iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Jaki dziwny skansen, czyli pociągiem przez Dolny Śląsk

 

Przyjechali dziennikarze ze Szwajcarii. „Asia, zabierz nas w Karkonosze – poprosili. Ale koniecznie pociągiem. Mamy opisać, jak turysta z Europy, bez samochodu, może podróżować do najciekawszych, polskich atrakcji”.
 
I zadrżałam i ucieszyłam się równocześnie. Pociągiem na ogół podróżuję do Warszawy, ostatnio jechałam też do Drezna. Nie było źle. W sumie niewiele wiem o dolnośląskich pociągach, więc przejażdżka z ciekawskimi gośćmi wydała mi się atrakcyjna. Byłam też ciekawa, ile kosztuje taki wyjazd i jak Dolny Śląsk wypadnie w oczach szwajcarskich redaktorów.
 
Umówiliśmy się tak, oni (dwie osoby – Jonas i Robert) będą starali się radzić sobie sami, my będziemy ich wspierać i pomagać tylko kiedy trzeba. Trochę miałam wrażenie, że nasi goście traktują wizytę w Polsce jak pracę w kraju Trzeciego Świata, ale co tam. Wszystko ich ciekawiło, nawet cieszyło, więc nie mogło być źle.
 
Śniadania nie chcieli jeść. „Za wcześnie na śniadanie” – uznał Jonas – „Zjemy w pociągu” – przemilczałam ten pomysł (w końcu mieliśmy ich wspierać w ostateczności i po cichu zrobiłam kanapki). Wybraliśmy pociąg do Jeleniej Góry, który odchodzi z Wrocławia przed ósmą, gość więc miał prawo nie jeść tak wcześnie. Taksówką dojechaliśmy na dworzec (25 zł) i zaczęły się schody, bo przecież nasz wrocławski dworzec w nieustannym remoncie. Postanowiliśmy oszczędzić im szukania kasy na „dworcu tymczasowym” (bilet dla dwóch osób 36 zł) , widziałam jak z lekkim strachem patrzyli na przejścia do peronów i w końcu jak z niedowierzaniem wsiedli do pociągu.
 
Był prawie pusty, kto w niedzielę jedzie pociągiem do Jeleniej Góry? Nie wiem, jaki skład jeździ na ogół do Jeleniej, ten nasz przypominał mroczne czasy PRLu. Niedomykające się okna, zatkana ubikacja z latającymi po jej kątach kawałkami papieru toaletowego, zacinające się drzwi pomiędzy wagonami. I ten zapach. Zapach zatkanej toalety radośnie panoszący się po korytarzu.. Dla nas ciągle normalka. Ale dla Jonasa i Roberta nie. Gdy tylko ociężale ruszyliśmy, pierwszy postanowił poszukać baru (wyjaśniłam, że pani z bułeczkami i wózeczkiem nie będzie chodzić), drugiemu zachciało się do toalety. Z poszukiwań (szumnie powiedziane, raptem cztery wagony) wrócili z oczami okrągłymi jak spodki. „To wszystko jest bardzo dziwne, bardzo dziwne” – mamrotał Robert. Jonas z wdzięcznością natomiast przyjął moje kanapki, nabrał sił i rzucił się do fotografowania mijanych stacyjek. „Coś się tu stało?” – pytał? To po powodzi, tak? A co z torami? Dlaczego tak wolno jedziemy? Dlaczego stoimy?
 
W sumie dla kogoś nieobeznanego z polskimi realiami to może być dziwne, że odcinek ponad stu kilometrów, który dzieli Wrocław od Jeleniej Góry, tym pociągiem pokonuje się w trzy godziny i piętnaście minut. Stacyjki po drodze są w strasznym stanie, poniszczone, pozabijane okna, czasem to stara budka pokryta graffitti. Żal serce ściska. Widoki mało zachęcające, a jednak – a może właśnie dlatego - nasi Szwajcarzy robili zdjęcia na każdym przystanku i będą je dalej pokazywać światu. A ja nie wiedziałam, jak im bez wstydu wytłumaczyć, dlaczego to wszystko tak wygląda. Może będziemy kiedyś drugą Irlandią, ale na Szwajcarię to raczej się nie zanosi.
 
Od Marciszowa widoki robią się bardzo piękne, choć np. stacyjka w Janowicach Wielkich woła o pomstę do nieba. Za chwilę z okien widać Sokoliki, potem cudnie odnowiony pałac w Wojanowie i w końcu Jelenia Góra! Na dworcu sympatyczny bar i decyzja, co dalej. Naszym celem była Przesieka. Z dworca jedzie tam autobus nr 4 (bilet w autobusie 4,50 zł). I tu się zaczynają schody, nie tylko dla obcokrajowców. W rozkładzie jazdy jest następująca informacja o autobusie, który odchodzi o 11.58: 11.58 NR 58* przy czym N oznacza, że autobus jeździ w niedzielę a gwiazdka, że nie jeździ. I bądź tu człowieku mądry! Ale przyjechał. W Przesiece byliśmy po 30 minutach (niedziela, nie było korków, a i pasażerów zaledwie kilku). Podróż, która samochodem trwałaby niecałe dwie godziny, nam zabrała prawie sześć godzin. I cały czas nie wiem, jak to logicznie wytłumaczyć naszym gościom.
 

 

Komentarzy: 4
Co się dzieje z Baryczą?

       W czwartek wybraliśmy na kajaki. Niedaleko od Wrocławia, do Milicza, zaledwie godzina jazdy samochodem, a jednak podróż do zupełnie innego świata.

