iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Poradnik, dla tych którzy zamierzają obrobić bank

I znów mi się to stało! I do tego tuż przed podróżą. Niech sobie każdy mówi co chce, ale znowu zamiast poświęcać czas podróżowaniu i tajemnicom, muszę walczyć z kartą do bankomatu. Ale jaką posiadam za to wiedzę!

Wiem, kiedy najlepiej dokonywać przestępstw bankomatowych. Wszystkiego dowiedziałam się dzięki infolinii mojego banku. Właśnie szykowałam się do podróży i tuż przed wylotem z Polski, poszłam jeszcze do miasta pozałatwiać kilka spraw.

Przy okazji podjąć trochę gotówki z bankomatu, który znajduje się przy wejściu do głównego oddziału mojego banku we Wrocławiu, Nordei. Była sobota rano. Wybrałam pieniądze, jednak nauczona złymi doświadczeniami (już raz mi zablokowali kartę, bo podobno została zeskanowana), na chwilę zatrzymałam wzrok na dziwnym urządzeniu jakby przylepionym do bankomatu. Coś w rodzaju niewielkiej półkuli z dziurką, która od biedy mogłaby uchodzić za oko miniaturowej kamerki. Pierwszy raz widziałam coś takiego na bankomacie, ale prawda jest i taka,  może za światowa nie jestem. Nie spodobało mi się to dziwne urządzenie. Ponieważ była sobota rano i w banku nikt nie pracuje, zadzwoniłam na infolinię. A tam miły pan zapytał, czy oddział jest zamknięty. Boże.... no przecież inaczej bym nie dzwoniła, logiczne, prawda? Potem powiedział, że poinformuje pracowników banku i w poniedziałek sprawę sprawdzą. W poniedziałek! Czyli za dwa dni!

Nie dawało mi to spokoju. Zadzwoniłam jeszcze raz na infolinię, ale podniósł ten sam pan. Zapytałam, czy nie powinien np. zadzwonić do wrocławskiej Straży Miejskiej, albo gdzieś, żeby ktoś przyszedł i sprawdził. I dowiedziałam się, że tego nie zrobi, bo to przecież nie Straż Miejska jest dysponentem bankomatu.

- Ale co z moją kartą? A jak mi ją państwo znów zablokujecie, a ja właśnie wyjeżdżam? A co z bezpieczeństwem moich pieniędzy? – dopytywałam się niecierpliwie. A pan z telefonu miło oznajmił, że nikt mi przecież tak szybko drugiej karty nie wyda i że poradzić nic się tu nie da.

Zadzwoniłam więc (już tak z godzinę nerwów i dzwonienia mijało) do znajomej dyrektorki innego banku, a ona krzyknęła: Rany boskie, jeśli tam rzeczywiście jest kamerka, to najwięcej takich przestępstw odbywa się właśnie w weekendy! Twoim obywatelskim obowiązkiem jest zadzwonić na policję!

To się już trochę dowiedziałam: a) że przez dwa dni raczej nikt nie zajmie się moją sprawą, b) że przez weekend pewnie jeszcze kilka osób będzie tam wyciągać pieniądze c) że teraz to ja naprawdę już nie mogę czuć się bezpieczna d) i że radzić muszę sobie sama. Zadzwoniłam więc na policję, wróciłam szybko do domu, wyczyściłam konto i pojechałam w świat. Ale, do diabła ciężkiego, zrozumieć tego wszystkiego nie mogę! To tak ma wyglądać bezpieczeństwo moich pieniędzy????

Bardzo możliwe, że dziwna kulka na bankomacie to coś zupełnie zwykłego, i jako osobnik prosty, literatka, za przeproszeniem, znać się na tym nie muszę. I choć obywatelski obowiązek spełniłam, czuję się jak histeryczka. W końcu milionów na koncie nie mam i w razie czego bank by mi zadośćuczynił. Ale ogólnie głupio tak jakoś. I zrozumieć trudno... 

Komentarzy: 1
Jak Świdnica staje się miastem magicznym

Od pewnego czasu obawiam się, że chociaż mieszkam i urodziłam się we Wrocławiu, to jestem Świdniczanką. W Świdnicy podoba mi się wszystko.

Rynek, katedra, Kościół Pokoju, to, że rycerze tracili tu głowy – w dosłownym tego słowa znaczeniu – w sposób widowiskowy i romantyczny. Podoba mi, że w Świdnicy mieszkał Manfred von Richthofen, słynny lotnik a także Marysia Kunicka, wielka pani astronom z XVII wieku. Ta światła kobieta, żeby uprawiać swoje pasje, musiała przebierać się za mężczyznę. Spotkała ją zasłużona nagroda; dzisiaj jeden z kraterów na Wenus nosi jej imię.

W Świdnicy podobają mi się więc ludzie, nie tylko ci z przeszłości, ale i ci mieszkający tu współcześnie. Szczególnie podobają mi się gospodarze miasta, bo widać, jak pod ich ręką od pewnego czasu Świdnica się zmienia. I staje się naprawdę niezwykła. Prezydent miasta ma chyba rację, że iluminacja Świdnicy jest prawie taka piękna, jak ta w Hong Kongu. I rzeczywiście, wieczorem oświetlone kamienice zamieniają się – nawet latem  - w scenografię do „Opowieści Wigilijnej”.

Najbardziej podoba mi się jednak, jak reagują ludzie, którzy do Świdnicy przyjechali po raz pierwszy. Właśnie wróciłam ze spotkania, w którym brali udział dziennikarze z całej Polski. Władze Świdnicy chciały nas przekonać do projektu rekonstrukcji historycznych. W ramach tego projektu, w jedenastu miastach odtworzone zostaną bitwy historyczne. Pierwsza z nich odbyła się już w sobotę w Raciborowicach po czeskiej stronie. Pachniało prochem, krwią i wojną. Pachniało również perfumami, bo żołnierze odtwarzali rok 1866, więc na pole bitwy zjechała piękna księżna, która oglądała przebieg walk z powodu zaprzężonego w równie piękne, czarne konie. Oj, działo się....

Najbliższa rekonstrukcja odbędzie się 29 maja w Nachodzie, również w Czechach, a kolejna już 6-7 czerwca w Świdnicy właśnie. I będzie to coś absolutnie wyjątkowego, wymyślono bowiem, aby podczas tych dwóch dni przemieszały się różne epoki. O 14.00 walczyć będą rycerze z XIII wieku, później rycerstwo z XVI wieku, na sam koniec żołnierze wieku XVIII. Zresztą co się będę rozpisywać, jeśli jesteście miłośnikami takich imprez, wszystko znajdziecie tutaj: http://www.zeroborder.info

Pomiędzy nimi wystąpi jedna z moich ulubionych Drużyna Wojów Piastowskich Jantar, którą mile wspominam, choć o mało przez nich nie straciłam pracy. Kiedy jeszcze pracowałam w „Słowie Polskim”, drużyna ta zjechała do Wrocławia, weszła w pełnym uzbrojeniu do redakcji i zaczęła śpiewać pieśni.

Moja szefowa, kobieta w trampkach w kwiatki, bardzo się tym zdenerwowała, również nasz portier za bardzo nie wiedział, jak się zachować. Na szczęście odśpiewali trzy kawałki i pojechali do domu. Ale sentyment do rycerstwa pozostał wielki. Mam wrażenie, że w mojej szefowej także...

