iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Drugie wejście do krypty

Oj, dzieje się. Po raz pierwszy od 1963 roku otwarta została druga krypta pod kościołem św. Jadwigi w Walimiu. Pierwszą już wspólnie na tym blogu oglądaliśmy kilka miesięcy temu, teraz badacze zeszli do tej, w której w 1963 roku Jacek Wilczur z Komisją Badania Zbrodni Hitlerowskich szukał dokumentów związanych z projektem „Riese”.

Niestety, czego bardzo żałuję, nie mogłam być tym razem w Walimiu. Z relacji wiem jednak, że choć sama krypta jest w dobrym stanie, to niektórymi pochówkami zajęli się już dawno szabrownicy.

Pod kościołem św. Jadwigi leżą ciała pastorów i ich rodzin, a także członkowie rodziny Zedlitzów. Razem około 20 trumien, w tym 6 trumienek dziecięcych.  

Pretekstem do otwarcia krypty był tym razem film dokumentalny, do którego scenariusz napisał Łukasz Kazek, kustosz zamku Grodno. Dzięki uprzejmości Łukasza mogę też pokazać Wam kilka zdjęć.

A kiedy film będzie już gotowy, natychmiast wyjaśnię, jak i gdzie go obejrzeć.  Patrząc na nie zastanawiam się, jaka powinna być przyszłość tego miejsca. Czy powinni je oglądać turyści, czy zmarli powinni być pozostawieni w spokoju. Jak znaleźć złoty środek i czy on w ogóle istnieje?  


 

Komentarzy: 1
Skarby na upały

Zaczęło się od listu. Potem był telefon. Dotyczył dziwnego miejsca w Rudawach Janowickich. Dzwonił pan, który jako dziecko natknął się w okolicach Krzyżnej Góry na coś w rodzaju wejścia do sztolni albo groty. Opowiadał też o Niemce strzegącej tajemnicy tego miejsca.

Obiecałam, że nic więcej nie ujawnię zanim nie przejrzę dokumentów, które przetrwały i są związane z tą sprawą. Postanowiłam jednak powędrować szlakiem tajemniczego ukrycia, a przy okazji uciec przed upałami do lasu. Jeśli jesteście gdzieś na Dolnym Śląsku, powędrujcie w ten sam sposób. Cisza, zielono, prawie nie ma ludzi. Trasa, którą również Wam proponuję zabrała nam osiem godzin, ale był to jeden z najpiękniejszych spacerów w tym roku: niech wszystkie Meksyki, Portugalie i Szwajcarie niech się chowają. Naprawdę pięknie jest u nas.

Na Biuście Lollobrigidy
Samochód zostawiliśmy w Janowicach Wielkich i szynobusem o 10.58 pojechaliśmy do Wojanowa. Dworzec w Janowicach, zaniedbany i właściwie nieczynny, wszystko zamknięte, bilety kupuje się w pociągu, na drzwiach napis informujący, że wnet otwarta tu będzie pizzeria. Klimaty jak z zapomnianych filmów. Ale szynobus śliczny, z klimatyzacją, widoki za oknem zapierają dech, i choć do Wojanowa jedzie się z 15 minut, atrakcji po drodze sporo. Chociażby przejazd pod Tunelową Górą. Z dworca w Wojanowie marsz do tutejszego pałacu, jednego z najpiękniej odrestaurowanych w Polsce, potem krótka wizyta w Wojanowie Bobrowie i zielonym szlakiem w Góry Sokole. Po drodze mijamy śliczną Polankę Imieninową, powoli wędrujemy przed siebie, żeby na górze zejść na chwilę na czerwony szlak i wdrapać się na Sokolik Duży.

Ależ stąd jest widok! Nie jest to co prawda miejsce dla tych, którzy mają lęk wysokości, ale pozostałych zachęcam do wejścia. Sokoliki. Ze względu na swój kształt nazywane są Biustem Lollobrigidy, i nie jest to biust łatwy do osiągnięcia. Szczególnie w takich upałach. Z lewego biustu, przeskoczyliśmy na prawy, czyli Krzyżną Górą, którą, jak nazwa wskazuje zdobi spory krzyż. Widać stąd pięknie Karpniki i tamtejszy zamek, takie było zresztą zamierzenie rezydujących niegdyś w Karpnikach książąt, krzyż miał być widoczny z sypialni. Teraz spacer do schroniska Szwajcarka i nareszcie odpoczynek.

