iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Schodzimy do krypty, czyli skarby są wszędzie

      W świecie eksploracyjnym dzieje się ostatnio tak dużo, że trudno to wszystko ogarnąć. Dotyczy to także Sieniawki, w której z dnia na dzień pojawia się coś nowego. Kilka dni temu, sporo ciekawych informacji przekazał Jerzy Rostkowski, wszystkim znany badacz tajemnic II wojny światowej i nie tylko.

    Wielkie dzięki, i cieszę, że Jerzy znalazł na to czas, mimo, że pędził do drukarni ze swoją nową książką, w której jak mi powiedział „czarno na białym” wyłożył wiele sensacyjnych faktów związanych z archiwum Monte Cassino oraz ....instalacjami atomowymi na terenie okolic Wałbrzycha. Będzie się działo... Do Sieniawki jeszcze wrócimy, za chwilę będę rozmawiać z paniami, które pracowały tam w czasie wojny, dzisiaj jednak chcę zejść do zupełnie innego skarbu.

     Odkryłam go zaledwie kilka dni temu, dzięki Łukaszowi Kazkowi, który jest jednym z tych wariatów, dla których tajemnica jest chlebem codziennym. On właśnie zabrał mnie tutaj, chociaż - jak się okazuje - to miejsce znane było niektórym od dawna.

    W 1963 roku Jacek Wilczur z Komisją Badania Zbrodni Hitlerowskich szukał w tutejszych podziemiach dokumentów związanych z projektem „Riese”. To krypty pod kościołem św. Jadwigi w Walimiu.

     Nie zdawałam sobie sprawy jaki skarb drzemie pod tą świątynią. Aż się prosi, żeby mogli go podziwiać i poznawać dzięki niemu historię okolicy wszyscy, którzy tu przyjeżdżają. Kiedy tam weszłam, natychmiast mi się zamarzyło, żeby każdy turysta, który wędruje pomiędzy zamkiem Grodno w Zagórzu Śląskim a podziemnymi fabrykami w Walimiu, mógł zajrzeć właśnie tutaj i poznać skomplikowane dzieje tego miejsca. 

     Kościół św. Jadwigi został wzniesiony w XVIII wieku przez rodzinę Zedlitzów. Pierwszym pastorem był tu Scholtz ze Zbylutowa koło Lwówka Śląskiego. Oczywiście, piękne wnętrze samego kościoła, jak i epitafia w przedsionku, są dostępne dla wszystkich. Ale jest jeszcze cudowna wieża, w której trzysetletnie deski trzeszczą i powoli zaczynają się buntować. Weszliśmy z księdzem na samą górę, przeskakując z drabiny na drabinę, zawieszając się niczym dzwony i czytaliśmy kolorowe zapiski na drewnie sprzed stu i więcej lat. Stare mechanizmy zegarów i dzwony wyglądają naprawdę niesamowicie w takim wnętrzu. I pewnie w takie miejsce nigdy nie wejdzie turysta, bo ileż by trzeba środków, żeby to wszystko doprowadzić do bezpiecznego ładu (chociaż może ktoś ma jakiś pomysł?), ale krypta jest już znacznie łatwiejsza do udostępnienia. 

     W kościele św. Jadwigi, pod wieżą  chowani fundatorzy kościoła i dawni panowie okolicy. Leżą tu Zedlizowie i ostatni pan Walimia Wideldorf z rodziną. Jeden z najciekawszych pochówków to 15 - letni syn Zedlizów, który zginął w pojedynku w Berlinie w 1863. Chłopiec został pochowany z ....łasiczką. Ciała są świetnie zachowane, niektóre z nich zostały jednak zbezczeszczone. Zaraz po wojnie do krypty dobrali się szabrownicy, złodzieje szukali kosztowności, stąd uszkodzone wieko jednej z trumien, stąd inna, zupełnie rozwalona trumna z ciałem w takim stanie, że lepiej nie opowiadać. 

     Ale, jakby na to nie patrzeć, to spory kawał historii. I to łączący dwa obiekty, zamek Grodno, który przecież należał do Zedliztów i podziemnie fabryki Walimia, których dokumentacji szukała właśnie w tych podziemiach Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich. Panowie włodarze, może byc tak pomyśleć o nowej atrakcji, o odkryciu kolejnej kartki z dziejów Gór Sowich?  



Komentarzy: 3
Sieniawka; nowy trop w sprawie podziemnej fabryki

     

    Łużycka Grupa Poszukiwawcza idzie jak burza! Poszukiwacze odnaleźli właśnie dwóch, bardzo ważnych dla całej sprawy świadków.

     Pierwszy z nich to kobieta pochodząca z Francji. W czasie II wojny światowej została przywieziona do Zittau na przymusowe prace. Od 1940 roku do 1945 pracowała w zakładach Zittwerke, ale w Zittau czyli w Żytawie, gdzie produkowane były pociski do karabinów lotniczych. Kiedy w pobliżu były już radzieckie wojska, jeden z Niemców, którzy pilnowali pracowników powiedział do tej pani:

     W Sieniawce wszystko musi iść szybko pod wodę, zanim dotrą tu Ruscy.

    Wszystko musi iść pod wodę? Co? Zdaniem ŁGP to kolejny dowód na to, że duże podziemne obiekty rzeczywiście się tu znajdują, że nie sa tylko legendą.

