iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Mamy odkrycie w Górach Sowich!

 

No i udało się! Podczas III Zjazdu Eksploratorów w Walimiu została odnaleziona nowa sztolnia w kompleksie Sobonia.
 
Chociaż już tyle lat jeżdżę na poszukiwania, piszę o poszukiwaczach i toczę wielogodzinne dyskusje z poszukiwaczami, ciągle mam wielką frajdę z tego stania w lesie, w piwnicy, w podziemiach i gapienia się na kopanie, wiercenia czy nawet na ludzi, wolno przesuwających się z georadarem. Jednak nieczęsto się zdarza, że tak szybko się udaje. Właściwie niemal od razu. Drugi odwiert gigantycznej wiertnicy i trafienie. Ale od początku.
 
Kominy- ślimaki
 
Niedzielny poranek w Górach Sowich. Andrzej Boczek z Piławy Górnej, nasz kolega, który ma dwie niezwykle przydatne pasje – poszukiwania i gotowanie – zgarnia nas do swojej terenówki. Z przodu siada Bogusław Wołoszański, honorowy gość zlotu. Jedziemy wzdłuż stawów nad Głuszycą obejrzeć pozostałości kompleksu Soboń. Andrzej robi nam niemal eksploracyjny express, pędzi wzdłuż wszystkich tajemnic, aż docieramy do miejsca, które Andrzeja wyjątkowo fascynuje. Pokazuje ruiny ceglano-betonowych konstrukcji z dwoma, nazwijmy to kominami, zalanymi betonem. W środku jednego, częściowo jeszcze istniejącego „komina” widać ślady czegoś, co można by nazwać ceglanym gwintem. Bogusław Wołoszański robi zdjęcia, „ten Dolny Śląsk jest fascynujący” mówi. „Ale to jeszcze nie wszystko” – cieszy się Andrzej, mam niespodziankę, może jeszcze dzisiaj uda się wejść do nieznanej nikomu sztolni.
 
Trochę z moim Piotrkiem naśmiewamy się z Andrzeja. Każdy by chciał przecież znaleźć nową sztolnię. Śmiejemy się jeszcze bardziej, bo nagle, jakby spod ziemi, w mokrym lesie, wcześnie rano pojawia się, nie wiadomo skąd policjant i patrząc Bogusławowi Wołoszańskiemu w twarz pyta surowo: to wy tu kopiecie?
 
Okazuje się, że policjant pilnuje miejsca, w którym grzybiarze zauważyli pocisk moździerzowy. Z Wrocławia jadą już saperzy, do tego czasu teren trzeba zabezpieczyć. Zanim znikniemy z tego miejsca, policjant szepce do Andrzeja; rozpoznałem go! Ma na myśli oczywiście gościa honorowego zlotu.
 
Jest dziura!
 
Bogusław Wołoszański wraca do Warszawy, my zjeżdżamy na dół, Andrzej martwi się, czy przez deszcz i błoto na Sobonia dojedzie gigantyczna wiertnica. Zapewnili ją członkowie Sowiogórskiej Grupy Poszukiwawczej, niestrudzeni organizatorzy zlotu (Andrzej współpracuje z grupą i jest jej honorowym członkiem), którzy każdy kawałek tych gór znają jak własną kieszeń. Wiertnica dzień wcześniej pracowała na Jaworniku. Około jedenastej telefon; jest sztolnia! Trzeba wracać.
 
A tam na górze to wszystko, co tak lubię w poszukiwaniach. Są wszyscy i wszyscy w niemal idealnym kręgu wpatrują się w obraz z kamery, która pokazuje podziemia. Nawet Darek Tomalkiewicz, wiceprezes SPG, choć od kilku dni ma gorączkę w napięciu wpatruje się w ekran. W środku widać spory bałagan, sztolnia prawdopodobnie została wysadzona, ktoś dostrzega stemple kopalniane, potem coś w rodzaju śrub mocujących tory wąskotorówki. 
 
Andrzej szukał tego miejsca przez trzy lata, choć oczywiście od kilku lat wiadomo było, że sztolnia tam jest. Wielkie gratulacje Andrzeju! Wejście do podziemi przewidziane jest na wiosnę. Również gratulacje dla SGP za to, że już po raz kolejny udało się ściągnąć w Góry Sowie takiej klasy sprzęt, bo inaczej byłoby trochę krucho....SGP wzięła na siebie również wszystkie sprwy papierkowe, załatwienie sponsorów, ustalenia, gdzie wiercić.
 