Gdzie jest woda?
Szwajcarka jest uroczym domkiem, w którym zawsze można spotkać turystów. Można tu dojechać nawet samochodem, więc dla wielu osób to spore ułatwienie, choć osobiście nie lubię samochodów w górach. Niegdyś był to książęcy domek myśliwski, teraz troszeczkę tu wszystko zaniedbane. Cóż, życie...  Dalej idziemy na dół niebieskim szlakiem i dalej w kierunku Starościńskich Skał. Jak z nich widać Sokoliki! A jakie tu są już jagody i poziomki! Palce lizać. Ze Starościńskich Skał, przez Mniszków, choć można również przez zamek Bolczów, powędrowaliśmy na dworzec w Janowicach po samochód.

Na szlakach spotkaliśmy zaledwie parę osób, oprócz tych kilkunastu w Szwajcarce. Na końcu nie czuliśmy nóg. Ta trasa dała mi wiele do myślenia. Pan, który opowiadał mi o tym, że mogła się po drodze znajdować skrytka, szedł troszeczkę inną drogą, nie tak jak my, wzdłuż szlaku. Ale do miejsca, które wskazał, można było dostać się samochodem. Tunelu ze skarbami nie znaleźliśmy, właściwie cały czas byliśmy w wielkiej skrzyni ze skarbami. Tyle, że zamiast ścian, dookoła był las.  

Uprzedzam jednak, w taką trasę trzeba zabrać ze sobą naprawdę sporo wody. Co prawda można uzupełnić zapasy w Szwajcarce, ale akurat kiedy my tam byliśmy, była woda tylko w małych butelkach. Jedyna szansa, żeby coś zjeść to również Szwajcarka.

A w ten weekend znowu wsiadamy do pociągu. Tym razem na jednej z najpiękniejszych tras w Polsce, z Jeleniej Góry do Lwówka Śląskiego. Już się nie mogę doczekać!

Komentarzy: 4
Straszliwe Góry Sowie

     W Górach Sowich zgroza. Turystów jak na lekarstwo, atrakcji jak na lekarstwo, miejsc, w których można dobrze zjeść również. Mnie, co prawda, wystarczy po prostu chodzić po górach, ale nie każdy turysta chce tak wypoczywać. Uwielbiam też nasz Dolny Śląsk, ale za każdym razem, kiedy odwiedzam moje ulubione miejsca, ogarnia mnie coraz większy smutek.

    Np. sztolnie w Walimiu. Każdy, kto tam przyjedzie, musi być pod wrażeniem ogromu tutejszych  podziemi i ich historii. W sztolni numer 3 można od niedawna obejrzeć ciekawą i działającą na emocje prezentację. Na ścianie widać pracujących więźniów, słychać dźwięki młotów i wiertnic, potem gra muzyka i w miejscu każdej postaci zapala się światełko. Trzeba przyznać, robi to wrażenie. Te światełka, skrawek pamięci, po każdym, kto tu zostawił życie...

    Ale kiedy wyjdzie się już na światło dzienne, pierwszą (no, może drugą rzeczą), którą zobaczy turysta, jest bajecznie kolorowa reklama ośrodka Wodniak w Zagórzu Śląskim. Dawno tam nie byłam, pomyślałam więc, że może zabiorę znajomych nad wodę. A tam.... Kosowo po wojnie. Sypiące się domki, pawilon jak po bombardowaniu, papiery, walające się kaloryfery, gdzieś rozwalone łóżko i ci biedni ludzie, którzy w upał chcieliby posiedzieć trochę nad wodą i muszą to robić w takich warunkach. Pamiętam ten ośrodek z dzieciństwa, pamiętam, że nigdy nie była to elegancja na najwyższym poziomie, ale położenie tego miejsca, widoki, bliskość tamy i przede wszystkim zamku Grodno, do czegoś zobowiązuje. Cóż, skoro już tam byliśmy, zajrzałam na zamek – to zaledwie 15 minut spaceru od ośrodka.

    W Grodnie remont, sporo się dzieje, zaczął nawet funkcjonować mały punkt gastronomiczny. Tylko dlaczego – pytam – nazwy dań i napojów muszą być wypisane flamastrem? Czy ten niezwykły zabytek do czegoś nie zobowiązuje? Kiedy kilka tygodni temu jechałam przez Meksyk, zobaczyłam, że we wszystkich małych, zabytkowych miasteczkach, napisy są ujednolicone. Są zrobione tą samą, stylową, czcionką, o tej samej wielkości  i tej samej wysokości. Pewnie nam do tego jeszcze daleko, ale tak troszeczkę można się postarać.