    Nie wiadomo skąd bierze się woda w podziemiach budynków na terenie dawnych koszar w Sieniawce. Jest jej mnóstwo. Ciągle też nie udało się znaleźć nurków, którzy mieli penetrować zalane, podziemne hale. Zresztą cała ta historia znajduje się w poprzednim „odcinku”. Za chwilę ruszy internetowa strona Łużyckiej Grupy Poszukiwawczej (swoją drogą Panowie, pospieszcie się trochę!) i na bieżąco będzie można śledzić to co dzieje się w Sieniawce. Do mnie zaś, zupełnie nieoczekiwanie, wrócił podziemny Wrocław, ale o tym za chwilę.
 

Komentarzy: 0
Podziemia w Sieniawce, czyli na tropie tajemnicy

     27 hektarów tajemnicy. Wielkich budynków, łąk i prawdopodobnie podziemnych obiektów. Tych, dla poszukiwaczy najciekawszych. Jednym słowem: Sieniawka, ta koło Bogatyni.

     Ta sprawa sama mnie znalazła. Poprzez ten blog. Jakiś czas temu napisali do mnie poszukiwacze z Łużyckiej Grupy Poszukiwawczej i tak długo nie odpuszczali, aż musiałam zainteresować się Sieniawką. Eksploratorów z Bogatyni skontaktowałam z Sowiogórską Grupą Poszukiwaczą i panowie ruszyli w teren. W sobotę odbył się pierwszy rekonesans i muszę powiedzieć, że nie sposób ulec w tamtym miejscu magii tajemnicy. Mimo, że nieco tam ponuro.

    Po dojściu Hitlera do władzy,  w XIX – wiecznych koszarach w Zittau, czyli w Żytawie został ulokowany 1 Batalion 52 Pułku Piechoty. W 1938 roku pomiędzy Porajowem a Sieniawką rozpoczęła się budowa nowych koszar dla 102 pułku kawalerii. Całą tę historię można odnaleźć na stronie http://www.bogatynia.dwr.pl/koszary.html , dla nas ważny jest jednak kolejny etap. W sierpniu 1943 roku Junkers Flugzeug und Motorwerke A.G. Dessau (Junkers Lotnicze i Silnikowe Zakłady S.A. Dessau) zainteresowały się Sieniawką i tutejszymi koszarami. Zostały one zajęte, zaczęły być rozbudowywane, do wielkiego i tak kompleksu, doszły jeszcze stacje benzynowe, hamownia silników (jak się teraz okazało, niezwykle dla zbadania całej historii ważna) i bocznica kolejowa.  Tak powstały zakłady Zittau S.A. Pod koniec 44 roku produkowano tu turboodrzutowe silniki do Messerschmitów, podzespoły do Junkersów, w fabryce pracowali jeńcy z wielu krajów: Polacy, Rosjanie, Belgowie i Francuzi.

     Po wojnie o Zittawerke zaczęło krążyć mnóstwo legend. Opowiadano, że znajdują się tu spore podziemia, m.in. ogromna hala, całkowicie zalana pod koniec wojny. Podczas sobotnich badań, poszukiwacze z Łużyckiej Grupy Poszukiwawczej pokazywali tzw. „podejrzane miejsca”. Tak w ogóle, chylę czoła przed ich ciężką pracą, bo jeszcze nigdy nie wiedziałam, żeby ktoś, w ciągu dwóch miesięcy, zgromadził tyle materiałów i tyle relacji. Ale panowie z LGP Bogatynia są tak pozytywnie zakręceni i tak pełni pasji, że nie ma siły, żeby tajemnice nie dały im w końcu wydrzeć. Podczas rekonesansu oglądaliśmy miejsce, w którym, jak wynika z opowieści, powinien znajdować podziemny tunel, koło hamowni silników również znajduje się wejście do tunelu, niemalże całkowicie zasypane. Dawne koszary bardziej przypominają szpital, a – oczywiście, jak w takich miejscach – krąży również opowieść, że tutaj właśnie przeprowadzano okrutne eksperymenty medyczne. 

     Najciekawsza informacja pochodzi jednak z 1970 roku. Wtedy właśnie do Sieniawki mieli przyjechać nurkowie, którzy weszli do ogromnej, zalanej, podziemnej hali. Nie został po tym zdarzeniu ani jeden dokument, dyrektor Witek, który rzekomo ściągnął nurków, już nie żyje.  

    Taką informację trudno dziś zweryfikować, minęło w końcu prawie 30 lat, ale to, na szczęście, jeszcze nie tyle, żeby nie można było odnaleźć tamtych nurków. Może ktoś z Was ma jakieś informacje, które mogłyby pomóc Łużyckiej Grupie Poszukiwawczej? Jeśli tak, podaję maila do poszukiwaczy:  lgpbogatynia@interia.pl 

Przecież, jeśli rzeczywiście pod fabryką znajdują sie hale i inne podziemia, to również w nich musiała odbywać produkcja. Produkcja czego? Dlaczego podziemia zostały tak skutecznie zamaskowane, i dlaczego jeden z badaczy tajemnic tego miejsca usłyszał kiedyś od starszego Niemca; nigdy nie wejdziecie do Sieniawki. Ale pytań jest jeszcze więcej i jeśli tylko dostanę zgodę od łużyckich poszukiwaczy, chętnie będę o tym pisała.