I dzięki za kolejny zlot. Mieliście przy nim sporo pracy, sama wiem, kiedyś przecież również organizowałam takie zloty, jak trudno okiełznać to całe nasze towarzystwo. Trochę to była lekcja przetrwania – może troszeczkę dałoby radę opanować chaos w przyszłym roku - szczególnie dla tych, którzy byli pierwszy raz, ale co tam! Mnie się nigdy nie znudzi to stanie godzinami i gapienie się na poszukiwania.

 Andrzej o poranku czyli „ekploracyjny express” na Soboniu.

 
Tajemnicze ruiny na Soboniu

Wcześniejsze prace na Soboniu przy ceglanych konstrukcjach. Z Andrzejem pracowała tu grupa „Hunter” z Polkowic.

 
Dziwne kominy na Soboniu.
 
Wielka wiertnica i ściśnięci wokół odwiertu eksploratorzy
 
Sprzęt w akcji, coś takiego słychać w całej okolicy
 
Wiesław Zalas, Andrzej Boczek(w środku) i Darek Tomalkiewicz, czyli rozmowa na szczycie i na szczycie Sobonia
 
Jest tam ta Bursztynowa Komnata czy nie?
 
Czy wyobrażacie sobie, że ten facet potrafi zrobić pyszne grzybki w zalewie i odnaleźć sztolnię? Tyle talentów na raz!
 
Łużycka Grupa Poszukiwacza (ŁGP)pozwoliła mi zrobić sobie z nimi zdjęcie
 
Tajna broń ŁGP, czyli Monika przygotowuje się do przejęcia sprzętu raciborskiej grupy „Eule”
 
Na Jaworniku. W tle słynna wiertnica.
 
Jak widać nie tylko ja lubię stać i gapić się jak inni ciężko pracują.
 
Wojtek Stojak, który sam o sobie mówi, że jest już nestorem, bardziej tym razem był zainteresowany obiadem niż eksploracją. Z tyłu pan Andrzej, niestrudzony przewodnik po zamku Grodno i kolekcjoner kartek z całego świata (pod warunkiem, że są na nich pozdrowienia dla zamku)
 
Jak widać, nie tylko mnie wolno sobie robić zdjęcia z Łużycką Grupą Poszukiwawczą.

 

Komentarzy: 24
Kto żyw w Góry Sowie!

    

     Wybieram się na zjazd eksploratorów. Bogusław Wołoszański, który też się wybiera i będzie gościem honorowym zlotu, napisał, że jedzie na zjazd eksploatorów przeszłości. Ładne określenie.

    Góry Sowie przez przerwy przyciągają wszelkiej maści szaleńców, a chęć odnalezienia czegokolwiek jest tak wielka, że niektórzy sami już podkładają skarby, byle można było pochwalić się jakimś znaleziskiem. Cóż...może tym razem trafi się coś prawdziwego.

Komentarzy: 2
Pustelnia Złotego Lasu, czyli coś dla pracoholików

 

Pustelnia Złotego Lasu. Brzmi nieźle prawda? Ilekroć jadę w Polskę, nasz kraj zaskakuje mnie kolejnymi, niesamowitymi miejscami. Teraz trafiłam do Pustelni Złotego Lasu, do tego wieczorem, kiedy powoli opadały pierwsze jesienne mgły, kiedy dookoła było zupełnie pusto. Przewodnik opowiedział mi, że kręcono tu „Czarne chmury”.
           
Pustelnia Złotego Lasu to pokamedulski klasztor z XVII wieku w Rytwianach. Położony niemal w środku lasu, z daleka od jakichkolwiek zabudowań. Cisza aż dudni tutaj w uszach. Przed dwa wieki bracia prowadzili w tych murach ciche i okryte tajemnicą (to lubimy!) życie. 16 czerwca 1819 roku na mocy carskiej ustawy o zniesieniu klasztorów, dokonano kasaty zakonu kamedulskiego, a w już w 1935 roku świątynia stała się kościołem parafialnym, zaś z 16 domków pustelniczych nie zachował się żaden. Tyle historii w skrócie. Została jednak w tym miejscu jakaś niesamowita magia i energia, której nie da się opisać. W kościele, czy ktoś jest wierzący czy nie, każdy musi poczuć coś, co nazywa się często „energią namodloną”.
 
