iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

U nas jest najładniej

 

Chociaż za chwilę, znów będę musiała wsiąść do samolotu i polecieć trochę dalej, nigdzie tak nie łapię oddechu, jak w naszych dolnośląskich wioseczkach. Właśnie spędziłam kilka dni w Płóczkach Górnych w pobliżu Lwówka Śląskiego.
 
W starych przewodnikach można znaleźć informacje, że Płóczki to znakomite miejsce dla poszukiwaczy minerałów. Czekają tu ametysty, turmaliny, kryształy górskie i, oczywiście, agaty. Właśnie zakończyło się kolejne Lwóweckie Lato Agatowe, podczas którego tysiące zwiedzających oglądają i kupują te skarby ziemi na setkach stoisk. Osobiście wolę się zaszyć gdzieś na uboczu, stąd Płóczki wybraliśmy na wyjazd w środku tygodnia, żeby ominąć całe to sobotnio-niedzielne zamieszanie. Płóczki polecam tym, którzy chcą posiedzieć w autentycznej ciszy, powędrować po ciekawych, starych wioskach i poczuć taki lekko uchwytny powiew historii. 
 
Pierwsze, co uderzyło mnie w Płóczkach Górnych (uwaga, są jeszcze Dolne) to niesamowite, murowano-szachulcowe domy. Często w złym stanie. Smutne, porzucone giganty, które powoli się rozpadają. W grudniu 1868 roku w Płóczkach wybuchł wielki pożar, który zniszczył sporą część zabudowy. Dlatego większość budynków pochodzi już z czasów odbudowy.
 
Widać jednak, że wiele ucierpiało w ostatnich latach, nie remontowane, porzucone, popadały w ruinie. Na szczęście nie wszystkie. Spaliśmy w Gościńcu pod Zielonym Jajem, w fantastycznie odnowionym, wiekowym domu, urządzonym w środku z dużym smakiem. Gościniec ma ciekawego gospodarza, z tych, którzy w życiu wiele widzieli, a skoro widzieli wiele, to wiedzą, jak innym zapewnić komfortowy wypoczynek. Śpiew ptaków, księżyc zaglądający do okna, przytulny zaułek na tyłach domu, gdzie można usiąść wieczorem – tego mi było trzeba. No i te cudowne wnętrza, pachnące historią, afrykańskimi opowieściami (wiele elementów wyposażenia gospodarz przywiózł z Maroka i świetnie tu pasują), spadziste dachy w pokojach na górze i małe lampki pozapalane w korytarzach.
 
Żadnego nachalnego światła, telewizorów w pokojach brak, jest – jeśli potrzeba – bezprzewodowy Internet. Dom okazał się świetną bazą wypadową po okolicy (o tym kiedy indziej), a także do krótkich wieczornych spacerów po samej wsi. Jakoś tak się złożyło, że od razu trafiłam na cmentarz, a właściwie dwa. Obydwa wyjątkowe.
 
Pierwszy leży na wzgórzu, koło kościoła św. Bartłomieja, który góruje nad całymi Płóczkami. Jakiż stąd jest piękny widok! Kościół był już wzmiankowany w 1241 roku, jak przeczytałam, ostatni raz był remontowany w 1975 roku, ma wspaniałą wieżę. Podobno istniejący tu cmentarz został dość niefrasobliwie zlikwidowany po II wojnie światowej, nie udało mi się dotrzeć do bardziej konkretnych informacji. Oglądając kościół, który wyglądał akurat tego dnia dość dramatycznie na tle zbierających się, burzowych chmur, zobaczyłam zrujnowaną wieżyczkę po drugiej stronie drogi. I tak trafiłam na dawny cmentarz ewangelicki.
 
Jeśli lubicie takie klimaty, z pewnością Wam się na nim spodoba. Stare drzewa, aleja, która prowadzi do czegoś, co było kiedyś kaplicą albo mauzoleum na jej końcu i wieża. Z polskich publikacji wynika, że to wieża kościoła ewangelickiego, mieszkańcy Płóczek twierdzą jednak, że kościół stał znacznie niżej, na starych fotografiach nie ma też takiej wieży. Przy wejściu na cmentarz stoi obelisk upamiętniający ofiary I wojny światowej, z czymś w rodzaju ławek po bokach. I można by się zapaść się w tę niezwykłą atmosferę, gdy nie jedna rzecz. Przeczytałam, że kościół uszkodzony i opuszczony w 1945 roku, został rozebrany w 1960. Został wzniesiony w latach 1741-42 i należał do ładniejszych i ciekawszych w naszym regionie.
 
To, że wiele zabytków znikło z mapy Dolnego Śląska to już dla nas nie dziwota, ale to co zobaczyłam na dawnym cmentarzu ewangelickim mną wstrząsnęło, choć takie widoki widywałam już wiele razy. Porozwalane grobowce, wewnątrz fragmenty ludzkich kości, w studni jakiś zwierzak, który pewnie tam kiedyś wpadł, a może został wrzucony. Zupełnie jakby przez cmentarz przeszedł tajfun, a zaraz po nim oddział dzikich grabieżców, którym przydało się wszystko, co mogli tutaj znaleźć. Zastanawiam się, jak długo jeszcze nie będą nam przeszkadzały takie miejsca? Ile będziemy udawać, że ich nie ma, bo zasłaniają je gęste krzaki? Przecież te cmentarze to część historii regionu, w którym teraz mieszkamy. Zresztą co ja tu będę się rozpisywać, wiecie wszystko....
 
 
1. Gościniec pod Zielonym Jajem od frontu
2. ...i z tyłu. To tutaj odpoczywa się najlepiej.
3. Fragment jednego z pustych domów z data budowy: 1848.
4. Kościół św. Bartłomieja
5.Wejście na katolicki cmentarz.
6. Widok na wioskę i kościół od strony cmentarza ewangelickiego.
7.Pomnik ofiar I wojny światowej
8. Aleja na dawnym cmentarzu ewangelickim.
9. Zniszczone, rozgrabione grobowce, bez komentarza.
10. Wieża na dawnym cmentarzu ewangelickim.
11. Ten dom jest do kupienia, tak przynajmniej przeczytałam w internecie.
12. Jeden z opuszczonych domów – typowy widok w okolicy.
13. Wnętrze Gościńca pod Zielonym Jajem – klimatycznie, prawda?