     Muszę przyznać, że wizyta w Sieniawce zrobiła na mnie spore wrażenie. W jednym z budynków mieści się szpital dla nerwowo i psychicznie chorych, miejsce wyjątkowo ponure. Ale pozostałe obiekty są puste, w koszarach znajdują się jeszcze rysunki i napisy po niemiecku, chodziliśmy po tych opuszczonych miejscach ponad trzy godziny. To miejsce musi ukrywać jaką tajemnicę, ale myślę też, że samo w sobie jest niezwykle interesujące. Pisałam niedawno o wyjeździe do Zagłębia Ruhry. Tam, z takich właśnie miejsc, robi się niezwykłe i popularne muzea. Tak mogłoby być i tutaj. Mam nadzieję, że zdjęcia, choć nie do końca oddają atmosferę tego miejsca.

 


 

Komentarzy: 6
Szaber, czyli gdzie są skarby

     Zaraz po wojnie Plan Grunwaldzki we Wrocławiu zamienił się w wielkie targowisko nazywane popularnie szaberplacem. Tutaj handlowano, albo wymieniano to wszystko, co można było znaleźć w poniemieckich domach. Oczywiście, robili to „detaliści”, hurtownicy, czyli Armia Czerowna i jej brygady zdobyczy wojennych załatwiały sprawy w zupełnie inny sposób.

Czerwone kozaczki

    Pan Jerzy Krajewski z dworu w Mniszkowie opowiedział mi niedawno, jak odwiedził wrocławski szaberplac. Nie pamiętam, co miał kupić, coś niedużego, ale wielkie połacie różnych pięknych, a i praktycznych, przedmiotów, były tak uwodzicielskie, że w końcu dokonał nieco większych zakupów. Zdaje się, zaopatrzył się, m.in. w dywan. I powędrował na wrocławski dworzec, żeby dostać się do domu.

     Na dworcu tłumy, pociągi pełne ludzi, nie ma gdzie wcisnąć nawet szpilki, pasażerowie stoją sobie na głowach (sama pamiętam jeszcze jak byłam dzieckiem, mimo, że czasy już były inne, ale mój Tato też mnie tak upychał w pociągu, kiedy jechaliśmy na wakacje). I nagle na dworzec wbiegła młoda dziewczyna w – co pan Krajewski dobrze zapamiętał – w czerwonych kozaczkach.

     Dziewczyna, jak to w tamtych czasach, miała mnóstwo tobołów, podbiegła pod okno i prosiła, żeby ktoś pomógł jej wejść. Była młoda, ładna, prosić długo nie musiała. Panowie ściśnięci na korytarzu zabrali tobołki i zaczęli ją wciągać przez okno. Ale coś im nie szło. Dziewczyna nie potrafiła tak się jakoś zaprzeć, żeby do tego pociągu się wtarabanić. I nagle, na peronie, pojawił się jakiś młodzieniec, o lekko – nazwijmy to – wschodniej urodzie. Ktoś na niego krzyknął, a ten podbiegł do pociągu, żeby wepchnąć dziewczynę do środka. Chwycił ją za nogi, podsadził, a następnie wrzucając ją jak tobołek do pociągu, zgrabnym ruchem zerwał jej te czerwone kozaczki i ...uciekł.

Tajemnice ukrytych skarbów 
      

      Ta historia przypomniała mi się, kiedy w ubiegłym tygodniu spotykałam się z Czytelnikami w różnych miastach Dolnego Śląska. To zawsze są niezwykłe spotkania i często trudne, bo jak opowiadać o skarbach i tajemnicach, kiedy na sali siedzą zupełnie młodzi ludzie a obok tacy, którzy już opisywane przeze mnie historie znają z własnego życia? Ale właśnie ten drugi rodzaj Czytelnika często przekazuje naprawdę niezwykłe informacje. Chociażby tę o pałacu w Kamieńcu Ząbkowickim.

     Ten pałac zna każdy miłośnik zabytków, jeżeli nie w Polsce, to na pewno na Dolnym Śląsku. Ufundowany został przez królewnę Mariannę Orańską, znaną skandalistkę (ale w tym dobrym słowa znaczeniu; Marianna rozwiodła się z niekochanym i brutalnym mężem, Albrechtem Pruskim i poszła za głosem serca wiążąc się ze swoim, znacznie subtelniejszym od męża, koniuszym. Urodziła mu nawet dziecko i , co w XIX wieku było raczej trudne do pomyślenia, wcale się nie kryła z posiadaniem pozamałżeńskiego potomka). W 1945 roku, kiedy do Kamieńca weszli Rosjanie, najpierw go skutecznie rozgrabili a potem podpalili. Z różnych relacji wiadomo, że pałac płonął dwa tygodnie, a żołnierze strzelali do wszystkich, którzy chcieli go gasić. W ruinę, którą dziś jest Kamieniec, miał go obrócić tamten pożar. Tymczasem, na spotkanie w Niemczy przyszedł Pan, który jako chłopiec był w pałacu tuż po wojnie.
     - Nieprawda, że pałac został spalony, że spaliły się meble i obrazy – mówił – Kiedy chodziłem po pałacu, stało tam jeszcze mnóstwo mebli, na ścianach wisiały obrazy i kilimy, choć oczywiście były w bardzo kiepskim stanie. Te wszystkie rzeczy zostały po prostu potem rozszabrowane.

 Co znaleźli w podziemiach?