Ale nie o lubieniu rycerstwa miało być, a o lubieniu Świdnicy. Przyjechali więc ci nasi redaktorzy i najpierw wzięliśmy ich (piszę w takiej formie, bo chyba jednak jestem Świdniczanką) do katedry. I patrzyłam jak otwierali szeroko nie tylko oczy, ale i usta, patrzyłam jakie wrażenie robi na nich to miejsce. A kiedy proboszcz, ksiądz prałat Jan Bagiński, zaczął opowiadać o historii kościoła, to nawet zatwardziali ateiści chcieli tu zostać jak najdłużej.

Koniecznie, ale koniecznie, odwiedzając Świdnicę, wejdźcie do tej świątyni. I zwróćcie uwagę na pewien szczegół. Na płaskorzeźbie przedstawiającej Ostatnią Wieczerzę widać pod stołem ....kotka. Ale jaki to kotek... Nie, nie będę Wam o tym szczegółowo opowiadać, pojedźcie i zobaczcie sami.

Ten kościół ma zresztą najwyższą wieżę na Śląsku, więc również warto się na nią wdrapać. Niegdyś wieża świdnicka plasowała się na czwartym miejscu wież polskich, ale powstało sanktuarium w Licheniu i spadliśmy na piątą, ale ciągle zaszczytną pozycję.

Po wizycie w Katedrze dziennikarze powędrowali do ewangelickiego Kościoła Pokoju. I znowu to samo. Te same otwarte szeroko oczy, cisza dzwoniąca w uszach, bo coś takiego, tyle piękna, widuje się naprawdę rzadko. Kościół Pokoju, zbudowany z nietrwałych materiałów na mocy Pokoju Westfalskiego, nie miał przypominać świątyni. Nie mógł mieć wieży ani dzwonu. W zamierzeniu Habsburgów, którzy łaskawie zgodzili się na budowę trzech takich świątyń, miały one powstać tylko na chwilę. Dlatego protestanci wszystko nadrobili wewnątrz.

Ksiądz Waldemar Pytel proboszcz Parafii Ewangelicko – Augsburskiej w Świdnicy długo opowiadał o tym miejscu. I kazał nam patrzeć na strop. Na nim zaś fruwają anioły. Setki aniołów. Bożena Pytel, żona proboszcza, usiłowała policzyć i sfotografować te wszystkie postaci. I wyszło jej, że w Kościele Pokoju mieszka... 900 aniołów. Wyobrażacie to sobie?  900 aniołów! W wielkiej, drewnianej, wielobarwnej hali, w której może się zmieścić 7500 osób.

Tak sobie pomyślałam nawet, że tak jak chiropterolodzy zimą liczą po jaskiniach nietoperze, tak może trzeba by było robić w Świdnicy Wiosenne Liczenia Aniołów.  Bo nad tym miastem anioły na pewno czuwają i musi to przyznać każdy, nawet o najbardziej materialistycznym światopoglądzie.
A patrząc prozaicznie, to i mieszkania w Świdnicy tańsze niż we Wrocławiu.

Komentarzy: 4
Co ma Twierdza Modlin do Dolnego Śląska?

Ano sporo ma. Podczas rejsu z Żeglugą Śródwiślaną zatrzymaliśmy się właśnie w Twierdzy Modlin.

Trzeba przyznać, robią te wielkie gmaszyska wrażenie, zarówno od strony wody, jak i wtedy, gdy wędruje się pomiędzy starymi murami. Z wieży cytadeli widać ruiny spichlerza, który grał zamek Horeszków. Tutaj też powstawali „CK Dezerterzy” oraz „Anna Karenina”.

Choć twierdza Modlin ma absolutny związek z wojną, oprócz żołnierzy, polubili ją również filmowcy. Ale czy można się im dziwić?! To po prostu niezwykły zakątek. Ja wspominam go szczególnie miło, jako, że tam właśnie uczestniczyłam z jednym z moich pierwszych zlotów poszukiwaczy skarbów, nazywanych fachowo Międzynarodowymi Zlotami Miłośników Eksploracji. Naprawdę jednak twierdzę zwiedziłam dopiero teraz. Wycieczka rowerowa wzdłuż koszar, które ciągną się przez – uwaga! – dwa i pół kilometra to jest coś! Po wizycie w Twierdzy dzwoni mi jednak w uszach cały czas jedna informacja, którą przekazała nam pani przewodnik.


- Twierdza wymaga inwestora, byli tu Amerykanie, chcieli zrobić w twierdzy kompleks hotelowo – rozrywkowy. Ale na przeszkodzie stanęło polskie prawo. W Twierdzy miało znajdować się – między innymi – kasyno. Ale kasyna nie mogą działać w miejscowościach, w których mieszka poniżej....
I tu padła jakaś liczba, której niestety nie pamiętam.


Najpierw zapałałam świętym gniewem. Jakże to, jest inwestor, chce coś zrobić, wszyscy dookoła czekają na cud, a tu coś takiego! To trzeba zmienić prawo! Logiczne, prawda? Potem przyszła refleksja; czy taki zabytek jest rzeczywiście dobrym miejscem na centrum rozrywki. Może rzeczywiście niekoniecznie...ale...

Od lat obserwuję to co dzieje się w Kamieńcu Ząbkowickim na Dolnym Śląsku. Stoi tam wspaniały pałac, dzieło Karla Schinkla, wzniesiony dla niderlandzkiej królewny Marianny Orańskiej. Marianna do łatwych kobiet nie należała, wiedziała czego chce i od kogo i konsekwentnie kroczyła przez życie. Jej zawdzięczamy m.in. schronisko na Śnieżniku, od jej imienia wzięły swoją nazwę niektóre marmury, np. Biała Marianna. Zniechęcona nieudanym małżeństwem z gburowatym Prusakiem, wdała się w romans ze swoim koniuszym i nie zawahała się przed urodzeniem mu dziecka.

Pałac w Kamieńcu, którego budowę zaczęła, to absolutne cudo. Nie każdemu musi się oczywiście podobać, ale te tarasy, fontanny, wieże, zdobienia – w stajniach były np. kryształowe lustra – wspaniałe budowle parkowe, to wszystko przyciągało już przed II wojną światową tysiące turystów. Choć pałac podpalili w 1945 roku Rosjanie, wcześniej oczywiście wyczyściwszy go ze wszystkich dzieł sztuki, nawet surowe mury muszą dzisiaj zrobić wielkie wrażenie na każdym, kto tu przyjeżdża. Tyle, że przyszłość pałacu w Kamieńcu Ząbkowickim ciągle jest nieznana.

Zabytek dzierżawi od wielu lat Włodzimierz Sobiech, który temu miejscu poświęcił całe życie. W dosłownym tego słowa znaczeniu. Tyle, że choć zainwestował w pałac sporo pieniędzy, nie udało mu przywrócić mu stanu, który mógłby – delikatnie mówiąc – cieszyć oko.