 
Do Rytwian trafiłam podczas zbierania materiałów w Świętokrzyskim. Nie wiedziałam, że są takie miejsca. Księża wyremontowali stare zabudowania klasztorne i urządzili w nich SPeS, nie mylić ze Spa. Spes oznacza Salus Per Silentium, czyli zdrowie przez ciszę. W pięknie odremontowanych pokojach można zamieszkać na dowolny czas (ale uwaga, im krócej tym drożej) i koić tu duszę ciszą i samotnością. Do uczestniczenia w nabożeństwach nikt nie zmusza. Zasięgu komórki nie ma. Odgłosów miasta brak. „Oferta” pokamedulskiego eremu przeznaczona jest głównie dla pracoholików (chyba się zapiszę), siecioholików i zakupoholików, czyli tych wszystkich, którzy przystanąć nie potrafią i pędzą do przodu. Dla tych, którzy i tak pędzić muszą, są do dyspozycji rowery.
 
 
Pobyłam w Rytwianach kilka godzin i zaraz tam zatęskniłam. Do świata cichego i prostego, do piękna tutejszego lasu i do niewyobrażalnej harmonii, jaką tu czuć w każdym zakątku. Coraz bardziej mi tego brakuje, chociaż nie mam zamiaru zamykać się w żadnym klasztorze. Najważniejsza, jak wspomniałam, jest harmonia. Pohulać przecież też czasem trzeba.
Kiedy zwiedzałam kościół, na zewnątrz skromny, w środku zaś niemal przywalający niesamowitą ilością zdobień (naprawdę warto to zobaczyć), z pierwszej kondygnacji wystawała czyjaś głowa. Niewiele było widać, właściciel głowy nie zamierzał się wychylać.
 
 
Co się okazało? W kościele od trzech lat mieszka pustelniczka, która nigdy nie opuszcza tego miejsca. Kiedy świątynia jest zamykana na noc, schodzi podobno na dół, sprząta, układa kwiaty. Wiele o tym myślałam... I na tym poprzestańmy. Zostawiam Was ze zdjęciami, nie oddadzą energii tego miejsca, ale pokażą trochę jakie jest piękne.   
 
 
 
 
 
 

 

Komentarzy: 1
Taki zwykły katar?

     

     Czy też macie ostatnio wrażenie, że w Waszym życiu wszystko dzieje się za szybko i zbyt gwałtownie? Ja nawet nie mam czasu napisać parę słów na blogu, a jednak ciagle gonię jeszcze szybciej.    

     Przez ostatnie dni pływałam kajakiem po Wielkopolsce, szukałam skarbów pod Zamościem i odwiedziłam Szwecję. Choć "Stena Lina" zadbała o najlepszą kabinę dla nas, na samym dziobie, z pięknym widokiem i szerokim łóżkiem, oczywiście trafiłam na nieco burzliwe morze. Na Bałtyku szóstka, którą poczułam dokładnie po kolacji, gdy obijając się od ściany do ściany, dobijałam do swojej kabinki. A tam już koniec. Pamiętam tylko, że nie ma nic bardziej błogiego niż przytulić się do muszli klozetowej i leżąc tak w bezruchu czekać, aż przestanie kiwać. Ale to akurat żadne tam przygody... 

    Moją nową prawdziwą, wielką, zyciową przygodę zaczęłam kilka dni temu po wizycie w przychodni. 

      Katarzyna Lubos-Basińska, moja ukochana lekarka rodzinna, przejmuje sie mną i zawsze usiłuje zmusić to do zrobienia wyników, to do pójścia na prześwietlenie. Chętnie podsłuchuję na korytarzu w przychodni jak rozmawia ze wszystkimi pacjentami i jak o nich pamięta. Do tzw. lekarza pierwszego kontaktu mam więc wielkie szczęście. Ale moja pani doktor wysłała mnie do laryngologa z katarem. Laryngolog (prywatnie) zatrzelił mnie informacją, że pewnie trzeba będzie zrobic operację i wysłał na tomografię. Tomografię również zrobiłam prywatnie i udałam się z nią do szpitala (mała dygresja; nie cierpię, gdy inni piszą na blogach o tym co im jest, albo dokładnie opisują swoje choróbska, więc wytrzymajcie jeszcze chwilę, bo mam swój cel w tym pisaniu). W szpitalu, baaardzo miły pan doktor spojrzał na moją tomografię i powiedział: jak ja lubię jak pacjenci przynoszą mi wyniki, u nas i tak czeka się na operację trzy lata. 