     Dolina Baryczy od zawsze kojarzy mi się z ciszą, kontaktem z przyrodą, jej bliskością. To tam uczę się rozpoznawać ptaki i drzewa. Warunki do takiej nauki są znakomite. A oglądanie całego tego piękna z wody jest szczególnie nęcące.

     Nasz plan nie był za ambitny. Jednodniowa wycieczka w gronie przyjaciół, najpierw spływ Baryczą z Milicza do Sułowa, potem przenioska na Młynówkę Sułowską i 16 km do Rudy Sułowskiej. Ta część trasy wydawała się szczególnie atrakcyjna, wiedzie przez Rezerwat Stawy Milickie, potem przechodzi w Starą Barycz i pięknie opływa skraj Rezerwatu „Olszyny Niezgodzkie”. Można tam podziwiać stare, ponad stuletnie drzewa. Widok jest nieziemski. Baśniowy. Wypoczynek totalny. Odcięcie od świata momentami zupełne, nie licząc tego odcinka koło Sułowa, gdzie z całą mocą słychać ośrodek wypoczynkowy. Wypożyczenie kajaków na cały dzień, razem z ich transportem kosztowało 30 zł na osobę. Cała trasa – razem ok. 26 km - zajęła nam sześć godzin z jednym, ponad godzinnym przystankiem. Było cudownie. Właściwie byłoby, gdyby nie te kilka szczegółów, które zawsze sprawiają, że zostaje niesmak, a tym wypadku jeszcze smutek. 

Śmieci, brud i martwe ryby

     Nie wiem co się dzieje z Baryczą, ale na odcinku od Ostoi za Miliczem przez kilka kilometrów brzegi usłane są śniętymi rybami. Mnóstwo śniętych ryb widać też tuż pod powierzchnią wody, te jeszcze żywe, pływają, a właściwie miotają się jakby usiłując złapać trochę powietrza. Jest ich mnóstwo i ten widok jest bardzo przygnębiający. Natychmiast zadzwoniliśmy do przyrodników zajmujących się Doliną Baryczy. „Może to z powodu suszy? – zastanawiali się – Susza w Dolinie Baryczy w ostatnich miesiącach, przy ekstremalnym spadku wody odkryła wszystko co najgorsze? Niskie natlenienie i ekstremalnie niski poziom wody mogły spowodować, że ryby się duszą”. Może tak być, ale Barycz na odcinku, o którym piszę jest wyjątkowo brudna i w czwartek była wyjątkowo śmierdząca, zupełnie, jakby ktoś coś wylał do rzeki. Spotykani po drodze wędkarze mówili, że nie widzieli jeszcze w tej rzece tylu śniętych ryb. Płynąc przez kilkukilometrowy odcinek miałam wrażenie, że płyniemy ściekiem. Po drodze mnóstwo starych, plastykowych butelek, które tak jak zatrzymały się na zwalonych drzewach czy gałęziach, tak zostały do dzisiaj. Jeszcze bardziej przykre jest to, że w Sułowie, przed jazem, tam gdzie przenosi się kajaki, nie ma nawet kosza na śmieci. Śmieci leżą na wielkiej kupie i wygląda na to, że nikt się nimi za bardzo nie przejmuje. A przecież to bardzo popularne miejsce. Krzyżuje się tu kilka szlaków, tutaj ludzie odpoczywają po pływaniu.

Kto to ma posprzątać?

    Są takie miejsca na świecie, gdzie turystów zobowiązuje się do tego, żeby swoje świeci zabierali ze sobą. Jeżeli nikomu nie przyszło do głowy, że powinien być tu kosz, to jak tu myśleć, po pierwsze o turystyce, a po drugie o chronieniu  tego, niezwykłego przecież, zakątka? Doliną Baryczy chwalimy się w całej Europie, a tu coś takiego. Po prostu brakuje słów. Swoją drogą, rzadko komu - jak widać - przyjdzie do głowy, żeby po prostu nie rzucać swoich butelek, papierów i woreczków na kupę, którą zostawili inni. A to przecież takie proste, zabrać i wyrzucić tam, gdzie zrobi się z tego z krzywdą dla otoczenia, przsyrody, krajobrazu. Młynówka Sułowska jest już czysta, choć i tu widać momentami, że byli "nasi". Ciekawe, ile jeszcze potrwa zanim nauczymy się pewnych rzeczy...
 

 

Komentarzy: 3
Dawni właściciele i ich skarby

 

Przede wszystkim gratulacje dla wszystkich finalistów IV Międzynarodowego Konkursu „Zamki i Pałace Śląska”, który w piątek zakończył się w pałacu w Jedlince. Pytania były tak trudne, że w trzecim, ostatnim etapie naszym finalistkom udało się odpowiedzieć zaledwie na dwa pytania.
 
Nawet liczni, zgromadzeni na sali historycy głowili się na odpowiedziami. Przykładowe pytanie: „Którym śląskim rodzinom von Beethoven dedykował swoje symfonie?” należało do jednych z tych łatwiejszych.
Od początku konkursu towarzyszę tym zmaganiom młodzieży (w liście lektur przygotowujących do konkursu są moje dwie książki) i jestem pełna podziwu, że Wam się chce. A Wasza wiedza i zaangażowanie naprawdę imponuje.
 