 

Komentarzy: 3
Jaki dziwny skansen, czyli pociągiem przez Dolny Śląsk

 

Przyjechali dziennikarze ze Szwajcarii. „Asia, zabierz nas w Karkonosze – poprosili. Ale koniecznie pociągiem. Mamy opisać, jak turysta z Europy, bez samochodu, może podróżować do najciekawszych, polskich atrakcji”.
 
I zadrżałam i ucieszyłam się równocześnie. Pociągiem na ogół podróżuję do Warszawy, ostatnio jechałam też do Drezna. Nie było źle. W sumie niewiele wiem o dolnośląskich pociągach, więc przejażdżka z ciekawskimi gośćmi wydała mi się atrakcyjna. Byłam też ciekawa, ile kosztuje taki wyjazd i jak Dolny Śląsk wypadnie w oczach szwajcarskich redaktorów.
 
Umówiliśmy się tak, oni (dwie osoby – Jonas i Robert) będą starali się radzić sobie sami, my będziemy ich wspierać i pomagać tylko kiedy trzeba. Trochę miałam wrażenie, że nasi goście traktują wizytę w Polsce jak pracę w kraju Trzeciego Świata, ale co tam. Wszystko ich ciekawiło, nawet cieszyło, więc nie mogło być źle.
 
Śniadania nie chcieli jeść. „Za wcześnie na śniadanie” – uznał Jonas – „Zjemy w pociągu” – przemilczałam ten pomysł (w końcu mieliśmy ich wspierać w ostateczności i po cichu zrobiłam kanapki). Wybraliśmy pociąg do Jeleniej Góry, który odchodzi z Wrocławia przed ósmą, gość więc miał prawo nie jeść tak wcześnie. Taksówką dojechaliśmy na dworzec (25 zł) i zaczęły się schody, bo przecież nasz wrocławski dworzec w nieustannym remoncie. Postanowiliśmy oszczędzić im szukania kasy na „dworcu tymczasowym” (bilet dla dwóch osób 36 zł) , widziałam jak z lekkim strachem patrzyli na przejścia do peronów i w końcu jak z niedowierzaniem wsiedli do pociągu.
 
Był prawie pusty, kto w niedzielę jedzie pociągiem do Jeleniej Góry? Nie wiem, jaki skład jeździ na ogół do Jeleniej, ten nasz przypominał mroczne czasy PRLu. Niedomykające się okna, zatkana ubikacja z latającymi po jej kątach kawałkami papieru toaletowego, zacinające się drzwi pomiędzy wagonami. I ten zapach. Zapach zatkanej toalety radośnie panoszący się po korytarzu.. Dla nas ciągle normalka. Ale dla Jonasa i Roberta nie. Gdy tylko ociężale ruszyliśmy, pierwszy postanowił poszukać baru (wyjaśniłam, że pani z bułeczkami i wózeczkiem nie będzie chodzić), drugiemu zachciało się do toalety. Z poszukiwań (szumnie powiedziane, raptem cztery wagony) wrócili z oczami okrągłymi jak spodki. „To wszystko jest bardzo dziwne, bardzo dziwne” – mamrotał Robert. Jonas z wdzięcznością natomiast przyjął moje kanapki, nabrał sił i rzucił się do fotografowania mijanych stacyjek. „Coś się tu stało?” – pytał? To po powodzi, tak? A co z torami? Dlaczego tak wolno jedziemy? Dlaczego stoimy?
 
W sumie dla kogoś nieobeznanego z polskimi realiami to może być dziwne, że odcinek ponad stu kilometrów, który dzieli Wrocław od Jeleniej Góry, tym pociągiem pokonuje się w trzy godziny i piętnaście minut. Stacyjki po drodze są w strasznym stanie, poniszczone, pozabijane okna, czasem to stara budka pokryta graffitti. Żal serce ściska. Widoki mało zachęcające, a jednak – a może właśnie dlatego - nasi Szwajcarzy robili zdjęcia na każdym przystanku i będą je dalej pokazywać światu. A ja nie wiedziałam, jak im bez wstydu wytłumaczyć, dlaczego to wszystko tak wygląda. Może będziemy kiedyś drugą Irlandią, ale na Szwajcarię to raczej się nie zanosi.
 
Od Marciszowa widoki robią się bardzo piękne, choć np. stacyjka w Janowicach Wielkich woła o pomstę do nieba. Za chwilę z okien widać Sokoliki, potem cudnie odnowiony pałac w Wojanowie i w końcu Jelenia Góra! Na dworcu sympatyczny bar i decyzja, co dalej. Naszym celem była Przesieka. Z dworca jedzie tam autobus nr 4 (bilet w autobusie 4,50 zł). I tu się zaczynają schody, nie tylko dla obcokrajowców. W rozkładzie jazdy jest następująca informacja o autobusie, który odchodzi o 11.58: 11.58 NR 58* przy czym N oznacza, że autobus jeździ w niedzielę a gwiazdka, że nie jeździ. I bądź tu człowieku mądry! Ale przyjechał. W Przesiece byliśmy po 30 minutach (niedziela, nie było korków, a i pasażerów zaledwie kilku). Podróż, która samochodem trwałaby niecałe dwie godziny, nam zabrała prawie sześć godzin. I cały czas nie wiem, jak to logicznie wytłumaczyć naszym gościom.
 

 

Komentarzy: 4
Kościółek do czytania

Pogoda robi się dla twardzieli, ale te deszcze, mgły i spadające liście mają w sobie coś tajemniczego. Prawda jest jednak taka, że podczas dłuuugich spacerów czy wycieczek, warto znaleźć miejsce, w którym można się na chwilę schronić pod dachem. A jeśli jeszcze pod tym dachem jest kolorowo, to czego więcej trzeba?
 
Ktoś napisał do mnie i poprosił o pokazanie takiego kolorowego miejsca na jesień. I zaraz przyszedł mi do głowy kościółek w Zalesiu koło Bystrzyc Kłodzkiej. W sumie, mało znane miejsce, trochę na uboczu, ale z jakim cudownym, kolorowym kościółkiem. Z zewnątrz skromny, w środku kryje 56 scen ze Starego i Nowego Testamentu, namalowanych na stropie i balustradzie empory. To, tak zwana Biblia ubogich, starodawny komiks, dzięki któremu niepiśmienni mogli poznać treści religijne.
 