Spędziłam w okolicach Kamieńca Ząbkowickiego jeden z ostatnich weekendów. W pobliskim Złotym Stoku hula jak złoto turystyczna trasa w dawnej kopalni złota, po drugiej stronie granicy, na zamku w Jaworniku pojawiają się setki polskich turystów, w Kamieńcu zaś ciągle trochę smutno. Co prawda przy kościele działa ciekawe muzeum, ale to nie wystarczy.
Właściciel gospodarstwa agroturystycznego, w którym nocowaliśmy, powiedział wprost: albo w tę, albo w tę. Dla takich jak my, najgorsze jest zawieszenie. Dzierżawca Kamieńca ciągle walczy z gminą, a gmina z nim. Takie sprawy trzeba szybko rozwiązywać. Inaczej tracimy na tym wszyscy. W tym wypadku najbardziej traci turystyka w rejonie. Nawet zjeść dobrze nie ma tu gdzie. A i ze spaniem są kłopoty.

W Modlinie turystów wita restauracja Brama Ostrołęcka. Ulokowana w starych murach restauracja ma surowy, choć niepowtarzalny klimat. To, że w każdej chwili można się napić, chociażby wody mineralnej (nie mówię już oczywiście o jedzeniu, bardzo smacznym zresztą) wiele robi dla całej twierdzy. W Kamieńcu Ząbkowickim, jednym z najbardziej urokliwych zakątków Dolnego Śląska, trudno o takie miejsce. Można co prawda zjeść ciastko w kawiarni w zamku, ale trochę tam jakoś tak ponuro. Choć uwielbiam ten zamek, cenię sobie jego dzierżawcę, ze smutkiem patrzę na tzw. „całokształt”. I choć lubię samotne ruiny, romantyzm zwiedzania bez tłumu, zakątki ciągle nieodkryte, nie po to ciągle toczą się setki debat na temat zabytków, żeby czekać aż taki Kamieniec czy Modlin zaczną chylić się ku ziemi. Wiem, wiem, to wszystko nie takie proste. Ale jest kryzys. A takie zabytki mogą dać pracę naprawdę wielu ludziom.

Tak mi się marzy, że kiedy w tamten rejon pojedzie turysta, odwiedzi nasze prawdziwe, dolnośląskie cuda: krzywą wieżę w Ząbkowicach Śląskich. Potem zajrzy do ruin zamku, albo nawet do laboratorium Frankensteina. Atrakcja to kontrowersyjna, ale dzieci – nie wiedzieć czemu – lubią to miejsce. Przed wojną Ząbkowice Śląskie nazywały się Frankensteinem. Jerzy Organiściak, tamtejszy regionalista wysnuł tezę, że słynna powieść „Frankenstein” mogła zostać zainspirowana wydarzeniami, które niegdyś rozegrały się w mieście.... Z Ząbkowic nasz turysta może wyskoczyć do Twierdzy w Srebrnej Górze. Potem romantyczny wieczór w Kamieńcu, a jak starczy czasu to budzące dreszcz zwiedzanie podziemi Złotego Stoku. I chciałabym, żeby w każdym z tych miejsc miał niezapomniane wspomnienia.

I tak się zastanawiam, czy ja miałabym takie, gdyby w Twierdzy Modlin było kasyno... Na szczęście są mądrzejsi, którzy muszą się z takimi tematami uporać. Tylko niech w końcu zaczną.

Komentarzy: 3
Żegluga Wiślana, czyli jak Łukasz rzekę zniewolił

Są tacy ludzie, którym same pieniądze nie wystarczą. Mają jeszcze marzenia i fantazję. Z takim właśnie człowiekiem spędziliśmy ostatnie kilka dni. I jakie to były dni!

Zupełnie jak wakacje na krańcach świata. Słoneczne, dziecięco radosne, pachnące winem i najprawdziwszą przygodą. Nigdy bym nie pomyślała, że tak może wyglądać rejs po Wiśle.

Żeglugę Wiślaną odkryliśmy niedawno. Na ich stronie internetowej znajduje się wielkie hasło: odkryj ostatnią dziką rzekę w Europie! Odkryj ją na jachtach motorowych! Też mi coś – pomyślałam – jaka z tej Wisły dzika rzeka? Pewnie do tego jeszcze jakieś rozklekotane łódki...


Kolejni przyjaciele, co prawda zachwyceni możliwością bezkarnego degustowania na łódce, nie zawsze kwapili się do rejsu. Niektórzy narzekali, że mają kłopoty z korzonkami, początki grypy, lęk przed falami, więc rejs nie dla nich. Ale stało się. Kilka dni temu, w sporej grupie stawiliśmy się w Warszawie, żeby rano wyruszyć na podbój Wisły.


Żeby była jasność, do Warszawy jeździmy tylko wtedy, kiedy absolutnie nie ma już innego wyjścia. Na ogół więc to podróże na lotnisko, albo po jakąś wizę. Droga z Wrocławia do Warszawy, która w normalnym kraju zajęłaby ze dwie i pół godziny, w naszym rozkopanym kraju bez autostrad zabiera ponad pięć godzin. Jest to, w każdym tego słowa znaczeniu, droga przez mękę.

Męczy się więc tak człowiek i nie wie do tego, co go czeka na końcu drogi. A na końcu niespodzianka. Zamiast rozklekotanych łódek, śliczne jachciki, ocieplane dla tych z chorymi korzonkami, zaopatrzone w lodówki dla tych, którzy muszą natychmiast chłodzić, do tego toalety – wiadomo dlaczego. Każdy jachcik ma siedem miejsc do spania, na dachu zamocowane są rowery. A wszystko to wymyślił biznesmen – romantyk, Łukasz Krajewski.

Łukasz, właściciel i szef Żeglugi Wiślanej żyje z handlu oponami. Dla romantyka to chyba za mało. Wpadł więc na pomysł, że będzie komu się da pokazywał Wisłę. Bo – jego zdaniem – nie ma piękniejszej rzeki na świecie. W zależności od poziomu romantyzmu pasażerów, pokazuje więc różne odcinki królowej polskich rzek, kochając najbardziej chyba Pętlę Żuław. My, przepłynęliśmy tylko kawałek za Warszawę, ale i tak zrobiło to wrażenie.



Jakaś ładna ta Warszawa z wody. Taka malownicza nawet. Spokojna, sympatyczna. W wieczornym słońcu prezentuje się naprawdę ślicznie. Poza tym, to dziwne uczucie. Płynąć pod Zamkiem Królewskim. Zaglądać pod brzuszki samochodów prujących mostami.

Wisła w tej chwili nie ma zbyt wysokiego poziomu wody, więc miejscami musieliśmy pchać nasze jachciki. I tu się okazało, kto najdzielniejszy! Pierwsza do wody skoczyła kobieta, i aczkolwiek subtelna i puch marny, jak się zaparła....to poszło! I wtedy okazało się, że ta niby leniwa Wisła, naprawdę potrafi być dzika. I nieprzewidywalna.

Bo choć jachcik ruszył, to nasza dzielna „pchaczka” skąpała się w całym, eleganckim zresztą, ubraniu. W ogóle te łódki tak nas wszystkich zbliżyły, że w kilkadziesiąt godzin zawiązały się niemal przyjaźnie.

A damy z jedynego jachtu, na którym były tylko kobiety (generalnie piratki same) już planują kolejną podróż. Niektóre nie znały się wczoraj, dzisiaj rano opowiedziały sobie całe życie. Przymus przebywania z tymi samymi osobami, w tym samym miejscu, bez możliwości wyjścia, rodzi naprawdę ciekawe sytuacje. Nawet jeśli Wisła to nie Atlantyk, a Żegluga Wiślana to nie Queen Mary.