      Wizytę w Górach Sowich trzeba zakończyć czymś smacznym do zjedzenia. Celowo ominęliśmy moje ulubione miejsca, postanowiliśmy szukać czegoś nowego. Wszyscy dookoła zachwalają placki ziemniaczane w Młynie w Olszyńcu. Podobno pyszne nad wyraz i ogromne. Niestety, nieczynne... Pojechaliśmy więc do Fregaty na Jezioro Bystrzyckie, w tym pięknie położonym, klimatycznym miejscu, z  widokiem na wodę można siedzieć godzinami. Takie położenie też powinno do czegoś zobowiązywać. Obsługa jest tu grzeczna i miła, jedzenie smaczne, sam dom, naznaczony patyną czasu ma ogromny urok. Ale już drugi raz zdarza mi się, że nie mogę zamówić tego, na co mam ochotę. Za pierwszym razem, szykowało się tu wesele, znajomych panie jeszcze obsłużyły, ale dla tych, którzy dotarli parę minut później, szansa na zjedzenie czegokolwiek przepadła. Teraz po 16.00 zabrakło już tutejszego, popisowego naleśnika z łososiem a z lodów można było wybierać tylko w jednym rodzaju owocowych. Marudzę? Może marudzę, ale nie marudzę w swoim imieniu. Ja te miejsca znam i można powiedzieć, kocham, bo Dolny Śląsk wart jest takiej miłości. Ale czy wróci do nas turysta z innych regionów Polski? A turysta z zagranicy?
 

Komentarzy: 8
Sosnowiec – płoną zabytki

Ledwie wróciłam do Polski i zaraz koledzy-poszukiwacze zaatakowali mnie informacjami o najbliższych akcjach eksploracyjnych.

Już niebawem zaczyna się kolejne wielkie szukanie pod Wrocławium, ale dzisiaj o innej, smutnej sprawie. Piotrek Majczak, o którym ostatnio pisałam (szukał zatopionych dzwonów z parafii w Januszewicach) przysłał mi kilka zdjęć z Sosnowca. Z różnych względów pojawiają się tutaj z opóźnieniem, ale ze względu jak ważna jest ta sprawa, trzeba o niej napisać.

W środę, 23 czerwca, spłonął bowiem pałac Wilhelma, a zamki i pałace są bliskie wszystkim eksploratorom. Są w końcu ważną częścią historii. Piotrek napisał: Około godziny 13 straż pożarna została powiadomiona o pożarze.

Gdy pierwsze jednostki dotarły na miejsce, pożar objął już wszystkie kondygnacje. Ogrom tragedii zmusił do posiłkowania się jednostkami z ościennych miast.

Przez ponad godzinę słychać było syreny jadących na pomoc wozów strażackich. Pałac Wilhelma został zbudowany w 1900 roku w stylu neobarokowym według projektu znanego architekta Józefa Pomiana-Pomianowskiego jako pałac gościnny. Wzniesiono go na zlecenie rodziny Schoenów, około 100m od własnej rezydencję Pałacu Schoena (dziś mieści się tam muzeum miejskie).

Po wojnie został zaadoptowany na potrzeby szkoły włókienniczej. W ostatnich latach wpisany do rejestru zabytków pałacyk kilkakrotnie zmieniał właściciela. Ostatnio nie był użytkowany. W 2009 miasto, uznawszy że nie stać je na remont, sprzedało go prywatnej firmie z Sosnowca, zakładowi remontowo-budowlanemu Przemysława Jędrzejczyka.

Nowi właściciele zapowiadali gruntowną renowację zabytku, szykowali się do pierwszych prac.” Zresztą nie ma co wiele pisać, popatrzcie na zdjęcia, które przysłał Piotrek.


 

Komentarzy: 6
Skarby wychodzą z ziemi


      Zadzwonił dzisiaj Piotrek Majczak z Polskiego Towarzystwa Badań Historycznych w Będzinie. Pod czujnym okiem archeologa, wraz z grupą poszukiwaczy i pasjonatów z Ośrodka Historyczno-Kulturalnego  Beldonek - Pałac Wielkopolskich w Chrobrzu prowadzą bezinwazyjne badania w Niegosławicach.