Tegoroczny konkurs był też fantastyczną możliwością spotkania się z dawnymi mieszkańcami Jedlinki, zarówno z tymi, którzy mieszkali w samym pałacu, jak i tymi, którzy mieli swoje gospodarstwa w pobliżu. Z pamiętników przywiezionych z Namibii przez rodzinę Boehm wynika, że Erika Boehm wraz ze służącą ukryła w 1945 roku gdzieś na terenie majątku trzy skrzynie. Nieinwazyjne badania prowadzone kilka tygodni temu pokazały, że jest w Jedlince takie miejsce, w którym prowadzono jakieś prace ziemne, że być może właśnie tam zostały ukryte skrzynie. Guenther Boehm, potomek ostatnich, niemieckich właścicieli, który przyjechał do Jedlinki wraz z żoną i wnukiem, opowiadał mi, że jeśli skrzynie są to są.... i dokładnie wskazał to samo miejsce, co georadar. Ponieważ jednak takie znalezisko musi ujrzeć światło dzienne z pompą i bezpiecznie (a pojawiły się też po drodze tzw. problemy techniczne), na – miejmy nadzieję - odkrycie, jeszcze chwilkę poczekamy.
 
Do Jedlinki przyjechali także Jutta i Ernst Köpke. Rodzina Ernsta miała w Jedlince okazałe gospodarstwo, w którym znajdowały się m.in. cenne dokumenty sprzed czterech wieków. Były do dokumenty rodzinne, wyszczególnione w przedwojennej kronice Jedlinki. Ernst Köpke zapytał mnie, gdzie teraz ma ich szukać. Czy to możliwe, żeby gdzieś jeszcze przetrwały? Do domu, który opuścił w wieku 11 lat nie zajrzał. Powiedział mi tylko, że słyszał, jakoby zupełnie niedawno coś znaleziono na strychu podczas remontu dachu. Co to może być, nie miał pojęcia. Jego rodzice opuszczali Jedlinkę w pośpiechu, wyjechali przed nadejściem Rosjan. Pani, która mieszkała przy pałacu i „doczekała” spotkania z sowieckimi żołnierzami, w ogóle nie chciała o tym rozmawiać.
 
Nie ma lepszego sposobu na poznawanie historii niż poznawanie jej dzięki ludziom i poprzez ludzkie historie. Pokazał to Jedlince także prof. Stanisław Nicieja (jeden z jurorów konkursu), który opowiadał uczestnikom konkursu i gościom o swojej nowej książce Lwów, ogród snu i pamięci”, w której opisuje losy osób pochowanych na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie. Jakież to są historie! Niemal każda na scenariusz filmowy. Podobnie zresztą jak dzieje Jedlinki, w której wszyscy się spotkaliśmy.
 
Pałac w Jedlince przed wiekami.

 

Komentarzy: 0
W Dolinie Ciszy

 

Nieoczekiwanie znalazłam się w totalnej dziczy. Choć roślinność nieco inna, wilgotność powietrza również, to miejsce, w które chcę Was dzisiaj zabrać, przypomniało mi moją podróż Mekongiem przez kawałek Kambodży. A przecież wyjechałam zaledwie niecałe 50 km od Wrocławia.
           
Miasto w te upały jest nie do wytrzymania. Postanowiliśmy więc urwać się na kilka godzin i pojechać tam, gdzie będzie: maksimum przyrody, minimum hałasu. Z mapą w ręku wybraliśmy szlak w Dolinie Baryczy i ruszyliśmy do Żmigrodu. Samochód zostawiliśmy na parkingu przy ruinach pałacu. Już sam park i te stare mury są bardzo ciekawe. Odrestaurowana fasada wygląda trochę jak filmowa scenografia, bo w z tyłu prawie nic nie ma. Podświetlona wieczorem, jeszcze bardziej przypomina mi czasy pracy w telewizji i teatralnych inscenizacji. Ale taki sposób rewitalizacji akurat mnie, bardzo się podoba.
 
W tzw. baszcie, wzniesionej w XVI wieku na fundamentach starszej wieży mieści informacja turystyczna, czynna nawet w niedziele, od godz. 12.00. Dostaniecie tam bezpłatne mapki okolic, można tu też pożyczyć rowery, w baszcie został również urządzony apartament, w którym można przenocować za 250 zł za dobę. Wart obejrzenia jest i sam park. Po jego renowacji zostały odtworzone alejki, na wyspie na stawie znajduje się miejsce do grillowania.
 
My jednak zostawiliśmy park, żeby czerwonym szlakiem podążyć najpierw piękną aleją dębową a potem, wzdłuż Kanału Jamnickiego, z widoczną w oddali Baryczą w kierunku kompleksu Jamnik. Ten, prawie ośmiokilometrowy, odcinek drogi zrobił na mnie właśnie takie ogromne wrażenie. Cisza, rozległe bagna, ptaki. Trochę ze zdziwieniem zauważyłam w tym miejscu dwa samochody (obowiązuje tam zakaz ruchu), w informacji turystycznej dowiedziałam się również, że mimo zakazu, można się w tam poruszać na rowerach. Trochę się więc pogubiłam w tym wszystkim, ale obiecuję, że sprawę wyjaśnię.
 
