iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Gdzie są skrzynie Mietka Bojko?

Mnie zatkało. Kiedy pierwszy raz usłyszałam tę wiadomość, kompletnie nie wiedziałam co powiedzieć. Poszukiwacz, którego przecież znam, opowiada dziennikarzowi, że wykopał na zlecenie dwóch Niemców skrzynie z dokumentami z obozu w Oświęcimiu, dostał za to pięć tysięcy euro, dokumenty zaś oddał zleceniodawcom. Miejsce akcji: Przełęcz Kowarska, czas: listopad ubiegłego roku, pierwsza publikacja na ten temat: „Nowiny Jeleniogórskie”. Sprawa nabrała jednak rozgłosu kilka dni później, gdy Mieczysław Bojko udzielił wrocławskiemu radiu szerokiego wywiadu, w którym spójnie i logicznie opisuje całą akcję.

Była koparka, trzy skrzynie, dokumenty stu wachmanów z obozu i decyzja, że dokumenty trzeba oddać. W reportażu w „Nowinach Jeleniogórskich” znalazło się nawet zdjęcie pracującej koparki. Bojko ściągnął sobie tym opisem na głowę śledztwo IPNu, policję i muzeum w Oświęcimiu. Ściągnął sobie również na głowę oburzenie niemal całego środowiska, bo są granice, których po prostu przekraczać nie wolno. O tym, że w Polsce się szuka, że szuka się często bez pozwoleń wiedzą wszyscy, jednak wszyscy też wiedzą, że takie dokumenty powinny zostać w Polsce, powinny tu zostać zbadane. Ta sprawa jest absolutnie bezdyskusyjna.

Wiele osób pyta mnie od kilku dni, co o tym wszystkim sądzę. Na samym początku byłam przekonana, że to absolutnie wyssana z palca historia. Tym bardziej, że zdjęcie w ”Nowinach”  – jak się okazuje – wcale nie pochodzi z tego konkretnego wykopu, a dziennikarze relacjonujący tej sprawę, w miejscu eksploracji nie byli. Ale dzisiaj, czytając kolejne doniesienie w tej sprawie, mam wrażenie, że Mietek się coraz bardziej gubi w zeznaniach. Najpierw przyznał, że całą sprawę wymyślił, żeby promować swoją książkę, dzisiaj rozwinął ten wątek w „Gazecie Wrocławskiej”:

„Bojko dziś twierdzi, że zamieszanie jest efektem nieporozumienia, a historia skrzyń z nazistowską dokumentacją to jedynie część opowiadania, które znajdzie się w jego nowej książce. Na rynek trafi na przełomie lutego i marca. - Gdy rozmawiałem o tym z dziennikarzami, bardzo wyraźnie to zaznaczyłem - przekonuje. - Oni jednak woleli postawić na sensację. Bo niby książka wtedy lepiej się sprzeda.”
 

Tego już kompletnie nie rozumiem. Tutaj eksplorator coraz bardziej gubi się w wypowiedziach, zarzuca dziennikarzom, że świadomie wprowadzili w błąd swoich czytelników i słuchaczy, co więcej, że uprawiają kryptoreklamę,. Nie uwierzę, że dwóch tak doświadczonych dziennikarzy jak Zbigniew Rzońca i Piotr Słowiński zmówiło się, żeby robić reklamę książce. Tym bardziej, że pomysł jest dość specyficzny.  
 

Jeśli  cała sprawa jest prawdą, to nie zazdroszczę, tym bardziej, że już wcześniej pojawiały się w prasie informacje o innych osiągnięciach Mietka, więc i one znajdą się teraz pod ostrzałem. Jeżeli wszystko zmyślił, stawia to pod znakiem zapytania dotychczasowe „odkrycia”. Równocześnie jednak cała ta historia pokazała, że być może czas nareszcie zupełnie na serio potraktować rozmowy o prawie dotyczącym poszukiwań, albo je zliberalizować albo po prostu przestrzegać. Czekam z niecierpliwością na rozwój wydarzeń, pewnie tak jak wszyscy, których ta sprawa obchodzi.
 

Komentarzy: 15
Zeszyt pilota Dywizjonu 303


        „Pilotom nie wolno startować bez zgody instruktora, akrobacje można wykonywać tylko powyżej pewnej wysokości”. To dwa pierwsze zdania z zapisków pilota legendarnego Dywizjonu 303. Zapisane ołówkiem, w starym zeszycie.

     Na kolejnych stronach dokładny opis kokpitu Spitfire’a, zasady nawigacji, rysunki ilustrujące lekcje meteorologii. Gdzieś na końcu zeszytu widać, że pilot się nudził i zaczął rysować różne esy-floresy.

    Aż trudno uwierzyć, że jeszcze można odnaleźć takie dokumenty. Już przed świętami dostałam niecodzienny prezent. Jeden ze znajomych zaprosił mnie do siebie i oddał na kilka godzin do dyspozycji swoją wielką szafę. Szafę pełną starych widokówek, historii, staroci, szafę z wielką żółtą, plastikową torbą, w której znajdował się fragment życia jednego z pilotów Dywizjonu 303. Zginął w 1942 roku, szczegóły okoliczności jego śmierci nie są jednak jeszcze dobrze znane. Mam nadzieję, że dzięki tym dokumentom powstanie kiedyś duży reportaż, na razie więc nie ma co mówić o szczegółach. Ważne jest to, że nagle, we Wrocławiu, w zupełnie nieoczekiwanym momencie (chociaż przecież przed świętami zdarzają się najbardziej cudowne niespodzianki) można w taki sposób dotknąć historii. I to jeszcze historii z pewną tajemnicą, bo mam wrażenie, że gdzieś jest tam drugie dno, już o zupełnie osobistym charakterze.

     Uwielbiam zapach starego papieru, część starych zdjęć pilota została podjedzona przez myszy. Mam wrażenie patrząc na te fotografie, że myszy odznaczają się wyjątkową inteligencją, bo – na przykład – wygryzły niektóre zdjęcia dokładnie do miejsca, gdzie stoi na nich człowiek. Jakby chciały ocalić akurat tę jedną osobę. Szczególnie wrażenie zrobiły na mnie dokumenty powojenne. Pytanie z Polski o ewentualne odszkodowanie dla rodziny pilota i uprzejma odpowiedź z Wielkiej Brytanii, że słowo „odszkodowanie” nie licuje z czyjąś śmiercią. I zapytanie, od kogo przyszedł z wysp list, w którym pojawiło się takie właśnie sformułowanie.  

    Czy ktoś dzisiaj zwróciłby uwagę na takie drobiazg?
 

Komentarzy: 1