    Yppps, mocno uderzyłam o ziemię.

   Pan doktor spojrzał mi tam, gdzie laryngolog spojrzeć powinien, zapisał mi leki i kazał przyjść do kontroli. Gdyby nie to, że przyszłam z tomografią, nie wiedziałby co mi jest, znałby tylko pobieżne objawy. 

    Opowiedziałam o tym koledze z Belgii, a ten się przejął. Skonsultował się ze swoim lekarzem, ze swoim prawnikiem i napisał do mnie: Asia, jeśli nie mogą Cię zoperować w twoim szpital to musisz poprosić swojego ubezpieczyciela, zeby sfinansował operację w innym kraju, np.w Belgii. 

   Opowidam to wszystkim jako anegdotę.     

    Na szczęście, nie jestem umierająca, ale co z tymi, którzy naprawdę potrzebują pomocy? Wiem, wiem, wszyscy o tym piszą, a ciągle nic się nie zmienia. Ja z dnia na dzień zmieniłam dietę i zanim doczekam operacji będę starała się pracować nad całym organizmem, a nie tylko na jego małym wycinkiem. Wierzę i ufam tzw. metodom naturalnym i żaden lekarz nie może mi zarzucić, że odstawiam leki na rzecz szamanizmu. Może przez te trzy lata, które będę czekać na swoje miejsce w szpitalnym ogonku, nie padnę na placu boju.

 

Komentarzy: 3
Mroczne tajemnice Mokrzeszowa

 

     Wczoraj Polskie Radio Wrocław, dziś rano portal swidnica24.pl poinformowały, że na przykościelnym cmentarzu w Mokrzeszowie (to po drodze z Wrocławia do Świdnicy dla tych, którzy mieszkają poza Dolnym Śląskiem) odnalezione zostały szczątki czterech kobiet. Trzy z nich miały około 20-30 lat i zmarły po porodzie, na co wskazuje układ miednicy. Czwarta była nieco starsza.
 

     W Mokrzeszowie pracuje Harald Schroedter, antropolog z Niemieckiego Ludowego Związku Opieki nad Mogiłami Wojennymi. „To odkrycie potwierdza mroczną tajemnicę Mokrzeszowa. W tzw. pałacu w latach 40-tych młode Niemki - ochotniczki dawały się zapłodnić młodym, niemieckim żołnierzom. Dzieci miały być najczystszymi Aryjczykami. W tym celu tworzono w całej Rzeszy Domy Matek” pisze swidnica24.pl - również „na przykościelnym cmentarzu w masowym grobie pochowanych zostało 40 żołnierzy, którzy zmarli od potwornych ran. Wśród nich był chłopiec z Hitlerjugend”. 


     Na jakimś forum internetowym, ktoś napisał, że potwierdziło się to, o czym pisałam w 2002 roku w książce „Dolny Śląsk, jakiego nie znacie”. Do Mokrzeszowa zaciągnął mnie wtedy pan Tadeusz Słowikowski, niestrudzony poszukiwacz pociągu, który z tajemniczym ładunkiem, miał zniknąć gdzieś w podziemiach koło zamku Książ. To właśnie pan Tadeusz pierwszy powiedział mi, że w Mokrzeszowie mieścił się ośrodek Lebensbornu, Źródła Życia, stowarzyszenia, które powstało w 1936 roku.  Piękni, niemieccy chłopcy mieli tu przyjeżdżać, aby z pięknymi, niemieckimi dziewczętami płodzić dla Hitlera dzieci. Obie strony traktowały to jak wielki, zbiorowy obowiązek.

     Jak pisze Roman Haber w książce „Czas niewoli, czas krwi”: „Pierwotnym celem Lebensbornu była reprodukcja krwi członków SS, od których wymagano co najmniej czworga dzieci”. 
    