Dla mnie najpiękniejszym momentem rejsu był wieczór pod spichlerzem w Twierdzy Modlin. Jak on cudnie wygląda od strony wody! To dokładnie to miejsce, które „udawało” zamek Horeszków w ekranizacji „Pana Tadeusza”. To dokładnie to samo miejsce, które zagrało w najczarniejszych scenach w „Oficerach”.

Fajne uczucie, siedzi się na pokładzie, w ręku szklanka zimnego (mamy wszak lodówkę) wina i do tego totalna błogość. I niech mi ktoś powie, że małe rzeczy nie cieszą! Teraz Łukasz wymyślił, że jego prywatna żegluga będzie regularnie już kursować po Wiśle.

Można wsiąść w dowolnym miejscu rzeki, płynąć i zwiedzać po drodze. Jeśli na łódce zbierze się komplet, kosztuje to z benzyną i noclegiem 100 złotych na dobę na jedną osobę. Ja, przez te trzy dni, przeżywałam więcej niż przez tydzień na tunezyjskiej plaży (niestety byłam też tam). A cena porównywalna. Ale przygody, emocji, nocnych rozmów nad wodą nie da się wycenić.

Komentarzy: 10
Świńska grypa na chwilę odwołana

Przez kilka dni nie miałam dostępu do internetu i kiedy wróciłam do zwykłego (dla niektórych normalnego) świata, okazało się, że stoi on na skraju przepaści.

Zadzwoniła Kaśka, moja przyjaciółka i powiedziała: boję się tego końca świata. Ja też się wystraszyłam. Bardziej niż świńskiej grypy wystraszyłam się samego strachu. I tych wszystkich komentarzy z których wynika, że: grypa to koniec świata, zabije niemal nas wszystkich, ktoś specjalnie wyprodukował wirus, żeby wybić połowę ludzkości, czekają już tysiące trumien.

Najgorsze było to, że spory procent internautów jest przekonany, że świńska grypa jest wynikiem spisku. Że ktoś po prostu chce nas wszystkich wymordować. Że żyjemy już w Matrixie. Obudźcie się – apelują ludzie na różnych forach - Jeśli się obudzicie, może nie dojdzie do globalnej katastrofy! Inni, ci, którzy nie zamierzają się budzić, wyzywają tych, którzy się przebudzili, od idiotów, albo jeszcze gorzej. Na różnych forach panuje obecnie spore zamieszanie.

A jakaś dziewczyna napisała po prostu: boję się tej świńskiej grypy jak cholera! Ja wystraszyłam się jeszcze czegoś. Obok informacji, że nikt w Europie nie umiera jest druga informacja, że zaraz umierać będą tysiące, obok dobrych wiadomości, że Polska przygotowana jest na wirus, znajdują się inne, że w szpitalach brakuje leków. Choć wcale nie zamierzałam pisać o grypie, jest przecież teraz najpopularniejszą bohaterką w sieci, ale, podobnie jak wiele osób, zagubiłam się w tym wszystkim. Wyjeżdżam z miasta na wycieczkę „na zielone”, grypy nie ma, wracam, patrzę w oczy pandemii.

Uczę się po nowemu czytać wiadomości w Internecie. Tytuł: Świńska grypa w Polsce? – ze znakiem zapytania oznacza: Ktoś się zgłosił z objawami, pewnie nic mu nie jest, ale i tak od tym napiszemy, bo będziecie się jeszcze bardziej bać. Więc nawet dalej nie wchodzę. Tytuł „Umrą tysiące”, może oznaczać coś poważnego, albo po prostu rozmowę z jakimś doktorkiem, który barwnie opowiada co będzie jeśli, ale też pewności do końca nie ma.

Od dawna wiadomo, że strach ludzi kurczy, niemalże w dosłownym tego słowa znaczeniu, że strach pozwala z wieloma z nas robić wszystko. Że łatwiej manipulować ludźmi, którzy wszystkiego się boją. I dlatego wkurza mnie maksymalnie, że moi koledzy po fachu, robią wszystko, żeby, zamiast dostarczać rzetelnych informacji, po prostu straszą (uczciwie jednak trzeba przyznać, że nie wszyscy). Każdy, kto chociaż chwilę pracował w zawodzie wie, że każdą informację można podać na siedemnaście sposobów. Że informacją można manipulować, choć informacja powinna być po prostu informacją. Znajoma mówi: „nie wiem komu wierzyć. Zamiast wiadomości, czytam komentarze. Wiadomości wprowadzają mi zamęt w głowie, komentarze układają wszystko w całość. Za chwilę zacznę wierzyć, że ktoś rzeczywiście robi nam to specjalnie”...

Uwaga, cięcie! Za chwilę tzw. Długi Weekend. Nie każdy go ma, ale każdy jest w stanie wygospodarować parę godzin dla siebie. Bez względu na to, co dzieje się na świecie, wszyscy mamy swoje małe światy. Światy, których nie można zaniedbywać, które trzeba pielęgnować jak najstaranniej. Zawsze, nawet na najtrudniejszych czasach, ludzie się kochali, kłócili, mieli marzenia i plany. Było tzw. normalne życie. Jeśli tak jak ja, mieszkacie gdzieś na Dolnym Śląsku i macie w ostatnich dniach wszystkiego dość, pojedźcie tam, gdzie pewnie nie dotrze zbyt wielu turystów. Do pięknej Tatarskiej Doliny w Gilowie koło Niemczy, gdzie na kilka godzin można zapomnieć o wszystkim, na pyszne jabłecznik do Uciechowa, gdzie nad malowniczym stawem osiedlili się Holendrzy i oprócz serników robią też świetne, jak najbardziej nie holenderskie, pierogi. Pochodźcie po Strzelińskich Wzgórzach i odwiedźcie zagubione wioski koło Henrykowa. Przecież najważniejsze są najmniejsze rzeczy.

 Jakoś wczoraj, mój „połowiec” spojrzał z troską na sad za domem i oświadczył: trawnik wysycha, idę podlewać.
- Jak to podlewać? – niemal krzyknęłam - Świat stoi nad przepaścią, a ty po prostu idziesz podlewać trawnik????
- Mój świat właśnie wysycha – odpowiedział i po prostu wyszedł. 

Komentarzy: 9
Blokada karty, czyli koniec podróży

Wkurzyłam się strasznie. Sama nie wiem, czy bardziej na siebie czy bank, ale to wkurzenia jakoś zmienić nie chciało. Jakoś przed Wielkanocą poszłam na spotkanie na wrocławski Rynek.

W samym Rynku stanęłam w przydługiej kolejce do bankomatu WBK (jeden z dwóch był tylko czynny) i niecierpliwie czekałam, żeby wybrać pieniądze i biec dalej. Ale kolejka była spora. Na szczęście w samym banku, tuż obok też jest bankomat, kolejka była tam mniejsza, szybciej wybrałam co trzeba - taka ze mnie spryciula - i o sprawie zapomniałam. Ale tylko na kilkanaście godzin.