Jest też takie miejsce na tym szlaku, w którym można się zgubić. Dobra droga się kończy i odbija jakby w prawo. Zgodnie z czerwonym szlakiem powinno się jechać prosto, my jednak skręciliśmy na Osiek Mały a potem przez wioskę do drogi, która biegnie do Osieka a stamtąd do Jamnika. Z kompleksu Jamnik pojechaliśmy w kierunku Rudy Żmigrodzkiej, potem na Niezgodę, żeby przed wioską odbić w lewo na Szwedzką Drogę oznaczoną niebieskim szlakiem. Ten szlak doprowadzi Was, obok kompleksu stawów Radziądz aż do miejsca, w którym zaczęliśmy wędrówkę. Po drodze jest również miejsce, którego nie można przeoczyć. Po opuszczeniu kompleksu Radziądz szlak wychodzi na drogę dla samochodów, która dochodzi aż do drogi nr 439. Za łowiskiem po lewej stronie nie można przeoczyć leśnej drogi, którą dalej prowadzi niebieski szlak, a która w tym miejscu nie jest oznaczona.
 
Na pętli, którą opisuję jest wszystko. Wspaniałe stawy, leśne ścieżki, ciekawe wioski. Razem ok. 30 km. Cudowny odpoczynek od zgiełku miasta. Ładowanie baterii na kilka dobrych dni. I tak blisko domu.
 
ZDJĘCIA:
1.      Ruiny pałacu w Żmigrodzie – pożywka dla wyobraźni

3.      W „baszcie” można przenocować, chociaż nie jest to tanie.
4.      Czerwony szlak za pałacem w Żmigrodzie: cudowne połacie zieleni po lewej....
5.      ....zielone pola po prawej.
6.      Te mają szczęście, laba przez okrągły rok.
7.      Taki widok relaksuje i trochę powstrzymuje przed powrotem do miasta.
8.      No cóż, trochę cywilizacji....
9.      Tuż przed skrętem na Szwedzką Drogę.
10.Dolina Baryczy jest ciągle trochę dzika i bardzo spokojna.

 

Komentarzy: 0
Park Rododendronów w Kromlau

To właściwie ostatnia chwila, żeby zobaczyć w pełnej krasie rododendrony. Wnet przekwitną, więc jeśli wśród Czytelników tego bloga są miłośnicy kwiatów, to zapraszam Was do niewielkiego Kromlau, w którym znajduje się jeden z największych parków rododendronów w Niemczech.
 
Kromlau leży zaledwie osiem kilometrów Parku Mużakowskiego, który Nysa Łużycka przedziela dziś na polską i niemiecką część. Teraz w parku jest wyjątkowo pięknie, wszystko eksploduje zielenią, kawiarnia działa już pełną parą, w sobotę odbył się pierwszy w tym roku festyn. Wizytę w Kromlau można więc połączyć ze spacerem po Parku Mużkowskim, również po samym Bad Muskau, chętni zaś mogą zrobić zakupy na wielkim targowisku w Łęknicy (swoją drogą kontrast pomiędzy „handlową” Łęknicą i „uzdrowiskowym” Bad Muskau jest ogromny...). Ale my jedziemy zwiedzać, a nie kupować, mam więc trzy propozycje.
 
Odległość z Bad Muskau do Kromlau nie jest duża, można więc tę trasę pokonać na rowerach. Wzdłuż drogi wiedzie ścieżka rowerowa, trasa jest więc przyjemna, trzeba jednak pamiętać, że co chwila będziemy czuli zapach spalin. Druga opcja to samochód, koło parku w Kromlau znajduje się obszerny parking, ale najbardziej atrakcyjna wydaje mi się kolejka.
W 1895 roku, hrabia Hermann von Armin, ówczesny właściciel dóbr mużakowskich postanowił połączyć swoje zakłady koleją wąskotorową.
 
Trasa szybko rozrosła się do 80 km, a w 1951 roku została przejęta jako „Kolej leśna Mużakowa”. Już w 1978 roku tory zostały rozmontowane i tylko cegielnia w Białej Wodzie korzystała z ich dwunastokilometrowego odcinka. Dwadzieścia lat temu częściowo zrekonstruowana trasa została oddana turystom. Można nią podróżować na trasach Bad Muskau – Biała Woda (Weisswasser) i Biała Woda - Kromlau. Każdy odcinek tej drogi to niespełna pół godziny. Dokładny rozkład jazdy znajduje się tutaj http://www.waldeisenbahn.de/de/ausflugsziel/fahrplan , zauważcie jednak, że są dni, kiedy można pojechać składem, który ciągnie zabytkowa ciuchcia (najbliższe termin to 11,12,13 czerwca) w pozostałe dni jeździ lokomotywa spalinowa. Podróż w dwie strony kosztuje- w zależności od opcji i długości trasy od 3 do kilkunastu Euro. Pełny cennik dostępny również na stronie kolejki. No, ale my mieliśmy zwiedzić Kromlau i Park Rododendronów.
 
Powiem szczerze. Po wizycie w Bad Muskau, Kromlau troszeczkę, ale tylko troszeczkę mnie rozczarowało. Ale też i skala tego założenia jest zupełnie inna, warto również pamiętać o przepaści w zasobach finansowych i fantazji panów z Bad Muskau a właścicieli Kromlau. Park koło Kromlau został założony w 1844 roku, zaś w 1889 roku hrabia Egloffstein Arkitten rozbudował go i posadził w nim rododendrony. Różaneczniki są tu niemal wszędzie. Tworzą piękne, kolorowe dywany, wokoło roztaczają się duszące zapachy. Dość niezwykłe wrażenie robi to, że krzewy rosną np. między sosnami.
 