   Wielki budynek, zwany zamkiem w Mokrzeszowie w czasie I wojny był ośrodkiem rehabilitacyjnym dla niemieckich pilotów. Kiedy pisałam książkę, udało mi się porozmawiać z panią, która urodziła się w Mokrzeszowie i w 1945 roku miała 7 lat. Twierdziła, że w czasie II wojny światowej w „zamku” mieszkali po prostu pracownicy folwarku i o Lebenesbornie w Mokrzeszowie nie może być mowy. Tak naprawdę informacja o tym, że koło Świdnicy mogło znajdować się „Źródło Życia” pochodzi od żołnierza, który podzielił się swoimi wspomnieniami z niemieckim dziennikarzem. Opowiadał o wielkim szpitalu przypominającym pałac. 
     Pan Tadeusz Słowikowski - jak się później dowiedziałam - poznał tę historię dzięki wrocławskiemu dziennikarzowie Wacławowi Dominikowi. Informacje chadzają pokmrętnymi ścieżkami.

      Czy rzeczywiście groby czterech kobiet są dowodem na to, że w Mokrzeszowie działał Lebensborn? Mimo wszystko, sądzę, że jeszcze za wcześnie na wyciąganie wniosków. Nie ma mnie jednak tam na miejscu i to co piszę, piszę na gorąco po przeczytaniu informacji w Internecie. Pełna informacja o ekshumacji i zdjęcia znajdziecie na stronie

http://swidnica24.pl/powiat/gmina-swidnica-powiat/id29117-mroczne-tajemnice-mokrzeszowa.html


    Kiedy pracowałam jeszcze w „Słowie Polskim” szukałam we Wrocławiu ośrodków Lebensbornu a także niemieckich domów publicznych. Udało mi się zdobyć informacje, że w czasie II wojny światowej taki ośrodek mieścił się w Parku Szczytnickim, natomiast domy publiczne w dzisiejszym Capitolu i ośrodku NOT. Niestety, moja redakcja nie doceniła wtedy mojego poświęcenia dla poszukiwań tajemnic Wrocławia, naczelny wlepił mi inną robotę i nigdy nie udało mi się zweryfikować tamtych informacji. Tym bardziej z niecierpliwością czekam na dalsze wiadomości z Mokrzeszowa. 


 

Komentarzy: 6
Od takich skarbów kręci się w głowie

 

    Wiadomość nie jest nowa, pojawiła sie ponad miesiąc temu, ale do mnie dotarła dopiero teraz. Podesłał mi ją Artur Bilewski, niestrudzony nurek i oczywiście poszukiwacz skarbów. Wcale się nie dziwię, że taka informacja zrobiła wrażenie na kimś, kto a)nurkuje, b)poszukuje, c) z pewnością rozróżnia co dobre. Oto news:

"Prawdopodobnie najstarszy szampan na świecie znaleźli nurkowie w 200-letnim wraku statku na dnie Morza Bałtyckiego. Wszystko wskazuje na to, że butelki i korki są nienaruszone, trunek będzie się zatem nadawał do picia.
Podczas przeszukiwania wraku na dnie Morza Bałtyckiego nurkowie odkryli omszałe butelki. Ku ich zaskoczeniu, zawierały one szampan Veuve Cliquot, pochodzący z końca XVIII wieku - prawdopodobnie z roku 1780.

Wrak statku spoczywał w rejonie Wysp Alandzkich, szwedzkojęzycznego archipelagu formalnie należącego do Finlandii.

Pierwsi mogli już skosztować niezwykłego trunku. - Smakuje wspaniale - powiedział instruktor nurkowania Christian Ekstorm. Dodał, że jest pewien na 98%, że szampan jest autentycznie stary. To jeszcze będą musieli potwierdzić eksperci.

We wraku znajduje się około 30 butelek szlachetnego alkoholu. Jeśli okaże się (a wszystko na to wskazuje), że butelki i korki są nienaruszone, to według szacunków szwedzkiego eksperta od wina Carla-Jana Granqvista, jedna butelka może osiągnąć wartość nawet 50 tysięcy euro"

     Tylko chłopakom pozazdrościć i pogratulować. Najstarsze wino, jakie piłam miało ponad 90 lat, było cudowne. Ale co inengo pić, a co innego samemu znaleźć i to w takich okolicznościach przyrody. 