    W okolicy znajdują się cmantarzyska ciałopalne i nieco późniejsze stanowiska archeologiczne. To kolejna akcja, która łączy siły archeologów i pasjonatów. – To także taki nasz dar dla archeologów – powiedział mi rozradowany Piotrek – Mamy cały potrzebny sprzęt i opracowujemy mapy terenu.
Niestety, tym, razem nie mogę tam być, więc te telefony to  dla mnie taka namiastka własnych poszukiwań. Ale Piotrek zadzwonił też z zupełnie innego powodu. Dzisiaj podszedł do niego rolnik, który mieszka w okolicy. I przyniósł ...amforę kulistą, na widok której archeolog o mało nie zemdlał. Znalazca trafił na bezcenny zabytek podczas prac w polu. Chętnie zgodził się pokazać miejsce, gdzie trafił na amforę, opowiedział też przy okazji wiele innych, niezwykłych historii. Jak wspominał mi przed chwilą Piotr, na tamtym terenie można znaleźć zabytki z okresu rozciągniętego na dwa tysiące lat. Rolnik jakoś nie odważyłby się podejść do naukowca, ale poszukiwacze go ośmielili. Z pożytkiem dla wszystkich.
 

Komentarzy: 1
Marzenia stewardessy

    

     Lot z Mexico City do Madrytu. Pod nami Atlantyk, na pokładzie jeszcze środek nocy, w Polsce prawie dziesiąta rano. Idę pomiędzy krzesłami poprosić o wodę. Wszyscy śpią. W pomieszczeniu, w którym siedzą stewardessy, dwie panie. Jedna czyta jakieś pismo, druga...ma przed sobą kilka wielkich kartek i w zawrotnym tempie rysuje. Dziwnie rysuje. Od prawej w dół, potem posuwa się na skos ku górnemu, lewemu rogowi kartki. Nie moge się powtrzymać, gapię się jej przez ramię. Stewardessa rysuje komiks. Szalony, z dziwnymi postaciami, które coś tam wykrzykują po hiszpańsku w nierównych dymkach, które wychodzą z ich ust.

    - Świetnie pani rysuje - zagaduję. Stewardessa uśmiecha się i mówi zupełnie szczerze:

    - Uczę się i uczę. Chciałąbym zostać profesjonalnym rysownikiem i rysować tylko komiksy. To moje marzenie. Skąd pani jest ?- pyta jeszcze.

    - Z Polski.

    - Z Polski? Żona mojego brata jest z Polski. Z takiej miejsowości.... Krakaw.

     Dostaję wodę i wracam na swoje miejsce. I myślę sobie, że czyjeś marzenia można poznać w najmniej oczekiwanym miejscu.

Komentarzy: 1
Cały czas z Meksyku

  

    Pierwszy dzień, który mam naprawdę dla siebie. Nie wiem, ile już dni jestem w Meksyku, ale dzisiaj w Mexico City prawie nie ma korków. Wszyscy, kto tylko może, oglądają mecz z Republiką Południowej Afryki. Tłumy w restauracjach, w sklepach, nawet w moim hotelu hipnotycznie wpatrują się w ekrany telewizorów.

    Z powodu licznej plagi katarów, do naszej grupy dołączyło dwóch lekarzy. Oni też patrzą się na mecz. Chłopaki mają fajne wakacje. Codziennie przychodzą na śniadanie w czyściutkich, świeżutkich kitlach z małym zestawem ratowniczym w walizeczce. Jak na nich patrzę, to wcale się nie dziwię, że liczba zachorowań wśród zagranicznych dziennikarek nagle gwałtownie wzrosła. Śmiesznie to wygląda. Jesteśmy np. w destylatorni, próbujemy różnych wysokoprocentowych świństw, a pan doktor rozkłada nieoczekiwanie kuferek i mierzy komuś ciśnienie. Mnie też się podniosło ciśnienie, ale bynajmniej nie z powodu pana doktora.