Na drugi dzień nieoczekiwanie zadzwonili z mojego banku i poinformowali mnie, że mam zablokowaną kartę. Zablokowaną, bo w WBK podejrzewają, że została zeskanowana... Podejrzewają, czyli jak zrozumiałam – pewności zdaje się nikt nie miał.

Na szczęście mam jeszcze jedną kartę, ale za mną akurat stali obcokrajowcy. Skoro mnie zeskanowało (choć skoro podejrzewają, to przecież do końca nie wiadomo), to pewnie i im. A może do gościnnego Wrocławia przyjechali na święta i teraz już nie będą ich mieli jak spędzić? 

Postanowiłam zadzwonić do banku, w którym tak ochoczo zeskanowało mi kartę, ale niestety nie udało mi się niczego dowiedzieć. Jako ofiara przestępstwa (chwilowo jeszcze przypuszczalnego) nie byłam w stanie uzyskać informacji, co się naprawdę stało.

Nie mam zbyt wielkiego doświadczenia w przestępstwach bankomatowych, drążyłam jednak temat, aż zniecierpliwiona pani w infolinii poinformowała mnie, że mogę napisać skargę lub prośbę o wyjaśnienie, ale do swojego banku, a on w terminie przepisowym mi na nią odpowie. Mój bank zachował się ładnie, bo obiecali, że już za całe dwa tygodnie dostanę nową kartę.

I wszyscy uznali sprawę za załatwioną. Oczywiście, cieszę się, że wszyscy dbają o moje interesy, bo nikt z mojego konta nie będzie sobie do woli korzystał. Ale jakieś wyjaśnienie chyba mi się należy? Rozumiem, że jak ktoś
mi da gazrurką w łeb w ciemnej ulicy, to też nikt mnie nie poinformuje kto, co i jak?

Blokada karty zdarzyła mi się pierwszy raz, pamiętam jednak trochę podobną sytuację z Marakeszu. Bankomat nie chce wypłacić pieniędzy, bo z różnych względów coś mu tam się mu nie podobało. Drugiemu bankomatowi też, trzeciemu również. Zostaliśmy kompletnie bez pieniędzy. Bo kasa była akurat na tym koncie, do którego nie działała karta.

Poradziliśmy sobie oczywiście, dzięki niewątpliwej inteligencji, sprytowi, a tak na poważnie, przede wszystkim przyjaciołom. Ale zostać w obcym kraju tak na goło, to niezbyt miłe. Chociaż....

Pamiętam jedną z pierwszych podróży w życiu.... Długa droga pociągiem, z końca świata przez Moskwę do Polski, pociągiem, który jechał, zdaje się jeszcze dalej, do Berlina. W pociągu szczuplutki londyńczyk, podróżujący z Chin.

Miał ze sobą albo, jak kto woli na sobie: spodnie, T-shirt, sandały. Paszport w kieszeni spodni, w drugiej szczoteczkę do zębów i czeki podróżne. Oprócz tego nie miał kompletnie nic. Żadnej torby, siatki, czapeczki, skarpetek na zmianę. Nic. Był inżynierem z Londynu, wiele podróżował dla przyjemności i nie widział potrzeby ciągnięcia ze sobą czegokolwiek więcej.  No to może ja się czepiam po prostu?

Komentarzy: 7
Firma „Dziwne zaręczyny”, czyli romans w Maroko

„Siedzieli we dwójkę w Międzygórzu koło wodospadu, obok stał skrzypek i im grał, stół był pięknie zastawiony. Myślałem, że kręcą film. A to okazało się, że to były zaręczyny!” – fotograf, który ze mną pracuje, nie mógł wyjść z podziwu.

Właśnie wrócił ze zdjęć i musiał mi opowiedzieć tę historię – „Wiesz, im takie zaręczyny zorganizowała jakaś firma, a ta para przyjechała z drugiego końca Polski. Może firma, która robi takie rzeczy nazywa się „Dziwne  Zaręczyny”?

No musicie przyznać, musiało to być romantyczne. I to bardzo. Ja swojego mężczyznę odkryłam na nowo, kiedy niedawno musieliśmy się zewrzeć w walce z marokańskimi korkami. Kto był w Indiach, w Egipcie, w Tunezji czy w Turcji, wie, że jeżdżenie po tamtejszych drogach do łatwych nie należy. O nie, nie myślcie sobie, że te drogi są w złym stanie.

Maroko


Niekiedy wyglądają lepiej niż nasze płatne „autostrady”. Jednak kierowcy z gorących krajów, niekoniecznie lubią przestrzegać przepisów. W Maroku dwa pasy, nieoczekiwanie mieszczą pięć sznurów aut, na rondzie kto pierwszy ten lepszy, czerwone światło obowiązuje od czasu do czasu. Kierowcy do ostatniego światełka na niebie jeżdżą bez włączonych reflektorów, a w nocy potrafią podróżować tylko na postojowych. Trzeba naprawdę siły charakteru, żeby się w tym odnaleźć. Najśmieszniejsze jest jednak to, że wbrew pozorom nie ma tam tylu wypadków, ilu można by się spodziewać. Z drugiej zaś strony, samochody do nauki jazdy mają, uwaga, dwie kierownice! Wygląda to absolutnie przekomicznie! Jeden kierowca, dwie kierownice, w trudnych momentach instruktor przejmuje panowanie nad autem!

Maroko

Wynajęcie auta w Agadirze to koszt od 30 Euro za dobę. Za taką cenę można wynająć coś malutkiego i ciasnego. My mieliśmy poleconą wypożyczalnię (chętnie służę namiarami, jeśli ktoś będzie potrzebował), w której za 30 Euro właśnie dostaliśmy toyotę corollę z klimatyzacją i to bez absolutnie żadnych zbędnych formalności.

Od razu uprzedzam, lepiej płacić w Euro, bowiem jeżeli płaci się miejscowej walucie, Marokańczycy (przynajmniej ci z Agadiru) stosują nieco niższy przelicznik. W dirhamach można zapłacić drożej. Teraz najważniejsze jest sprawdzenie ubezpieczenia i w drogę.

Zadziwiające w Maroku jest, że choć policja w ogóle nie zwraca uwagi na tych, którzy łamią przepisy. Pewnego razu, przed nami jechała mała ciężarówka. Pasażer rzucił z niej w policjanta skórkami z pomarańczy. Tamten tylko pokiwał palcem. Natomiast jeśli kierowca przekroczy prędkość, jest już traktowany bardzo restrykcyjnie. Wtedy – w przypadku turystów - najlepiej udawać, że nie zna się francuskiego, co akurat w naszym wypadku było łatwe, bo francuskiego kompletnie nie znamy. 

Prawdziwą przygodą może być również jazda po krętych, górskich drogach. Pamiętam podróż do Norwegii i przejazd słynną Drabiną Trolii. Dramatyczna, ekscytująca, wielkie doświadczanie  natury – tak reklamują to miejsce Norwegowie. Budowana przez 8 lat droga została otwarta w 1936 roku przez norweskiego króla.

Norwegia

Czynna jest tylko w lecie przy dobrych warunkach pogodowych, bowiem jedenaście karkołomnych zakrętów, nazywanych też agrafkami, z trudem mieści się na skalistych zboczach. Pojazdy dłuższe niż 12 metrów nie mogą tu wjeżdżać, zresztą nie mają po co. Nie dałyby rady zakręcić. Tę drogę przemierzałam autobusem. Dwie panie położyły się w nim na ziemi, byle nie widzieć gigantycznych przepaści. Kierowca znał jednak tę drogę jak własną kieszeń. Wiedział, że na zakrętach musi poczekać, aż mijające go auto zrobi to z prawej strony, bo z lewej jest już tylko przepaść...

Kto był na Krecie, wie, że i tam można znaleźć takie drogi, nie brakuje ich również w Maroko. W okolicach Agadiru są takie dwie. Jedna wiedzie na południe, do berberyjskiej wioski Tafraout, druga na północny zachód, do wodospadów Ouzoud. Obydwie zaznaczone są na mapach jako drogi widokowe. Z pełnym impetem suną po nich ciężarówki, w dole przepaść, wyjątkowo ostre zakręty. Oj, nie ma łatwo. Dlatego też, przed wypożyczeniem auta, trzeba dokładnie  sprawdzić, czy wszystko jest w nim w porządku. Wbrew pozorom, to, że powinno być całkowicie sprawne, nie jest takie oczywiste.

Kreta

Ani ja, ani żaden z moich znajomych nie miał nigdy „dziwnych zaręczyn”. Bywały, co prawda, cygańskie orkiestry pod oknami, kwiaty karkołomnie zrzucane z dziesiątego piętra (oczywiście bez doniczek) i podobne tego rodzaju ekscesy.

Najlepiej jednak poznać się w nieco trudniejszych sytuacjach, kiedy wszystko jest już na tyle dziwne, że potem już nic zdziwić nie może.

Może marokańska droga jest dobrym miejscem? Znam parę, która poznała się właśnie w tej części Afryki. Ona, chciała wrócić do Marakeszu z południa, on zamierzał jeszcze trochę pochodzić po górach. Na przełęczy przez którą biegła droga zszedł jednak śnieg. Ona musiała zostać. Do Marakeszu w ciągu najbliższego tygodnia nie dotarła, doszła do jednak do ślubnego ołtarza.  Na szczęście życie płata także cudowne niespodzianki!

Bardzo Wesołych Świąt! Spokojnych, choć pełnych niespodzianek.

Komentarzy: 5
Wakacje w Agadirze a trzesięnie ziemi

Wakacje w Agadirze. Trzęsienie ziemi we Włoszech. Co te dwie rzeczy mają do siebie? Niewiele osób o tym wie, ale bardzo, bardzo dużo.

Wczoraj zadzwoniła moja przyjaciółka Kaśka i powiedziała: Asia straszne to trzęsienie ziemi we Włoszech. Od dzisiaj bardzo boję się trzęsień ziemi. To chyba naturalne, że słuchając takich tragicznych wiadomości, natychmiast myśli się o tych wszystkich ludziach, którzy stracili życie, domy, bliskich. Gdzieś na dnie duszy pojawia się lęk i że nas to mogło spotkać, pojawia się też radość, że tym razem nie trafiło na nas. Dzisiaj miałam pisać o cudownych podróżach poślubnych,  i, wbrew pozorom, właśnie o pięknych podróżach będzie.

Kilka dni temu spotykałam się z Czytelnikami moich książek w Czekoladziarni we Wrocławiu. Po spotkaniu podeszła do mnie urocza para i zapytała: szukamy miejsca na piękną podróż poślubną. Może Pani coś poradzić?

Zarówno Ona, jak i On wyglądali niezwykle subtelnie.
- Może na Kretę? – zaproponowałam.
Skrzywili się.
- Że niby Kreta za normalna? Za zwykła? – zauważyłam.
- No właśnie – odpowiedzieli. Ja akurat uważam inaczej. Co prawda kurorty na Krecie, pełne rozwrzeszczanych turystów nie różnią się niczym od podobnych kurortów w Egipcie czy Tunezji, sama wyspa jest magiczna i absolutnie olśniewająca pięknem. Niemal zapierająca dech. Wystarczy tylko wsiąść w samochód i pojechać w głąb wyspy.
- To może do Indii? – rzuciłam kolejną propozycję – Tylko, że tam bywa dość brudno.
- Nie, nie, wolelibyśmy coś bardziej komfortowego – powiedział On.
- To jedźcie do Maroka. Maroko jest piękne, komfortowe, bezpieczne.
- Na pewno bezpieczne? – upewnili się.
- Na pewno – odpowiedziałam i rozpoczęłam dłuuuugi wywód o Maroku, który za chwilę czeka i Was. 

Kilkanaście dni temu, zupełnie nieoczekiwanie dostaliśmy propozycję wyjazdu do Maroka. Zapraszało tamtejsze ministerstwo turystyki, a organizatorem wyjazdu było biuro Sun&Fun. Byłam już w Maroko kilka razy, nigdy jednak nie trafiłam do największego i sumie jedynego prawdziwego kurortu w tym kraju, do Agadiru. Agadir leży nad samym oceanem i jego miejscem absolutnie niezwykłym. Właśnie z powodu trzęsienia ziemi.

W 1960 roku został gwałtowne wstrząsy zniszczyły całe miasto. W ciągu kilkunastu sekund zginęło wtedy ponad 15 tysięcy ludzi. 15 tysięcy ludzi w kilkanaście sekund! Wyobrażacie to sobie? W obawie przed epidemią cholery, to co zostało z miasta, zostało zrównane z ziemią. Aż trudno w to uwierzyć, kiedy dziś przylatuje się do Agadiru. To, co zobaczyłam tydzień temu, to odbudowana, luksusowa, turystyczna  metropolia, stworzona po to, aby w niej jeść, pić, leżeć nad basenem, leniuchować przy brzegu oceanu i może od czasu od czasu zapuścić się na suk, tutejszy tradycyjny targ.

Wzdłuż ogromnych i pięknie utrzymanych plaż ciągną się eleganckie hotele. Ich wnętrza często przypominają królewskie pałace. Swój pałac ma tu zresztą król Maroka. Fontanny we wnętrzach, wyłożone marmurami patia, wewnętrzne promenady. Wzdłuż brzegu oceanu setki, jeśli nie tysiące knajpek, kawiarni, barów i budek ze wszystkim co tylko może się zamarzyć. Na ogół przyjeżdża się tu na tydzień, dwa, żeby odpocząć, poleżeć nad basenem, przejechać się na wielbłądzie, wieczorem gapić się na ocean zza stolika jednej z takich restauracyjek. Marokańczycy posunęli się tak daleko w opiekowaniu się turystami, że plaże oświetlili niczym stadion olimpijski.

Mieszkaliśmy w hotelu Le Tivoli, do którego trafia większość polskich wycieczek. Można w nim spędzić wiele dni, nie wychodząc na ulicę. Balkony niektórych pokoi pozwalają na kontemplowanie piękna nieco oddalonej plaży, zamglonego portu i dumnie pływających do niego statków. W restauracji tony jedzenia, ale do tego tematu z różnych powodów wrócę za kilka dni.

Masaże, salon piękności, pub. Szkoda, że obsługa mówi głównie po francusku, pewnie przydałoby się nieco angielskiego, ale i z tym można sobie poradzić.

Agadir nie jest jednak złotą klatką. Na szczęście. Zaledwie kilka kilometrów od pełnego restauracji i kawiarni miasta, żądny przygód turysta trafi zupełnie w inny świat. Do samotnych wiosek, zielonych oaz i w krajobraz tak piękny, że z trudem daje się go opisać. Agadir nie jest więc zwykłym kurortem. Jest wspaniałym miejscem wypadowym do robienia wycieczek w południową część kraju.

Najpiękniejszą rzeczą jest w Agadirze jest jednak to, że pomimo niezwykle tragicznej historii, podniósł się – jakkolwiek górnolotnie to brzmi – jak Feniks z popiołów. Mam nadzieję, że podobnie będzie we Włoszech. Dziś jeszcze nie trzeba mówić więcej.

Do opowieści o Agadirze i Maroku powrócę. Jeździ tam tyle osób, że warto przybliżyć to miejsce. W końcu dziś, zniszczone niegdyś miasto to jeden z najpopularniejszych kurortów na świecie.

Komentarzy: 7
O potrzebie posiadania pałacu

Zaczęło się przedziwnie. Najpierw dotarły do mnie plotki, że pałac w Pieszycach nabyła para „obrzydliwie bogatych” Amerykanów. Ludzie opowiadali, że tajemnicze małżeństwo ma po prostu takie hobby.

Gdzie się nie pojawi, tam kupuje, a to zamek, a to dwór, a to pałac. Mimo że takie informacje zaintrygowałyby każdego, jakoś nigdy nie miałam czasu, żeby do Pieszyc się wybrać. Znałam co prawda tamtejszy pałac, wielki, barokowy obiekt, nazywany Wersalem Śląska. Nigdy jednak nie byłam w nim w środku. Przez lata stał zamknięty, opuszczony, smutny. Nie chciało mi się wierzyć, że ktoś, nawet najbogatszy będzie się „rzucał” na takiego zrujnowanego olbrzyma. Pieszyce naprawdę wymagały sporo pracy. Ale pewnego dnia góra przyszła do Mahometa. Nowi właściciele Wersalu Śląska sami mnie zaprosili do siebie. I muszę przyznać, że była to jedna z najbardziej niezwykłych wizyt, jakie w życiu udało mi się odbyć.

Ciekawe, czy jest ktoś, kto choć przez chwilę nie chciałby mieszkać w pałacu. Przechadzać się po wielkich komnatach, otwierać szerokie skrzydła drzwi, które prowadzą prosto na słoneczny taras. Ja bym tak chciała. Odkąd zaczęłam pisać książki o tajemnicach Dolnego Śląska, zawsze marzyłam o własnym zameczku, dworku, pałacyku. Aż do momentu, kiedy zaczęłam poznawać właścicieli zabytków, a przy okazji „zabytkowe” kłopoty. Również wizyta w Pieszycach wiele mnie nauczyła. Stróż otworzył wielkie drzwi, a naprzeciw wyszedł pan Stanley Hayduke, Polak, który ponad 40 lat temu wyemigrował do Stanów i wraz z żoną Alicją mieszka na stałe w Las Vegas. Prowadzi tam firmę, która pozwala mu na takie inwestycje jak pałac w Pieszycach. Co prawda, wbrew plotkom, nie skupuje dla kaprysu zabytków, jednak w Pieszyce włożył sporo. I pieniędzy, i życia.

Różnie sobie można wyobrażać pana na pałacu. Niektórzy są zarozumiali, zbyt pewni siebie, choć poznałam i takich, którzy z własnym zabytkiem związali się jak mąż z żoną, na dobre i na złe. Często pozbawieni już pieniędzy, ku zgrozie konserwatorów, wstawiają w zabytkowe okna plastykowe ramy, łazienki wykładają PCV, a na pokojach ustawiają meble z IKEI.

Ale pan Stanley mnie zaskoczył. Co za niepoprawny romantyk! Najpierw jednak o wnętrzach. Czegoś takiego jeszcze nie widziałam! Setki malowideł, marmury, barwy tak intensywne, że nie wiadomo na czym skupić oczy. Detale pomalowane złotą farbką. Wśród nich łacińskie sentencje, portrety, w tym także pani Alicji Hauyduke. Czemu tak akurat? Ponieważ Stanley wymyślił sobie, że na świecie jest za wiele przemocy, że świat należy czynić lepszym, żyć w zgodzie z samym sobą i nikomu nie robić krzywdy. Dlatego na ścianach nie ma żadnych scen wojennych czy przedstawień strasznych wydarzeń. Domowy jabłecznik pan na pałacu zaserwował osobiście, podobnie kawę. Rozmawialiśmy o ezoteryce, tajemnicach podświadomości i o tym jak osiągnąć wewnętrzny spokój. Niewiele o pieniądzach, wiele o marzeniach. I o kłopotach, jakie wiążą się z pracą w takim olbrzymie.

Nie wiadomo, ile jeszcze potrwa remont pałacu. Ten wielki, barokowy zabytek ma 3 tysiące metrów kwadratowych powierzchni. Apartament pana Stanleya jest w sumie niewielki (choć pewnie zmieściłoby się w nim kilka kawalerek), choć łazienka została ozdobiona w sposób tak pełen przepychu, że nie przez pierwszą chwilę trudno było mi odnaleźć drogę w tym gąszczu detali. Sam pałac ma ponad 60 pokoi.

Kto ma ochotę, może część wnętrz obejrzeć w galerii na stronie pałacu zamekpieszycki.pl, a te, które pokazuję dzisiaj zrobił Krzysztof Góralski, fotograf, który robi zdjęcia do wszystkich moich książek. Pan Hayduke, chce, żeby malowidła na ścianach uczyły młodzież łagodności, żeby sprawiały, że wszyscy którzy je oglądają coś w sobie są stanie zmienić. Nie wiem, czy mu się uda. Ale spodobał mi się ten pomysł, tak różny od pomysłów urządzania luksusowych spa w starych zamkach. Polubiłam właściciela Pieszyc. Polubiłam jego pomysł. Sama jestem niepoprawną romantyczką, choć staram się stać mocno na ziemi. Lubię bywać w pałacach, choć wiem już jaką pracą u podstaw jest przywracanie ich do świetności.

Właśnie kończę kolejną książkę. Będzie rozszerzoną o wiele obiektów wersją książki „Tajemnice, zamki, podziemia. Przewodnik, jakiego nie było”. Może jeszcze przed jej drukiem uda mi się od Was dowiedzieć, które zamki i pałace na Dolnym Śląsku lubicie najbardziej? Co myślicie o ich właścicielach?

Komentarzy: 12
Leningrad czyli kac w tropikach

Dokładnie pamiętam trupy izraelskich ochroniarzy. Było ich trzech. Leżeli bezwładnie na podłodze, a ja ledwo żywa przeszłam po nich i jakimś cudem dotarłam do pokoju. Ochroniarzy powaliła polska wódka.

Była to jedna z moich pierwszych podróży, niemal tuż po studiach wymieniali mnie z młodzieżą z Niemiec i Izraela. Polska wymiana zadbała oczywiście o wszystko i do Izraela przywiozła domową produkcję wujka jednego z kolegów. Nikt temu nie dawał rady, mnie – jako, że jestem w tych sprawach dość ekonomiczna – ścięło dość szybko, koledzy trwali natomiast do końca. Ochroniarze, choć przepisowo masywni i pod bronią, również polegli pod ciężarem wujowych wynalazków. Te ich zwłoki pamiętam do dzisiaj. Rano zresztą wcale nie wyglądali lepiej.

Podróżowanie nie jedno ma imię i nie jeden zapach. Nierzadko ma także ostry smak spirytusu, bimbru, taniego wina, albo na odwrót, luksusowego szampana. Zanim opowiem o podróżowaniu na rauszu, muszę się wytłumaczyć, skąd taki pomysł na opowieść. Wczoraj, w nieoczekiwaną podróż alkoholową zabrali mnie Mariusz Kiljan i Tomasz Mars. We Wrocławiu trwa właśnie 30. Przegląd Piosenki Aktorskiej, podczas którego zaprezentowany został muzyczny spektakl „Leningrad”. Dwaj aktorzy wraz z zespołem zaprosili mnie (i oczywiście innych widzów, w tym dwóch – jak mawiała moja babcia – „sztywnych jak koci ogon” krytyków) na imprezę w pewnym leningradzkim mieszkaniu. Hulankom towarzyszyły dźwięki muzyki słynnej, wyklętej przez władze, grupy Leningrad. I choć szłam do teatru z „lekką dozą niepewności”, przecież śpiewać po polsku piosenki Leningradu to tak, jakby ktoś za granicą chciał zaśpiewać po swojemu Kazika i Kult. Też niby byłoby na żywo, ale „prawie” czyni różnicę. Z każdym utworem jednak alkoholowa impreza, to śmieszna, to straszna, wciągała mnie coraz bardziej i zmusiła do wspomnień na temat „Alkohol a podróżowanie”. Pominę tu oczywiście zwykłe imprezy, prywatki, imieniny u cioci, a nawet wesela, pod koniec których większość gości zasypia w bigosie. Tu chodzi o coś więcej.

Zanim nasza polska drużyna wykończyła izraelskich ochroniarzy, sama odbyłam pierwszą poważną podróż alkoholową do przystanku Gubałówka. Odbywała się tam impreza, w której będąc młodą dziennikarką, musiałam wziąć udział. Pamiętam, że przygrywała orkiestra góralska, a słynny Stanisław Marusarz opowiadał o swoich przygodach. W pewnej chwili podszedł do mnie jakiś góral i zapytał mnie więcej tak: a panienka pije po górolsku cy po literocku? Jako jeszcze nie zaprawiona podróżniczka nie do końca rozróżniałam niuanse, ale zdrowy rozsądek podpowiedział logicznie, że „po górolsku” może mnie zabić. „Po literocku” zakrzyknęłam radośnie (już czułam się literatką), a ci wyjęli literatkę właśnie i nalali do pełna. Człowiek jest ambitny. Wypiłam. Z tej imprezy pamiętam dwie rzeczy. Że czyjeś miłe, silne ręce zaniosły mnie do łóżka, i że w ostatniej chwili przytomności zobaczyłam jak sześcioosobowa orkiestra góralska pcha się do małego fiata z instrumentami i obwieszając go niczym winogrona zjeżdża w dół. Tak zakończyła się moja przygoda ze spirytusem tatrzańskim. Podróżując po świecie uwielbiam kosztować różnych rzeczy. W przeciwieństwie do tych, którzy na drugi koniec świata wloką próżniowo pakowane bułki, lubię brudne knajpki na ulicach Indii, Maroka, Kambodży czy Wietnamu. W klimatyzowanym hotelu nigdy nie dotyka się prawdziwego życia. Opinię tę podziela wielu podróżników, stąd w Laosie na przykład dochodzi do licznych eksplozji związanych z nadmierną ciekawością turystów. Specjałem, którego nikt nie może sobie odmówić jest w Laosie lao-lao. Wódka pędzona na ryżu nie byłaby może niczym niezwykłym, gdyby nie to, że kiedy zostanie już przelana do butelki, wytwórca dorzuca jeszcze ze dwa, trzy ziarenka surowego ryżu. Zabieg ten czyni napój bardziej gazowanym, niby szlachetniejszym, niemniej jednak, nieoczekiwanie potrafi po dobie eksplodować. Widziałam na własne oczy Angielkę, której podczas zakupów na targu nieoczekiwanie z torby wyskoczyła gwałtowna fontanna. W Wietnamie natomiast spotkałam się z czymś kompletnie niezwykłym i wtedy dla mnie szokującym. Trafiliśmy pewnego dnia do restauracji, w której wódkę podawano z dodatkiem...uwaga, tak zwanym obrzydliwym nie radzę tego czytać – krwi miesięcznej dziewicy. Restauracja miała zgodzone dziewice, które dostarczały odpowiedniego towaru, ten zaś po kropli dolewany do kieliszka miał być cudownym lekiem na potencję.

W Gambii zaś trafiliśmy do magika nazywanego w okolicy wujkiem Samem, który bimberek produkował na podwórku, w dwóch beczkach – jednej zdaje się po ropie czy czymś takim, drugiej totalnie nieznanego pochodzenia. Jeśli ktoś ją rozpozna na zdjęciu, stawiam w prezencie jedną z moich książek. Ale skoro już przy wszelkich olejach jesteśmy.... Romek Koperski, znany podróżnik, eksplorujący głównie Syberię, opowiadał kiedyś, że czasami dodają tam do wódki kroplę oleju napędowego, bo w ten sposób szybciej ścina. No cóż, co kraj to obyczaj. Podobno jacyś zdesperowani naukowcy pędzili kiedyś na Spitsbergenie bimber z makaronu. Jak powszechnie wiadomo nic tak nie odkaża i oczyszcza organizmu jak ekologiczne picie i jedzenie. Najbardziej ekologiczne jest podobno zaś to, co rośnie i powstaje blisko nas czyli w naszym środowisku.

Takie to przemyślenia naszły mnie po wczorajszym spektaklu. W życiu wszystkiego trzeba spróbować, choć nie zawsze dobrze się to kończy. Muszę podziękować Mariuszowi Kiljanowi, głównie jemu, bo niemalże ukradł całe wczorajsze przedstawienie. Niesamowicie żywiołowy – normalny człowiek dostałby już dawno zadyszki, gdyby robił to co on na scenie – a taki co nie oszczędza się alkoholowo na pewno. Marcin Osman, mój kolega i świetny fotoreporter, który dziś wraca z dalekiej wyprawy na Syberię, gdzie – jak pisał w listach – z myśliwymi mieszkał w 45 stopniowych mrozach, wspominał, że jeden z takich myśliwych miał wielkie szczęście. Jego siostra pracowała u dentysty, więc w chwilach deficytu przyniosła z gabinetu spirytus. Picie w mrozach jest zdrowsze niż w tropikach. Nikomu nie życzę kaca w wilgotnym upale. Na ludzi ciekawych życia czyha naprawdę wiele pułapek.

Komentarzy: 2
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 |

NAJNOWSZE WPISY

NAJNOWSZE KOMENTARZE

O MNIE

Joanna Lamparska

Joanna Lamparska - szuka skarbów, podróżuje, pisze książki o tajemnicach i niezwykłych miejscach. Zakochana w Dolnym Śląsku.

Mój profil w iWoman.pl

KATEGORIE

ARCHIWUM