Komentarzy: 0
Jeden wieczór, dwa skarby

     Lubię takie wieczory jak ten. Kolega opowiada o pewnym, starym dokumencie. Przeleżał aż do lat 90. XX wieku we wrocławskim urzędzie Obrony Cywilnej i w tajemniczy sposób "wypłynął" w najmniej oczekiwanych okolicznościach.

    Rozmawiamy sobie o tym, co zawierał i z każdym słowem mojego kolegi, a właściciwe nawet bardziej niż kolegi, dobrego Przyjaciela od Tropienia Tajemnic, otwieram usta ze zdziwienia. Bo w jednym pliku dokumentów znalazly się aż dwie, niezwykle interesujące informacje. Jedną z nich zachowam sobie do kolejnego artykułu, druga zaś dotyczy inwentaryzacji podziemnego obiektu przemysłowego, o którym nie ma mowy na żadnej "skarbowej giełdzie"! Czy to możliwe - zastanawiam się - żebyśmy teraz, po tylu latach, dowiedzieli się o kolejnej, podziemnej fabryce? Nie, to chyba niemożliwe. Ale kolega, który fabrykami zupełnie się nie interesuje, ale zna się na robocie terenowej i trochę na obiektach militarnych mówi z całą stanowczością: "ten obiekt został zaraz po wojnie zinwentaryzowany. Jest tam z pewnością i nie sądzę, żeby bez tej dokumentacji udało się do niego dotrzeć". Potem rozmawiamy już sobie o podziemnych tunelach i przez następną godzinę zastanawiamy się, czy rzeczywiście między Bolkowem a Świnami mógł istnieć ten słynny podziemny tunel. No cóż, pomarzyć można...

   Nie mija godzina i dzwoni inny kolega, który natrafił w parku na dziurę po ostatnich ulewach. Dziura ukazała kawałek łuku, wejścia, licho wie czego... I niech ktoś mi powie, że na świecie nie ma skarbów!

  Temat podziemnej fabryki chętnie "sprzedam" komuś, kto zajmie się od początku do końca. Zrobi kwerendę, przeprowadzi badania bezinwazyjne. Jest ktoś chętny?

Komentarzy: 1
Co dalej z pałacem w Kamieńcu?


    Włóczyłam się znowu po świecie, więc wiadomości o śmierci pana Włodzimierza Sobiecha dotarła do mnie niedawno. Wieloletni dzierżawca pałacu w Kamieńcu Ząbkowickim całe swoje życie poświęcił dla tego zabytku. Kochał go i zawsze to czułam, gdy go odwiedzałam.

   Pan Włodzimierz do łatwych ludzi nie należał, ale nikt „łatwy” nie rzuciłby się na coś takiego. Podobało mi się jego pasja, to, że z błyskiem w oczach pokazywał mi wejścia do tunelu, który wychodził spod pałacu, to, że wierzył, że czuwa nad nim duch Marianny Orańskiej, dawnej właścicielki Kamieńca. I zawsze zadziwiało mnie to – nigdy nie odważyłam się spytać – jak to jest, kiedy zupełnie sam zostaje wieczorem w tym ogromnym, pustym, wymagającym remontu budynku. Przecież to przeszło sto komnat! Choć wszyscy dookoła widzieli, że nie da rady sam z Kamieńcem, on kurczowo trzymał się tego miejsca. I należy mu się za to szacunek. Nie chcę używać wielkich słów ale z jego śmiercią skończył się pewien etap w życiu Kamieńca. Gdzieś ulotniła się magia....
      Co dalej będzie z pałacem? Tego dowiemy się już niedługo. Ja już dzisiaj wiem, że interesuje się nim ktoś, w kogo rękach chętnie bym ten zabytek widziała. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Pałacowi w Kamieńcu Ząbkowickim należy się ktoś wyjątkowy. I, nie oszukujmy się, wyjątkowo duże pieniądze.

 

Komentarzy: 5
Skarby - nie opłaca się znajdować

 

     Biorą mnie diabli, bo na Dolnym Śląsku znowu został znaleziony skarb i znowu nie będzie go można zobaczyć w żadnym muzeum, ani w żadnej galerii. Dlaczego? Bo zaraz wyjechał zagranicę.