     W tej samej Niemczy Czytelnicy opowiadali o podziemnym obiekcie, który ma się znajdować na obrzeżach miasta. W Strzegomiu dowiedziałam się o podziemnej fabryce w pobliskim Goczałkowie, zaś w Kudowie o dość interesujących miejscach w okolicach Dusznik Zdroju, w których znajdowały się skrytki, potem odnalezione i dokładnie przepatrzone. Co stało się z dobrami, które były tam zdeponowane?
     I tu znowu pojawiła się ciekawa informacja od jego z Czytelników. Jego zdaniem – choć oczywiście  to nie odkrycie Ameryki – wiele z ukrytych skarbów, po przejściu Armii Czerwownej, po polskich komisjach rewindykacyjnych, po szabrownikach, szukały służby bezpieczeństwa i to ich pracownicy mogliby powiedzieć najwięcej. I to nie o szukaniu, a o znajdowaniu.
     Po tygodniu takich intensywnych rozmów i spotkań, w weekend trafiłam do Sieniawki, gdzie miłośnicy historii w niemal zawrotnym tempie przygotowują się do zbadania tamtejszych tajemnic. W czasie II wojny światowej w Sieniawce znajdowała się filia obozu Gross Rosen a także fabryka broni. Do końca nie wiadomo co tam produkowano, ale jak wynika z licznych relacji, fabryka powinna mieć spore podziemia, w tym ogromne podziemne hale. Wokół fabryki, która ciągnie się na obszarze 27 ha (jest więc co badać) narosło wiele mitów. Ale już pierwszy rekonesans w terenie był niezwykle obiecujący. Jednak o tym, co tam widzieliśmy, za parę chwil... Prawdziwe tajemnice na ogół długo czekają na rozwiązanie.

Komentarzy: 1
Rybka lubi pływać, czyli Złota Woda w Górach Sowich

     Jak ja lubię takie miejsca! Myślałam, że na Dolnym Śląsku znam je prawie wszystkie, a tu okazało się, że nie. Nieoczekiwanie trafiłam do świata, jaki pamiętam z pierwszych wypraw na skarby. Odwiedzałam wtedy domy poszukiwaczy pełne różnych cudownych przedmiotów. I teraz znowu znalazłam się w takim sezamie.

     W wielkiej drewnianej chacie, wśród kolekcji starych odbiorników radiowych, nart, kubków, garnków, monideł – wiecie, co to monidło?, świętych obrazków, makatek i lamp naftowych. Zliczyć się tego nie da. A że jeszcze dostałam tu dobrze zjeść, to czego mi więcej trzeba?

    Lubię odnajdować miejsca, które są inne niż wszystkie, choć o inność teraz bardzo łatwo. Trudniej o normalność. Ale Złota Woda w Łomnicy okazała się mieć prostotę i taką normalną, ciepłą inność. Coś takiego, że polubiłam to miejsce od pierwszego wejrzenia. Niby to zwykłe łowisko ryb.

Kiedyś podobno stała tu tylko mała budka. Teraz, nad kilkoma, bardzo malowniczymi stawami, czuwa spora drewniana karczma, z kominkiem pośrodku i tymi wszystkimi starociami, gromadzonymi od wielu lat. A ponieważ wpadł nam pomysł na taką troszkę inną książkę o Górach Sowich, zajrzałam i tutaj. 

     Szczerze mówiąc to im od razu pozazdrościłam. I to bardzo. Kiedy byłam bardzo, bardzo mała, w naszym domu stało jeszcze takie wielkie radio z gramofonem z otwieraną klapą. Jeśli pamiętam jakieś dźwięki z dzieciństwa, to włoskie płyty, skrzeczące i stare, odtwarzane właśnie na tym gramofonie. Potem mój Tato go wyrzucił, bo nie miał dla niego jakiejś wartości. Szkoda wielka... Ale jest coś czego pozazdrościłam jeszcze bardziej.

Kilka lat wymyśliłam sobie Muzeum Przestróg, Uwag i Apeli, czyli starych tablic BHP z różnych zakładów pracy. Te pozbierane mozolnie, a potem zwożono już przez turystów, tablice, wiszą dziś w Kopalni Złota w Złotym Stoku. Ale takich jakie mają w Złotej Wodzie w Łomnicy jeszcze nie widziałam! Zbiór może nie jest imponujący ilościowo, ale spójrzcie na tablicę, której zdjęcie widać obok. Wierzyć się nie chce po prostu!
No i jeszcze te dwie przepiękne tace w kształcie ryb. Jaki kawał Dolnego Śląska tutaj wisi! Ile historii!

     No a teraz parę słów o jedzeniu. Pstrąg w soli, smażony prawie bez tłuszczu - pycha. A do niego ...kolejne odkrycie. Ciemny chleb na zakwasie z dodatkiem lnu i orzechów włoskich, pachnący domem, leciutko lepki i uginający się w palcach. Po prostu palce lizać. Trzeba przyznać, że my Dolnoślązacy naprawdę potrafimy. Ten chlebek robiony jest w Raszowie, w miejscu, które nazywa się, a jakże inaczej, Domem Pachnącym Chlebem. Napchaliśmy się tym chlebem nieprzyzwoicie, nie radzę nikomu siadać w pobliżu, jeśli jest się na diecie. Ale jeśli dieta Was nie obowiązuje, a badanie tajemnic chcecie połączyć z przyjemnościami prostego stołu, to jako lokalna patriotka zapraszam w nasze Góry Sowie. W taki ponury listopad warto sobie zrobić jakąś małą przyjemność.