   Dwa dni temu, nieoczkiwanie zostałam porwana o szóstej rano na śniadanie do jakiejś szkoły. Wśród zakładników było jeszcze kilku dziennikarzy, przerażanonych nie tym, że muszą nagle jechać do jakiejś szkoły, ale tym, że jest szósta rano. Pani dyrektor, kobieta o wyglądzie divy operowej, nigdy nie wychodząca z długich sukien i kapelusza, z filmowym makijażem, zabrała nas do swojej prywatnej  szkoły kulinarnej.  Na śniadanie była sałatka owocowa, bułeczki zapiekne z fasolą i serem, napój ryżowy i ...aleja gwiazd. Na klaśnięcie pani dyrektor (jak w operze mydlanej) nieoczekiwanie wyskoczyło kilku kelnerów niosących coś rodzaju ram. Potem okazało się, że ktoś w rogu rozrabia cement.

   -Oj, to może być koniec - pomyślałam, w końcu ogląda się te filmy o mafii i tym co potrafią wyprawiać z betonem. Ale nie. Okazało się, że każdy z nas ma odcisnąć swoje dłonie ku pamięci. Że niby takie z nas VIPy.     

     Odcisnęłam. Mam dwieście zdjęć z panią dyrektor, przy której czuję się głupio z powodu braku kapelusza i długiej sukni. A teraz patrzę na jeden z głównych placów Patzcuaro, ślicznego miasteczka z wielkim targiem, po którym zamierzam pobuszować bez tej całej, naszej ochrony. 

 

Komentarzy: 0
Czerwone i szare, czyli robak lubi pływać

 

Nie oglądam prawdziwego Meksyku. Oglądam Meksyk z tej strony, z której chce mi się pokazać, z najbogatszej, najpiękniejszej, przez pryzmat drogich hoteli i wykwintnych bankietów. Ale potem wychodzę na ulicę i spotykam biedę i samotność.

Jestem w Meksyku po to, żeby poznawać jego najlepsze smaki, codziennie gotują dla mnie najlepsi szefowie kuchni, wymyślając najdziwniejsze dania. Tacos z kwiatami hibiskusa, jabłka z jogurtem, marynowane mięso kozy w liściach banana, lody z płatków róży – to wszystko naprawdę może oszołomić. Nie tylko smakiem, ale także sposobem w jaki jest podane i miejscami, w których jemy. Będę o tym pisać, poznaję sekrety tutejszej, tej wykwintnej kuchni, uczę się umiejętnego używania ziół i przypraw. Ale kiedy nie mam już siły jeść następnego dania, podobnie jak wielu innych dziennikarzy i patrzę, jak kelnerzy wrzucają resztki, a właściwie nadgryzione jedynie równe pyszności, mam poczucie, że ten świat nie idzie w tę stronę, co trzeba...

Dzisiaj jedliśmy robaki. Te – jak mi wytłumaczono – jedzą akurat wszyscy, bo zawierają wiele protein. Dodaje się je do mezkalu, typowej meksykańskiej wódki. Mieszkają sobie w agawie, tylko na różnych pięterkach. Czerwone i białe najwyżej, szare, tłuste i obrzydliwe żyją najniżej. Jeśli nie są częścią produkcji, można je po prostu zjeść. Na surowo. Próbowałam kiedyś szarańczy, ale nie była surowa. Spróbowałam tego białego, najmniejszego, tego z wyższej kondygnacji agawy. Trudno określić jego smak. Mięsny i mdły. Na szarego się nie odważyłam. Zjadła go meksykańska koleżanka z telewizji, co zostało udokumentowane na zdjęciu.  Jutro natomiast ruszam na słynną La Pena de Bernal, słynną skałę, jednym z największych monolitów na świecie. Krąży wokół niej wiele legend, a tych o Ufo nie sposób zliczyć. To będzie może prawdziwy kawałek Meksyku?

Najpierw po czerwonym robaczku

Potem szary tłuścioszek 



Blanca robi dobrą minę do złej gry

I coś na deser, tym razem naprawdę smacznego :)

Chyba że jednak mięso. W liściach upiekła się właśnie baranina.
 

Komentarzy: 3
Jadę sobie meksykańską karetką


      Takie mam już szczęście, że dość często podczas wyjazdów ląduję w jakimś szpitalu. Na szczęście to nic poważnego. Wczoraj wieczorem, nieoczekiwanie, podeszła do mnie szefowa całego naszego zamieszania i oświadczyła, że wezwała do mnie karetkę.
   Widzisz – powiedziała – źle się czujesz, przyjedzie cię zbadać lekarz. Ambulans jest drodze.