     Nie była to skrzynia ze złotem, ani worek ze szmaragdami, nie była to nawet biżuteria czy monety. Nic, co działa na zmysły ciułacza. To były pamiątki po kimś może niezbyt znanym, ale ciekawym, po człowieku, którego życiorys działa na wyobraźnię. Po kimś, kto przed nadejściem Rosjan złożył wszystkie najcenniejsze rzeczy, porządnie zabezpieczył i najnormalniej w świecie zakopał. I nigdy po nie już nie wrócił.

   Nie wiem, kto znalazł ten skarb - bo uważam, że można to znalezisko nazwać skarbem - i nie chcę wiedzieć. Od czasu do czasu pojawiają się informacje o takich znaleziskach i ta, wierzcie mi jest wiarygodna.

    I może bym się tak nie wściekała – przecież ciągle mnóstwo rzeczy wyjeżdża – gdyby nie to, że właśnie zgłosiła się do mnie starsza pani. I opowiedziała niezwykłą historię ukrycia pewnego archiwum ważnego dla historii Małopolski. Starsza pani zna ją od wujka i zarzeka się, że jest prawdziwa. Ma tylko prośbę. Chciałaby nagrody. Nie dla siebie, ale żeby przekazać ją wnukom. Nie oczekuje na wiele. Chce coś po sobie zostawić rodzinie i doskonale to rozumiem. Tymczasem polskie prawo mówi wyraźnie, jeśli szuka się z intencją znalezienia, taka nagroda nie przysługuje. Wiem, zaraz wszyscy mnie zakrzyczą, że upraszczam temat  Ale najprościej mówiąc, tak to właśnie jest. A ja nie chcę oszukiwać starszej pani, ale nie chcę też po cichu, pod osłoną nocy kopać w lesie. I mam zagwostkę. Może, gdyby było inaczej, nie wyjechałby już „skarb”, o którym piszę na początku? Bo wiem, że gdyby nie to „twarde prawo, ale prawo”, mogłoby być inaczej, mogłabym za jakiś czas przyjrzeć się temu znalezisku, a obok wisiałaby tabliczka z nazwiskiem odkrywcy...

 

Komentarzy: 3
Szynobusem w piękny rejs

Nie macie jeszcze pomysłu, co robić w weekend? Przyjeżdżajcie na Dolny Śląsk! W ostatnią sobotę ponownie wsiedliśmy do pociągu, a właściwie szynobusu, żeby powędrować śladami skarbów.

Wiadomo, na Dolnym Śląsku skarby są wszędzie, z okolicą, o której zaraz opowiem, wiąże się historia napoleońskiej kasy, która utonęła w rzece (inni mówią, że została zakopana w pobliżu zamku w Płakowicach), historia niemieckich skrytek ukrytych gdzieś w sztolniach a także wiele relacji o duchach, strach i czarach. Ale miejsce, w które Was chcę zabrać jest, przede wszystkim bardzo piękne.

Kolej Doliny Bobru, z Jeleniej Góry do Lwówka Śląskiego kursuje pięć razy dziennie. Budowa tej ponad 32 kilometrowej trasy trwała aż 7 lat. Ale teren jest tu trudny. Trzeba było wydrążyć trzy tunele, zbudować most nad Jeziorem Pilchowickim, kamienny wiadukt w Pilchowicach, siedem stacji i 400-metrową żelbetową półkę na stację Pilchowice. Całość oddano do użytku 28 sierpnia 1909 roku, czyli w ubiegłym roku kolej obchodziła swoje setne urodziny. Co ciekawe, pod koniec II wojny światowej niemieccy żołnierze wysadzili wejścia do tuneli, wszystko jednak udało się w miarę szybko naprawić. Naprawdę warto tędy pojechać. My wybraliśmy następujący wariant; rano wsiedliśmy we Lwówku Śląskim do szynobusu (cudownie, że w te upały jest tam klimatyzacja) i niespełna w ciągu godziny dojechaliśmy do Jeleniej Góry. To tak dla nacieszenia oczu widokami. Po drodze mijaliśmy Dębowy Gaj z ruinami pałacu, Lwówecką Szwajcarię, Wleń ze swoim wspaniałym zamkiem i pałacem, Zaporę Pilchowicą, wieżę rycerską w Siedlęcinie – naprawdę jest tu co zwiedzać. W Jeleniej Górze 25 minutowa przerwa, lody i kanapki i wracamy.