Komentarzy: 5
Czy cmentarz może umrzeć?

    

    Czy cmentarz może umrzeć? A jeśli tak, to jak wygląda takie umieranie?  

     Wczoraj, podczas wędrówki przez Góry Sowie (a pięknie jest tam teraz wyjątkowo - wszystko złoci się i żółci) nasz kolega pokazał nam zagubiony cmentarzyk. Ewangelicki, z grobami z przełomu XIX i XX wieku. Zarośnięty i samotny, leży zaledwie kilkanaście, tak, dokładnie kilkanaśnie metrów, od pewnego znanego zabytku. Nie ma go na mapach, w przewodnikach ani w tzw. poważniejszych publikacjach. Zupełnie, jakby nikt o nim nie wiedział. Albo wiedzieć nie chciał. Wśród starych drzew, wzdłuż cudownej, lipowej alei, z wciśniętymi w serca samosiejkami stoją niewielkie groby, albo wyzierają otchłanie wielkich krypt. Przez dziury widać w nich fragmenty trumien a nawet kości. Ktoś tu kiedyś był, grzebał w grobał, otwierał do nich wejścia, niszczył. Wygląda to...zresztą, co będę pisać, każdy wie, jakie to może wyglądać... 

     Ale jeszcze większe wrażenie zrobiły na mnie popękane tablice na grobach. Nie, żeby były popękane z tajemniczych powodów naturalnych. Ktoś, pastwił się nad nimi, musiał rozbić młotem, albo kamieniem. Mają w sobie te tablice coś bezbronnego, bo przecież zasłonić się nie potrafią, a ten, kto pod nimi leży, też zareagować nijak nie potrafi. Wygląda to tak, jakby kiedyś, cmentarz się komuś naraził. I ten ktoś musiał się na nim zemścić.  

     Specjalnie nie piszę, gdzie jest ten cmentarzyk. Specjalnie, bo ocalały tam płyty z białego marmuru, z misternie wykutymi napisami i sentencjami. Nie piszę, bo widziałam już takie tablice na innych dolnośląskich cmentarzach, a potem znikały gdzieś bezpowrotnie. Nie piszę, bo staram się nie używać brzydkich słów (nie zawsze wychodzi), ale do diabła, ta okolica, jak wszystkie inne, ma jakichś włodarzy. A jeśli kilka kroków dalej "robi się turystykę", to o takich miejścach zapominać nie wolno! Nawet nie ma co wspominać o szacunku do zmarłych. 

     Takich miejsc jest na Dolnym Śląsku bardzo wiele. W całej Polsce ich zresztą nie brakuje. Wiem, bo jeden z Czytelników przysłał mi niedawno zdjęcia podobnego miejsca z okolic Złotego Stoku.

     Od wczoraj wszystkie "żyjące" cmentarze toną w kwiatach i w blasku świec. Jeśli ktoś z Was trafi na taki zapomniany, przestańcie tam chociaż na chwilę.

Komentarzy: 4
Niebiesko mi, czyli może tak na chwilę do Rumunii?

     Niestety, do mojego komputera dotarł groźny wirus, z którym nie poradził sobie sam pan Kaspersky. Nie pytajcie, na jakie strony wchodziłam, bo nie wchodziłam na żadne takie... Którędy wirus się przecisnął, nie wiem, zafundował mi jednak kilkudniowy, solidny wypoczynek od pisania. 

     Miało być dzisiaj zupełnie o czymś innym, ale szybkimi krokami zbliżyło się Święto Zmarłych, więc postanowiłam zaprosić wszystkich podróżników na... Wesoły Cmentarz w Sapancie. Rumuni zaliczają go do dwudziestu  najwspanialszych miejsc na świecie, są nawet tacy, którzy twierdzą, że jego zwiedzanie jest atrakcją większą od podróży do egipskich piramid. No cóż, o gustach się nie dyskutuje, namawiam Was jednak, żeby do Rumunii (tak w ogóle Rumunia jest warta każdej podróży) pojechać. Do Wesołego Cmentarza nie jest daleko. Sapanta leży w Maramureszu, bukowej krainie, na północy Rumunii. Można tu dojechać z południa Polski w jeden dzień. I choć stosunek do śmierci nie zmienia się w tym miejscu, jak niektórzy twierdzą, to rzeczywiście można do niej nabrać nieco dystansu. 

     Na Wesoły Cmentarz trafiłam przygotowując dla „National Geographic” reportaż z Rumunii. Pierwsze wrażenie było naprawdę niezwykłe. Niewielka wioska i nagle to... Las niebieskich krzyży.

    Cmentarz zaczął tworzyć ponad 70 temu lat Stan Patras, miejscowy artysta, daleki kumpel Nicolasa Caucescu, człowiek lubiący wszelkie przejawy życia i żyjący tak, jakby śmierć nie istniała. Podobno lubił się napić, poplotkować, żona miewała z nim sporo kłopotów. Po nim krzyże przygotowywali inni artyści. Dziś wokół kościoła stoi 800 krzyży, na każdym zaś znajduje się kolorowy obrazek wyrzeźbiony w drewnie i krótki wierszyk, opisujący dokonania zmarłego, albo sposób w jaki rozstał się ze światem. Takie małe miasteczko, na każdym obrazku coś się dzieje.  