Drewniany barokowy kościół Św. Anny został zbudowany w 1717 roku. Jego wnętrze na pewno Was zaskoczy, jeśli nie oszołomi. Malowidła w Zalesiu były tylko raz konserwowane, około 1920 roku, czyli dwieście lat po ich powstaniu. Czuć tu zapach dawnych czasów. Każda ze scen jest podpisana niemieckim gotykiem, podpis zawiera też numer ustępu w Biblii.
 
Wszystko wciąż w intensywnych barwach i chociaż niektóre sceny są nieco zatarte, a deski na których powstały popękały, można tu się doszukać setek szczegółów. Moja ulubiona scena to ta przedstawiająca budowę wieży Babel. Jakież tu widać kolory! Zresztą tego nie da się opowiedzieć, trzeba tam wejść i to samemu zobaczyć, poczuć.
 
Zalesie to jedno z moich ulubionych miejsc na Dolnym Śląsku. Być może dlatego, że przyjeżdża tu tak niewielu turystów, ale co za tym idzie do kościółka też nie jest łatwo się dostać. Byłam tam, co prawda, bardzo dawno temu, ale wtedy trzeba było się sporo cofnąć, żeby dotrzeć do pani – bardzo zresztą miłej – która miała klucze do kościoła. Jak każda niemal dolnośląska wioska, i Zalesie ma swoją legendę u ukrytych tu pod koniec II wojny światowej skarbach.
 
Ma też swoją straszną historię, wspomnienie o nawałnicy, która zniszczyła okolicę w maju 1882 roku. Spadały wtedy kawałki gradu wielkości kurzych jaj. Wiatr wyrywał drzewa z korzeniami. W Zalesiu zginęły trzy osoby, ale już w Bystrzycy Kłodzkiej utonęło ich dwanaście. Niech Was więc nie zmyli pozorny spokój jaki panuje w Zalesiu. Każde miejsce ma jakąś swoją i dziwną, i wesołą, a czasem i straszną historię.
 
A jeśli już traficie do Zalesia i znajdziecie jeszcze chwilę czasu, przy okazji zaś okaże się, że macie trochę wolnej gotówki, to zajrzyjcie do Niemojowa. Ruiny tamtejszego dworu są wystawione na sprzedaż. Kosztują 75 tysięcy złotych. Poznałam jakieś dwa lata obecnego właściciela tego dworu, miał wtedy głowę pełną planów. Ciekawe, co się zmieniło?
 

Komentarzy: 0
Skarb z Mniszkowa, czyli nowa książka na urodziny

 

Życzliwi przypomnieli mi, że mam urodziny. Trudno. Jakoś trzeba to przeżyć. Tak się jakoś stało, że właśnie na urodziny sama sobie zrobiłam prezent, bo właśnie wyszła moja nowa książka, którą teraz świeżutką i pachnącą trzymam w rękach. To „Dolina Królów. Zamki i pałace u stóp Karkonoszy”.
 
Jak zwykle, prawie wszystkie zdjęcia robił do niej Krzysztof Góralski, ja zaś zajęłam się niektórymi tajemnicami moich kochanych Rudaw Janowickich i Kotliny Jeleniogórskiej. Jak tam się zmienia! Jeden z najpiękniejszych parków, jakie znam, ten w Bukowcu, przechodzi właśnie gruntowne zmiany, na romantyczną wieżę widokową zostały doprowadzone schodki, świątynia Ateny odzyskała boczne skrzydła. Szczególnie teraz, w październiku, kiedy wszystko jest złoto-czerwone, ta okolica wygląda magicznie. Niestety, nie udało mi się dotrzeć do wszystkich tajemnic tych okolic, choć pocieszam się, że to się nigdy nikomu nie uda.
 
Bo, na przykład, gdzie jest lew ze Starościńskich Skał?
Kiedy Starościńskie Skały dostały nazwę Mariannenfels, upamiętnione to zostało stosownym napisem z miedzianych literek. Pod napisem ustawiona została ławeczka, nad nią zaś niezwykle okazała figura lwa. Była zrobiona z żeliwa, ważyła ponad dwie tony i została odlana w Gliwicach. Lew dzielnie trwał na posterunku gdzieś do końca lat 70. XX wieku, mimo że widniejące nad nim miedziane literki przepadły zaraz po wojnie. Co się z nim działo dalej? Podobno został zwalony i przepadł. Ułamał mu się ogon. Krążyła plotka, że lew został wywieziony do zamku Czocha, gdzie jest do tej pory.

Przez kogo i dlaczego?
Ta historia mnie zaintrygowała. Zwalić i wywieźć dwie tony to jest coś! Jest tylko jedna osoba, która o zamku Czocha i jego tajemnicach wie wszystko i wybudzona w środku nocy potrafi odpowiedzieć na każde pytanie. To Janusz Skowroński, badacz historii Lubania i okolic. I rzeczywiście!
– W zamku tego lwa na pewno nie ma – oświadczył Janusz. – Ale jest w pobliżu, na zaporze w Złotnikach.
Rzeczywiście jest tam wspaniały lew. Ale pytani przeze mnie konserwatorzy twierdzą, że to nie ten sam. Gdzie jest więc tamten? Niestety, nie udało mi się rozwikłać tej zagadki...  
           
Ludzie znajdują skarby
Ale niektóre tajemnice wychodzą na jaw. Państwo Krajewscy, do których należy dwór w Mniszkowie (pisałam o nim już kilkaktronie) opowiedzieli mi najprawdziwszą historię skarbu ze swojego dworu. Jakiś czas temu dwóch chłopaków znalazło we wsi szesnaście baniek na mleko wkopanych płytko w stok, dnem do góry. Było w nich trochę skarbów, m.in.: cała zastawa srebrna z pałkami książęcymi na dwadzieścia cztery osoby, gumowce, pierzyny, kordonek z 1941 roku ze znakiem swastyki.
 
- Oferowali nam skórzany płaszcz, w jakim chodzili członkowie NSDAP i kieliszki, oraz pękniętą karafkę. Kupiłem od nich zniszczoną lupę do badań stratygraficznych skał – opowiada w mojej najnowszej książce pan Jerzy Krajewski – Ci panowie przynieśli mi również piękne buciki wyjściowe z cielęcej skórki i buty do konnej jazdy. Wycięli z nich herby. Twierdzili, że to wszystko wyjęli z zakopanych baniek. Najciekawsze zdarzyło się jednak potem. Pewnego dnia przyjechał do nas syn dawnego dzierżawcy dworu. Powiedziałem mu o butach a on zapytał: a obcasy pan oderwał? Bo pani baronowa chowała złote talary w obcasach.
Niestety, w obcasach nie było jednak nic...
To Ci historia, prawda?
 
Dwór w Mniszkowie

 

Rudawy Janowickie - nasz cud

Książka Dolina Królowa

Komentarzy: 6
Szynobusem w piękny rejs

Nie macie jeszcze pomysłu, co robić w weekend? Przyjeżdżajcie na Dolny Śląsk! W ostatnią sobotę ponownie wsiedliśmy do pociągu, a właściwie szynobusu, żeby powędrować śladami skarbów.

Wiadomo, na Dolnym Śląsku skarby są wszędzie, z okolicą, o której zaraz opowiem, wiąże się historia napoleońskiej kasy, która utonęła w rzece (inni mówią, że została zakopana w pobliżu zamku w Płakowicach), historia niemieckich skrytek ukrytych gdzieś w sztolniach a także wiele relacji o duchach, strach i czarach. Ale miejsce, w które Was chcę zabrać jest, przede wszystkim bardzo piękne.

Kolej Doliny Bobru, z Jeleniej Góry do Lwówka Śląskiego kursuje pięć razy dziennie. Budowa tej ponad 32 kilometrowej trasy trwała aż 7 lat. Ale teren jest tu trudny. Trzeba było wydrążyć trzy tunele, zbudować most nad Jeziorem Pilchowickim, kamienny wiadukt w Pilchowicach, siedem stacji i 400-metrową żelbetową półkę na stację Pilchowice. Całość oddano do użytku 28 sierpnia 1909 roku, czyli w ubiegłym roku kolej obchodziła swoje setne urodziny. Co ciekawe, pod koniec II wojny światowej niemieccy żołnierze wysadzili wejścia do tuneli, wszystko jednak udało się w miarę szybko naprawić. Naprawdę warto tędy pojechać. My wybraliśmy następujący wariant; rano wsiedliśmy we Lwówku Śląskim do szynobusu (cudownie, że w te upały jest tam klimatyzacja) i niespełna w ciągu godziny dojechaliśmy do Jeleniej Góry. To tak dla nacieszenia oczu widokami. Po drodze mijaliśmy Dębowy Gaj z ruinami pałacu, Lwówecką Szwajcarię, Wleń ze swoim wspaniałym zamkiem i pałacem, Zaporę Pilchowicą, wieżę rycerską w Siedlęcinie – naprawdę jest tu co zwiedzać. W Jeleniej Górze 25 minutowa przerwa, lody i kanapki i wracamy.

Najpiękniejszy odcinek trasy to ten, kiedy wjeżdża się nad most kolejowy zawieszony 43 metry na Jeziorem Pilchowickim. Wysiedliśmy na przystanku Pilchowice Zapora. Chcieliśmy zielonym szlakiem dojść do Wlenia i tam znowu wsiąść do pociągu, żeby wrócić do Lwówka. Plan był ambitny i nie wypalił, ale o tym za chwilę. Najpierw rozpętała się burza i przez godzinę trzeba było siedzieć na stacyjce. Ale warto było.  Choć zdjęcia tego nie oddają, jezioro Pilchowickie parujące tuż po deszczu wygląda absolutnie magicznie. Gdy ucichły pioruny, ruszyliśmy w kierunku Wlenia, trasa jest przepiękna, idzie pod zaporą, potem wzdłuż Bobru, wąziutką ścieżką, która prowadzi do niewielkich skałek. Jednak...po drodze okazało się, że przeliczyliśmy się z czasem i mijając po drodze Maciejowiec (jakiż ten tutejszy dwór jest piękny! I w jakim strasznym stanie!) dotarliśmy już niemal sprintem do stacji Nielestno, żeby złapać ostatni pociąg jadący w kierunku Lwówka. Jeśli chcecie się dowiedzieć czegoś więcej  o Kolei Doliny Bobru, bardzo polecam ten artykuł.

A wieczorem kawa i ciastko w Cafe Lenno, w pałacu u stóp zamku we Wleniu. Szkoda, że pałac Lenno, który jest własnością Belga, nie ma strony internetowej po polsku. Wielka szkoda. Z innych stron wiem, że właściciel ma jakieś koszmarne kłopoty z miejscowymi władzami, i choć nie mnie z tak małą wiedzą wnikać w sedno problemu, cieszę się, że kolejny pałac odżywa. Daleko mu oczywiście do tak pięknie odrestaurowanych pereł jak Łomnica czy Wojanów, ale widać, że Lenno ma gospodarza.

I panuje to sympatyczna, ciepła , domowa atmosfera. Dookoła kręcą się owce a widoki, jakie się stąd rozpościerają.... Nie... to musicie zobaczyć sami. Szczerze mówiąc, zaskoczyły mnie ceny w tutejszej kawiarni. Gigantyczne ciastko, wielki, pyszny jabłecznik z bezowym wykończeniem, kosztuje tam 6 złotych. Z gałką lodów i bitą świetnaą – 8 złotych. Wielki dzbanek herbaty – 4 złote. No chyba ten Belg oszalał? To nie są przecież pałacowe ceny! I to też bardzo cieszy. Miłe miejsce, miłe ceny, a piszę o nich, bo w listach zarzucacie mi, że chwalę ten nasz Dolny Śląsk, ale zapominam, jak czasami jest tu drogo. A tu proszę, niespodzianka.

Zawsze ze sobą wozimy lekarza. Nasz przyjaciel Krzysiek Mildner studiuje mapę, idzie mu to prawie tak dobrze jak operacja.


Jezioro Pilchowickie tuż po burzy.

Samotna stacyjka, można tu siedzieć i siedzieć i wpatrywać się w wodę.

Nareszcie ruszamy, może to nie jest zielony szlak, ale po torach nie idzie się źle.


Tory jakie są każdy widzi.


Widok z tego mostu jest cudowny, widok na most również niczego sobie.

 
A to stacja kolejowa...nieźle położona, prawda?


Trochę widoczków z zapory...

I jeszcze zapora...


I zostawiamy zaporę, żeby wejść w zielone i wędrować już wzdłuż Bobru


Zabudowania gospodarcze pałacu Lenno

Wejście do pałacu, koło schodów stoją ławeczki i stoliki, gdzie można zjeść opisane ciastka.

Ostatni rzut oka na widok z kompleksu pałacowego. Ach, patrzeć tak na to codziennie...

Komentarzy: 4
Drugie wejście do krypty

Oj, dzieje się. Po raz pierwszy od 1963 roku otwarta została druga krypta pod kościołem św. Jadwigi w Walimiu. Pierwszą już wspólnie na tym blogu oglądaliśmy kilka miesięcy temu, teraz badacze zeszli do tej, w której w 1963 roku Jacek Wilczur z Komisją Badania Zbrodni Hitlerowskich szukał dokumentów związanych z projektem „Riese”.

Niestety, czego bardzo żałuję, nie mogłam być tym razem w Walimiu. Z relacji wiem jednak, że choć sama krypta jest w dobrym stanie, to niektórymi pochówkami zajęli się już dawno szabrownicy.

Pod kościołem św. Jadwigi leżą ciała pastorów i ich rodzin, a także członkowie rodziny Zedlitzów. Razem około 20 trumien, w tym 6 trumienek dziecięcych.  

Pretekstem do otwarcia krypty był tym razem film dokumentalny, do którego scenariusz napisał Łukasz Kazek, kustosz zamku Grodno. Dzięki uprzejmości Łukasza mogę też pokazać Wam kilka zdjęć.

A kiedy film będzie już gotowy, natychmiast wyjaśnię, jak i gdzie go obejrzeć.  Patrząc na nie zastanawiam się, jaka powinna być przyszłość tego miejsca. Czy powinni je oglądać turyści, czy zmarli powinni być pozostawieni w spokoju. Jak znaleźć złoty środek i czy on w ogóle istnieje?  


 

Komentarzy: 1
Skarbowy nalot na Góry Sowie

Niestety, skrzyń nie ma. No, może inaczej, pewnie gdzieś są, a przynajmniej jedna, ale nie udało się ich znaleźć.

Skończył się II Ogólnopolski Zjazd Eksploratorów Walim 2009. Jak zwykle, zjechało się wielu moich kolegów i przyjaciół, w ciągu dwóch wieczorów „namierzyliśmy” przynajmniej trzy, nowe, tajne kwatery Hitlera, „odkryliśmy” kolejne, nieznane podziemia, ustaliliśmy, gdzie leży złoto Wrocławia i mamy już pewność, gdzie nie spoczywa Bursztynowa Komnata.



Ale tak na poważnie....
Nie było czasu ostatnio pisać. Poleciałam robić materiał o Wyspach Kanaryjskich, jak zwykle nakupiłam do domu serów i miodów, leciałam z czterema przesiadkami, a moja walizka (pełna tych świeżych serów właśnie) zrobiła sobie dodatkowe, dwudniowe wakacje w Madrycie. Z podróży na te wyspy jeszcze się przed Wami „rozliczę”, ale najpierw musi być o skarbach.

W dniu, w którym moja walizka gdzieś tam ginęła, na zamku Grodno powstawał film o jego tajemnicach. Dla mnie ważny, bo Jan Łukasiak z „Wiedzy i Życia. Innych oblicz historii” i Łukasz Kazek, niestrudzony badacz tajemnic Gór Swoich oraz autor książki o tych niezwykłych okolicach, wykorzystali w nim wątki z moich pierwszych książek.

Co się działo na planie, wiem tylko z telefonów i ze zdjęć, które potem dostałam. Janek i Łukasz postanowili pokazać w swoim filmie opisywaną przeze mnie historię niemieckiego sapera, który, jak twierdził w swoich relacjach, brał udział w ukrywaniu skrzyń w zamku. To długa i bardzo tajemnicza historia, tak tajemnicza i zawiła, że wiele osób przestało w nią wierzyć. Ja powolutku, „dłubię” w niej cały czas i choć do „skarbu” pewnie nie dotrę, to losy niemieckiego sapera a także jego polskich przyjaciół są absolutnie niezwykłe. Kto chce ją poznać bliżej, zapraszam do moich książek.

W Leonhardta von Schrecka, sapera i grupę niemieckich żołnierzy wcielili się członkowie trzech grup rekonstrukcyjnych: z Raciborza, z naszego i z czeskiego Cieszyna. I podobno czas cofnął się w zamku o te kilkadziesiąt lat, do zimowej nocy 1944 roku, kiedy do Zagórza Śląskiego na którym góruje Grodno, wjechała kolumna samochodów, z których jeden wiózł to COŚ, co miało pozostać na kolejne lata w zamku. Podobno widzów przechodziły dreszcze.... Zresztą widać to na jednym ze zdjęć, których autorem jest Piotrek Kałuża.

 

Trudno się dziwić, ten fragment historii Dolnego Śląska, związany z ukrywaniem tu depozytów, złota, dokumentów i dzieł sztuki, pozostaje ciągle nie do końca odkrytą kartą. Kto nie był w zamku Grodno, powinien się tam wybrać właśnie teraz. Jesień w Górach Sowich jest szczególnie piękna i choć w warowni przydałoby się zadbać choćby o ładną ubikację, to urok całego kompleksu pozwala zapomnieć o różnych, turystycznych, niedogodnościach.

A jeśli już wybierzecie się do Grodna, nie sposób ominąć pobliskich podziemi w Walimiu i pałacu w Jedlince. Właśnie tam, przez cały ostatni weekend odbywały się poszukiwania. Cieszę się, że Sowiogórska Grupa Poszukiwacza, na czele z Piotrkiem Kałużą (ale zupełnie innym, niż ten, który robił zdjęcia w Grodnie) miała na tyle przebicia, żeby znaleźć sponsora. W dzisiejszych czasach to niezbyt łatwe. Grupę wsparło Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo S.A.,  ale dla nich szukanie w ziemi to zupełna normalka, prawda? Łączenie dużych pieniędzy z dużą fantazją może dać nieoczekiwane efekty, na co bardzo liczę.

O tym co działko się w walimskich sztolniach przeczytacie na stronie Sowiogórskiej Grupy Poszukiwaczej. Mnie znacznie bardziej interesowało to, co działo się w pałacu w Jedlince. Wspominałam Wam o pamiętnikach byłych właścicieli pałacu. Piszę także o nich w mojej ostatniej książce „Zamkowe tajemnice”. W zapiskach znalazła się informacja o Erice, która ukryła przed Rosjanami trzy skrzynie. Działo się to w 1945 roku. W okolicy plotkuje się, że jedna ze skrzyń została już znaleziona. Działo się to wiele lat po wojnie, nie wiadomo kto i kiedy dokładnie, miałby ją znaleźć. Obecni właściciele obiektu pozwolili eksploratorom na przeczesanie terenu wokół zabudowań, wszyscy liczyliśmy, że uda się znaleźć dwie pozostałe skrzynie.

Kiedy silni mężczyźni z wykrywaczami badali okolicę, pan Bugumił Leda, do którego rodziny należy obecnie Jedlinka opowiedział mi najświeższą historię związaną z tymi skrzyniami. Niedawno przyjechał mężczyzna, który wraz rodzicami zamieszkał przy pałacu zaraz po II wojnie światowej. I wspominał, że kiedy był dzieckiem obok zabudowań gospodarczych została odnaleziona skrzynia ze srebrami. Co się z nimi stało, można się tylko domyślać... Czy to oznacza, że dwie  skrzynie ujrzały już światło dzienne?  Nawet jeśli tak, to gdzieś musi być ta trzecia. Pamiętniki z Jedlinki są niezwykle precyzyjne.

Tym razem się jednak nie udało. Nie wiem skąd, pojawiła się jednak informacja, że w tej trzeciej skrzyni powinna znajdować się porcelana. Mogą być marne szanse na jej znalezienie. Ale próbować trzeba. Na tym polegają przecież poszukiwania.

A w sobotę zostałam zaproszona na poszukiwanie zatopionych dzwonów. To się będzie działo!
 

Komentarzy: 7
Trochę prywaty, czyli wakacje w Dolinie Królów

Dokładnie w dniu, w którym rozpętał się nad Polską Wielki Huragan, odwiedziłam Rudawy Janowickie. Najpiękniejszy i mój najukochańszy zakątek ziemi.

Po południu, wracając już do domu, postanowiłam zajrzeć jeszcze do pałacu w Wojanowie. Nigdy nie wracam z Jeleniej Góry do Wrocławia prostą drogą. Uwielbiam te wąskie ścieżki wzdłuż Bobru, mgły unoszące się nad polami i słońce, które niemal kiczowato muska Sokoliki – znane większości wspinaczy jako Biust Lollobrigidy. Rzeczywiście, kształt tych dwóch wzgórz nie zostawia oczywiście żadnych wątpliwości.

Tak więc, kierowana jakimś wewnętrznym – za przeproszeniem przymusem – podjechałam pod pałac. I nagle, niemalże w tej samej chwili zanotowałam w głowie dwie rzeczy. To, że po niebie latał niewielki dwupłatowiec i to, że ścigała go ta wielka, czarna, straszna chmura. Dosłownie w kilka sekund, piasek na dziedzińcu podniósł się na wysokość gdzieś trzech, czterech metrów, zobaczyłam, jak wśród rozbłysków wali się słup wysokiego napięcia, a drzewa w parku za pałacem łamią się niby zapałki. Ależ to dziwne uczucie. Kilka sekund zmienia dookoła wszystko. Ratując siebie w latającym piasku i kamyczkach, przemknęłam do bocznej części pałacu, pomogłam ile się dało, wnieść z dworu krzesła i tak czekałam patrząc na dziedziniec.

Pamiętam Wojanów z dawnych czasów. Smutny, zaniedbany, podupadający. Częściowo zniszczony przez pożar. Teraz patrzyłam przez szybę na cudownie odremontowany pałac, z równie wspaniale „zaopiekowanym” parkiem. Tego dnia przed głównym budynkiem miał się odbyć koncert. Stąd to ratowanie krzeseł. Ale przez mokrą szybę patrzyłam też, jak w tej wichurze muzycy ratują instrumenty, po trawniku biegają dziewczyny z długich sukienkach, jak dyrektor (którego widywałam do tej pory w okolicznościach eleganckich) walczył z tym całym zamieszaniem. Deszcz wlewał się przez okna w „oranżerii” na tyłach sali bankietowej (z powodu braku prądu tych dwóch, czy trzech okien nie można było domknąć), przez szklaną ścianę widziałam jak leci kosz na śmieci, a wiatr rozrywa koronę niewielkiego drzewka. 

Dlaczego o tym piszę??? Nie wiem, chciałam się podzielić z Wami tą sytuacją, bo zastała mnie w miejscu wyjątkowym. Bo Rudawy właśnie takie są. Cudownie wyjątkowe. Nawet, a może szczególnie podczas burzy.

W Rudawach Janowickich, ani w okolicy nie ma teraz tylu turystów co zwykle. Jedni mówią, że to z powodu kryzysu, inni, że z powodu zmiennej pogody. Tymczasem to takie miejsce, w którym można nie tylko odpoczywać na całego, ale i chłonąć historię. Tyle zamków i pałaców w jednym miejscu, toż to niesamowite. Odremontowany Wojanów, po drugiej stronie rzeki Łomnica, jadąc w przeciwnym kierunku, Bobrów. Prawdziwa Dolina Loary, o przepraszam, Bobru. W Mniszkowie odwiedziałam tego dnia właścicieli przepięknego dworu, który stoi w środku wsi. Kiedy wchodzi się do takiego domu, czuć, że ma duszę. Że takich domów już dzisiaj się nie robi. I nie wiem, czy ta dusza drzemie w malowidłach na sufitach, w drewnianych schodach i poręczach, czy też w przestronnych hallach. Ale takie właśnie zakątki jak Mniszków sprawiają, że nagle człowiek znajduje się na samym końcu świata, tam gdzie jest tylko zieleń, mili ludzie i pełna tajemnic przestrzeń.

Wybierając się w Rudawy, trzeba dokonać wyboru. Noclegi w pięknych pałacach, mogą być zbyt drogie na przeciętną kieszeń. Ale nie brak tam pięknych gospodarstw agroturystycznych, tanich i klimatycznych. Najwspanialszą rzeczą w Rudawach są dla mnie parki. Szczególnie ten półdziki dzisiaj, w Bukowcu. Zakomponowany tak, aby pokazywał poszczególne etapy rozwoju ludzkości. Jest tam więc gotycki grobowiec, krąg Druidów, średniowieczna wieża, antyczna świątynia. Uwielbiam to miejsce. Uwielbiam te wszystkie ścieżki w Rudawach, szczególnie w Górach Sokolich, Kolorowe Jeziorka, mroczne sztolnie w Kowarach i Miedziankę, która niemalże zapadła się pod ziemię. Czy naprawdę trzeba telepać się na koniec świata?

To taka moja prywata. Chcę, żeby ludzie przyjeżdżali na Dolny Śląsk. Zobacznie jakie Rudawy są cudne na zdjęciach Krzysztofa Góralskiego. Za chwilę weekend. To jak, wpadniecie na chwilę?

Ps. Do wszystkich, którzy do mnie piszą listy. Czy dochodzą ode mnie odpowiedzi? Może nie piszę zbyt pasjonujących listów, ale staram się zawsze odpowiadać. I wtedy po drugiej stronie zalega podejrzana cisza.

Komentarzy: 6
Zamkowe tajemnice, czyli napisałam książkę!

Jak ja kocham ten Dolny Śląsk! Ilekroć jestem gdzieś daleko na świecie, zawsze brakuje mi tych naszych zamków, tajemnic, lasów, tego wszystkiego co składa się na jedną z najpiękniejszych krain na świecie. I ciągle nieodkrytą.

Przyleciałam właśnie z Ibizy i zaraz dostałam nowiusieńką, pachnącą jeszcze drukarnią, moją nową książkę. Z tej cieszę się wyjątkowo. Ma tytuł „Zamkowe tajemnice” i opowiada niezwykłe historie dolnośląskich zamków i pałaców.

Na początku pisarskiej drogi wydałam już książkę o sekretach naszych zabytków, okazało się jednak, że to trochę za mało, uzupełniłam ją więc, uaktualniłam, podczas zbierania materiałów dostałam mnóstwo nowych materiałów. Właściciele pałacu w Jedlince dali mi, na przykład, przywiezione przez mieszkającą niegdyś w majątku rodzinę Boehmów, pamiętniki. Jakież to uczucie czytać pisane na gorąco relacje z życia takiego pałacu! A wydawać by się mogło, że pamiętniki to nudna rzecz.

Tymczasem w pamiętnikach z Jedlinki aż tłoczno od duchów, kryminałów i...co dla mnie najciekawsze, ukrytych skarbów. Największe wrażenie zrobiły na mnie dwie opowieści. Jedną muszę przytoczyć:
Od 1835 roku pałac stał się własnością „ówczesnego tokarza Rothenbacha z Wrocławia, który nabył Dominium Jedlina za wygraną w jakiejś wielkiej loterii”. Wyobrażacie sobie, jaka to musiała być historia, co za niezwykła kariera? Tokarz w takiej rezydencji! Nuworysz nie nacieszył się jednak długo piękną posiadłością. Już cztery lata po jej zakupie stracił życie i to za sprawą... jednej srebrnej łyżeczki.

Nie wiemy dokładnie, jak w tamtych czasach wyglądało życie w samym pałacu, choć na dawnych rycinach i fotografiach widać panujące dookoła ład i porządek. Można się tylko domyślać, że wzbogacona pani tokarzowa dbała, aby utrzymać nowy status. Może dlatego każdy drobny zgrzyt psuł jej humor. Po jednej z kolacji zginęła z pałacowej zastawy mała łyżeczka. Rozgniewana pani Rothenbach wezwała do siebie dziewczynę odpowiedzialną za srebra. Rozmowa była ostra i choć służąca zażarcie
broniła swojej niewinności, została jednak ukarana. Zapłakana i roztrzęsiona pobiegła do domu i wylała żale przed ojcem. Tato służącej, niejaki pan Hildebrand, był z zawodu cieślą. Wzburzony do najwyższego stopnia całą sytuacją, postanowił działać i podążył do pałacu. Jak pisze kantor Scholz, który w owym czasie prowadził pamiętniki„wziął jednak najpierw wzmocnienie w miejscowym browarze, a potem poszedł poruszony emocjami do pałacu i uzyskał tamże dostęp do pana Rothenbach, który wtedy znajdował się swoim gabinecie, na którego ścianie wisiała broń myśliwska”. Teraz wypadki potoczyły się bardzo szybko. Cieśla zażądał przeprosin, Rothenbach zaczął robić aluzje do broni wiszącej na ścianie i nalegał, żeby intruz opuścił jego gabinet. Hildebrand prawdopodobnie posunął się do mocniejszych słów i w końcu dumnie oznajmił: „Panie Rothenbach, w 1813 i 1814 nie bałem się Francuzów, a tym mniej będę się bał pana”. Pan na Jedlince chwycił jednak za broń i przyłożył do piersi nieproszonego gościa. Padł strzał. Hildebrand śmiertelnie raniony osunął się na ziemię.

Wieść o tych tragicznych wydarzeniach rozeszła się po okolicy lotem błyskawicy. Mieszkańcy chwycili za widły i cepy i ruszyli na pałac. Zamierzali wtargnąć do pokoi, ale w końcu, po wielu krzykach i pogróżkach, emocje opadły. Tłum się rozszedł, zaś w pałacu zaczęły się poszukiwania pana Rothenbacha, który nieoczekiwanie zniknął. Prawdopodobnie nie miał odwagi stawić czoła wzburzonemu tłumowi. Scholz pisze: „W końcu, po długich poszukiwaniach, odkryto pana Pałacu na najwyższym strychu-pralni, ale on już uchylił się przed ziemskimi sędziami. Kilka dni później jego ziemskie szczątki nocą, przy pochodniach, tylko w towarzystwie wiernych psów myśliwskich, złożone zostały na tutejszym katolickim cmentarzu na wieczny spoczynek”.

Wdowa po tokarzu wkrótce sprzedała pałac i ponownie wyszła za mąż. Nieszczęsny samobójca zaś do dzisiaj straszy w pałacu.

Niezła historia, prawda? Pamiętniki z Jedlinki ujawniają wiele takich wydarzeń, jest tam nawet opowieść o tym, jak jedna z ostatnich właścicielek ukrywała w parku jakieś skrzynie.

W Górach Sowich opowiadają, ze jedna z nich została już odnaleziona. A co z pozostałymi?

Ten nasz Dolny Śląsk to naprawdę wielki kufer z tajemnicami. Jak go nie kochać? I po co mi się ciągle włóczyć na koniec świata?

Komentarzy: 33
Jak Świdnica staje się miastem magicznym

Od pewnego czasu obawiam się, że chociaż mieszkam i urodziłam się we Wrocławiu, to jestem Świdniczanką. W Świdnicy podoba mi się wszystko.

Rynek, katedra, Kościół Pokoju, to, że rycerze tracili tu głowy – w dosłownym tego słowa znaczeniu – w sposób widowiskowy i romantyczny. Podoba mi, że w Świdnicy mieszkał Manfred von Richthofen, słynny lotnik a także Marysia Kunicka, wielka pani astronom z XVII wieku. Ta światła kobieta, żeby uprawiać swoje pasje, musiała przebierać się za mężczyznę. Spotkała ją zasłużona nagroda; dzisiaj jeden z kraterów na Wenus nosi jej imię.

W Świdnicy podobają mi się więc ludzie, nie tylko ci z przeszłości, ale i ci mieszkający tu współcześnie. Szczególnie podobają mi się gospodarze miasta, bo widać, jak pod ich ręką od pewnego czasu Świdnica się zmienia. I staje się naprawdę niezwykła. Prezydent miasta ma chyba rację, że iluminacja Świdnicy jest prawie taka piękna, jak ta w Hong Kongu. I rzeczywiście, wieczorem oświetlone kamienice zamieniają się – nawet latem  - w scenografię do „Opowieści Wigilijnej”.

Najbardziej podoba mi się jednak, jak reagują ludzie, którzy do Świdnicy przyjechali po raz pierwszy. Właśnie wróciłam ze spotkania, w którym brali udział dziennikarze z całej Polski. Władze Świdnicy chciały nas przekonać do projektu rekonstrukcji historycznych. W ramach tego projektu, w jedenastu miastach odtworzone zostaną bitwy historyczne. Pierwsza z nich odbyła się już w sobotę w Raciborowicach po czeskiej stronie. Pachniało prochem, krwią i wojną. Pachniało również perfumami, bo żołnierze odtwarzali rok 1866, więc na pole bitwy zjechała piękna księżna, która oglądała przebieg walk z powodu zaprzężonego w równie piękne, czarne konie. Oj, działo się....

Najbliższa rekonstrukcja odbędzie się 29 maja w Nachodzie, również w Czechach, a kolejna już 6-7 czerwca w Świdnicy właśnie. I będzie to coś absolutnie wyjątkowego, wymyślono bowiem, aby podczas tych dwóch dni przemieszały się różne epoki. O 14.00 walczyć będą rycerze z XIII wieku, później rycerstwo z XVI wieku, na sam koniec żołnierze wieku XVIII. Zresztą co się będę rozpisywać, jeśli jesteście miłośnikami takich imprez, wszystko znajdziecie tutaj: http://www.zeroborder.info

Pomiędzy nimi wystąpi jedna z moich ulubionych Drużyna Wojów Piastowskich Jantar, którą mile wspominam, choć o mało przez nich nie straciłam pracy. Kiedy jeszcze pracowałam w „Słowie Polskim”, drużyna ta zjechała do Wrocławia, weszła w pełnym uzbrojeniu do redakcji i zaczęła śpiewać pieśni.

Moja szefowa, kobieta w trampkach w kwiatki, bardzo się tym zdenerwowała, również nasz portier za bardzo nie wiedział, jak się zachować. Na szczęście odśpiewali trzy kawałki i pojechali do domu. Ale sentyment do rycerstwa pozostał wielki. Mam wrażenie, że w mojej szefowej także...

Ale nie o lubieniu rycerstwa miało być, a o lubieniu Świdnicy. Przyjechali więc ci nasi redaktorzy i najpierw wzięliśmy ich (piszę w takiej formie, bo chyba jednak jestem Świdniczanką) do katedry. I patrzyłam jak otwierali szeroko nie tylko oczy, ale i usta, patrzyłam jakie wrażenie robi na nich to miejsce. A kiedy proboszcz, ksiądz prałat Jan Bagiński, zaczął opowiadać o historii kościoła, to nawet zatwardziali ateiści chcieli tu zostać jak najdłużej.

Koniecznie, ale koniecznie, odwiedzając Świdnicę, wejdźcie do tej świątyni. I zwróćcie uwagę na pewien szczegół. Na płaskorzeźbie przedstawiającej Ostatnią Wieczerzę widać pod stołem ....kotka. Ale jaki to kotek... Nie, nie będę Wam o tym szczegółowo opowiadać, pojedźcie i zobaczcie sami.

Ten kościół ma zresztą najwyższą wieżę na Śląsku, więc również warto się na nią wdrapać. Niegdyś wieża świdnicka plasowała się na czwartym miejscu wież polskich, ale powstało sanktuarium w Licheniu i spadliśmy na piątą, ale ciągle zaszczytną pozycję.

Po wizycie w Katedrze dziennikarze powędrowali do ewangelickiego Kościoła Pokoju. I znowu to samo. Te same otwarte szeroko oczy, cisza dzwoniąca w uszach, bo coś takiego, tyle piękna, widuje się naprawdę rzadko. Kościół Pokoju, zbudowany z nietrwałych materiałów na mocy Pokoju Westfalskiego, nie miał przypominać świątyni. Nie mógł mieć wieży ani dzwonu. W zamierzeniu Habsburgów, którzy łaskawie zgodzili się na budowę trzech takich świątyń, miały one powstać tylko na chwilę. Dlatego protestanci wszystko nadrobili wewnątrz.

Ksiądz Waldemar Pytel proboszcz Parafii Ewangelicko – Augsburskiej w Świdnicy długo opowiadał o tym miejscu. I kazał nam patrzeć na strop. Na nim zaś fruwają anioły. Setki aniołów. Bożena Pytel, żona proboszcza, usiłowała policzyć i sfotografować te wszystkie postaci. I wyszło jej, że w Kościele Pokoju mieszka... 900 aniołów. Wyobrażacie to sobie?  900 aniołów! W wielkiej, drewnianej, wielobarwnej hali, w której może się zmieścić 7500 osób.

Tak sobie pomyślałam nawet, że tak jak chiropterolodzy zimą liczą po jaskiniach nietoperze, tak może trzeba by było robić w Świdnicy Wiosenne Liczenia Aniołów.  Bo nad tym miastem anioły na pewno czuwają i musi to przyznać każdy, nawet o najbardziej materialistycznym światopoglądzie.
A patrząc prozaicznie, to i mieszkania w Świdnicy tańsze niż we Wrocławiu.

Komentarzy: 4
1 | 2 |