iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Powracam z zaświatów

Moi Szanowni Czytelnicy, Drodzy Przyjaciele, Miłośnicy Skarbów i Tajemnic, 

dziękuję za wszystkie listy, które wytrwale pisaliście do mnie przez ostatnie miesiące. Dziękuję wszystkim za ciepłe słowa i przepraszam, że nie udało mi się odpisać na wszystkie listy. Redakcja Money.pl przekonała mnie do zamienienia bloga na stronę podróżniczą, ale taka strona ma zupełnie inne zadanie, więc wypisać się na niej do końca nie można. A widzę też, że niektórym brakuje dokładnych doniesień z Dolnego Śląska, więc w miarę możliwości, będę starała się powoli wracać do mojego opisywania świata. Po prostu obiecuję poprawę. Dzisiaj zapraszam do opowieści z moich przygód na Cyprze, z którego właśnie wróciłam. Wystarczy kliknąć na okienko po prawej, albo wejść na stronę www.joannalamparska.com

 

 

Komentarzy: 4
Ulubiony zamek z bajek Disneya

 

Upał na Cyprze Północnym jest latem nie do wytrzymania. Wystarczy przejść się po mieście przez parę minut i naprawdę może być ciężko. Może to nie jest najlepsza pora na zwiedzanie – lepiej siedzieć na basenie i pić drinki – ale co ma zrobić taka niepoprawna miłośniczka zamków jak ja, która do tego nie potrafi pływać?
 
Ruszyłam na podbój jednego z najsławniejszych miejsc na wyspie – zamku św. Hiliariona w rejonie Girne. Budowniczy położyli go na szczycie górującym nad niemal całym wybrzeżem, zamek widać więc z plaż w tej okolicy, w nocy zaś jest pięknie podświetlony. Góry Beşparmak miały znaczenie strategiczne, można z nich było obserwować morze i w razie czego szybko się schronić. Stąd pomysł na budowę strażnic, które stały się dzisiaj atrakcjami turystycznymi.
 
Przed zamkiem stał tu kościół, a następnie klasztor. W tym miejscu zakończył życie św. Hilarion, pustelnik z przełomu III/IV wieku (obejrzyjcie sobie obrazy z przedstawieniami pokus, na które był narażany!). Stąd też i nazwa zamku, który wniesiony na górskiej grani miał trójdzielną budowę. W najwyższej części mieszkała królowa. Z nią też wiąże się wiele legend i opowieści. Wszystkie mają oczywiście kryminalne tło.
 
Oto jedna z nich: Książę Jan z Antiochii był synem króla Cypru. Kiedy zmarł władca kolejnym królem został brat Jana, Piotr, uważany za jedną z najwybitniejszych osobowości z dynastii Lusignan i człowieka o dobrym charakterze. Ale jego żona, Eleonora była już damą niezbyt lubianą przez otoczenie. Była zazdrosna i nienawidziła Jana. Z czasem i Piotr zaczął się zmieniać, był niemal o krok od utraty zdrowych zmysłów, zachowywał się dziwnie i niezrozumiale, odnosił się źle do swoich rycerzy. W końcu powstał pomysł, żeby go zamordować i tak 17 stycznia 1369 roku stracił życie. Eleonora zaprzysięgła zemstę.
 
Królowa szczególnie nienawidziła Jana, którego oskarżała o zamordowanie męża. Jak to przebiegła kobieta wymyśliła następujący plan: udawała, że nic się właściwie nie stało, zyskała zaufanie Jana i kiedy nadszedł odpowiedni czas, zasugerowała mu, że jego najwierniejsi bułgarscy najemnicy knują przeciwko niemu spisek. Książę długo się nie zastanawiał (musiał być chłopak bardzo porywczy), wezwał najemników i jednego po drugim wyrzucał przez okno swojego zamku. Eleonora knuła dalej. Zaprosiła Jana do zamku w Nikozji, i chociaż wszyscy ostrzegali go, aby nie jechał tam bez straży, książę nie posłuchał. Królowa powitała go w towarzystwie syna Piotra II. Zjedli obiad w dość chłodnej atmosferze, a na deser służba wniosła srebrną tacę przykrytą białym płótnem. Leżała pod nim skrwawiona szata Piotra, którą miał w dniu śmierci. Zanim Jan się obejrzał, leżał już z nożem w plecach. W ten sposób Eleonora dokończyła dzieła zemsty.
 
Co za historia! Dziś można zobaczyć okno, z którego wylatywali bułgarscy najemnicy. Zamek św. Hilariona jest w ruinie, ale jaka to ruina! Labirynty schodów prowadzą w różne zakamarki, nieoczekiwanie w samotnych ścianach pojawiają się przepiękne okna. Widać z nich morski brzeg, a panorama stąd zapiera dech w piersiach. Ale upał nie daje prawie żyć. Pociechą jest zimna lemoniada (zmiksowane z wodą i cukrem cytryny) w małej kawiarence. Pychota!
 
Zamek leży przy terenach strzeżonych przez wojsko, po drodze widać zardzewiałe siatki i tablice ostrzegawcze, żeby nie robić zdjęć. Podobno – niestety nie sprawdziłam tego – do zamku, przez tereny wojskowe można dojechać tylko samochodem, rowery i piesza wycieczka odpadają. Najciekawsze jest jednak to, że zamek św. Hilariona posłużył Waltowi Disneyowi jako pierwowzór zamku z bajki o królewnie Śnieżce i siedmiu krasnoludkach. W końcu to też opowieść o zemście. Tyle, że nie udanej.   
 
1.      Zamek Św. Hilariona w pełnej okazałości. Rzekomo, tak się w niego zapatrzył Walt Disney...
2.      Przy tym oknie knuła królowa Eleonora.
3.      Widok z najwyższej części zamku. W dole widać hotel Mercure, w którym nocują wycieczki z Polski.
4.      Kto by pomyślał, że mieszkając w takim miejscu, jeszcze tu mieli ochotę na intrygi...
5.      Zamek był podobno nie do zdobycia.
6.      A to okno, z którego książę Jan wyrzucał po kolei kolegów.
7.      Fragment ruin kościoła.

 

Komentarzy: 1
Osiołkowa wioska, czyli kiedy będę stara

 

Trafiłam tu przez zupełny przypadek. Podobnie jak na Cypr Północny, który uznawany jedynie przez Turcję, jest miejscem, w którym nie pojawia się zbyt wielu turystów.
Co prawda, wybrzeże „ozdabiają” nieprawdopodobnie luksusowe hotele, w których odpoczywają głównie Turcy, jednak zaledwie kilka kilometrów od brzegu spotykam opuszczone wioski, zrujnowane kościoły i monastery. To pokłosie wojny w 1974 roku. I tak znalazłam się w Karamanie, czyli - przed podziałem Cypru – Karmi. I od razu postanowiłam: w takim miejscu osiądę na starość (mam nadzieję, ze nieprędko).
Nie jeździ tu dolmusz, czyli minibus, który jest tu podstawowym środkiem komunikacji. Trzeba wynająć auto, taksówkę albo iść na piechotę. Upał w tej chwili jest nie do wytrzymania. Temperatury przekraczają 40 stopni C, już po kilku krokach człowiek jest zmęczony i zniechęcony. Do tego dochodzi wilgoć. Ale ludzie są tu uprzejmi. Zatrzymują się chętnie i chętnie biorą na stopa. Tak poznaliśmy rzeźbiarza, który usiadł koło Karamanu kilka lat temu i postawił przy drodze figurę osiołka, naturalnej wielkości. Dlaczego? Bo do 1959 roku pocztę do wioski dowoził właśnie osioł. Po wojnie 1974 roku, kiedy Karmi zostało opuszczone przez Greków, powoli zamieniało się w smutną ruinę. Ponieważ wioska jest przepięknie położona, turecki rząd postanowił wynajmować na długi okres (nawet na sto lat) tutejsze domy, tym, którzy chcieli je restaurować. Dziś mieszkają tu głównie Anglicy, Niemcy, jest kilku Finów, Norwegów i Kanadyjka. Spod domu rzeźbiarza, koło którego znajduje się coś w rodzaju pubu, przejął nas David, Anglik, który rozczarowany brytyjską polityką, postanowił udać się na wewnętrzną i zewnętrzną emigrację i zamieszkał w cudnym domu w Karamanie.
Okazało się, że są jeszcze miejsca na świecie, w których zupełnie obca osoba zabiera Was do domu, poi i jeszcze do tego karmi. David najzwyczajniej przyprowadził nas do siebie i podał pieczone z sosem ziemniaki. Przedtem pokazał zaś domek Angielki, która jako pierwsza osiadła w tej wiosce i zapoczątkowała na nią modę.
 Z naprawdę malutkiego domku Davida roztacza się nieprawdopodobny widok na wybrzeże. Z tyłu zaś góry. Sam Karaman to kilka wąskich uliczek, niemal całkowicie pustych, z cudnymi, małymi domkami i angielską budką telefoniczną – telefon działa! Sprawdziłam, można tu wynająć dom na wakacje. Tydzień z widokiem na morze, w domu z dwoma sypialniami, czyli dla czterech osób kosztuje 225 GBP. Do wynajęcia jest też znacznie droższy dom z basenem. Karaman wydaje się żyć własnym życiem, jest pub, w którym raz tygodniu serwują fish and chips bez których Anglicy nie potrafią żyć. Właścicielce restauracyjki, która pochodzi z Kanady, właśnie skradziono paszport (a to wiemy to Szkota, który nas zawiózł na dół), więc ku niemalże rozpaczy wszystkich, restauracyjka chwilowo nie działa. Uliczki wydają się niemalże wymarłe. Zresztą zobaczcie na zdjęciach. Nawet koty są tu totalnie rozleniwione.
Karaman wydaje się marzeniem o małej, wspierającej się społeczności. Takiej, jaką znamy chociażby z „Przystanku Alaska”. Ciekawe, jak naprawdę żyje się w takim miejscu?
 
 
Zdjęcia:
1.      Karaman leży na górskich zboczach.
2.      Pierwsze spotkanie z wioskową elitą - rzeźbiarz zabiera na stopa.
3.      Osiołek, symbol Karamanu
4.      W pubie na dole spotykamy Davida...
5.      ...który pokazuje nam dom pierwszej angielskiej mieszkanki wioski...
6.      ...a potem zabiera do siebie, żeby m.in. pokazać ten widok z balkonu.
7.      Ryba i frytki – bez tego Anglik nie chce żyć.
8.      Tuż za łukiem widać angielską budkę telefoniczną. Działa!
9.      Kościółek w centrum wsi.
10. No i przebiegł nam drogę....
11.....temu nie chciało się nawet wstać.
12.Cicho wszędzie, głucho wszędzie....
13.Przedostatni rzut oka na Karaman.
14.I mały detal na koniec. Śliczne, prawda?      

 

Komentarzy: 1