    Czasem to wydarzenie tragiczne, ale czasem zwykłe, codziennie.
Stan Patras musiał być niezłym łobuziakiem. O zmarłych pisał co sam uważał za słuszne. Na przykład, jak ktoś pił, to mu to wypominał. Ale w ten sposób ocalił historie wielu zwykłych ludzi od zapomnienia. 

    Jest kilka takich płaskorzeźb, które w Sapancie robią na mnie ogromne wrażenie.  Głównie swoją dosłownością. Widać na nich straszne sceny śmierci, żołnierz wpada pod pociąg, bandyci ucinają komuś głowę, ktoś topi się w rzece. Ale są i takie opowieści, w których więcej jest domysłów niż konkretów i one mają w sobie ten Wielki Smutek. Radosne dziewczynki z warkoczykami biegnące ulicą, które zaraz – co wiemy z wierszyków – zginą pod kołami samochodu. Pełne życia gospodynie domowe, które za chwilę zabierze Śmierć.

    Ponieważ Wesoły Cmentarz w Sapancie stał się w czasem atrakcją turystyczną, trzeba przy wejściu kupić bilet. Kiedy byłam tam pierwszy raz, cmentarza pilnowała niezwykle temperamentna, ubrana na czarno drobna, starsza pani, która z zadziwiającą, jak na swój wiek, werwą goniła za każdym, kto usiłował przedrzeć się do niebieskiego lasu bez biletu. Pamiętam, że raz zgubiła swój czarny bucik. Nawet nie zauważyła. Do dziś, kiedy myślę o Sapancie, wspominam sobie tę krzykliwą, nieprzystępną staruszkę, która, w gruncie rzeczy, miała w sobie bardzo dużo ciepła. Przypomina mi się tez przystojny syn miejscowego popa, który miał swoje wielkie marzenie. Chciał ożenić się z Catheriną Zetą- Jones. Kiedy mu wyjaśniłam, że Catherina ma już męża (w końcu czyta się te kolorowe gazetki, no nie?), uznał, że wystarczy mu ktoś podobny. Nie wiem, z kim ożenił się Justin, bo tak miał na imię. Ale była jakaś magia w naszych spotkaniach – jako jedyny w wiosce mówił po angielsku co bardzo pomagało nam w pracy. Justin znał nawet brzydkie słowa.

    Tak sobie wtedy pomyślałam, że na takim Wesołym Cmentarzu wszystko może się zdarzyć. Powstawała wtedy wielka jak zakopiańska chałupa toaleta. Tuż przed uroczystościami rocznicowymi na cmentarzu, tuż przed oddaniem toalety do użytku, Justin zgubił do niej klucz, licho wie, czemu klucz był tylko jeden. Przychodzimy wieczorem na cmentarz, a Justin podtrzymuje framugę, bo z powodu braku klucza, drzwi trzeba było wywalać, co w dziwny sposób naruszyło część konstrukcji. Wyobrażacie sobie ten chichot Wesołego Cmentarza?


    To właśnie najbardziej lubię w podróżach, to najbardziej lubię w życiu. To, że straszne miesza się z wesołym, że codziennie uczymy się oswajać to co nieoswojone. Ale zawsze powinno być też miejsce na tajemnicę. Dlatego coś się we mnie buntuje, kiedy patrzę na cennik kolorowych krzyży z Sapanty. Dziś zamawiają je jako ozdoby głównie Japończycy i Włosi. Niektórzy stawiają je na ogródkach. Dlatego nie podoba mi się, że wpadające na cmentarz wycieczki zapominają, że to ciągle cmentarz. Ale przecież wcale nie muszę mieć racji.

    Miałam to wielkie szczęście, że kilka dni mieszkałam koło Wesołego Cmentarza, a nie tylko wpadłam tam na chwilę. Wystarczyło przejść na drugą stronę ulicy, o świcie czy też późnym wieczorem i patrzyłam sobie na jego spokojne, pełne melancholii życie. I nie mogłam powstrzymać uśmiechu, kiedy na rocznicy powstania cmentarza śliczne dziewczyny w ludowych spódnicach i skromnych chustkach na głowie, ubrane były (oczywiście zaledwie kilka z nich) w półprzeźroczyste bluzki i niebotycznie wysokie obcasy.
 

Komentarzy: 5
Skarby i strachy zamku Grodno

     Ciemność nagle rozrywa huk i błysk piorunów. W studni rozlega się przeraźliwy krzyk, potem złowieszczy śmiech. Nie, nie, to nie początek horroru. To początek zwiedzania zamku Grodno w Zagórzu Śląskim.

     No i doczekałam się. Pamiętam swoją pierwszą wizytę w Anglii wiele lat temu i wrażenie, jakie zrobił na mnie zamek Warwick. Dumna budowla od wieków malowniczo odbija się w Avonie, tym samym, który przepływa przez pobliski Stradford, rodzinne miasto Szekspira. Warwick to dzisiaj jedna z największych atrakcji turystycznych Europy. Zamek bez przerwy tętni życiem.

Na dziedzińcu walczą rycerze, damy szeleszczą sukniami, w Wieży Duchów straszy podstępnie zamordowany sir Fulke Greville, a od kiedy zamek przejął Gabinet Figur Woskowych madame Tussaud, każdy może wziąć udział razem z księciem Warwick w przygotowaniach do wielkiej bitwy. Tego zamku się nie zwiedza, tutaj wsiada się do niewidzialnej machiny czasu i cofa w średniowiecze. Wszędzie mnóstwo „strasznych” dźwięków, w dawnej stajni czuć zapach koni, a w zamkowej latrynie cuchnie, że aż strach. Jeśli kiedykolwiek rzuci Was w te okolice, koniecznie odwiedźcie zamek Warwick.