Najpiękniejszy odcinek trasy to ten, kiedy wjeżdża się nad most kolejowy zawieszony 43 metry na Jeziorem Pilchowickim. Wysiedliśmy na przystanku Pilchowice Zapora. Chcieliśmy zielonym szlakiem dojść do Wlenia i tam znowu wsiąść do pociągu, żeby wrócić do Lwówka. Plan był ambitny i nie wypalił, ale o tym za chwilę. Najpierw rozpętała się burza i przez godzinę trzeba było siedzieć na stacyjce. Ale warto było.  Choć zdjęcia tego nie oddają, jezioro Pilchowickie parujące tuż po deszczu wygląda absolutnie magicznie. Gdy ucichły pioruny, ruszyliśmy w kierunku Wlenia, trasa jest przepiękna, idzie pod zaporą, potem wzdłuż Bobru, wąziutką ścieżką, która prowadzi do niewielkich skałek. Jednak...po drodze okazało się, że przeliczyliśmy się z czasem i mijając po drodze Maciejowiec (jakiż ten tutejszy dwór jest piękny! I w jakim strasznym stanie!) dotarliśmy już niemal sprintem do stacji Nielestno, żeby złapać ostatni pociąg jadący w kierunku Lwówka. Jeśli chcecie się dowiedzieć czegoś więcej  o Kolei Doliny Bobru, bardzo polecam ten artykuł.

A wieczorem kawa i ciastko w Cafe Lenno, w pałacu u stóp zamku we Wleniu. Szkoda, że pałac Lenno, który jest własnością Belga, nie ma strony internetowej po polsku. Wielka szkoda. Z innych stron wiem, że właściciel ma jakieś koszmarne kłopoty z miejscowymi władzami, i choć nie mnie z tak małą wiedzą wnikać w sedno problemu, cieszę się, że kolejny pałac odżywa. Daleko mu oczywiście do tak pięknie odrestaurowanych pereł jak Łomnica czy Wojanów, ale widać, że Lenno ma gospodarza.

I panuje to sympatyczna, ciepła , domowa atmosfera. Dookoła kręcą się owce a widoki, jakie się stąd rozpościerają.... Nie... to musicie zobaczyć sami. Szczerze mówiąc, zaskoczyły mnie ceny w tutejszej kawiarni. Gigantyczne ciastko, wielki, pyszny jabłecznik z bezowym wykończeniem, kosztuje tam 6 złotych. Z gałką lodów i bitą świetnaą – 8 złotych. Wielki dzbanek herbaty – 4 złote. No chyba ten Belg oszalał? To nie są przecież pałacowe ceny! I to też bardzo cieszy. Miłe miejsce, miłe ceny, a piszę o nich, bo w listach zarzucacie mi, że chwalę ten nasz Dolny Śląsk, ale zapominam, jak czasami jest tu drogo. A tu proszę, niespodzianka.

Zawsze ze sobą wozimy lekarza. Nasz przyjaciel Krzysiek Mildner studiuje mapę, idzie mu to prawie tak dobrze jak operacja.


Jezioro Pilchowickie tuż po burzy.

Samotna stacyjka, można tu siedzieć i siedzieć i wpatrywać się w wodę.

Nareszcie ruszamy, może to nie jest zielony szlak, ale po torach nie idzie się źle.


Tory jakie są każdy widzi.


Widok z tego mostu jest cudowny, widok na most również niczego sobie.

 
A to stacja kolejowa...nieźle położona, prawda?


Trochę widoczków z zapory...

I jeszcze zapora...


I zostawiamy zaporę, żeby wejść w zielone i wędrować już wzdłuż Bobru


Zabudowania gospodarcze pałacu Lenno

Wejście do pałacu, koło schodów stoją ławeczki i stoliki, gdzie można zjeść opisane ciastka.

Ostatni rzut oka na widok z kompleksu pałacowego. Ach, patrzeć tak na to codziennie...

Komentarzy: 4
3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 |