   - Ale ja mam tylko katar - niemal krzyknęłam.
   - Nie szkodzi, dbamy o naszych gości - odpowiedziła. Ponieważ uroda i dystynkacja Patrcii Quintana nieco mnie paraliżuje, z rezygnacją przytaknęłam.

    Ale karetka do kataru??? Co za pomysł? Może myślą, że mam ptasią grypę, w większości restauracji podają przed posiłkami coś rodzaju żelu albo psikają nam ręce antygrypowym „czymś”. Czułam się rzeczywiście kiepsko, bo ile można spać po trzy, cztery godziny, ale... Dopóki nie przyjechała karetka byłam jeszcze zdrowa, w chwili gdy nadjechała, nieoczekiwanie kilka osób postanowiło mi pomóc wstać od stolika (w końcu jestem chora), operator z meksykańskiej telewizji podbiegł do mnie przestraszony i dał mi w ostatnią drogę malutkiego żółwia ze szkła, ktoś rzucił się, żeby nieść za mną szalik, ktoś niósł za mną torbę, a ja nie mogłam się wyrwać z tych wszystkich opiekuńczych rąk. Zleciała się cała wioska, w końcu nareszcie coś się działo. Cudem przepchnęli mnie do tej karetki przez tłum gapiów i zostawili z całkiem przystojnym ratownikiem, który nie znał ani słowa po angielsku. Karetka zawiozła mnie do hotelu, a kierowca prowadził po kocich łbach w takim stylu, że najzdrowszy atleta poczułby się nieco niepewnie.

    Stoimy ja i medyk w pokoju, nie możemy się dogadać. W końcu trochę bezbronny chłopak zmierzył mi ciśnienie, potem osłuchał. Stwierdził, że jestem zdrowa a organizatorzy odetchnęli. To się nazywa potęga medycyny! Dziś rano cała wioska uśmiechała się do mnie jak do gwiazdy meksykańskiego serialu. Juanita Lamparska powstała z grobu. I ciągle ma  katar.

Komentarzy: 6
Jak mnie nie zabił katar

      Jeszcze żaden, tak zwany oficjalny wyjazd, nie był tak wyczerpujący. Codziennie wyjeżdżamy o siódmej, żeby wrócić po dwudziestej trzeciej, albo po 24.00. Rano wszyscy wyglądają jak cienie, a wrażenie potęguje jeszcze to, że każdego dnia czeka na nas policyjna eskorta.

    Czuję się idiotycznie, kiedy wokół autobusu krążą bez przerwy policjanci na motorach, których zadaniem jest m.in. zatrzymywanie ruchu ulicznego, żebyśmy mogli szybko przejechać. Program, w którym uczestniczę jest w Meksyku ważnym wydarzeniem. Policja towarzyszyła nam też wczoraj na targu, jeszcze nigdy nie podróżowałam w ten sposób. Każdy targ na świecie wydaje mi się bezpieczny, tu jestem co chwila napominana, żebym nigdzie się nie oddalała, bo albo okradną, albo porwą i będę musiała pracować potem na ulicy w charakterze, który niezbyt mi odpowiada. Dziennikarce z Argentyny na targu ukradli komórkę.

    Nie znam w ogóle Meksyku, ale kiedy dzisiaj okazało się, że mam katar, jedna z organizatorek postanowiła wezwać karetkę. Tak, na wszelki przypadek. Cudem udało mi się odwieść ją od tego pomysłu. Ze wszystkich stron jestem otoczona opieką, kiedy wychodzę z autobusu dwóch panów podaje mi rękę, żebym, przypadkiem się nie potknęła, szczytem wszystkiego była pani z toalety w jednym z hoteli, która najpierw rzuciła się, żeby umyć mi ręce a potem wycierać je pachnącym ręczniczkiem. Jedni mi tłumaczą, że to typowa meksykańska gościnność, z drugiej strony słyszę, że na ogół chodzi o napiwek. Własne zdanie będę miała za jakiś czas.

      Dookoła dzieje się tyle rzeczy, że nie jestem w stanie wszystkiego przyswoić. Organizatorzy programu dla dziennikarzy "Aromas esabores" z całego świata postanowili nas oszołomić, powalić na kolana, ale taka ilość bodźców, narazie przynajmniej tworzy mi tylko mętlik w głowie.  Zamiast opowiadać, kilka zdjęć, które za chwilę powinny się pojawić


 

Komentarzy: 1
4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 |