Herbata się nie opłaca
    Jak mi się wtedy marzyło, żeby podobnie było w Polsce. I w weekend, na zaproszenie Sowiogórskiej Grupy Poszukiwawczej pojechaliśmy w Góry Sowie. O tym, co się dzieje w sowiogórskiej eksploracji ( a trochę się zaczyna dziać) i o tym, jak być może, miłośnikom z dwóch, nieco odległych, rejonów Dolnego Śląska uda się współpracować nad pewnym wyjątkowo ciekawym i tajemniczym projektem, jeszcze napiszę, dzisiaj muszę natomiast pochwalić nasze Grodno.

   Uwielbiam zamek Grodno. Jest tajemniczy, skryty jak człowiek, w pewnym sensie niedostępny. Ma niesamowicie bujną historię. Nie miał jednak wiele szczęścia. Jest w złym stanie, odkąd pamiętam, nie można było tam nic zjeść, i raczej były trudności z napiciem się czegoś ciepłego. Przed wielu laty poprosiłam o herbatę i dowiedziałam się, że się nie opłaca robić turystom herbaty. No cóż... Również ekspozycja do końca nie zachęcała do zwiedzania. W zamku zdarzały się kradzieże, nie ma już wspaniałej skrzyni, podobno wyszarpanej przez okno, podczas weekendowego pobytu w zamku nie znalazłam też stołu, który pamiętam sprzed wielu lat. I to jest wkurzające! Ten zamek ma ogromny potencjał, nie musi być martwą naturą.

    Ale, jak wiadomo, najważniejsi są ludzie. Jakiś czas temu zamkiem opiekował się pan Roman Pochrybniak, cudowny gawędziarz, dzięki któremu udało mi się uzyskać wiele archiwalnych zdjęć Grodna do moich książek. Lubiłam wtedy odwiedzać zamek. Teraz, od pewnego czasu, Grodno jest własnością gminy Walim, znajduje się pod opieką dyrektora Wiesława Zalasa, zaś bezpośrednio zabytkiem opiekuje się Łukasz Kazek.  I oto, małymi kroczkami, wszystko zaczęło się zmieniać.


Krzyk z dna studni
      Łukasza znam od dawna i uważam go za jednego z bardziej stukniętych badaczy historii, jakich poznałam. Chyba cały wolny czas Łukasz poświęca na szukanie dokumentów, rozmowy z ludźmi, odkrywanie tajemnic okolicy. Zobaczcie, ileż ciekawostek  kryje się wszędzie. Na jednym ze zdjęć widać ołowiane żołnierzyki. To pruska kawaleria. Łukasz znalazł je koło zamku.

     W ciągu kilku godzin pokazał nam też takie zakątki Walimia, o których nie miałam pojęcia. A na zamku wymyślił atrakcje dźwiękowe. Niby to niewiele, ale jak uatrakcyjnia zwiedzanie. Widziałam szkolną wycieczkę, która przez dziedziniec pewnie przeszłaby nawet nie rozglądając się dookoła. Z tu nagle zagrzmiało, ze studni zaczęły odzywać się tajemnicze potwory. Ileż było radości, oczywiście po pierwszym zaskoczeniu. Atrakcją jest też pewnie wystawa narzędzi tortur, i choć akurat nie przepadam za takimi „atrakcjami” to, co tu dużo mówić, przyciągają zwiedzających. A to i dla zamku i dla gminy jest najważniejsze.
   Już za chwilę w zamku będzie można normalnie zjeść coś ciepłego i z niecierpliwością czekam, na to co będzie się działo dalej.
  Codziennie też pluję sobie w brodę, że wiele lat temu nie kupiłam dokumentów pozbieranych w zamku zaraz po wojnie. Było tam mnóstwo rachunków z zamkowej restauracji (jakoś wtedy miała rację bytu), ręcznie robione mapki, pewnie nic super tajemniczego czy skarbowego, ale uzupełniającego historię tego miejsca. Jeśli osoba, która wtedy oferowała te dokumenty to czyta, może się odezwie?
 

Komentarzy: 2
Największy księżyc na Ziemi

          Leciałam na księżycem. Windą do nieba. Najpierw, co prawda, musiałam wsiąść w samolot, ale potem to już był tylko kosmos. Kilka ostatnich dni spędziłam w Zagłębiu Ruhry. I wróciłam naprawdę pod sporym wrażeniem. Co robi się tam z niedziałającymi już hutami, kopalniami i koksowniami to po prostu niesamowite.

          Zagłębie Ruhry nie jest w gruncie rzeczy daleko, trzeba się trochę najechać, ale naprawdę warto. Jeśli lubicie zabytki industrialne, błądzenie wśród labiryntów betonowych basenów, dziwacznych konstrukcji, pojemników na gaz i tym podobnych, będziecie zachwyceni. 

         Dzisiaj kilka słów o tym, co nazywa się „Gasometer Oberhausen”. To wielki, stary pojemnik na gaz o wysokości 117 metrów, średnicy 68 metrów i obwodzie 210 metrów. 347 tys. metrów sześciennych. Olbrzym, prawda? Pozostałość po nieczynnej koksowni. Szczerze mówiąc niezbyt chętnie udałam się na zwiedzanie „gazometru”. Z zewnątrz wyglądał na jakąś kosmiczną nudę. Ale kiedy weszłam do środka...

