Przez kilka dni nie miałam dostępu do internetu i kiedy wróciłam do zwykłego (dla niektórych normalnego) świata, okazało się, że stoi on na skraju przepaści.
Zadzwoniła Kaśka, moja przyjaciółka i powiedziała: boję się tego końca świata. Ja też się wystraszyłam. Bardziej niż świńskiej grypy wystraszyłam się samego strachu. I tych wszystkich komentarzy z których wynika, że: grypa to koniec świata, zabije niemal nas wszystkich, ktoś specjalnie wyprodukował wirus, żeby wybić połowę ludzkości, czekają już tysiące trumien.
Najgorsze było to, że spory procent internautów jest przekonany, że świńska grypa jest wynikiem spisku. Że ktoś po prostu chce nas wszystkich wymordować. Że żyjemy już w Matrixie. Obudźcie się – apelują ludzie na różnych forach - Jeśli się obudzicie, może nie dojdzie do globalnej katastrofy! Inni, ci, którzy nie zamierzają się budzić, wyzywają tych, którzy się przebudzili, od idiotów, albo jeszcze gorzej. Na różnych forach panuje obecnie spore zamieszanie.
A jakaś dziewczyna napisała po prostu: boję się tej świńskiej grypy jak cholera! Ja wystraszyłam się jeszcze czegoś. Obok informacji, że nikt w Europie nie umiera jest druga informacja, że zaraz umierać będą tysiące, obok dobrych wiadomości, że Polska przygotowana jest na wirus, znajdują się inne, że w szpitalach brakuje leków. Choć wcale nie zamierzałam pisać o grypie, jest przecież teraz najpopularniejszą bohaterką w sieci, ale, podobnie jak wiele osób, zagubiłam się w tym wszystkim. Wyjeżdżam z miasta na wycieczkę „na zielone”, grypy nie ma, wracam, patrzę w oczy pandemii.
Uczę się po nowemu czytać wiadomości w Internecie. Tytuł: Świńska grypa w Polsce? – ze znakiem zapytania oznacza: Ktoś się zgłosił z objawami, pewnie nic mu nie jest, ale i tak od tym napiszemy, bo będziecie się jeszcze bardziej bać. Więc nawet dalej nie wchodzę. Tytuł „Umrą tysiące”, może oznaczać coś poważnego, albo po prostu rozmowę z jakimś doktorkiem, który barwnie opowiada co będzie jeśli, ale też pewności do końca nie ma.
Od dawna wiadomo, że strach ludzi kurczy, niemalże w dosłownym tego słowa znaczeniu, że strach pozwala z wieloma z nas robić wszystko. Że łatwiej manipulować ludźmi, którzy wszystkiego się boją. I dlatego wkurza mnie maksymalnie, że moi koledzy po fachu, robią wszystko, żeby, zamiast dostarczać rzetelnych informacji, po prostu straszą (uczciwie jednak trzeba przyznać, że nie wszyscy). Każdy, kto chociaż chwilę pracował w zawodzie wie, że każdą informację można podać na siedemnaście sposobów. Że informacją można manipulować, choć informacja powinna być po prostu informacją. Znajoma mówi: „nie wiem komu wierzyć. Zamiast wiadomości, czytam komentarze. Wiadomości wprowadzają mi zamęt w głowie, komentarze układają wszystko w całość. Za chwilę zacznę wierzyć, że ktoś rzeczywiście robi nam to specjalnie”...
Uwaga, cięcie! Za chwilę tzw. Długi Weekend. Nie każdy go ma, ale każdy jest w stanie wygospodarować parę godzin dla siebie. Bez względu na to, co dzieje się na świecie, wszyscy mamy swoje małe światy. Światy, których nie można zaniedbywać, które trzeba pielęgnować jak najstaranniej. Zawsze, nawet na najtrudniejszych czasach, ludzie się kochali, kłócili, mieli marzenia i plany. Było tzw. normalne życie. Jeśli tak jak ja, mieszkacie gdzieś na Dolnym Śląsku i macie w ostatnich dniach wszystkiego dość, pojedźcie tam, gdzie pewnie nie dotrze zbyt wielu turystów. Do pięknej Tatarskiej Doliny w Gilowie koło Niemczy, gdzie na kilka godzin można zapomnieć o wszystkim, na pyszne jabłecznik do Uciechowa, gdzie nad malowniczym stawem osiedlili się Holendrzy i oprócz serników robią też świetne, jak najbardziej nie holenderskie, pierogi. Pochodźcie po Strzelińskich Wzgórzach i odwiedźcie zagubione wioski koło Henrykowa. Przecież najważniejsze są najmniejsze rzeczy.
Jakoś wczoraj, mój „połowiec” spojrzał z troską na sad za domem i oświadczył: trawnik wysycha, idę podlewać.
- Jak to podlewać? – niemal krzyknęłam - Świat stoi nad przepaścią, a ty po prostu idziesz podlewać trawnik????
- Mój świat właśnie wysycha – odpowiedział i po prostu wyszedł.







Kilka dni temu musiałam odwiedzić centrum handlowe „Magnolia” w moim rodzinnym Wrocławiu, gdzie naiwnie zamierzałam odnaleźć pocztę, albo chociaż jakiś miniaturowy punkt, punkcik chociaż, pocztowy, w którym mogłabym nadać list. Okazało się, że w wielkim centrum poczty nikt nie potrzebuje, więc wzorem wszystkich, których pochłaniają takie centra, przy okazji kupiłam niezaplanowany miód, chrzan i jeszcze zajrzałam do Empiku.
Tak mnie ten ochroniarz wystraszył, że zamiast spokojnie poprzeglądać periodyki, pokręciłam się niepewnie wokół półek, udałam zainteresowaną tygodnikiem z programem telewizyjnym i nawet chciałam coś kupić, żeby ochroniarz sobie nie pomyślał, że przyszłam nie wiadomo po co – a to właściwie wiadomo po co. Następnie spokojnym krokiem zaczęłam powoli opuszczać Empik uśmiechając się do pana z ochrony. A ten grzecznie powiedział „do widzenia” i nawet się za mną nie obejrzał.
było trudno. No bo dlaczego, zamiast zanurzyć się w mojej karcie i szybko spławić, on na patrzy i jeszcze podaje rękę?
barierę śmierci. Jest taka scena w tym filmie: śmiertelnie chory mąż, który nie wie o swojej chorobie budzi się obok żony, która poświęciła mu całe życie, nieco kosztem siebie. Mężczyzna chce obudzić żonę, ale ta się nie rusza. Nieoczekiwanie, w nocy, po cichu przeszła na drugą stronę. Nagle, bez uprzedzenia, bez znieczulenia.
Powinien go obejrzeć każdy, kto nie ma czasu, żeby się uśmiechnąć, żeby podać rękę i powiedzieć obcemu dzień dobry. Powinien go obejrzeć każdy, kto czasami na tyle traci poczucie rzeczywistości, że zwykły gest życzliwości wydaje mu się czymś podejrzanym. Bo pewnego dnia może zdarzyć się nam coś takiego, jak w tym dowcipie rysunkowym: Na katafalku leży mąż, dookoła zmarłego palą się świece. Na krzesełku obok siedzi żona i mówi: to nasz pierwszy od wielu lat wieczór przy świecach.
Seikhu, sympatycznego 28-latka, bez przerwy niemal ujaranego trawą, poznaliśmy w tamtym roku. Anglicy, dla których Gambia jest czymś w rodzaju Tunezji dla Polaków (bardzo tanio, przystępnie, mnóstwo połączeń z wyspy) nie zwracali na Seikhu, ani na jego kolegów uwagi.