Ikoną parku i najczęściej fotografowanym miejscem, jest malowniczy most łukowy nad jeziorem Rakotz. Rakotzbrucke został zbudowany ze słupów bazaltowych, które z kamieniołomów ciągnęły tu wozami woły. Słynny most nie służy do chodzenia, a do patrzenia i fotografowania. Jeszcze dzisiaj kwitną wokół niego rododendrony, tworząc eleganckie ramki dla tej dziwacznej budowli. Samo jeziorko nie jest duże, można więc wokół niego pospacerować, potem pobuszować w rododendronach a następnie przejść na drugą stronę parku (rozdziela go droga) żeby obejrzeć pałac i również pospacerować nad romantycznymi jeziorkami. Wejście do parku jest bezpłatne, płatny jest natomiast parking. W Zielone Świątki w Kromlau ma się odbyć wielki festyn, więc może to okazja do odwiedzenia tego miejsca, choć ja osobiście wolę, kiedy w parku jest nieco spokojniej. Na zachętę kilka zdjęć z Parku.

Komentarzy: 1
Szwajcaria Saksońska, czyli wędrówka w stylu bio

 

Po wizycie w Czeskiej Szwajcarii pojechałam teraz do Szwajcarii Saksońskiej. Z Wrocławia można tam dojechać pociągiem i to w miarę szybko, ale – uwaga – nie jest to tania podróż. Bilet z Wrocławia do Drezna kosztuje 167 złotych, zaś z Drezna do Schmilki, gdzie nocowałam – 11 Euro. Podróż jednak trwa niecałe cztery godziny.
 
Największą atrakcją Szwajcarii Saksońskiej są słynne formacje skalne Bastei. Związane są z nimi opowieści o rycerzach rozbójnikach, zaś dla świata odkryli je romantyczni malarze. Największą zasługę w tej materii miał Caspar David Friedrich. Dzisiaj Bastei są najpopularniejszym celem jednodniowych wycieczek. Ze skał można podziwiać fantastyczne widoki, m.in. na Łabę, jednak najczęściej fotografowanym elementem wcale nie jest przyroda. Na większości zdjęć widać...most. Ale od początku...
 
Ścieżką malarzy
Tak naprawdę nic nie zapowiada całej tej orgii fantastycznych widoków. Autobus wjeżdża na zatłoczony parking (podobno w weekendy nie można tu wcisnąć szpilki), potem krótki spacer wzdłuż restauracji, hotelu i budki z pamiątkami. Kilka zdjęć na punkcie widokowym, z którego można wypatrzyć odległą twierdzę Königstein. Choć w Internecie znalazłam informację, że na wejście do skalnego miasta trzeba płacić, nie ma w tym prawdy. Wejście jest bezpłatne, jedynie ci, którzy będą chcieli obejrzeć ślady (zachowała się właściwie tylko cysterna) twierdzy Neurathen zapłacą jedno Euro. Do pozostałości twierdzy prowadzi most z 1851 roku. Został przewieszony nad czterdziestometrowym jarem i łączy poszczególne baszty skalne (Bastei to właśnie baszta). Most ma 76 metrów długości i 7 przęseł. Skały zaś wyrastają 190 metrów nad Elbą. Nie wymyślę nic nowego niż inni, rzeczywiście, tutejsze widoki zapierają dech w piersiach. Wielka przestrzeń, cudownie oświetlone przez słońce skały, można by się wpatrywać w ten widok godzinami, gdyby nie drobny szczegół. Tu naprawdę, nawet w środku tygodnia, są tłumy turystów. Przebywanie w tłumie nie sprzyja romantyzmowi.
 
Przez most wiedzie słynny Ścieżka Malarzy (Malerweg), szlak, który ma długość 112 km. Jego nazwa wzięła się od wszystkich, zauroczonych tymi okolicami artystów. Widoki Szwajcarii Saksońskiej inspirowały Roberta Sterla, Bernardo Bellotto, czy Ludwiga Richtera. 
 
Wiele osób, które tutaj przyjeżdżają, wchodzi na słynny most i po przejściu najbardziej atrakcyjnego fragmentu szlaku, po prostu wraca. Tymczasem, tu naprawdę jest gdzie chodzić. W wiele miejsc nie zapuszczają się już turyści, częściej wspinacze, warto więc poeksplorować mniej znane ścieżki. Przy szlaku z mostu do położonego nad Łąbą Rathen można również popływać łódką, w wodzie zaś odbija się skała nazywana ze względu na swój kształt Lokomotywą. W samym Rathen natomiast polecam pysznego pstrąga (11 Euro) i świetne wino.
 
Nocleg ekologiczny
Wzdłuż Łaby nie brak uroczych miejsc noclegowych, mi przyszło spać w niewielkim hotelu „Helvetica” w Schmilce. Schmilka leży zaledwie kilkanaście kilometrów od Bastei, jest również świetnym punktem wypadowym do twierdzy Königstein oraz Czeskiej Szwajcarii. „Helvetica” jest miejscem, które chwali się tym, że jest absolutnie „bio”. Hotel położony jest tuż nad Łabą, od rzeki dzieli go jedynie wąski pas zieleni i ścieżka rowerowa, która prowadzi aż na północ Niemiec. Pokoje są niewielkie, całość bardzo przytulna, tutejsze „spa” mieści się na dobrze nasłonecznionym strychu. W restauracji panuje miła atmosfera relaksu. Jak już wspomniałam, wszystko jest tu „bio”. Mięso zamawiane jest u wybranych dostawców, koło hotelu znajduje się niewielki ogródek ziołowy, wszystko jest tu ekologiczne, w restauracji wybór herbat z całego świata. Przykładowe menu: sałatka, zupa z pokrzywy na śmietanie, rolada szpinakowo-ziemniaczana albo szparagi z szynką. Do dyspozycji masażysta, sauna, bezpłatne lekcje Tai Chi itp. Dwa pokoje są wyjątkowe. Wyłożone sosnowym, surowym drewnem, pozbawione telewizorów, ich ściany podobno nie przepuszczają smogu elektromagnetycznego. Fiu, fiu, podobno trudno w nich dostać miejsce, choć mi niezbyt przypadły do gustu. Trochę przypominały mi (może ze względu na to drewno) saunę. Spałam w „zwykłym” pokoju i muszę przyznać, że w Helvetice panuje cudowny spokój. Nie przeszkadza tu nawet pociąg sunący po drugiej stronie rzeki. Żeby jednak osiągnąć pełnię szczęścia, trzeba mieć zasobną kieszeń. Helvetica, może ze względu na to „bio” jest drogim hotelem. W sezonie dwójka kosztuje 200 Euro za dobę, poza sezonem ok. 140 Euro. I choć uważam, że spokój nie ma ceny, to ta akurat wydaje się nieco wygórowana.
 
