkice Wernera z XVIII wieku”.
Kiedy dzisiaj weszłam do pałacu, naprawdę zrobił na mnie wrażenie. Starannie odrestaurowany, wielkie przeszklone, rozsuwane drzwi zostały zrobione z fragmentów starych drzwi, które właściciel kupował gdzieś przez lata. Restauracja została urządzona tak, żeby goście mogli podczas jedzenia podziwiać staw i aleję parkową. Na ścianach, za szkłem wiszą ocalone dokumenty związane z historią pałacu. A sam Krzysztof wyciąga z różnych skrytek cały bałagan, który znalazł w parku. Fragmenty porcelany i mosiądzu, wiekowe pamiątki, których wagę i piękno nie każdy potrafi docenić. I, z zadziwiającą, przynajmniej dla kogoś takiego jak ja, czyli typowego nadwrażliwca - swobodą opowiada o setkach kłopotów z ekipami budowlanymi, o wyrywaniu podłóg w pałacu, kradzieżach drobnych i dużych oraz o tym, że niektórym trudno się przyzwyczaić, że pałac – choć to hotel, to jednak teraz obiekt prywatny. A prywatność, przynajmniej w niektórych krajach, to świętość.
Jak już wspomniałam na początku, zawsze przy spotkaniu kogoś z pasją, odżywam na nowo. Nie ma dla mnie znaczenia, czy to piekarz-artysta, czy właściciel pałacu, choć oczywiście pałace są mi bliższe niż sztuka wypieku. Do Borowej pewnie będę wracać, żeby wampirycznie czerpać z pozytywnego zakręcenia właściciela. Krzysztof Jabłonowski jak wyszkolony szpieg, śledzi losy mebli i innych przedmiotów z pałacu, z których część można znaleźć chociażby w Muzeum Narodowym we Wrocławiu. I zamierza je odzyskiwać. Jeśli lubicie takie pałace trochę "inne niż wszystkie" zajrzyjcie do Borowej. I opowiedzcie mi potem, jak Wam się podobało.












