iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Odkrywanie krainy czarownic

Niewiele wiem o Świętokrzyskim. Byłam tam zaledwie kilka razy pisząc m.in. o tajemnicach klasztoru w Rytwianach czy o Grabkach, w których stoi pałac, przeznaczony – według tradycji – na harem. Właśnie znowu wróciłam z tamtych okolic i odkryłam zupełnie nowe miejsce. Odkryłam – to może złe słowo – to miejsce dopiero powstaje i oficjalnie zostanie otwarte 8 maja, czyli niemalże za chwilę. To Osada Średniowieczna w Hucie Szklanej koło Bielin, niemalże u stóp Łysej Góry.
 
Dzisiaj coraz trudniej zrobić coś oryginalnego. Niemal na każdym festynie pojawiają się rycerze, którzy – w zależności od chęci i siły – robią mniej lub bardziej atrakcyjny pokaz. Są tacy, którzy zamiast walczyć umierają od razu, bo za gorąco, za dużo piwa, za wiele walk w ciągu jednego dnia.
 
Organizatorzy wiedzą jednak, że rycerze czy wojowie to zawsze atrakcja, chętnie ich więc zapraszają. Średniowieczne festiwale, które odbywają się na ogół przy zamkach, mają często naprawdę wysoki poziom. Jak już wspomniałam, w świecie pełnym wojów, trudno o coś, co naprawdę zrobi wrażenie. I dlatego to, co zobaczyłam w Hucie Szklanej bardzo mile mnie zaskoczyło. Bo widać, że organizatorzy i pomysłodawcy tego miejsca poszli na jakoś, a nie na ilość.
 
Osada Średniowieczna jest całkiem spora. Będzie się do niej wchodzić przez drewnianą bramę stojącą tuż za piękną, stylizowaną karczmą. Dalej domki rzemieślników, którzy – i tutaj wielki ukłon dla wszystkich zaangażowanych w to przedsięwzięcie – opowiadają z taką pasją, że można słuchać godzinami. Nie ma razie fajerwerków, ale te opowieści starczą za wszystko.
 
Odwiedziłam „skansen” w czasie wyjazdu dziennikarskiego, w którym brali też udział koledzy ze Skandynawii. Tempo, w jakim pałaszowali podpłomyki i gorliwość, z jaką robili zdjęcia tamtejszym czarownicom świadczy tylko o tym, że naprawdę im się podobało. Zrobili nawet wywiad z zespołem ludowym. Pytali jednak – mieszkamy tak blisko, a jak się różnymi! – czy jemy kapustę kiszoną z keczupem i dlaczego dorosłym podajemy zimne napoje z rurką w szklance. No, ale nie o tym miało być... W Osadzie „mieszka” bartnik. Wspominał, że aby powstał kilogram miodu, pszczoła musi oblecieć odległość równą trzem okrążeniem kuli ziemskiej. Mówił również o tym, jak to kiedyś zrobił dla pszczół syrop z cukru kupionego w pewnej znanej sieci sklepów. Pszczoły pokosztowały i wyginęły trzy ule.
 
Podobnie u sąsiadów, którzy korzystali z tego samego cukru. Cóż... to takie zderzenie starej sztuki bartnictwa ze współczesnością... Każdy gość, który zajrzy do osady będzie mógł porozmawiać z zielarką, garncarką, kowalem czy szewcem (pozdrowienia dla szewca, opowiada Pan przepięknie). Po skansenie biegają również czarownice, które ze względu na strój są trochę elementem obcym, ale barwnie uzupełniającym całość.
 
Podoba mi się pasja, z jaką osada została zrobiona. I sama chętnie będę tam zaglądać podczas wizyt w tym rejonie. Bilety będą kosztować 14 zł, dla dzieci 10 zł. I choć to wszystko, co widziałam warte jest swojej ceny, zastanawiam się, czy taka cena nie odstraszy trochę, np. rodziny z dwójką, albo trójką dzieci. Miejmy nadzieję, że nie, choć będzie gdzie tam wydawać pieniądze. Tuż obok parkingu stanęły nowoczesne budki, w których będzie można kupić pamiątki, zaś na samej Łysej Górze, w klasztorze również nie brak atrakcji. Wielu ezoteryków twierdzi, że na szczycie znajduje się czakram (na tyłach klasztoru widać taki niewielki kamień, podobno to właśnie w tym miejscu), a nawet jeśli nie czuje się jego mocy to i tak ta góra ma w sobie coś uspokajającego. Magicznego po prostu. Ma w sobie moc. Wszystkim z Osady Średniowiecznej życzę, żeby im tej pasji i mocy również starczyło na długo.  
  