         Cały zbiornik, zbudowany w 1927 roku i nieczynny od 1988 roku, został zamieniony na wielką wystawę pokazującą wszechświat. Na dolne bezustannie świeci słońce, wokół którego „krążą” planety i sondy kosmiczne. Wrażenie potęguję ciemność rozświetlana tylko tym sztucznym słońcem. Ale to jeszcze nic. Wchodzicie wyżej i nagle nad Waszymi głowami zawisa gigantyczny księżyc. Nazywany jest zresztą największym księżycem na ziemi. Ta gigantyczna kula wygląda – szczerze mówiąc – nie tylko niesamowicie, ale też nieco groźnie.  Stojąc pod nią czułam się jak zawieszona w kosmosie. Ale kiedy pojechałam windą na sam czubek zbiornika i zobaczyłam ten wielki księżyc z góry, wrażenie było jeszcze mocniejsze.

         Gazometer ma świetną akustykę, już za kilka dni wystąpi w nim zespół Marrilion, zresztą wydarzeń kulturalnych w tym miejscu nie brakuje. Rocznie odwiedzają to miejsce setki tysięcy ludzi, każda szkolna wycieczka spędza w tym zamkniętym kosmosie kilka godzin. Nikt tu się nie nudzi. Przekształcenie tego kolosa w muzeum kosztowało ponad dwadzieścia lat temu 16 mln marek. Ale dziś to główna atrakcją regionu. I naprawdę warta zobaczenia.

        Od powrotu z Zagłębia Ruhry myślę o tym patrząc np. na zrujnowaną, dawną kopalnię w Ludwikowicach na moim Dolnym Śląsku. Albo o innych miejscach skazanych na zapomnienie.  I o tym, że w super luksusowej restauracji w byłej kopalni w Zagłębiu Ruhry trudno zdobyć miejsce. I że obok restauracji mieści się drugie na świecie pod względem wielkości Muzeum Designu. I że te miejsca zarabiają na siebie i na region. Nie ma nawet co wyciągać wniosków. Nasuwają się same, prawda?

Komentarzy: 3
Znalazł się fragment dzwonu, ale.....

Prace w Januszewicach zostały przerwane, ale nie zakończone. Koledzy z ekipy poszukiwawczej usiłowali dzisiaj za pomocą koparki spenetrować dwa zalane „doły”, które wczoraj wskazała jedna z mieszkanek wsi. Nie udało się, brzegi zaczęły się obsuwać, trzeba będzie więc jeszcze poczekać. Znaleziono natomiast sporo pogubionych niegdyś medalików i trochę monet.

Nie ma mnie już na miejscu, ale właśnie dowiedziałam się, że sprawa się trochę skomplikowała. Jakiś czas temu, za kadencji poprzedniego proboszcza, usiłowano już dotrzeć do zatopionych dzwonów.

Nie znam szczegółów tamtej akcji, nie znał ich także Rafał Kruk z portalu poszukiwania.pl, z którym przed chwilą rozmawiałam. Ale... opowiedział mi, że dzisiaj pojawił się pan, którego dziadek również szukał dzwonów wiele, wiele lat temu. I przyniósł ze sobą niewielki fragment czegoś, co... z całą pewnością jest dzwonem! 

Piotrek Majczak, szef poszukiwań opowiedział mi właśnie, że dziadek tego pana "nakłuł" ten dzwon, nurkował, okazało się, że dzwon jest, ale ma wyłom i stąd ten kawałek. Niestety, wnuk nie potrafi wskazać, w którym miejscu szukał dziadek. 

No i mamy zagwozdkę. Niestety, to może oznaczać wszystko. I nic. Ale daje sporo nadziei, prawda? Czyli dzwony gdzieś są. Jakby nie było, ekipa eksploracyjna jest dopiero w połowie drogi do rozwiązania zagadki. 

Piotrek mówił mi przed chwilą, że cała ekipa nie miałaby tyle pary, gdy nie mieszkańcy Januszewic, którzy zagrzewali poszukiwaczy do pracy.  Może jeszcze znajdzie się ktoś, kto wie jeszcze więcej niż posiadacz kawałka januszewickiego dzwonu?
 

 

Komentarzy: 3
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |

NAJNOWSZE WPISY

NAJNOWSZE KOMENTARZE

  • Rzuk do wpisu:
    Mroczne tajemnice Mokrzeszowa

    A ja jestem ciekaw, co sie dzieje w Jedlince, bo wiem, że mieli tam szukać skrzyń z bronią. To[...]
  • Diethelm do wpisu:
    Mroczne tajemnice Mokrzeszowa

    jako właciciela pałacu informuje panstwa o tym faktu ze umnie na tym budynku uródziła[...]
  • Roman z Opolszczyzny do wpisu:
    Co dalej z pałacem w Kamieńcu?

    Gratuluję Pani zainteresowań. Mnie także nie jest obojętny los zamku w Kamieńcu Ząbkowickim.[...]

O MNIE

Joanna Lamparska

Joanna Lamparska - szuka skarbów, podróżuje, pisze książki o tajemnicach i niezwykłych miejscach. Zakochana w Dolnym Śląsku.

Mój profil w iWoman.pl

KATEGORIE

ARCHIWUM