Punkt widokowy z widokiem na Elbę. Ten tłum turystów trochę przeszkadza, ale co robić?
Słynny most, ikona Szwajcarii Saksońskiej.
Wejść na taką skałę to jest coś!
Wcale się nie dziwię, że ten widok uwiódł malarzy. Podobno szczególnie piękne jest tutaj, kiedy podnoszą się poranne mgły, ale niestety, nie dane mi było zobaczyć.
A tutaj można popływać w cieniu
Przy szlaku do Rathen pyszne pstrągi w tej restauracji.
I promem na drugą stronę rzeki.

 

Komentarzy: 4
Skały pełne fantazji

 

Trzeba mieć fantazję, żeby wybudować w takim miejscu coś takiego. Trzeba mieć fantazję, żeby w górach wyrzeźbić taką formę. W tym wypadku fantazję miała i Natura i człowiek. Pravčická brána w Czeskiej Szwajcarii to najpopularniejsze miejsce w tamtej okolicy i symbol całego parku (pisałam o nim trochę poprzednio). Ogromny, skalny łuk ma rozpiętość 26,5 metra u spod i wysokości 16 metrów.
 
My wybraliśmy do niego drogę żółtym szlakiem z Mezny, żeby potem, już przy asfaltowej drodze pójść dalej szlakiem czerwonym. Pierwszą część trasy przejechaliśmy na rowerach i uprzedzam, że choć trasa nie jest trudna, jest na niej kilka kamienistych odcinków i lepiej wtedy nie szarżować. W miejscu, gdzie wchodzimy na czerwony szlak, trzeba zostawić rowery. Z pewną obawą przymocowaliśmy je przy drewnianych barierkach i ruszyliśmy na górę. Ścieżka jest prosta, choć ostro pnie się pod górę. Mostek z datą 1880 daje przedsmak tego, co zobaczymy na górze. A tam niespodzianka.
 
Tuż przed wielkim łukiem skalnym, największym w Eurpie, jakby wciśnięty w skały, stoi uroczy pałac. To Sokole Gniazdo wzniósł w 1881 roku w miejscu chaty z dębowych bali książę Edmund Clary-Aldringenu. W 1841 roku, mając 28 lat ożenił się z hrabianką Elisalex z rodu Kutuzowów. A jako, że lubił polować, często zaglądał do Czeskiej Szwajcarii. Zasłużył się również dla tutejszej turystyki.
 
Dzisiaj w Sokolim Gnieździe mieści się restauracja, ale większość turystów i tak wybiera posiłek na otwartym powietrzu pod samym łukiem. Można tu wypić piwo, albo zjeść kiełbaskę. Potem koniecznie trzeba obejść wszystkie miejsca widokowe, żeby z różnej perspektywy spojrzeć na te wspaniałe skały. A dla odpoczynku polecam rejs stateczkiem z pobliskiego Hrenska, albo w kierunku Decina, albo w drugą stronę, do Bad Schandau. Na zachętę kilka zdjęć z tej okolicy.

 

Komentarzy: 0
Mezna, czyli serce Czeskiej Szwajcarii

Ostatnio pisałam o skansenie, który się tworzy, a dzisiaj o wiosce, która wygląda jak skansen, ale nim nie jest. Na „dłuuugi” weekend wybraliśmy się do Czeskiej Szwajcarii.

Z Wrocławia można tam dojechać zaledwie w trzy godziny, my jednak wybraliśmy drogę „malowniczą”, przez Rudawy Janowickie a potem Szklarską Porębę i zabrało nam to dokładnie pięć godzin. Również podróż samochodem od Chřibská, które leży na wchodzie Parku Narodowego Czeska Szwajcaria do Mezny, gdzie znaleźliśmy noclegi jest podróżą przez świat sprzed lat. Po drodze mnóstwo malowniczych, przysłupowych domków, starannie wypielęgnowane sady, cudowne widoki. Jakoś tam wyjątkowo czysto i schludnie. Nawet tak trochę cukierkowo. Wszystkie wioski po drodze wyglądają właśnie jak skansen, tyle, że ciągnący się kilometrami i wzdłuż drogi.