1.Wejście do skansenu, z tyłu widać karczmę.
2.Przed wejściem powitały nas świętokrzyskie czarownice.
3.Jak widać, czarownice potrafią się bawić...
4....i zapamiętują się w tańcu.
5. Choć osada jeszcze nie jest oficjalnie otwarta, już czuć tu ducha dawnych czasów.
6. A nad wszystkim czuwają oczywiście nasze czarownice.
7. Te podpłomyki zrobiły furorę. Z miodem albo powidłami – niebo w gębie.
8. W osadzie nie ma jeszcze koła garncarskiego, ale na otwarcie będzie podobno już na pewno.
9. Ten rzemieślnik czeka jeszcze na buty z epoki, również obiecane na otwarcie.
10. Taka „słowiańska” ozdoba...
11. Nas całością czuwa wiadomo kto...
12. I ostatni rzut na całą, jeszcze pustą osadę.
 

Komentarzy: 1
Hrabia się sypie, piwnica otwiera


        Pewnie Bursztynowej Komnaty tam nie ma, ale nigdy przecież nie wiadomo. Zaczyna się wiosna, a z wiosną poszukiwania. Już jutro, w pałacu Jedlinka zaczynają się kolejne prace, których celem jest odnalezienie nieznanych pomieszczeń w piwnicach tego magicznego zabytku.

    Trwają również poszukiwania pieniędzy na restaurację tych zabytków, które poradzić sobie nie mogą. Do moich ulubionych z tej grupy należy mauzoleum rodu Schaffgotschów w Raszowie, o którym już tutaj pisałam. Na łamach miesięcznika „Focus Historia” apelowaliśmy też o pomoc dla tego zabytku. Tak zaczęłam kilka miesięcy temu tekst: Jeden hrabia ma kłopoty z nogą, drugi został pozbawiony nosa. Ale dla znawców i tak są zachwycający. Historycy sztuki mówią, że to miejsce jest prawdziwym skarbem. Ludzie, którzy mieszkają w pobliżu, często o nim nie wiedzą, natomiast zjeżdżają je oglądać historycy z najdalszych zakątków Europy. Dlatego trzeba je ratować, bo hrabiowie zaczynają się sypać. Nie ma takiego drugiego miejsca na Śląsku, tylko w Raszowie znajdują się wolnostojące sarkofagi i do tego jakie! 

       W tej chwili trwają prace przy remoncie chóru w raszowskim kościele, zostaną również wymienione ławki. Niestety, Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego po raz kolejny przysłało negatywną odpowiedź w sprawie renowacji sarkofagów i epitafiów. Żeby to XVi-wieczne mauzoleum nie popadło w ruinę potrzeba 275 tysięcy złotych. Na tyle przynajmniej zostały wyliczone koszty renowacji przez specjalistów z krakowskiej frmy Consiste. Pieniądze nie nadchodzą, a rzeźby pękają, jeden z hrabiów nie ma już części nogi, odpadają palce, pękają tumby, na wierzchu są elementy metalowe, które szybko korodują. Panie Ministrze, pewnie nie czyta Pan blogów, ale może jakieś dobre duchy przypomną Panu o tym mauzoleum. W końcu, kto jak kto, ale Dolny Śląsk zna Pan znakomicie.

    Ps. A tak swoją drogą, może odwiedzicie Raszów? Warto o każdej porze.

 

 

Komentarzy: 0
Bardzo dziwna wycieczka


      To będzie zupełnie irracjonalna opowieść. Trochę straszna, trochę śmieszna.  Każdego podobno śmieszy co innego. Tak się zdarzyło, że muszę ostatnio bywać we wrocławskim Zakładzie Medycyny Sądowej, bo postanowiłam po raz drugi zostać studentką. Ale nie o tym dzisiaj.

     Rozejrzałam się ostatnio po sali, w której nasi lekarze przeprowadzają sekcje zwłok ( a robią to około ośmiuset razy w roku!). Chociaż widziałam to wszystko setki razy na filmach, z bliska te wszystkie medyczne narzędzia robią naprawdę wrażenie. Te wszystkie piłki, przecinaki, uchwyty, haki, których fachowych nazw nie znam, a przeznaczenia mogę się tylko domyślać, ale wyobraźnia podpowiada, że od tej wiedzy może podskoczyć ciśnienie.
    Niepokój takiego „cywila” jak ja, w tej sterylnej, sekcyjnej sali wzbudziło jednak coś innego. Po pierwsze, wesołe, spokojne i pełne harmonii akwarium. Po drugie grzebienie. Wielkie grzebienie, kolorowe, niektóre z urwanymi już ząbkami. Wiadomo, po co są, ale jakoś tak nie pasują. Kiedy na nie patrzyłam, przypomniał mi się nagle wyjazd sprzed lat. Wyjazd, którego żaden z uczestników do dzisiaj nie może, ale i pewnie nie chce zapomnieć. Wraz z grupą dziennikarzy z Krajowego Klubu Reportażu zostaliśmy zaproszeni  na wycieczkę (słowa „wycieczka” używam tu celowo, bo tak to zostało zapodane w programie) do krematorium w Ostrawie. Nowoczesny ten przybytek był wtedy czeską dumą, zapamiętałam z tamtych czasów potężny, nowoczesny budynek. Specjalnie, nie zajrzałam teraz do Internetu, żeby zobaczyć jak tamtejsze krematorium funkcjonuje, żeby nie zacierać wspomnień. A to wspomnienia sprzed może nawet kilkunastu lat.

    Ówczesny dyrektor postanowił zrobić na nas wrażenie: tutaj, pokazał główną salę, spod ziemi wyjeżdża nieboszczyk i wtedy.... I wtedy, z całej siły zatrąbiła muzyka z „Gwiezdnych wojen”, co wprawiło w lekki niepokój część kolegów.
     Po tym wstępie, pan dyrektor rozdał nam pamiątkowe gadżety: nie uwierzycie, ale było to pudełko zapałek, z napisem w języku polskim po obu stronach. Z jednej: Krematorium Ostrawa, a z drugiej „Twój przyjaciel w chwilach najcięższych”. Jeśli ktoś sądzi, że takiego upominku nic nie przebije, bardzo się myli. Po chwili otrzymaliśmy ulotkę, również w języku polskim. Zapamiętałam z niej jedno zdjęcie: Pani przypominająca nieco Helenę Vondraczkową stoi nad, z całą pewnością, nieżyjącym już panem, który leży na stole sekcyjnym. „Helena” z czułością rozczesuje mu siwe włosy wielkim, kolorowym grzebieniem. A pod spodem napis: „Możecie być państwo pewni, że ukochane przez Was zwłoki znajdą się we właściwym miejscu”. Również poczucie humoru jednego z pracowników było nie do przebicia, choć może to był to pracownik jakiegoś polskiego zakładu pogrzebowego, który się z nami zabrał. W pewnym momencie kazał zatrzymać autobus i wyskoczył informując nas, że idzie kupić urny. Wrócił z dwoma pod pachą i położył na półkę w autobusie. Podczas gwałtownego hamowania jedna z nich spadła. „Oooo, klient w denko puka” – zakrzyknął ów wesoły człowiek. A jakie komplementy na tej dziwnej „wycieczce” otrzymały nasze, co ładniejsze koleżanki, to lepiej nie pisać.  I lepiej się nie domyślać.

     Dziennikarstwo to zawód o wielu twarzach, czasami naprawdę dziwacznych. Do dzisiaj, kiedy staje w obliczu powagi śmierci, nie mogę uwierzyć, że naprawdę to przeżyłam. Wszystko przez grzebienie... 

 

Komentarzy: 1
Jak (od)budować zamek

 A jednak można! Pałac Jedlinka należy do jednych z moich ulubionych. Jest tam wszystko, co tak lubię; opowieść o ukrytych w parku skrzyniach, kilka duchów różnych płci, sympatyczni właściciele. Sala balowa ma podobno w swoich zdobieniach 15 kg złota w płatkach! W Jedlince bywam często, tak często, że nie w ogóle nie zauważam, ile tam się zmienia. I właśnie dostałam z pałacu zestaw zdjęć, które pokazują „wczoraj” i „dziś”. To „wczoraj” nie było wcale tak dawno, może kilkanaście lat temu. Ile się zmieniło w takim krótkim czasie!

Oczywiście, powiecie, gdzieś w innym kraju, może w innym miejscu, taka metamorfoza byłaby możliwa w rok, może w dwa. Ale co z tego? Liczy się to, co nam się udaje tutaj, przynajmniej dla mnie. A tutaj zadziało się naprawdę sporo, wystarczy też wejść na stronę pałacu, żeby przekonać się, że żyje. Nowe pomysły, wiele imprez, ciekawi goście. Tylko pogratulować. Chociaż, oczywiście, marzy mi się, żeby zabytki zarabiały na siebie. Tak normalnie.

W starym numerze Focusa Historia z października ubiegłego roku, znalazłam pasjonujący reportaż Jacka Ruperta o człowieku, który buduje od podstaw zamek. Będzie wyglądał dokładnie tak, jak budowle z pierwszej połowy XIII wieku. Michel Goyos kupił w 1979 roku podupadły zamek w Saint-Fargeau w Burgundii i go wyremontował. A jak wyremontował, było mu mało i zaangażował się w przedsięwzięcie z zakresu archeologii eksperymentalnej – rodzaj laboratorium pod gołym niebem. Zgodnie ze średniowiecznymi zasadami, znalazł odpowiednią lokalizację pod zamek i zaczął go wznosić. Na budowie pracuje 67 osób, roczny budżet wynosi 3,25 mln USD. Co roku, miejsce budowy odwiedza ponad 300 tysięcy turystów.
 
Normalny bilet kosztuje 9 Euro.... Wszystko łatwo policzyć... Zajrzyjcie na stronę budowy: www.guedelon.fr Robi wrażenie, prawda? Ale spójrzcie też na zdjęcia z naszej Jedlinki. Te z wczoraj i te z dziś. Też robią wrażenie. 
Życzę sobie i dolnośląskim zabytkom, żeby to wrażenie przekuwało się setki tysięcy ciekawych historii turystów.
 

 


 

Komentarzy: 3
Na Ślężę inaczej

            Wybrałam się w niedzielę na Ślężę. Nie można było inaczej, bo jeden ze starszych Czytelników bardzo chciał mi pokazać pewne tajemnicze miejsce u stóp góry, a to jego jedyny wolny dzień. Po oględzinach, pożegnaliśmy się i z „połowicem” ruszyliśmy pod górę. Pierwszy raz przyjechałam na Tąpadła w niedzielę i nie wiedziałam, że o dziesiątej rano, z trudem złapiemy ostatnie, niezbyt przepisowe miejsce na parkingu. O czternastej, samochody stały już wszędzie, także niemal po obydwóch stronach drogi, tak, że wszystko się blokowało. Żółty szlak na szczyt, ten najprostszy, szeroki jak droga, przypominał Marszałkowską w godzinach szczytu. Tłumy ludzi, niektórzy ciągnący po kamieniach wózki z potomstwem, kilka zorganizowanych wycieczek, wiele rodzin. Na samej górze nie było gdzie szpilki włożyć. W końcu ostatnia niedziela była wyjątkowo ciepła i piękna. A za chwilę kolejna, podobno już nie taka słoneczna, ale zawsze wolna i zachęcająca do wędrówek. Dlaczego o tym piszę? W końcu, to że ktoś wchodzi na Ślężę nie jest żądną sensacją. Chcę Was po prostu zachęcić do docierania na szczyt mniej uczęszczanymi szlakami. Co prawda, z wózkiem nie da się tam wjechać, ale z pełnym temperamentu dzieckiem już tak. My wybraliśmy tym razem niebieski szlak. Wiele osób uważa go za nieco trudniejszy, choć koło nas niemal śmignęła jakaś biegaczka, skacząca po skałach jak młoda kózka. Więc jednak nie jest tak źle.
 
            Na niebieski szlak wchodzi się również od przełęczy Tąpadła, najpierw obchodzicie nieco górę a potem już ostro w kierunku szczytu. Po drodze zaś piękne widoki, ciekawe formacje skalne, nawet takie małe labirynty z przekutymi dawno temu schodkami, ale najważniejsze jest to, że panuje to cudowna cisza. Przez ponad godzinę wędrówki spotkaliśmy tylko „kózkę” i dwóch starszych panów, którzy z werwą szli w kierunku szczytu. Może więc warto (oczywiście nie chcę nikogo zmuszać) wybrać się czasami boczną ścieżką? Tak trochę inaczej?
 

Komentarzy: 2
Trochę nierządu i odrobina historycznej rozpusty

 

Książę Hermann von Pückler zawsze mnie fascynował. Taki mężczyzna musi zresztą fascynować. Awanturnik, wybitny pisarz, uwodziciel, podróżnik, architekt ogrodów. Nawet przez jakiś czas bogacz. Może niezbyt przystojny, ale przecież nie można mieć wszystkiego. Wystarczy, że ma się to COŚ. Park, który stworzył dziś znajduje się na liście UNESCO. I jest to byle jaki park, to arcydzieło.
 
Park, znany dziś jako Muskauer Park/Park Mużakowski po 1945 roku został podzielony wzdłuż biegnącej przez niego Nysy Łużyckiej. Tak zwana część rezydencjonalna – ponad 200 hektarów - została w Niemczech, zaś 528 hektarów zieleńca przypadło Polsce. Polska „część” znajduje się więc na Ziemi Lubuskiej. Książę Pückler tworzył swój park przez 30 lat, Bad Muskau odziedziczył po ojcu w 1811 roku. „Park powinien być jak galeria, co kilka kroków powinno się widzieć nowy obraz” – tłumaczył książę. Jeździł do Anglii i podglądał jak tam projektuje się parki i ogrody. I postanowił odwzorować raj również u siebie. Ożenił się z piękną 41-latką, bogatą i wpływową, która miała piękną córkę i równie urodziwą wychowanicę.
 
Historycy twierdzą, że miało to spore znaczenie dla naszego Casanovy (tak, tak, nazywano go Łuzyckim Casanovą), bo potem, szanując co prawda żonę, wdawał się w liczne romanse. Ale trzeba przyznać, były to romanse na poziomie. Kiedy zabrakło pieniędzy na park, razem z żoną ustalili, że trzeba się rozwieść i szukać kolejnej narzeczonej z pieniędzmi. Trudno to sobie wyobrazić, prawda? Jeszcze trudniej sobie wyobrazić, że książę przywiózł z afrykańskiej podróży 13-letnią piękność (niektóre źródła podają, że dziewczynka miała zaledwie 10-lat) i tego była już żona, ale ciągle partnerka księcia, jakoś nie mogła znieść. Dziewczyna szybko zresztą zmarła, europejski klimat był podobno dla niej za ostry, książę zaś pochował jej serce w parku.
 
Ja wiem, to bardzo proste pokazanie historii (przecież Pücklera stawia się w jednym rzędzie z Schillerem i Goethe), ale żeby zrozumieć księcia trzeba po prostu do Parku Mużakowskiego pojechać. Właśnie teraz, gdy nie jest jeszcze bardzo zielono, widać cały zamysł księcia. Ten park jest po prostu niesamowity! Nie oddadzą tego zdjęcia, ani opowieści. Ta wielka połać naturalnych obrazów ze wstążką Nysy pośrodku. Ale tak naprawdę chcę napisać o czymś innym. Przygotowując reportaż o tej okolicy, objeździłam sporo miejsc. I nie mogę pojąć jednego. Jak miejsce tak niezwykłe (Park jest częścią ogromnego Parku Krajobrazowego „Łuk Mużakowa”) może być tak bardzo pozbawione zróżnicowanej oferty noclegowej. W Łęknicy są dwa hotele, ale nie każdy chce spać w czasie wakacji w hotelu, nie każdego też na to stać. W pobliżu samego parku jest tylko jedna agroturystyka, do kolejnych – zresztą bardzo ładnych - trzeba już kawałek pojechać i to nie jest problem, jeśli ktoś ma samochód. Jeśli nie, musi poświęcić trochę czasu, żeby dotrzeć do Łęknicy. Po polskiej stronie nie ma też oficjalnie działającej wypożyczalni rowerów, takiej, którą bez kombinowania można znaleźć w Internecie.
 
Najciekawsza rzecz na koniec. Wzdłuż dwóch dróg prowadzących do Łęknicy stoją rzędy czekających na okazję prostytutek (no nikt mi nie wmówi, że wymalowane ma maksa panny w mini to studentki uniwersytetu przyrodniczego), zaś czytając opinie o niektórych „hotelikach” od razu można się zorientować, że raczej to nie są przystanie dla turystów. Jakoś to wszystko zgrzyta. Te piękne krajobrazy, UNESCO i ten cały drugoplanowy biznes.
 
Mimo to, zachęcam, żeby do Parku pojechać. Dzieciom trzeba wcisnąć jakieś wytłumaczenie co do pań stojących przy drodze, a poza tym one też mają przerwy w pracy. A dla zachęty kilka zdjęć z parku, oczywiście bez ozdób na prowadzących do niego drogach. 
 
 
yle="text-align: center">
 
 

 

Komentarzy: 0
Włos Napoleona

 

Odnalazłam nowe miejsce. Czasem wydaje mi się, że objechałam już wszystkie zamki i pałace, a tymczasem ciągle pojawiają się kolejne niespodzianki. Tym razem to Witaszyce (nie mylcie z dolnośląskimi Witoszycami) koło Jarocina.
 
Wybraliśmy się ze znajomymi do tamtejszego pałacu i przepadliśmy. W dworze obok głównej rezydencji mieści się jedyne w Polsce Muzeum Napoleona. Do tego prywatne. Właściciel to niesamowita kopalnia wiedzy o epoce napoleońskiej, kolekcjoner, szperacz i kopalnia ciekawostek. W jednej z gablot leży, opatrzony specjalnym certyfikatem, włos Napoleona. Oryginał. W poszczególnych pokojach rekonstrukcje najważniejszych bitew, broń, mundury, niezwykle ciekawe dokumenty. Wolno ubrać się w mundur i zrobić sobie zdjęcie. Noclegi w pałacu również stylowe, warto więc tu zajrzeć. Jakby tego było mało, to tato twórcy tego muzeum ma największa w Polsce kolekcję związaną z bractwami kurkowymi. Na mnie zrobiła wrażenie, bo znajduje się w prywatnym, starym dworze, z niezwykłym klimatem. A propos, klimatu, w samych Witaszycach podobno straszy. Po korytarzach chodzi pan bez głowy popalając cygaro... Jak to robi? No, to jest dla mnie zagwozdka.
 

 

Komentarzy: 1
Przez Śląsk Orient Expressem

 

Przede wszystkim dziękuję wszystkim Czytelnikom, którzy odwiedzili mnie w poniedziałek w Krakowie w Piwnicy pod Baranami. Dziękuję Wam za ciepłe słowa, cytrynówkę i mnóstwo ciekawych, nowych informacji. Tym, którzy mają niedosyt dolnośląskich tajemnic, obiecałam jeszcze coś ciekawego pokazać.
 
Stąd też dzisiaj kilka zdjęć z Muzeum Przemysłu i Kolejnictwa w Jaworzynie Śląskiej. Wiem, wiem, brzmi nudno, ale na pewno się nie zawiedziecie, jeśli tylko zdecydujecie się tu przyjechać. Kolej jest naprawdę bardzo romantyczna.
 
            W Jaworzynie dawno nie byłam, ostatni raz, kiedy opisywałam muzeum w książce „Niezwykłe miejsca wokół Wrocławia. Tajemnice, skarby, pałace”. Wiele się od tamtego czasu zmieniło. Bilet (dla ciekawych) kosztuje 10 złotych, przewodnik w stroju kolejarza oprowadza pomiędzy wielkimi, starymi lokomotywami opowiadając ich historię. Ciągle sporo emocji wzbudza kolekcja starych motocykli Adama Mellera (wujku, pozdrowienia!), a szczególnie opowieść o tym, który przetrwał we Lwowie, w czasie II wojny światowej tylko dzięki temu, że pewien nauczyciel zamurował go pomiędzy ścianami. To musi być coś, znaleźć takie cudo w ścianie domu. Swoją drogą, parę osób wie, że kilka lat temu, w okolicach Srebrnej Góry zostały odnalezione dwa motory z czasów wojny w znakomitym stanie. Ech, pomarzyć można... Ale...
 
W skansenie w Jaworzynie niezmiennie robi na mnie wrażenie lokomotywa, która w latach 40. ubiegłego wieku ciągnęła słynny Orient Express. Choć ma co do tego absolutnej pewności (podobno jest jej gdzieś tak z 80 proc), ale lokomotywa w tym czasie służyła na Węgrzech. To właściwie nie lokomotywa, to potwór. Gigant. Monstrum. Wielkolud. Jej koła mają niemal wysokość człowieka. Cała wydaje się ciągnąć w nieskończoność. Przetrwały tylko takie dwie lokomotywy na świecie, ta nasza dzięki.... Hortexowi, który wykorzystywał ją jako kocioł. Ta lokomotywa jest po prostu cudowna i niestety, zdjęcia nie oddają jej uroku. Najsmutniejsze jest jednak to, że jest w strasznym stanie. Na Zachodzie takie lokomotywy jeżdżą, zarabiają na siebie i występują gdzie się da. 
 
Kiedy podróżowaliśmy przez Norfolk, gdzie się tylko dało, jeździliśmy sobie zabytkowymi pociągami. Na stacyjce w Weybourne odtworzona została atmosfera z lat 20. XX wieku. Na peronie czekają walizki, w toaletach nic nie zmieniło się od prawie stu lat, do pociągu wsiadają „ranni” żołnierze z czasów I wojny światowej. Zabytkowa kolej jeździ codziennie i wszystkim się opłaca. We Francji, w Martel, zabytkowy skład ciągnie lokomotywa...z Chrzanowa! Francuzi ją odkupili, wyremontowali i jeździ. I też się opłaca. A u nas?
 
Niedawno redakcja „Traveler National Geographic” zamówiła u mnie tekst o kolei Doliny Bobru. Na początku stycznia nikt, ani na PKP, ani w Informacji Turystycznej, ani w stosownych urzędach nie był w stanie mi powiedzieć, czy kolej jeździ. W końcu pan starosta lwówecki osobiście do mnie zadzwonił z dobrą informacją: będzie jeździć. Kilka dni temu usłyszałam jednak w radio, że ta linia zostaje zlikwidowana. Bo się nie opłaca. Wierzcie mi, nie ma piękniejszej trasy kolejowej na Dolnym Śląsku. Pisałam o niej jakiś czas temu. Żal serce ściska. Tak, czy siak, w Jaworzynie Śląskiej można poczuć, przy odrobinie wyobraźni, ducha dobrych czasów. W najbliższym czasie, jedna z lokomotyw ma ruszyć w krótkie trasy. Trzymam za to kciuki. Z cichą nadzieją, że coś się kiedyś w końcu zmieni.
 
1.      Przewodnik pokazuje motor ukryty w ścianie.
2.      Skansen w Jaworzynie
3.      Potwór z Orient Expressu
4.      Nasz Dzierżyński we Francji
5.      Kolejka w Martel.
6.      Zabytkowy pociąg wjeżdża do Weybourne.
7.      Stacyjka, na której zatrzymał się czas.
8.      Zamiast lekcji, przejażdżka pociągiem w strojach epoki.

 

Komentarzy: 1
Płot i wanna


       Świat patrzył na niszczone egipskie skarby, a na naszym dolnośląskim podwórku, po cichutku, złodzieje ukradli zabytkowe bramy z terenu Kościoła Pokoju w Świdnicy. Bramy warte są ponad 25 tys. zł, ale w skupie złomu udało się sprzedać je za 300 złotych.     

      „Jesteśmy chyba jedynym krajem, w którym kradnie się płoty” – zdenerwował się mój „połowiec” – „Gdyby u nas naprawdę przestrzegano prawa własności i każdy wiedział, że może dostać w łeb, jeśli wejdzie na czyjś teren, zupełnie by to wszystko inaczej wyglądało”. Nie wyobrażam sobie księdza Waldemara Pytla, gospodarza Kościoła Pokoju, a tym bardziej Bożeny, jego subtelnej żony, „dających komuś w łeb”, ale co prawda to prawda. Na złodzieja trzeba uważać, bo nie daj Bóg, przewróci się na źle wytartej podłodze w naszym domu i zaraz będziemy mieli kłopoty. Na końcu naszej ulicy jest skup złomu. Wielkie hałdy różnych dziwnych przedmiotów piętrzą się tam ku niebu. Kto wiem, jakie płoty i skąd. Pomysłowość, ale i bezczelność złomiarzy granic nie zna. Kiedyś w naszym sadzie stała wanna. Postawiła ją jeszcze moja babcia a i wanna była babciowa. Taka stara, żeliwna, na lwich łapach. Pewnie zapytacie, po co komu wanna w ogródku? Babcia łapała w nią deszczówkę. Dawniej babcie miały takie pomysły. Przyzwyczaiłam się do tej wanny, była jakimś skarbem z dzieciństwa, choć walorów estetycznych na tym ogródku wielkich raczej nie miała. Wyjechałam kiedyś na parę dni, wracam, czegoś mi brakuje. Nie ma wanny! Wynieść taką wannę to jest coś! Trzeba ominąć dom, zakraść się na tyły, i ten ciężar po cichu przemycić. Potem przeczekać do rana i sprzedać. Za ile? Za parę groszy. 
      Przydać może się wszystko. W Marrakeszu widzieliśmy dom zrobiony niemal w całości ze starych telewizorów. Nie ma co porównywać zabytkowych bram do mojej wanny. Ale czyż nie jesteśmy jedynym krajem, w którym kradną wanny?

  

 


 

Komentarzy: 3
Tragedia w Muzeum Kairskim


       Uwielbiam to muzeum. Jego nastrój, dumę, sposób, w jaki wystawione są eksponaty. To jedno z najwspanialszych muzeów, jakie widziałam. Ma w sobie absolutną magię. Chociaż śledzę na bieżąco wiadomości z Egiptu, dopiero przed chwilą dowiedziałam się o tragedii, jaka spotkała Muzeum Starożytności w Kairze.   

    Jak codziennie weszłam odpocząć i popodróżować sobie z użytkownikami strony www.wyprawymarzen.pli zamiast miłych zdjęć z dalekich krajów, zobaczyłam na głównej stronie zdjęcia ze zniszczonego muzeum. Porozwalane gabloty, rozbite szkło. Dzisiaj Waffa El Saddik, wieloletnia dyrektorka kairskiego muzeum poinformowała, że ofiarą szabrowników i złodziei padła ekspozycja, której częścią jest słynny skarb Tutanchamona. Pani dyrektor opowiada, że za rabunkiem stoją pracujący w muzeum ochroniarze i policjanci. Kradli, rozbijali zabytki, niszczyli. Udało się ich wyprzeć z muzeum a tłum zrobił kordon broniący wejścia do tej placówki. Szczegóły znajdziecie w Internecie, a ja muszę powiedzieć, że normalnie mam łzy w oczach. Nie rozumiem, nie pojmuję, buntuję się przez rozmyślnym niszczeniem zabytków.

    Nie mogę zrozumieć, jak można sprzedać „skarb”, którego wartość nie może być liczona w pieniądzach. Jak można go dotknąć z myślą, że będzie go można przetopić na sztabki albo rozbić na kawałki, które uda się sprzedać. Podobne uczucie miałam wiele lat temu, kiedy prowadząc sprawę Skarbu Średzkiego, nazywanego również Skarbem Tysiąclecia, natknęłam się na człowieka, który miał jeszcze fragmenty skarbu. Mimo, że chciał ze mną rozmawiać, pewnego dnia zniknął i podobno gdzieś tam dobrze żyje w ciepłych krajach. Zbrodnie na zabytkach są dla mnie niezwykle brutalne, bo zbrodnia na zabytku to zbrodnia przeciwko kulturze, tradycji, wartościom, które wszyscy powinni szanować. Człowieka, który niszczy z głupoty albo chciwości coś tak niezwykłego, wzięłabym i....zresztą domyślcie się sami.

      Trzymam kciuki za to muzem. Zacikam też pięści. Ze wściekłości. 

 

 

 

Komentarzy: 8
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |