iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Świńska grypa na chwilę odwołana

Przez kilka dni nie miałam dostępu do internetu i kiedy wróciłam do zwykłego (dla niektórych normalnego) świata, okazało się, że stoi on na skraju przepaści.

Zadzwoniła Kaśka, moja przyjaciółka i powiedziała: boję się tego końca świata. Ja też się wystraszyłam. Bardziej niż świńskiej grypy wystraszyłam się samego strachu. I tych wszystkich komentarzy z których wynika, że: grypa to koniec świata, zabije niemal nas wszystkich, ktoś specjalnie wyprodukował wirus, żeby wybić połowę ludzkości, czekają już tysiące trumien.

Najgorsze było to, że spory procent internautów jest przekonany, że świńska grypa jest wynikiem spisku. Że ktoś po prostu chce nas wszystkich wymordować. Że żyjemy już w Matrixie. Obudźcie się – apelują ludzie na różnych forach - Jeśli się obudzicie, może nie dojdzie do globalnej katastrofy! Inni, ci, którzy nie zamierzają się budzić, wyzywają tych, którzy się przebudzili, od idiotów, albo jeszcze gorzej. Na różnych forach panuje obecnie spore zamieszanie.

A jakaś dziewczyna napisała po prostu: boję się tej świńskiej grypy jak cholera! Ja wystraszyłam się jeszcze czegoś. Obok informacji, że nikt w Europie nie umiera jest druga informacja, że zaraz umierać będą tysiące, obok dobrych wiadomości, że Polska przygotowana jest na wirus, znajdują się inne, że w szpitalach brakuje leków. Choć wcale nie zamierzałam pisać o grypie, jest przecież teraz najpopularniejszą bohaterką w sieci, ale, podobnie jak wiele osób, zagubiłam się w tym wszystkim. Wyjeżdżam z miasta na wycieczkę „na zielone”, grypy nie ma, wracam, patrzę w oczy pandemii.

Uczę się po nowemu czytać wiadomości w Internecie. Tytuł: Świńska grypa w Polsce? – ze znakiem zapytania oznacza: Ktoś się zgłosił z objawami, pewnie nic mu nie jest, ale i tak od tym napiszemy, bo będziecie się jeszcze bardziej bać. Więc nawet dalej nie wchodzę. Tytuł „Umrą tysiące”, może oznaczać coś poważnego, albo po prostu rozmowę z jakimś doktorkiem, który barwnie opowiada co będzie jeśli, ale też pewności do końca nie ma.

Od dawna wiadomo, że strach ludzi kurczy, niemalże w dosłownym tego słowa znaczeniu, że strach pozwala z wieloma z nas robić wszystko. Że łatwiej manipulować ludźmi, którzy wszystkiego się boją. I dlatego wkurza mnie maksymalnie, że moi koledzy po fachu, robią wszystko, żeby, zamiast dostarczać rzetelnych informacji, po prostu straszą (uczciwie jednak trzeba przyznać, że nie wszyscy). Każdy, kto chociaż chwilę pracował w zawodzie wie, że każdą informację można podać na siedemnaście sposobów. Że informacją można manipulować, choć informacja powinna być po prostu informacją. Znajoma mówi: „nie wiem komu wierzyć. Zamiast wiadomości, czytam komentarze. Wiadomości wprowadzają mi zamęt w głowie, komentarze układają wszystko w całość. Za chwilę zacznę wierzyć, że ktoś rzeczywiście robi nam to specjalnie”...

Uwaga, cięcie! Za chwilę tzw. Długi Weekend. Nie każdy go ma, ale każdy jest w stanie wygospodarować parę godzin dla siebie. Bez względu na to, co dzieje się na świecie, wszyscy mamy swoje małe światy. Światy, których nie można zaniedbywać, które trzeba pielęgnować jak najstaranniej. Zawsze, nawet na najtrudniejszych czasach, ludzie się kochali, kłócili, mieli marzenia i plany. Było tzw. normalne życie. Jeśli tak jak ja, mieszkacie gdzieś na Dolnym Śląsku i macie w ostatnich dniach wszystkiego dość, pojedźcie tam, gdzie pewnie nie dotrze zbyt wielu turystów. Do pięknej Tatarskiej Doliny w Gilowie koło Niemczy, gdzie na kilka godzin można zapomnieć o wszystkim, na pyszne jabłecznik do Uciechowa, gdzie nad malowniczym stawem osiedlili się Holendrzy i oprócz serników robią też świetne, jak najbardziej nie holenderskie, pierogi. Pochodźcie po Strzelińskich Wzgórzach i odwiedźcie zagubione wioski koło Henrykowa. Przecież najważniejsze są najmniejsze rzeczy.

 Jakoś wczoraj, mój „połowiec” spojrzał z troską na sad za domem i oświadczył: trawnik wysycha, idę podlewać.
- Jak to podlewać? – niemal krzyknęłam - Świat stoi nad przepaścią, a ty po prostu idziesz podlewać trawnik????
- Mój świat właśnie wysycha – odpowiedział i po prostu wyszedł. 

Komentarzy: 9
Blokada karty, czyli koniec podróży

Wkurzyłam się strasznie. Sama nie wiem, czy bardziej na siebie czy bank, ale to wkurzenia jakoś zmienić nie chciało. Jakoś przed Wielkanocą poszłam na spotkanie na wrocławski Rynek.

W samym Rynku stanęłam w przydługiej kolejce do bankomatu WBK (jeden z dwóch był tylko czynny) i niecierpliwie czekałam, żeby wybrać pieniądze i biec dalej. Ale kolejka była spora. Na szczęście w samym banku, tuż obok też jest bankomat, kolejka była tam mniejsza, szybciej wybrałam co trzeba - taka ze mnie spryciula - i o sprawie zapomniałam. Ale tylko na kilkanaście godzin.

Na drugi dzień nieoczekiwanie zadzwonili z mojego banku i poinformowali mnie, że mam zablokowaną kartę. Zablokowaną, bo w WBK podejrzewają, że została zeskanowana... Podejrzewają, czyli jak zrozumiałam – pewności zdaje się nikt nie miał.

Na szczęście mam jeszcze jedną kartę, ale za mną akurat stali obcokrajowcy. Skoro mnie zeskanowało (choć skoro podejrzewają, to przecież do końca nie wiadomo), to pewnie i im. A może do gościnnego Wrocławia przyjechali na święta i teraz już nie będą ich mieli jak spędzić? 

Postanowiłam zadzwonić do banku, w którym tak ochoczo zeskanowało mi kartę, ale niestety nie udało mi się niczego dowiedzieć. Jako ofiara przestępstwa (chwilowo jeszcze przypuszczalnego) nie byłam w stanie uzyskać informacji, co się naprawdę stało.

Nie mam zbyt wielkiego doświadczenia w przestępstwach bankomatowych, drążyłam jednak temat, aż zniecierpliwiona pani w infolinii poinformowała mnie, że mogę napisać skargę lub prośbę o wyjaśnienie, ale do swojego banku, a on w terminie przepisowym mi na nią odpowie. Mój bank zachował się ładnie, bo obiecali, że już za całe dwa tygodnie dostanę nową kartę.

I wszyscy uznali sprawę za załatwioną. Oczywiście, cieszę się, że wszyscy dbają o moje interesy, bo nikt z mojego konta nie będzie sobie do woli korzystał. Ale jakieś wyjaśnienie chyba mi się należy? Rozumiem, że jak ktoś
mi da gazrurką w łeb w ciemnej ulicy, to też nikt mnie nie poinformuje kto, co i jak?

Blokada karty zdarzyła mi się pierwszy raz, pamiętam jednak trochę podobną sytuację z Marakeszu. Bankomat nie chce wypłacić pieniędzy, bo z różnych względów coś mu tam się mu nie podobało. Drugiemu bankomatowi też, trzeciemu również. Zostaliśmy kompletnie bez pieniędzy. Bo kasa była akurat na tym koncie, do którego nie działała karta.

Poradziliśmy sobie oczywiście, dzięki niewątpliwej inteligencji, sprytowi, a tak na poważnie, przede wszystkim przyjaciołom. Ale zostać w obcym kraju tak na goło, to niezbyt miłe. Chociaż....

Pamiętam jedną z pierwszych podróży w życiu.... Długa droga pociągiem, z końca świata przez Moskwę do Polski, pociągiem, który jechał, zdaje się jeszcze dalej, do Berlina. W pociągu szczuplutki londyńczyk, podróżujący z Chin.

Miał ze sobą albo, jak kto woli na sobie: spodnie, T-shirt, sandały. Paszport w kieszeni spodni, w drugiej szczoteczkę do zębów i czeki podróżne. Oprócz tego nie miał kompletnie nic. Żadnej torby, siatki, czapeczki, skarpetek na zmianę. Nic. Był inżynierem z Londynu, wiele podróżował dla przyjemności i nie widział potrzeby ciągnięcia ze sobą czegokolwiek więcej.  No to może ja się czepiam po prostu?

Komentarzy: 7
Firma „Dziwne zaręczyny”, czyli romans w Maroko

„Siedzieli we dwójkę w Międzygórzu koło wodospadu, obok stał skrzypek i im grał, stół był pięknie zastawiony. Myślałem, że kręcą film. A to okazało się, że to były zaręczyny!” – fotograf, który ze mną pracuje, nie mógł wyjść z podziwu.

Właśnie wrócił ze zdjęć i musiał mi opowiedzieć tę historię – „Wiesz, im takie zaręczyny zorganizowała jakaś firma, a ta para przyjechała z drugiego końca Polski. Może firma, która robi takie rzeczy nazywa się „Dziwne  Zaręczyny”?

No musicie przyznać, musiało to być romantyczne. I to bardzo. Ja swojego mężczyznę odkryłam na nowo, kiedy niedawno musieliśmy się zewrzeć w walce z marokańskimi korkami. Kto był w Indiach, w Egipcie, w Tunezji czy w Turcji, wie, że jeżdżenie po tamtejszych drogach do łatwych nie należy. O nie, nie myślcie sobie, że te drogi są w złym stanie.

Maroko


Niekiedy wyglądają lepiej niż nasze płatne „autostrady”. Jednak kierowcy z gorących krajów, niekoniecznie lubią przestrzegać przepisów. W Maroku dwa pasy, nieoczekiwanie mieszczą pięć sznurów aut, na rondzie kto pierwszy ten lepszy, czerwone światło obowiązuje od czasu do czasu. Kierowcy do ostatniego światełka na niebie jeżdżą bez włączonych reflektorów, a w nocy potrafią podróżować tylko na postojowych. Trzeba naprawdę siły charakteru, żeby się w tym odnaleźć. Najśmieszniejsze jest jednak to, że wbrew pozorom nie ma tam tylu wypadków, ilu można by się spodziewać. Z drugiej zaś strony, samochody do nauki jazdy mają, uwaga, dwie kierownice! Wygląda to absolutnie przekomicznie! Jeden kierowca, dwie kierownice, w trudnych momentach instruktor przejmuje panowanie nad autem!

Maroko

Wynajęcie auta w Agadirze to koszt od 30 Euro za dobę. Za taką cenę można wynająć coś malutkiego i ciasnego. My mieliśmy poleconą wypożyczalnię (chętnie służę namiarami, jeśli ktoś będzie potrzebował), w której za 30 Euro właśnie dostaliśmy toyotę corollę z klimatyzacją i to bez absolutnie żadnych zbędnych formalności.

Od razu uprzedzam, lepiej płacić w Euro, bowiem jeżeli płaci się miejscowej walucie, Marokańczycy (przynajmniej ci z Agadiru) stosują nieco niższy przelicznik. W dirhamach można zapłacić drożej. Teraz najważniejsze jest sprawdzenie ubezpieczenia i w drogę.

Zadziwiające w Maroku jest, że choć policja w ogóle nie zwraca uwagi na tych, którzy łamią przepisy. Pewnego razu, przed nami jechała mała ciężarówka. Pasażer rzucił z niej w policjanta skórkami z pomarańczy. Tamten tylko pokiwał palcem. Natomiast jeśli kierowca przekroczy prędkość, jest już traktowany bardzo restrykcyjnie. Wtedy – w przypadku turystów - najlepiej udawać, że nie zna się francuskiego, co akurat w naszym wypadku było łatwe, bo francuskiego kompletnie nie znamy. 

Prawdziwą przygodą może być również jazda po krętych, górskich drogach. Pamiętam podróż do Norwegii i przejazd słynną Drabiną Trolii. Dramatyczna, ekscytująca, wielkie doświadczanie  natury – tak reklamują to miejsce Norwegowie. Budowana przez 8 lat droga została otwarta w 1936 roku przez norweskiego króla.

Norwegia

Czynna jest tylko w lecie przy dobrych warunkach pogodowych, bowiem jedenaście karkołomnych zakrętów, nazywanych też agrafkami, z trudem mieści się na skalistych zboczach. Pojazdy dłuższe niż 12 metrów nie mogą tu wjeżdżać, zresztą nie mają po co. Nie dałyby rady zakręcić. Tę drogę przemierzałam autobusem. Dwie panie położyły się w nim na ziemi, byle nie widzieć gigantycznych przepaści. Kierowca znał jednak tę drogę jak własną kieszeń. Wiedział, że na zakrętach musi poczekać, aż mijające go auto zrobi to z prawej strony, bo z lewej jest już tylko przepaść...

Kto był na Krecie, wie, że i tam można znaleźć takie drogi, nie brakuje ich również w Maroko. W okolicach Agadiru są takie dwie. Jedna wiedzie na południe, do berberyjskiej wioski Tafraout, druga na północny zachód, do wodospadów Ouzoud. Obydwie zaznaczone są na mapach jako drogi widokowe. Z pełnym impetem suną po nich ciężarówki, w dole przepaść, wyjątkowo ostre zakręty. Oj, nie ma łatwo. Dlatego też, przed wypożyczeniem auta, trzeba dokładnie  sprawdzić, czy wszystko jest w nim w porządku. Wbrew pozorom, to, że powinno być całkowicie sprawne, nie jest takie oczywiste.

Kreta

Ani ja, ani żaden z moich znajomych nie miał nigdy „dziwnych zaręczyn”. Bywały, co prawda, cygańskie orkiestry pod oknami, kwiaty karkołomnie zrzucane z dziesiątego piętra (oczywiście bez doniczek) i podobne tego rodzaju ekscesy.

Najlepiej jednak poznać się w nieco trudniejszych sytuacjach, kiedy wszystko jest już na tyle dziwne, że potem już nic zdziwić nie może.

Może marokańska droga jest dobrym miejscem? Znam parę, która poznała się właśnie w tej części Afryki. Ona, chciała wrócić do Marakeszu z południa, on zamierzał jeszcze trochę pochodzić po górach. Na przełęczy przez którą biegła droga zszedł jednak śnieg. Ona musiała zostać. Do Marakeszu w ciągu najbliższego tygodnia nie dotarła, doszła do jednak do ślubnego ołtarza.  Na szczęście życie płata także cudowne niespodzianki!

Bardzo Wesołych Świąt! Spokojnych, choć pełnych niespodzianek.

Komentarzy: 5
Wakacje w Agadirze a trzesięnie ziemi

Wakacje w Agadirze. Trzęsienie ziemi we Włoszech. Co te dwie rzeczy mają do siebie? Niewiele osób o tym wie, ale bardzo, bardzo dużo.

Wczoraj zadzwoniła moja przyjaciółka Kaśka i powiedziała: Asia straszne to trzęsienie ziemi we Włoszech. Od dzisiaj bardzo boję się trzęsień ziemi. To chyba naturalne, że słuchając takich tragicznych wiadomości, natychmiast myśli się o tych wszystkich ludziach, którzy stracili życie, domy, bliskich. Gdzieś na dnie duszy pojawia się lęk i że nas to mogło spotkać, pojawia się też radość, że tym razem nie trafiło na nas. Dzisiaj miałam pisać o cudownych podróżach poślubnych,  i, wbrew pozorom, właśnie o pięknych podróżach będzie.

Kilka dni temu spotykałam się z Czytelnikami moich książek w Czekoladziarni we Wrocławiu. Po spotkaniu podeszła do mnie urocza para i zapytała: szukamy miejsca na piękną podróż poślubną. Może Pani coś poradzić?

Zarówno Ona, jak i On wyglądali niezwykle subtelnie.
- Może na Kretę? – zaproponowałam.
Skrzywili się.
- Że niby Kreta za normalna? Za zwykła? – zauważyłam.
- No właśnie – odpowiedzieli. Ja akurat uważam inaczej. Co prawda kurorty na Krecie, pełne rozwrzeszczanych turystów nie różnią się niczym od podobnych kurortów w Egipcie czy Tunezji, sama wyspa jest magiczna i absolutnie olśniewająca pięknem. Niemal zapierająca dech. Wystarczy tylko wsiąść w samochód i pojechać w głąb wyspy.
- To może do Indii? – rzuciłam kolejną propozycję – Tylko, że tam bywa dość brudno.
- Nie, nie, wolelibyśmy coś bardziej komfortowego – powiedział On.
- To jedźcie do Maroka. Maroko jest piękne, komfortowe, bezpieczne.
- Na pewno bezpieczne? – upewnili się.
- Na pewno – odpowiedziałam i rozpoczęłam dłuuuugi wywód o Maroku, który za chwilę czeka i Was. 

Kilkanaście dni temu, zupełnie nieoczekiwanie dostaliśmy propozycję wyjazdu do Maroka. Zapraszało tamtejsze ministerstwo turystyki, a organizatorem wyjazdu było biuro Sun&Fun. Byłam już w Maroko kilka razy, nigdy jednak nie trafiłam do największego i sumie jedynego prawdziwego kurortu w tym kraju, do Agadiru. Agadir leży nad samym oceanem i jego miejscem absolutnie niezwykłym. Właśnie z powodu trzęsienia ziemi.

W 1960 roku został gwałtowne wstrząsy zniszczyły całe miasto. W ciągu kilkunastu sekund zginęło wtedy ponad 15 tysięcy ludzi. 15 tysięcy ludzi w kilkanaście sekund! Wyobrażacie to sobie? W obawie przed epidemią cholery, to co zostało z miasta, zostało zrównane z ziemią. Aż trudno w to uwierzyć, kiedy dziś przylatuje się do Agadiru. To, co zobaczyłam tydzień temu, to odbudowana, luksusowa, turystyczna  metropolia, stworzona po to, aby w niej jeść, pić, leżeć nad basenem, leniuchować przy brzegu oceanu i może od czasu od czasu zapuścić się na suk, tutejszy tradycyjny targ.

Wzdłuż ogromnych i pięknie utrzymanych plaż ciągną się eleganckie hotele. Ich wnętrza często przypominają królewskie pałace. Swój pałac ma tu zresztą król Maroka. Fontanny we wnętrzach, wyłożone marmurami patia, wewnętrzne promenady. Wzdłuż brzegu oceanu setki, jeśli nie tysiące knajpek, kawiarni, barów i budek ze wszystkim co tylko może się zamarzyć. Na ogół przyjeżdża się tu na tydzień, dwa, żeby odpocząć, poleżeć nad basenem, przejechać się na wielbłądzie, wieczorem gapić się na ocean zza stolika jednej z takich restauracyjek. Marokańczycy posunęli się tak daleko w opiekowaniu się turystami, że plaże oświetlili niczym stadion olimpijski.

Mieszkaliśmy w hotelu Le Tivoli, do którego trafia większość polskich wycieczek. Można w nim spędzić wiele dni, nie wychodząc na ulicę. Balkony niektórych pokoi pozwalają na kontemplowanie piękna nieco oddalonej plaży, zamglonego portu i dumnie pływających do niego statków. W restauracji tony jedzenia, ale do tego tematu z różnych powodów wrócę za kilka dni.

Masaże, salon piękności, pub. Szkoda, że obsługa mówi głównie po francusku, pewnie przydałoby się nieco angielskiego, ale i z tym można sobie poradzić.

Agadir nie jest jednak złotą klatką. Na szczęście. Zaledwie kilka kilometrów od pełnego restauracji i kawiarni miasta, żądny przygód turysta trafi zupełnie w inny świat. Do samotnych wiosek, zielonych oaz i w krajobraz tak piękny, że z trudem daje się go opisać. Agadir nie jest więc zwykłym kurortem. Jest wspaniałym miejscem wypadowym do robienia wycieczek w południową część kraju.

Najpiękniejszą rzeczą jest w Agadirze jest jednak to, że pomimo niezwykle tragicznej historii, podniósł się – jakkolwiek górnolotnie to brzmi – jak Feniks z popiołów. Mam nadzieję, że podobnie będzie we Włoszech. Dziś jeszcze nie trzeba mówić więcej.

Do opowieści o Agadirze i Maroku powrócę. Jeździ tam tyle osób, że warto przybliżyć to miejsce. W końcu dziś, zniszczone niegdyś miasto to jeden z najpopularniejszych kurortów na świecie.

Komentarzy: 7
O potrzebie posiadania pałacu

Zaczęło się przedziwnie. Najpierw dotarły do mnie plotki, że pałac w Pieszycach nabyła para „obrzydliwie bogatych” Amerykanów. Ludzie opowiadali, że tajemnicze małżeństwo ma po prostu takie hobby.

Gdzie się nie pojawi, tam kupuje, a to zamek, a to dwór, a to pałac. Mimo że takie informacje zaintrygowałyby każdego, jakoś nigdy nie miałam czasu, żeby do Pieszyc się wybrać. Znałam co prawda tamtejszy pałac, wielki, barokowy obiekt, nazywany Wersalem Śląska. Nigdy jednak nie byłam w nim w środku. Przez lata stał zamknięty, opuszczony, smutny. Nie chciało mi się wierzyć, że ktoś, nawet najbogatszy będzie się „rzucał” na takiego zrujnowanego olbrzyma. Pieszyce naprawdę wymagały sporo pracy. Ale pewnego dnia góra przyszła do Mahometa. Nowi właściciele Wersalu Śląska sami mnie zaprosili do siebie. I muszę przyznać, że była to jedna z najbardziej niezwykłych wizyt, jakie w życiu udało mi się odbyć.

Ciekawe, czy jest ktoś, kto choć przez chwilę nie chciałby mieszkać w pałacu. Przechadzać się po wielkich komnatach, otwierać szerokie skrzydła drzwi, które prowadzą prosto na słoneczny taras. Ja bym tak chciała. Odkąd zaczęłam pisać książki o tajemnicach Dolnego Śląska, zawsze marzyłam o własnym zameczku, dworku, pałacyku. Aż do momentu, kiedy zaczęłam poznawać właścicieli zabytków, a przy okazji „zabytkowe” kłopoty. Również wizyta w Pieszycach wiele mnie nauczyła. Stróż otworzył wielkie drzwi, a naprzeciw wyszedł pan Stanley Hayduke, Polak, który ponad 40 lat temu wyemigrował do Stanów i wraz z żoną Alicją mieszka na stałe w Las Vegas. Prowadzi tam firmę, która pozwala mu na takie inwestycje jak pałac w Pieszycach. Co prawda, wbrew plotkom, nie skupuje dla kaprysu zabytków, jednak w Pieszyce włożył sporo. I pieniędzy, i życia.

Różnie sobie można wyobrażać pana na pałacu. Niektórzy są zarozumiali, zbyt pewni siebie, choć poznałam i takich, którzy z własnym zabytkiem związali się jak mąż z żoną, na dobre i na złe. Często pozbawieni już pieniędzy, ku zgrozie konserwatorów, wstawiają w zabytkowe okna plastykowe ramy, łazienki wykładają PCV, a na pokojach ustawiają meble z IKEI.

Ale pan Stanley mnie zaskoczył. Co za niepoprawny romantyk! Najpierw jednak o wnętrzach. Czegoś takiego jeszcze nie widziałam! Setki malowideł, marmury, barwy tak intensywne, że nie wiadomo na czym skupić oczy. Detale pomalowane złotą farbką. Wśród nich łacińskie sentencje, portrety, w tym także pani Alicji Hauyduke. Czemu tak akurat? Ponieważ Stanley wymyślił sobie, że na świecie jest za wiele przemocy, że świat należy czynić lepszym, żyć w zgodzie z samym sobą i nikomu nie robić krzywdy. Dlatego na ścianach nie ma żadnych scen wojennych czy przedstawień strasznych wydarzeń. Domowy jabłecznik pan na pałacu zaserwował osobiście, podobnie kawę. Rozmawialiśmy o ezoteryce, tajemnicach podświadomości i o tym jak osiągnąć wewnętrzny spokój. Niewiele o pieniądzach, wiele o marzeniach. I o kłopotach, jakie wiążą się z pracą w takim olbrzymie.

Nie wiadomo, ile jeszcze potrwa remont pałacu. Ten wielki, barokowy zabytek ma 3 tysiące metrów kwadratowych powierzchni. Apartament pana Stanleya jest w sumie niewielki (choć pewnie zmieściłoby się w nim kilka kawalerek), choć łazienka została ozdobiona w sposób tak pełen przepychu, że nie przez pierwszą chwilę trudno było mi odnaleźć drogę w tym gąszczu detali. Sam pałac ma ponad 60 pokoi.

Kto ma ochotę, może część wnętrz obejrzeć w galerii na stronie pałacu zamekpieszycki.pl, a te, które pokazuję dzisiaj zrobił Krzysztof Góralski, fotograf, który robi zdjęcia do wszystkich moich książek. Pan Hayduke, chce, żeby malowidła na ścianach uczyły młodzież łagodności, żeby sprawiały, że wszyscy którzy je oglądają coś w sobie są stanie zmienić. Nie wiem, czy mu się uda. Ale spodobał mi się ten pomysł, tak różny od pomysłów urządzania luksusowych spa w starych zamkach. Polubiłam właściciela Pieszyc. Polubiłam jego pomysł. Sama jestem niepoprawną romantyczką, choć staram się stać mocno na ziemi. Lubię bywać w pałacach, choć wiem już jaką pracą u podstaw jest przywracanie ich do świetności.

Właśnie kończę kolejną książkę. Będzie rozszerzoną o wiele obiektów wersją książki „Tajemnice, zamki, podziemia. Przewodnik, jakiego nie było”. Może jeszcze przed jej drukiem uda mi się od Was dowiedzieć, które zamki i pałace na Dolnym Śląsku lubicie najbardziej? Co myślicie o ich właścicielach?

Komentarzy: 12
Leningrad czyli kac w tropikach

Dokładnie pamiętam trupy izraelskich ochroniarzy. Było ich trzech. Leżeli bezwładnie na podłodze, a ja ledwo żywa przeszłam po nich i jakimś cudem dotarłam do pokoju. Ochroniarzy powaliła polska wódka.

Była to jedna z moich pierwszych podróży, niemal tuż po studiach wymieniali mnie z młodzieżą z Niemiec i Izraela. Polska wymiana zadbała oczywiście o wszystko i do Izraela przywiozła domową produkcję wujka jednego z kolegów. Nikt temu nie dawał rady, mnie – jako, że jestem w tych sprawach dość ekonomiczna – ścięło dość szybko, koledzy trwali natomiast do końca. Ochroniarze, choć przepisowo masywni i pod bronią, również polegli pod ciężarem wujowych wynalazków. Te ich zwłoki pamiętam do dzisiaj. Rano zresztą wcale nie wyglądali lepiej.

Podróżowanie nie jedno ma imię i nie jeden zapach. Nierzadko ma także ostry smak spirytusu, bimbru, taniego wina, albo na odwrót, luksusowego szampana. Zanim opowiem o podróżowaniu na rauszu, muszę się wytłumaczyć, skąd taki pomysł na opowieść. Wczoraj, w nieoczekiwaną podróż alkoholową zabrali mnie Mariusz Kiljan i Tomasz Mars. We Wrocławiu trwa właśnie 30. Przegląd Piosenki Aktorskiej, podczas którego zaprezentowany został muzyczny spektakl „Leningrad”. Dwaj aktorzy wraz z zespołem zaprosili mnie (i oczywiście innych widzów, w tym dwóch – jak mawiała moja babcia – „sztywnych jak koci ogon” krytyków) na imprezę w pewnym leningradzkim mieszkaniu. Hulankom towarzyszyły dźwięki muzyki słynnej, wyklętej przez władze, grupy Leningrad. I choć szłam do teatru z „lekką dozą niepewności”, przecież śpiewać po polsku piosenki Leningradu to tak, jakby ktoś za granicą chciał zaśpiewać po swojemu Kazika i Kult. Też niby byłoby na żywo, ale „prawie” czyni różnicę. Z każdym utworem jednak alkoholowa impreza, to śmieszna, to straszna, wciągała mnie coraz bardziej i zmusiła do wspomnień na temat „Alkohol a podróżowanie”. Pominę tu oczywiście zwykłe imprezy, prywatki, imieniny u cioci, a nawet wesela, pod koniec których większość gości zasypia w bigosie. Tu chodzi o coś więcej.

Zanim nasza polska drużyna wykończyła izraelskich ochroniarzy, sama odbyłam pierwszą poważną podróż alkoholową do przystanku Gubałówka. Odbywała się tam impreza, w której będąc młodą dziennikarką, musiałam wziąć udział. Pamiętam, że przygrywała orkiestra góralska, a słynny Stanisław Marusarz opowiadał o swoich przygodach. W pewnej chwili podszedł do mnie jakiś góral i zapytał mnie więcej tak: a panienka pije po górolsku cy po literocku? Jako jeszcze nie zaprawiona podróżniczka nie do końca rozróżniałam niuanse, ale zdrowy rozsądek podpowiedział logicznie, że „po górolsku” może mnie zabić. „Po literocku” zakrzyknęłam radośnie (już czułam się literatką), a ci wyjęli literatkę właśnie i nalali do pełna. Człowiek jest ambitny. Wypiłam. Z tej imprezy pamiętam dwie rzeczy. Że czyjeś miłe, silne ręce zaniosły mnie do łóżka, i że w ostatniej chwili przytomności zobaczyłam jak sześcioosobowa orkiestra góralska pcha się do małego fiata z instrumentami i obwieszając go niczym winogrona zjeżdża w dół. Tak zakończyła się moja przygoda ze spirytusem tatrzańskim. Podróżując po świecie uwielbiam kosztować różnych rzeczy. W przeciwieństwie do tych, którzy na drugi koniec świata wloką próżniowo pakowane bułki, lubię brudne knajpki na ulicach Indii, Maroka, Kambodży czy Wietnamu. W klimatyzowanym hotelu nigdy nie dotyka się prawdziwego życia. Opinię tę podziela wielu podróżników, stąd w Laosie na przykład dochodzi do licznych eksplozji związanych z nadmierną ciekawością turystów. Specjałem, którego nikt nie może sobie odmówić jest w Laosie lao-lao. Wódka pędzona na ryżu nie byłaby może niczym niezwykłym, gdyby nie to, że kiedy zostanie już przelana do butelki, wytwórca dorzuca jeszcze ze dwa, trzy ziarenka surowego ryżu. Zabieg ten czyni napój bardziej gazowanym, niby szlachetniejszym, niemniej jednak, nieoczekiwanie potrafi po dobie eksplodować. Widziałam na własne oczy Angielkę, której podczas zakupów na targu nieoczekiwanie z torby wyskoczyła gwałtowna fontanna. W Wietnamie natomiast spotkałam się z czymś kompletnie niezwykłym i wtedy dla mnie szokującym. Trafiliśmy pewnego dnia do restauracji, w której wódkę podawano z dodatkiem...uwaga, tak zwanym obrzydliwym nie radzę tego czytać – krwi miesięcznej dziewicy. Restauracja miała zgodzone dziewice, które dostarczały odpowiedniego towaru, ten zaś po kropli dolewany do kieliszka miał być cudownym lekiem na potencję.

W Gambii zaś trafiliśmy do magika nazywanego w okolicy wujkiem Samem, który bimberek produkował na podwórku, w dwóch beczkach – jednej zdaje się po ropie czy czymś takim, drugiej totalnie nieznanego pochodzenia. Jeśli ktoś ją rozpozna na zdjęciu, stawiam w prezencie jedną z moich książek. Ale skoro już przy wszelkich olejach jesteśmy.... Romek Koperski, znany podróżnik, eksplorujący głównie Syberię, opowiadał kiedyś, że czasami dodają tam do wódki kroplę oleju napędowego, bo w ten sposób szybciej ścina. No cóż, co kraj to obyczaj. Podobno jacyś zdesperowani naukowcy pędzili kiedyś na Spitsbergenie bimber z makaronu. Jak powszechnie wiadomo nic tak nie odkaża i oczyszcza organizmu jak ekologiczne picie i jedzenie. Najbardziej ekologiczne jest podobno zaś to, co rośnie i powstaje blisko nas czyli w naszym środowisku.

Takie to przemyślenia naszły mnie po wczorajszym spektaklu. W życiu wszystkiego trzeba spróbować, choć nie zawsze dobrze się to kończy. Muszę podziękować Mariuszowi Kiljanowi, głównie jemu, bo niemalże ukradł całe wczorajsze przedstawienie. Niesamowicie żywiołowy – normalny człowiek dostałby już dawno zadyszki, gdyby robił to co on na scenie – a taki co nie oszczędza się alkoholowo na pewno. Marcin Osman, mój kolega i świetny fotoreporter, który dziś wraca z dalekiej wyprawy na Syberię, gdzie – jak pisał w listach – z myśliwymi mieszkał w 45 stopniowych mrozach, wspominał, że jeden z takich myśliwych miał wielkie szczęście. Jego siostra pracowała u dentysty, więc w chwilach deficytu przyniosła z gabinetu spirytus. Picie w mrozach jest zdrowsze niż w tropikach. Nikomu nie życzę kaca w wilgotnym upale. Na ludzi ciekawych życia czyha naprawdę wiele pułapek.

Komentarzy: 2
Spadający talerz, czyli smutne wspominanie radosnych chwil

Na Śnieżce katastrofa budowlana. Osunął się najwyższy talerz najdziwniejszego budynku w polskich górach. Nie wiadomo co będzie dalej, piszą o tym od wczoraj wszystkie serwisy informacyjne.

A na licznych forach internetowych bezimienni internauci wypisują farmazony, które wydają im się zabawne. A to, że talerz obsunął się przez Tuska, to przez PO, a może przez kota prezydenta. Mnie to nie śmieszy, tym bardziej, że jak dysków nie ruszyły wiatry pędzące z siłą 350 kim na godzinę to i PO nie ruszy.
 
Komentarze nie śmieszą mnie i z innego powodu. Dlatego, że ze Śnieżką, a właściwie z pracującymi tam ludźmi od lat jestem emocjonalnie związana. Rzadko można trafić w miejsce tak magiczne, wyjątkowo rzadko zaś spotyka się ludzi, tak bardzo przywiązanych do miejsca w którym pracują. Jeszcze trudniej trafić tam, gdzie straszność i śmieszność w jednej chodzą parze.

Latem Śnieżka, najwyższy w końcu szczyt Sudetów, przypomina wielkie mrowisko. W weekend przychodzi tu 7-8 tysięcy ludzi. Turyści są czasem niebezpieczni dla innych turystów. Choć sama staram się wyglądać jak kobieta, przed wyjściem w góry jednak chowam głęboko buty na szpilkach i wąską spódnicę. Setki, nie przesadzam pisząc setki, wesołych spacerowiczów sunie na górę w klapkach, różowych szpileczkach, czółenkach ala Paris Hilton, obciągając gwałtownie zbyt kuse sukienusie. Pewnie te sukienusie to widok panom miły, ale góry się za to mszczą. Siniakami, otarciami, skręceniami kostek i podobnymi im niespodziankami. Jeszcze weselej jest zimą, gdy rozochoceni młodzieńcy, chcą pokazać jakie z nich chłopaki na schwał, usiłują zjeżdżać wąziutką dróżką ze Śnieżki na plastykowych jabłuszkach. Góry lubią być szanowane i choć potrafią być cierpliwe, ale ich cierpliwość czasami się kończy. Z tego co pamiętam, cierpliwość pracujących na Śnieżce osób nie kończyła się nigdy.
 