Nocleg zamówiliśmy w wioseczce Mezna. Trzeba do niej odbić z „głównej” (trochę to szumnie powiedziane) drogi. W Meznie droga się kończy, ale to nie znaczy, że wioska jest odcięta od reszty świata. Dojeżdża tu autobus, z samej Mezny można też dostać się specjalnym, zabytkowym autobusem do słynnej twierdzy Königstein po niemieckiej stronie. Z wioski startuje się do spływu przełomem rzeki Kamienicy do Hrenska (do rzeki trzeba iść ostro w dół około 1,5 km, ale naprawdę warto), stąd wiedzie też piękny żółty szlak do Pravčickiej Brany, jednej z największych atrakcji regionu. To największy naturalny skalny łuk na kontynencie i symbol całego parku. Z Mezny to zaledwie pięć kilometrów, ale o tym następnym razem..

Mezna ma kilka miejsc, w których można się zatrzymać, dwa hotele i pensjonaty, my jednak zdecydowaliśmy się na domek do wynajęcia. Nazywa się Trixi’s Guesthouse, znajduje się po numerem 2 i nie jest łatwo go znaleźć. Tuż za hotelem Hubert trzeba ostro skręcić w lewo i drugi dom po prawej będzie domem gospodyni. Trzeci w kolejności to ten dla gości. Nie ma tam żadnych oznaczeń, więc warto takie rzeczy wiedzieć. Beatrice Blaha, Austriaczka z barwnym życiorysem, wynajmuje obok domek, w którym może pomieścić się dziesięć osób (uwaga, najładniejsze pokoje na piętrze).

Gospodyni mówi po angielsku i po niemiecku, domek wyremontowała niemal od podstaw, z tyłu znajduje się niewielki taras i przeszkolony pokój zimowy, z którego roztacza się piękny widok na las. Poza sezonem nocleg ze śniadaniem kosztuje tu 490 Kč od osoby, można jednak wynająć pokoje bez śniadania (wtedy taniej), albo hurtem cały domek. Wynajęcie na cały tydzień kosztuje 18 tys. Kč czyli 1800 Kč na jedną osobę. Pokoje mają toalety, umywalki i prysznice. Specjalnie nie nazywam tego łazienkami, bo wszystko jest osobno. Tylko jeden pokój ma oddzielną łazienkę, w pozostałych umywalka i prysznic są częścią sypialni. Prawdopodobnie wynika to z konstrukcji domu i ułożenia belek.

Do Internetu, niestety, nie można się podłączyć, co jest bolesne ze względu na brak dobrych informacji o godzinach otwarcia różnych atrakcji, dojazdach itd., szczególnie teraz, przed sezonem. Jeśli więc planujecie wyjazd w tamtym kierunku, trzeba wcześniej porządnie się przygotować. Polecam Trixi’s Guesthouse, standard domku jest wysoki, w pobliskim Penzion na Vyhlídce pokoje są nieznacznie tańsze, ale nie mają łazienek. W hotelu noclegi są dwa, albo trzy razy droższe. Oczywiście, kto co lubi, ja jednak wolę nocować w czasie takich wyjazdów, albo w agroturystyce, albo właśnie w takich domach. A i sama wioska jest bardzo malownicza, co – mam nadzieję – widać na zdjęciach.

Do Mezny przyjechaliśmy 30 kwietnia, czyli w dniu, w którym obchodzi się Noc Walpurgii. Okazało się, że i mieszkańcy wioski postanowili zrobić sobie tego dnia obchody, ale w zupełnie dla nas obcym stylu. Wszyscy zebrali się na przystanku autobusowym, zrobili pod nim wielkie ognisko, z bagażnika jednego z samochodów serwowano kiełbaski, grog i piwo i wszyscy – co było widać i słychać - świetnie się bawili. Dzieci i niektórzy dorośli przebrali się za czarowników i czarownice, zaś pierwszym punktem programu było właśnie palenie czarownicy. Zabawa trwała do białego rana i miałam takie wrażenie, że ta sąsiedzka zabawa bardzo wszystkich jednoczy. Może to trochę zabrzmi górnolotnie, ale w czasach, gdy wiele osób kontaktuje się głównie przez Skype lub pocztę mailową, fajnie jest zobaczyć jak wygląda sąsiad.

Zdjęcia:
1. Pravčicka Brama – symbol Czeskiej Szwajcarii


2. Mezna – stare domy jak nowe


3. Kolejny dom z Meznej


4. I znowu Mezna – moim zdaniem, jeden z najpiękniejszych budynków we wsi


5. Zaczyna się wiejska Noc Walpurgii


6. Pa, pa czarownico....


7. Trixi’s Guesthouse – mieszkanko, które polecam


8. Czteroosobowy pokój na piętrze
 

Komentarzy: 0
Muzeum w Górach Sowich


    W napływie super ważnych wiadomości, takich jak ślub księcia Williama (podobno żyje tym cały świat...) i kapelusz na kształt salaterki przyklejonej do czoła Victorii Beckham na tymże ślubie, pewnie gdzieś przepadnie interesująca dla miłośników Dolnego Śląska wiadomość.

     Dzisiaj pierwsza uroczystość w nowym, ważnym dla wędrowców, miejscu. W marcu skończył się remont poewangelickiego kościółka w Ludwikowicach Kłodzkich. Powstanie w nim Muzeum Ziemi Sowiogórskiej i skansen. Sławomir Karwowski, wójt gminy Nowa Ruda opowiada, że będą się tu odbywały koncerty, prelekcje, obiekt będzie miał wiele funkcji, zachowa jednak także funkcję sakralną. W następnej kolejności powstanie skansen ziemi sowiogórskiej, na który udało się uzyskać dofinansowanie w wysokości 500 tys. złotych. Na taki pomysł to niewiele, tym bardziej ciekawa jestem efektów. Górom Sowim, ich tajemnicom, historii, także tej najnowszej od dawna należy się takie miejsce. A określenie „muzeum” zobowiązuje. A jak coś robić, to porządnie... Mam nadzieję, że oprócz zgromadzenia tam „różnych urządzeń i sprzętów z XVIII/XIX wieku” znajdzie się też sporo ciekawostek, interesujących opisów, że będzie tu można dotknąć historii a nie tylko na nią patrzeć. Na regionalnych forach internetowych sprawa muzeum wzbudza wiele emocji, ale takie miejsce z pewnością przyciągnie kolejnych turystów, których w Górach Sowich jest ostatnio jakby mniej. Ale dobra wiadomość dla rodzimej turystyki to taka, że spadła o trzydzieści procent sprzedaż wycieczek zagranicznych – to informacje podawane przez media trzy dni temu. Ci, którzy nie wyjadą, będą chcieli spędzić fajnie czas tu, na miejscu. Dzisiaj, w kościele-muzeum w Ludwikowicach odbędzie się poświęcenie dzwonu im. "Jana Pawła II", a co będzie dalej, zobaczymy. W każdym razie, trzymam kciuki. I nie idę oglądać sławnego ślubu. 
 

Komentarzy: 2
Krótkie historie lalek

„Legendy Dalekiego Wschodu mówią, że pralalka została stworzona nad brzegami Gangesu. Miała być kwintesencją pierwiastka boskiego w człowieku. Jej ruchy, strój, mowa i kształty wyrażały to co doskonałe, odsyłały do sensu duchowego. 
 
W tradycji tej narodził się teatr cieni. Jego początki wiążą się z legendą o pani Li, ukochanej cesarza Wudi (141-87 pne) z dynastii Han. Kiedy zmarła, cesarz popadł w depresję. Aby ukoić jego smutek, z oślej skóry i tkanin sporządzono marionetkę, która nie tylko kształtem i strojem przypominała panią Li, ale też dzięki ruchomym stawom naśladowała wdzięk jej ruchów.
 
Cień marionetki poruszył do głębi cesarza, który odzyskał chęć do życia. Od tego czasu teatry cieni związane są z kultem duchów przodków, są oknem pomiędzy namacalnym światem ludzi i utkanym ze światła i cienia eterycznym światem duchów. Co wieczór, od tysiącleci powraca magia, która sprawia, że mity ożywają pod dotknięciem ręki człowieka”.
 
Ładnie napisane, prawda? Tę krótką opowieść znalazłam w Muzeum Zabawek i Zabawy w Kielcach. Jakoś do muzeów zabawek nie mam szczególnego sentymentu, aczkolwiek doceniam pasję kolekcjonerów.
 
Jednak w zabawkach zamkniętych w szklanych gablotach, w tych smutnych lalkach sprzed kilkudziesięciu lat jest coś tak przeraźliwie dołującego, że w ogóle nie kojarzy mi się to z zabawą. A jednak kieleckie muzeum miło mnie rozczarowało, może to kwestia przewodnika, pana Przemka, który z taka pasją opowiadał o zabawkach, że mogłabym słuchać godzinami. Przecież każda zabawka, każdy miś, lalka, klocek to historia jakiegoś dziecka czy dzieci, historia ich rodziny, która zawiera mnóstwo informacji o ich charakterze, a pozycji społecznej (oczywiście niegdyś) i także stanie kieszeni.
 
Wśród setek barwnych zabawek zauważyłam jednak tę jedna, jedyną, nieco inną niż wszystkie. Takiego zabawkowego Kopciuszka. Uszyta z resztek żołnierskiego munduru „urodziła” się w 1943 roku w Kazachstanie. Jest obok niej informacja: ”Kupiona przez mamę niemalże za całą pensję dla małej Małgosi”. Za całą pensję? Ten kawałek szmatki? A jednak.
 
Na zdjęciach lalka jest oznaczona numerem 11 i trudno sobie dziś wyobrazić, że była tyle warta. A ile była warta dla małej Małgosi? Musi kryć się za tym jakaś historia, może smutna, a może wprost przeciwnie. Nie opowiem jej tutaj. Można jej posłuchać w muzeum.
 
Niejako na drugim końcu skali znajduje się lalka Barbie, której została poświęcona zupełnie osobna wystawa. Nazywa się „Mała lalka – wielka gwiazda” i wszystkie lalki Barbie ubrane tu zostały w stroje projektu Anny Stokłosy. Są śliczne, światowe, uśmiechnięte, niemalże czuć tu zapach wielkiego świata.
 
Dziś dziewczynki mają nie jedną Barbie, ale czasem dwie, razem z przyjaciółką, Kenem i z kim tam jeszcze chcecie. Czy te zabawki są lepsze niż lalki ze szmatek? Czy tak, jak w czasach cesarza Wudi pokazują ten boski pierwiastek, odsyłają do sensu duchowego? Nie mnie to osądzać, nie bawię się już lalkami... Z pewnością są śliczne. Trochę mam zamęt w głowie po tej wizycie. Znalazłam zabawki, którymi bawiłam się w dzieciństwie i to w dzieciństwie tak głębokim, że o niektórych przypomniałam sobie dopiero w kieleckim muzeum. Zresztą, znajdźcie chwilę czasu i jeśli akurat będziecie mieli chwilę czasu, wejdźcie do tego świata zabawek. Ciekawa jestem, czy w kontakcie z dzieciństwem poczujecie to dziwne uczucie, którego ja nie potrafię nazwać.

Komentarzy: 0
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |