iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Człowiek przed czołgiem, czyli jak w pojedynkę zmienić świat

Wrocławski Brave Festival odkryłam dopiero w ubiegłym roku. Aż wstyd. Teraz nie omijam ani jednego spektaklu, koncertu czy pokazu.

Tak się złożyło, że w tym roku reprezentowałam redakcję „National Geographic” na tym niezwykłym festiwalu. I po każdym pokazie wychodziłam inna. Jeśli ktoś ma ze sobą jakiś problem (a kto ich nie ma? – pewnie zapytacie) powinien choć raz przejść się na Brave Festival.

Bo ta impreza pokazuje, jak ważny jest każdy z nas i że w trudnych chwilach, kiedy będziemy potrzebować i my możemy liczyć, że będziemy dla kogoś ważni na tyle, żeby nas wyciągnąć z największej biedy. W dosłownym i przenośnym tego słowa znaczeniu.

Dla tych którzy nie wiedzą, dwa słowa wprowadzenia. Brave Festival, choć górnolotnie nazywa się festiwalem ludzi odważnych, protestem przeciwko wypędzeniom z kultury, jest formą niezwykle prostą. W tym roku do Wrocławia zjechali szamani, kapłani i muzycy prezentujący „wszystkie modlitwy świata”. Modlili się za pokój na świecie, mnisi z Indii sypali przez tydzień mandalę, żeby potem po prostu zniszczyć to niezwykłe dzieło sztuki, pokazując, że wszystko wokół nas jest ulotne, wszystko może się zmienić, wszystko jest tylko chwilą.

Szczególnie wrażenie zrobili na mnie goście w Kerali w południowych Indiach, którzy w rytualnym tańcu „wcielonego boga”, w transie, chodzili po ogniu, rozgarniali go gołymi dłońmi, a kiedy tancerz „który przebiera postać boga” po prostu zapalił się podczas pokazu, nawet tego nie zauważył. Na ogół taki taniec, mający zapewnić pomyślność trwa trzy dni. To co zobaczyliśmy we Wrocławiu to ekstrakt, fragment zaledwie, który trwał z półtorej godziny.

Kiedyś, podczas jednej z podróży, trafiłam do niewielkiej birmańskiej wioski. W jednym z domów, który wyglądał raczej na miejsce spotkań, coś w rodzaju świetlicy, tańczył ubrany w rytualny strój mężczyzna. Miał pomalowaną twarz, bogate suknie, niezwykłe nakrycie głowy, które upodabniało go do jakiegoś dalekowschodniego bóstwa. Tańczył w transie, rodzina podawała mu tylko co jakiś czas wodę i co kilkanaście godzin drobny posiłek. Tańczył tak już trzy dni i we wsi mówiono, że będzie tańczył jeszcze kilka. Przed „świetlicą” stał bardzo elegancki samochód, jak początkowo sądziłam, może jakiegoś ważnego gościa, albo pożyczony przez bogatego turystę. Podobnie jak na tancerzy z Kerali, tak i ten tancerz niemalże hipnotyzował swoimi ruchami. Choć nie był to taniec w normalnym tego słowa znaczeniu. Raczej rytmiczne poruszanie się do wybijanego rytmu. Mieszkańcy wsi wchodzili i wychodzili, dzieci bawiły się koło tańczącego, wszystko działo się w jednej chwili. I choć czuć było wyjątkowość tego co się dzieje, trud tancerza, wysiłek na jego twarzy był aż nadto widoczny, to w tym miejscu, o tym czasie, ten taniec wydawał się czymś absolutnie naturalnym.

We wsi znalazł się ktoś, kto mówił po angielsku. I wiecie co się okazało? Ten tańczący człowiek był...dyrektorem dużego banku w dużym mieście, który przyjechał do rodzinnej wsi (elegancki samochód okazał się jego własnością) po to, żeby odtańczyć rytualny taniec za pomyślność jego banku! Po prostu nie chciało mi się wierzyć! Pan dyrektor zostawił garnitur i aktówkę, ubrał się w tradycyjny strój i tańczył w transie kilka dni! Niesamowite, prawda? Wierzył, że jego taniec, jego myśli, nastrój, nastawienie, mogą wiele zmienić. Wierzył, że on sam, może potrącić pierwszą kostkę domina, która spowoduje lawinę dobrych rzeczy. Czy świadomość tego nie zmienia również patrzącego?

Podczas Brave Festival obejrzałam kilka dokumentalnych filmów. Dwa z nich „Looking for the Icon” i „The War Photographer” traktują o misji fotografa i o roli fotografii we współczesnym świecie. Obejrzyjcie te filmy, jeśli Wam się uda. W sali kinowej było zaledwie kilkanaście osób, trochę szkoda... „The War Photographer” to opowieść o Jamesie Nachtwey’u, znanym fotografie wojennym, cały świat zna zresztą jego słynne zdjęcie z Ruandy z 1994 roku. To zbliżenie mężczyzny z plemienia Hutu, który na twarzy ma ślady po maczecie. Nachtwey wchodzi w miejsca, o których większość ludzi wolałaby nie wiedzieć. Na filmie widać, jak w najgorszym, wojennym zamieszaniu mierzy światło, jak wchodzi niemal z aparatem pomiędzy rozpaczające rodziny, na groby, w ludzkie tragedie. Zimny zawodowiec? Jeden z operatorów, który z nim pracuje opowiada, jak Nachtwey błagał kiedyś na kolanach rozwścieczony tłum, który chciał zaszlachtować jakiegoś mężczyznę. Nie ważne już o co chodziło. Fotograf klęczał pół godziny i prosił. A przecież jest tylko fotografem, powinien rejestrować rzeczywistość, a nie się w nią wtrącać. Choć nie udało się uratować życia tamtego człowieka, postarał się coś zrobić. Nie odszedł, nie odwrócił się, nie stchórzył. Taką niesamowitą wiarę w to, że jeden człowiek może zmienić świat pokazuje zdjęcie Jeffa Wildenera, na którym samotny student staje na placu Tian An Men naprzeciwko kolumny czołgów. Jeden malutki człowiek w białej koszuli przeciwko wielkiej sile zniszczenia.
Pieniądze z Brave Festival przeznaczone były w tym roku, podobnie jak w ubiegłym dla organizacji Rokpa International, która w różnych częściach świata pomaga tym, którzy tego potrzebują, głównie osieroconym dzieciom. Czasem wystarczy naprawdę niewiele, żeby komuś pomóc.

W domu staram się segregować śmieci, oszczędzać wodę, gasić za wszystkimi światło, bo wydaje mi się, że gdzieś tam przez tę moją oszczędność, może gdzieś tam dzieje się coś dobrego. I choć nie mam pomysłu na adoptowanie głębokoafrykańskiego plemienia, czasem – szczerze mówiąc – czuję się z tym jak dziwaczka, ale co tam. Nie mam Wielkiej Misji, ale myślę, że taka świadomość, że każdy najdrobniejszy gest ma znaczenie, sprawia, że nadaje on życiu jakiś sens. Szczególnie jest on taki ważny, kiedy przyszło nam żyć w naprawdę „ciekawych czasach”. Cieszę się, że przypomina mi o tym Brave Festival.

Komentarzy: 7
Leningrad czyli kac w tropikach

Dokładnie pamiętam trupy izraelskich ochroniarzy. Było ich trzech. Leżeli bezwładnie na podłodze, a ja ledwo żywa przeszłam po nich i jakimś cudem dotarłam do pokoju. Ochroniarzy powaliła polska wódka.

Była to jedna z moich pierwszych podróży, niemal tuż po studiach wymieniali mnie z młodzieżą z Niemiec i Izraela. Polska wymiana zadbała oczywiście o wszystko i do Izraela przywiozła domową produkcję wujka jednego z kolegów. Nikt temu nie dawał rady, mnie – jako, że jestem w tych sprawach dość ekonomiczna – ścięło dość szybko, koledzy trwali natomiast do końca. Ochroniarze, choć przepisowo masywni i pod bronią, również polegli pod ciężarem wujowych wynalazków. Te ich zwłoki pamiętam do dzisiaj. Rano zresztą wcale nie wyglądali lepiej.

Podróżowanie nie jedno ma imię i nie jeden zapach. Nierzadko ma także ostry smak spirytusu, bimbru, taniego wina, albo na odwrót, luksusowego szampana. Zanim opowiem o podróżowaniu na rauszu, muszę się wytłumaczyć, skąd taki pomysł na opowieść. Wczoraj, w nieoczekiwaną podróż alkoholową zabrali mnie Mariusz Kiljan i Tomasz Mars. We Wrocławiu trwa właśnie 30. Przegląd Piosenki Aktorskiej, podczas którego zaprezentowany został muzyczny spektakl „Leningrad”. Dwaj aktorzy wraz z zespołem zaprosili mnie (i oczywiście innych widzów, w tym dwóch – jak mawiała moja babcia – „sztywnych jak koci ogon” krytyków) na imprezę w pewnym leningradzkim mieszkaniu. Hulankom towarzyszyły dźwięki muzyki słynnej, wyklętej przez władze, grupy Leningrad. I choć szłam do teatru z „lekką dozą niepewności”, przecież śpiewać po polsku piosenki Leningradu to tak, jakby ktoś za granicą chciał zaśpiewać po swojemu Kazika i Kult. Też niby byłoby na żywo, ale „prawie” czyni różnicę. Z każdym utworem jednak alkoholowa impreza, to śmieszna, to straszna, wciągała mnie coraz bardziej i zmusiła do wspomnień na temat „Alkohol a podróżowanie”. Pominę tu oczywiście zwykłe imprezy, prywatki, imieniny u cioci, a nawet wesela, pod koniec których większość gości zasypia w bigosie. Tu chodzi o coś więcej.

Zanim nasza polska drużyna wykończyła izraelskich ochroniarzy, sama odbyłam pierwszą poważną podróż alkoholową do przystanku Gubałówka. Odbywała się tam impreza, w której będąc młodą dziennikarką, musiałam wziąć udział. Pamiętam, że przygrywała orkiestra góralska, a słynny Stanisław Marusarz opowiadał o swoich przygodach. W pewnej chwili podszedł do mnie jakiś góral i zapytał mnie więcej tak: a panienka pije po górolsku cy po literocku? Jako jeszcze nie zaprawiona podróżniczka nie do końca rozróżniałam niuanse, ale zdrowy rozsądek podpowiedział logicznie, że „po górolsku” może mnie zabić. „Po literocku” zakrzyknęłam radośnie (już czułam się literatką), a ci wyjęli literatkę właśnie i nalali do pełna. Człowiek jest ambitny. Wypiłam. Z tej imprezy pamiętam dwie rzeczy. Że czyjeś miłe, silne ręce zaniosły mnie do łóżka, i że w ostatniej chwili przytomności zobaczyłam jak sześcioosobowa orkiestra góralska pcha się do małego fiata z instrumentami i obwieszając go niczym winogrona zjeżdża w dół. Tak zakończyła się moja przygoda ze spirytusem tatrzańskim. Podróżując po świecie uwielbiam kosztować różnych rzeczy. W przeciwieństwie do tych, którzy na drugi koniec świata wloką próżniowo pakowane bułki, lubię brudne knajpki na ulicach Indii, Maroka, Kambodży czy Wietnamu. W klimatyzowanym hotelu nigdy nie dotyka się prawdziwego życia. Opinię tę podziela wielu podróżników, stąd w Laosie na przykład dochodzi do licznych eksplozji związanych z nadmierną ciekawością turystów. Specjałem, którego nikt nie może sobie odmówić jest w Laosie lao-lao. Wódka pędzona na ryżu nie byłaby może niczym niezwykłym, gdyby nie to, że kiedy zostanie już przelana do butelki, wytwórca dorzuca jeszcze ze dwa, trzy ziarenka surowego ryżu. Zabieg ten czyni napój bardziej gazowanym, niby szlachetniejszym, niemniej jednak, nieoczekiwanie potrafi po dobie eksplodować. Widziałam na własne oczy Angielkę, której podczas zakupów na targu nieoczekiwanie z torby wyskoczyła gwałtowna fontanna. W Wietnamie natomiast spotkałam się z czymś kompletnie niezwykłym i wtedy dla mnie szokującym. Trafiliśmy pewnego dnia do restauracji, w której wódkę podawano z dodatkiem...uwaga, tak zwanym obrzydliwym nie radzę tego czytać – krwi miesięcznej dziewicy. Restauracja miała zgodzone dziewice, które dostarczały odpowiedniego towaru, ten zaś po kropli dolewany do kieliszka miał być cudownym lekiem na potencję.

W Gambii zaś trafiliśmy do magika nazywanego w okolicy wujkiem Samem, który bimberek produkował na podwórku, w dwóch beczkach – jednej zdaje się po ropie czy czymś takim, drugiej totalnie nieznanego pochodzenia. Jeśli ktoś ją rozpozna na zdjęciu, stawiam w prezencie jedną z moich książek. Ale skoro już przy wszelkich olejach jesteśmy.... Romek Koperski, znany podróżnik, eksplorujący głównie Syberię, opowiadał kiedyś, że czasami dodają tam do wódki kroplę oleju napędowego, bo w ten sposób szybciej ścina. No cóż, co kraj to obyczaj. Podobno jacyś zdesperowani naukowcy pędzili kiedyś na Spitsbergenie bimber z makaronu. Jak powszechnie wiadomo nic tak nie odkaża i oczyszcza organizmu jak ekologiczne picie i jedzenie. Najbardziej ekologiczne jest podobno zaś to, co rośnie i powstaje blisko nas czyli w naszym środowisku.

Takie to przemyślenia naszły mnie po wczorajszym spektaklu. W życiu wszystkiego trzeba spróbować, choć nie zawsze dobrze się to kończy. Muszę podziękować Mariuszowi Kiljanowi, głównie jemu, bo niemalże ukradł całe wczorajsze przedstawienie. Niesamowicie żywiołowy – normalny człowiek dostałby już dawno zadyszki, gdyby robił to co on na scenie – a taki co nie oszczędza się alkoholowo na pewno. Marcin Osman, mój kolega i świetny fotoreporter, który dziś wraca z dalekiej wyprawy na Syberię, gdzie – jak pisał w listach – z myśliwymi mieszkał w 45 stopniowych mrozach, wspominał, że jeden z takich myśliwych miał wielkie szczęście. Jego siostra pracowała u dentysty, więc w chwilach deficytu przyniosła z gabinetu spirytus. Picie w mrozach jest zdrowsze niż w tropikach. Nikomu nie życzę kaca w wilgotnym upale. Na ludzi ciekawych życia czyha naprawdę wiele pułapek.

Komentarzy: 3