Dziwaczny kształt stacji meteorologicznej na Śnieżce zna każdy. To trzy jakby połączone ze sobą latające spodki. Budynek powstał w latach 1967-76 na miejscu starszego, niemieckiego obserwatorium. Od samego początku prowokował do dyskusji. UFO na Śnieżce wydawało się tak samo idiotycznym pomysłem, jak na początku wieża Eiffela w Paryżu. Z czasem kontrowersyjny obiekt stał się ikoną Sudetów i dzisiaj trudno uwierzyć nawet w to, że został zniszczony jeden ze spodków.

Ze Śnieżką „związałam” się kilka lat temu, pisząc do „National Geographic” tekst o Sudetach. Wtedy poznałam Piotrka Krzaczkowskiego, kierownika obserwatorium meteorologicznego na Śnieżce. To on mi wtedy opowiadał, że „górny dysk porusza się w zimie jak rozpędzony tramwaj”.

Bartek Szadkowski, który również pracuje w obserwatorium, mówił, że człowiek wtedy wie, co czuje liść. Na „górze” pracowali sami mężczyźni. Razem siedmiu. Nie poznałam wszystkich, ale dwie rzeczy najbardziej utkwiły mi w pamięci. Ich pokoje i kuchnia. Pokoje były jak światy w pigułce. Każdy miał charakter swojego właściciela, ten, który był surowy, miał surowy pokój, ten, który miał duszę wschodniego mędrca, miał pokój pachnący kadzidłem. Oj, nie oswajali się oni łatwo. Do niektórych pokojów wolno mi było wejść dopiero po pewnym czasie. Sercem mieszkalnej części obserwatorium była kuchnia. Wtedy jeszcze przed remontem, kuchnia pełna niezwykłych opowieści, legend i wspomnień. Siedziałam tak z nimi godzinami, słuchając wiatru za oknami i historii tak niesamowitych, że związują człowieka, który je przeżył z miejscem, w którym się wydarzyły niewidzialną, acz trudną do rozerwania nicią. Nie jestem dziś, po latach w stanie powtórzyć ich wszystkich. Kiedy słuchałam smutnych informacji ze Śnieżki, sięgnęłam po stare notatki.

- Kilka razy już się zdarzyło, że prosto w okna leciał szybowiec. To przeżycie, jak z horroru – wspominał na przykład Piotrek Krzaczkowski - Im nie wolno tu latać, a czasami w lecie, kiedy piję kawę, widzę, jak przybliża się do mojej twarzy szybowiec, rozpoznaję nawet pilota, wtedy on gwałtownie, niemal w ostatniej chwili podnosi się i przelatuje nad stacją.

Kto inny opowiadał, że na Śnieżkę lubi się wspinać buddyjski mnich, albo pewien Czech, który stara się diagnozować ludzi na podstawie kolorów. Wspólnie śmialiśmy się ze wszystkich Paris Hilton które usiłowały pobić rekord Guinnesa we wchodzeniu w różowych szpilkach na czas pod górę. Rozmawialiśmy też o tych, którzy chcąc przekonać siebie, że wiele potrafią pchają się na górę, a potem płaczą, kiedy muszą zejść. Wiatry na Śnieżce są najsilniejsze w Polsce i należą do jednych z najsilniejszych w Europie.

Śnieżka chowa się w chmurach dwieście do trzystu dni w roku. Nie chcę nawet myśleć o tym, co poczuli pracownicy obserwatorium, kiedy obsunął się talerz. Co czuła Agata, która prowadzi na Śnieżce restaurację. Tym bardziej, że nie tak dawno budynek był częściowo remontowany, wymieniane były w nim m.in. okna. Przecież to na Ścieżce właśnie, Agata, podobnie, jak meteorolodzy spędza większość życia. Domyślam się, że ich też dziś nie bawią bezmyślne komentarze w Internecie.

Budynek obserwatorium na Śnieżce może nie każdemu się podoba. Może swoim wyglądem zaśmiecał nieco góry, ale z czasem stał nieodłącznym elementem ich krajobrazu. W tej chwili szlaki w tej części Karkonoszy zostały zamknięte. Nie wiadomo jeszcze co dalej.

 - Trzeba być silnym psychicznie, żeby tu pracować. Śnieżka potrafi zjeść – powiedział mi kiedyś Bartek z obserwatorium. Mam nadzieję, że chwilowo najwyższa góra w Sudetach się nasyciła. Że wszystko dobrze się skończy. Przecież nic tak nie smakuje górze, jak różowa turystka na obcasach. Ale, żeby deser znowu pojawił się w Karkonoszach, muszą być otwarte szlaki. A szlaki będą otwarte, kiedy trzy spodki nie będą chciały już nigdzie odlatywać.  

Ja też mam coś na deser. To strona Piotrka Krzaczkowskiego, który nie tylko na Śnieżce pracuje, ale i ją fotografuje http://www.piotrekok.com/

Komentarzy: 6
Małe Piekło czyli o potrzebie chwytania chwili

Jeżeli po śmierci trafię do piekła (co bardzo możliwe), już wiem, jak będzie wyglądało. Będzie pełne bezimiennych postaci targających plastykowe koszyki, pchających pobrzękujące wózki albo ciągnących wielkie torby.

Moje piekło będzie podobne do Carrerfoura, Lidla, Auchana, Tesco, Castoramy, Ikei, albo czegoś równie zatłoczonego. Wielkie sklepy, te całotygodniowe świątynie zakupów totalnie mnie przerażają. W niektórych chce mi się nawet mdleć, dlatego, gdy już muszę do nich wejść, staram się, żeby to było jak najmniej bolesne.

Kilka dni temu musiałam odwiedzić centrum handlowe „Magnolia” w moim rodzinnym Wrocławiu, gdzie naiwnie zamierzałam odnaleźć pocztę, albo chociaż jakiś miniaturowy punkt, punkcik chociaż, pocztowy, w którym mogłabym nadać list. Okazało się, że w wielkim centrum poczty nikt nie potrzebuje, więc wzorem wszystkich, których pochłaniają takie centra, przy okazji kupiłam niezaplanowany miód, chrzan i jeszcze zajrzałam do Empiku.

Jak się tutaj przeraziłam! Wchodzę do środka, a tu nagle przy prawym uchu słyszę uprzejme „dzień dobry”. Aż podskoczyłam, bo „dzień dobry” powiedział uśmiechnięty ochroniarz. „Pewnie mam za dużą torbę, myśli, że będę chciała zwinąć książkę” – pomyślałam natychmiast. Bo niby po co ochroniarz mówi do mnie „dzień dobry”? To chyba jasny sygnał: „jestem tutaj, trzymaj swoje brudne ręce z dala z gazet i książek!

Tak mnie ten ochroniarz wystraszył, że zamiast spokojnie poprzeglądać periodyki, pokręciłam się niepewnie wokół półek, udałam zainteresowaną tygodnikiem z programem telewizyjnym i nawet chciałam coś kupić, żeby ochroniarz sobie nie pomyślał, że przyszłam nie wiadomo po co – a to właściwie wiadomo po co. Następnie spokojnym krokiem zaczęłam powoli opuszczać Empik uśmiechając się do pana z ochrony. A ten grzecznie powiedział „do widzenia” i nawet się za mną nie obejrzał.

Tego dnia jeszcze nie rozpoznałam u siebie pierwszych syndromów strachu przed życzliwością, ale strach ten nasilał się z każdą minutą. Raz na tydzień chodzę na akupunkturę. Nie jest to może za przyjemne, ale przynosi rezultaty. Maciej Brzeziński, akupunkturzysta, zawsze kiedy wchodzę, usiłuje podać mi rękę. Zupełnie jakbym była człowiekiem, a nie pacjentem! Teraz już się przyzwyczaiłam, ale na początku było trudno. No bo dlaczego, zamiast zanurzyć się w mojej karcie i szybko spławić, on na patrzy i jeszcze podaje rękę? 

Pamiętam jak po kilku tygodniach podróży po Birmie, wylądowałam na Okęciu. W Birmie wszyscy się do ciebie uśmiechają, samemu też chodzi się tam z wielkim uśmiechem. Jakoś tak mi ten uśmiech został do Polski, na lotnisku nadal się uśmiechałam. A tu ściana dookoła. Zupełnie jakby mój uśmiech nie wynikał z życzliwości czy radości, a był wynikiem wypadku, w którym udział brała spadająca mi prosto na głowę cegła, albo – co gorsza – tajemniczy, dalekowschodni wirus. 

Wczoraj obejrzałam piękny film „Hanami - Kwiat Wiśni” w reżyserii Doris Dorri. Opowieść o starym małżeństwie, które przez całe życie łączyła wielka miłość, która przekroczyła barierę śmierci. Jest taka scena w tym filmie: śmiertelnie chory mąż, który nie wie o swojej chorobie budzi się obok żony, która poświęciła mu całe życie, nieco kosztem siebie. Mężczyzna chce obudzić żonę, ale ta się nie rusza. Nieoczekiwanie, w nocy, po cichu przeszła na drugą stronę. Nagle, bez uprzedzenia, bez znieczulenia.

„Gdybym wiedział, że to się stanie tak nagle, byłbym dla niej milszy” – mówi Rudi, bohater filmu. I zaczyna długą podróż, w dosłownym i przenośnym słowa znaczeniu, aby dopiero teraz poznać naprawdę swoją żonę. Po drodze, w Tokio, odwiedza syna. Syna, który pracuje wieczorami i w weekendy, do domu zaś wraca, żeby się szybko przespać przed kolejnym dniem pracy. Nie wszyscy w tym filmie odzyskują siebie, ale jeżeli są filmy, które zmieniają człowieka, to ten na pewno.



Powinien go obejrzeć każdy, kto nie ma czasu, żeby się uśmiechnąć, żeby podać rękę i powiedzieć obcemu dzień dobry. Powinien go obejrzeć każdy, kto czasami na tyle traci poczucie rzeczywistości, że zwykły gest życzliwości wydaje mu się czymś podejrzanym. Bo pewnego dnia może zdarzyć się nam coś takiego, jak w tym dowcipie rysunkowym: Na katafalku leży mąż, dookoła zmarłego palą się świece. Na krzesełku obok siedzi żona i mówi: to nasz pierwszy od wielu lat wieczór przy świecach.

Dla wszystkich - trochę uśmiechów z moich podróży. 

Komentarzy: 4
Cola z cukrem, czyli wodne opowieści

Do wody mam wstręt od dzieciństwa. Nie, żebym nie lubiła się myć, ale taka większa woda trochę mnie już stresuje.

Zaczęło się, gdy miałam kilka lat i moja babcia ciągała mnie na basen przy Racławickiej we Wrocławiu. Moja babcia była kobietą niezwykłą. Już to, że wyszła za mąż za lwowskiego felczera, który udawał greckiego lotnika, czyniło z niej rodzinną bohaterkę.

Fantazji nie brakowało jej jednak do późnej starości, kiedy to zamiłowanie do fałszywych lotników zamieniła na pasję praktykowania jogi. Po, mniej więcej, 66 urodzinach, była w stanie zarzucić nogę za szyję, co też pewnego dnia uczyniła. Dlaczego jednak w wannie pełnej wody, i do tego zamknięta w łazience, tego nie wiedział nikt.

Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Moja Kochana, Cudowna Babcia, jak nogę za szyję wpasowała, tak zdjąć już jej nijak nie mogła. Po prostu się zaklinowała. Byłam wtedy dzieckiem i pamiętam tylko niektóre obrazki z tego wydarzenia. Tato z siekierą usiłujący wyważyć drzwi do łazienki, potem sceny dość żenujące i w końcu oswobodzenie babci – precla. I choć Babcia zarzuciła demolujące mieszkanie hobby, postanowiła obudzić we mnie miłość do sportów wodnych.

Jedna wanna to wszak za mało. Zabrała mnie więc na basen. Wcześniej, zakupiła dmuchane poduszeczki, które zamocowane na ramionkach, pomagają dzieciom unosić się na wodzie. Tajemnicą rodzinną do dziś pozostaje, dlaczego babcia, zamiast na ramiona właśnie, włożyła mi te poduszeczki nad stopki. I tak weszłam do basenu. Cudu jednak nie było i nie przeszłam się po tafli wody.... Doszło natomiast, jak w przypadku wanny i jogi, do scen żenujących.

Od tamtej pory, mój strach przed wodą jest jak najbardziej uzasadniony. Bez obawy jednak wzięłam udział w XX Spotkaniach z Piosenką Żeglarską i Muzyką Folk „Szanty we Wrocławiu”, bo tam o wodzie tylko śpiewają. Wypływać nigdzie nie każą, choć do tego wszelkimi sposobami zachęcają. Szant za wiele, co prawda, nie posłuchałam, bo na scenie zbyt często królowały panie, które łączyły poezję śpiewaną z wodewilem, ale były takie momenty, kiedy serce natychmiast rwało się do podróży. Żeglarskie pieśni zawsze pachną przygodą i morskim powietrzem, ale to przecież naturalne.

Ogromne wrażenie zrobił na mnie Barney McKenna z legendarnego zespołu The Dubliners, który, choć zaczął niedawno 70 lat i z trudem porusza się po scenie, śpiewa z pasją podobną do tej, z jaką moja Babcia uprawiała jogę. To mnie zastanowiło. Dlaczego niektórzy, mając dwadzieścia lat, są starzy, a inni, siedemdziesięcioletni, ciągle młodzi? Może niektórym po prostu szkoda czasu na starość? A może innym nie szkoda młodości? Ostatnio przeczytałam, że najlepszy wiek na rozkręcanie wielkiego interesu to 17 lat. Wtedy, mając lat 20 jest się już milionerem i można w nagrodę pracować nawet 12 godzin dziennie. No, ale nie o tym miało być....

Podczas „Szant we Wrocławiu” wybraliśmy się do klubu „Liverpool” posłuchać Orkiestry Samanta i Les Dieses. Zostałam wydelegowana do baru, w celu zakupu coca coli. Ponieważ mój „połowiec” (uwielbiam to określenie Igi Wszeborowskiej z redakcji „Zabytków) nie cierpi sztucznych słodzików, wyraźnie poprosiłam sympatycznego barmana o colę z cukrem. Zniknął ci ten młodzieniaszek gdzieś w głębi baru i wrócił po dobrych kilku minutach. Do szklanki wrzuciłam rurkę i pociągnęłam łyk zimnego napoju, a tam na dnie....najprawdziwszy cukier. Ze dwie łyżeczki! Barmanowi nawet oko nie drgnęło jak zamawiałam tę colę z cukrem! Myślę sobie, że taki chłopak za czterdzieści lat ciągle będzie młody. Życie płata naprawdę fajne niespodzianki!

Komentarzy: 6
Bomba głębinowa, czyli jak znaleźć sposób na kryzys

 O drugiej w nocy zadzwonił Seikhu. Seikhu nie wie, że w Polsce jest druga w nocy, bo nie umie posługiwać się Internetem, świat po drugiej stronie kuli nie za bardzo go interesuje, a, choć ma zegarek, to taki bez wodotrysku. Ma też komórkę, z której może dzwonić za grosze. Bo w biednej Gambii, gdzie Seikhu mieszka, rozmowy komórkowe to takie opium dla ludu.

Seikhu, sympatycznego 28-latka, bez przerwy niemal ujaranego trawą, poznaliśmy w tamtym roku. Anglicy, dla których Gambia jest czymś w rodzaju Tunezji dla Polaków (bardzo tanio, przystępnie, mnóstwo połączeń z wyspy) nie zwracali na Seikhu, ani na jego kolegów uwagi.
 
„Traktują nas jak podludzi” – żalił się nasz gambijski kolega – „Przyjeżdżają tu, bawią się, leżą na plaży, a pieniądze wracają do Anglii, bo wszystkim zajmują się tamtejsze agencje turystyczne”. Gambia jest ekstremalnie biedna. Ciężka praca w fabryce to miesięczny zarobek rzędu 80 USD, o ile oczywiście ta praca jest. Gambijscy chłopcy i dziewczyny robią więc wszystko, żeby wyrwać się do lepszego świata. Największym marzeniem Seikhu, jak i jego kolegów jest więc ożenić się z białą turystą. Biała turystka to przepustka do innego życia, ucieczka od biedy, możliwość podróżowania, zobaczenia czegoś nowego. Nie ma się więc co dziwić, że w Gambii wyjątkowo bujnie kwitnie seksualna turystyka, która przybiera tu jednak kuriozalne formy.
 
Gambijczycy są na ogół szczupli, zgrabni, często niezbyt wysocy. Przyjeżdżające do Gambii Angielki natomiast (być może miałam akurat pecha, że akurat na takie tam trafiałam) przypominają – jak mawia pewien mój niezbyt subtelny przyjaciel – „bomby głębinowe”. Choć określenie to z początku mnie drażniło, z czasem zaczęłam lubić to określenie. Żeby była jasność, bomba głębinowa nie oznacza kobiety brzydkiej czy grubej. Bomba głębinowa oznacza kobietę ekstremalnie grubą ( i to bynajmniej nie z powodu chorowitości), ekstremalnie rozebraną, najlepiej w toplessie, z tym, że dół stroju musi przypominać frywolitkowe koronki, uroczo potrząsającą wszystkim co się da i dającą się słyszeć wszędzie. Gambijczykom to jednak absolutnie nie przeszkadza, bo jak wyjaśniali nam: czarne ciągnie do białego i się wzajemnie uzupełniają.
 
Takie oto uzupełnienie zostało mi przedstawione na scenie złożonej z plaży i oceanu. Brzegiem szła taka bomba głębinowa ciągnąć za rękę malutkiego tubylca, taką męską „kruszynę”, który ledwo nadążał za „wybranką”. Nieoczekiwanie pannie zebrało się na czułości, rzuciła więc małym na piasek i skoczyła na niego z pełnogłębinowym zacięciem. Pokrywszy go w całości, zaczęła całować, chłopak zaś, co było aż nadto widoczne, powoli tracił oddech. Trudno w końcu uleżeć spokojnie, gdy przywala nas 150-kilogramowy ciężar. Dziewczyna nie dawała jednak za wygraną i kiedy zobaczyła w namiętnym szale, że zaraz straci – i to w dosłownym znaczeniu – obiekt adoracji, dała za wygraną.
 
Seikhu codziennie nas pytał: nie macie jakieś koleżanki, która by mnie chciała?
- Przecież Gambijki są takie piękne, czemu jakieś nie poderwiesz? – pytałam.
- Jestem za biedny, tu dziewczyny patrzą na pieniądze. My naprawdę jesteśmy bardzo biedni. Dlatego niektórzy chłopcy sprzedają się turystkom. Ale my nie.
Dopiero później się dowiedziałam, że dzień „towarzystwa” w Gambii kosztuje 9 USD. Majątek.
 
Zawsze kiedy rano siadam do komputera, przeglądam wiadomości ze świata. Dziś dowiedziałam się, że kryzysowe notowania dla Polski „są przerażające”. To i nocny telefon od Seikhu przypomniał mi właśnie Gambię. Seikhu mieszka w wynajętym pokoju, bez prądu, wody, z wyjściem prosto na podwórko. Je dwa razy dziennie. Zaprosił nas nawet na obiad, przygotowywał go z pełną atencją trzy godziny i był to obiad zrobiony z prawdziwą miłością. Prosty. Ryż, cała ryba, chilli, pasta z orzeszków ziemnych. Jedliśmy go wspólnie z jednej miski na podłodze. Seikhu nie chciał żadnych pieniędzy, obraził się, gdy chcieliśmy mu potem coś zostawić ( w końcu mu wcisnęliśmy na siłę). Chętnie natomiast wziął przed naszym wyjazdem świeczkę, żyletkę, gumę do żucia. Naprawdę miał niewiele. I choć marzy o dziewczynie z Europy, z tym „niewiele” całkiem dobrze sobie radził.
 
Fotograf, z którym pracuję nad książkami o Dolnym Śląsku mówi zawsze: człowiekowi naprawdę wiele nie potrzeba. Po co wielki dom – jest dużo sprzątania, po co super luksusowe auto – ciągle trzeba pilnować. Proste rzeczy są najfajniejsze. Ale robienie sobie drobnych przyjemności także. Seikhu, który codziennie walczy o to, żeby mieć co zjeść, kiedy dostał od nas te parę funtów, nie kupił sobie wcale jedzenia. Nie kupił sobie nowej baterii do rozwalonego radyjka, które ma w pokoju. Kupił sobie przerażająco czerwoną bluzę, w której paradował od tej pory codziennie. Ta czerwona bluza przypomniała mi dawne czasy w Polsce. Bułgarskie lalki, pomarańcze na święta – te wszystkie małe oznaki luksusu z dalekiego świata. Nie jestem minimalistką, ale czasem zastanawiam się, ile naprawdę potrzeba do szczęśliwego życia? Ile trzeba, żeby stało się nieszczęśliwe?
 
Nie wiem. Ale pamiętam też zasłyszaną opowieść z Afryki. Jeden z tubylców zawsze zazdrościł turystom, że wypoczywają w jego kraju w takich luksusach, jedzą, piją, żeglują. Mają wszystko. A potem wyjechał na Zachód i zobaczył, ile ci turyści pracują, żeby wypocząć przez te dwa tygodnie.
- Za nic - powiedział. Wolę swoją spokojną biedę.
Może i ja dam sobie radę z kryzysem?
 
PS. A na wszelki wypadek zdjęcie Seikhu. Obiecałam mu.

 

Komentarzy: 5
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 |

NAJNOWSZE WPISY

NAJNOWSZE KOMENTARZE

O MNIE

Joanna Lamparska

Joanna Lamparska - szuka skarbów, podróżuje, pisze książki o tajemnicach i niezwykłych miejscach. Zakochana w Dolnym Śląsku.

Mój profil w iWoman.pl

KATEGORIE

ARCHIWUM