iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Skarby Trzebieszowic

Zadzwonił Janusz Witek z Łużyckiej Grupy Poszukiwawczej i stwierdził: ty Asia już chyba coraz mniej wierzysz w skarby. Nieprawda. Wierzę, ale w inne. Takie, jak te, o których zaraz opowiem. 
 
Jeden z Czytelników napisał do mnie w sprawie Trzebieszowic. Ten wielki obiekt stoi przy drodze Kłodzko-Lądek Zdrój i w XIX wieku wraz z parkiem uchodził za jedno z najpiękniejszych założeń w okolicy. Niewiele wiadomo o tym, co działo się w pałacu zaraz po II wojnie światowej. Na ogół pisze się, że został ograbiony przez radzieckich żołnierzy, że nie wiadomo, co stało się z całym wyposażeniem, meblami i obrazami. Stara śpiewka. Powojenni właściciele i przeznaczenie pałacu, odbywały się tu m.in. kolonie, nie pomagały pięknym wnętrzom. Dziś trudno przywołać obraz tego zabytku sprzed lat, pamiętam jeszcze jak kilkanaście lat temu straszył ściankami działowymi, które z przestronnych pomieszczeń zrobiły małe pokoiki, pamiętam „artystyczną” kratę przed barem (chyba to był bar?).
 
Teraz jest tu luksusowy hotel. Pałac jest piękny jak z obrazka, elegancki, błyszczący, ale brak mu tej patyny, którą lubię i która sprawia, że tajemnica ma się gdzie ukryć. Na szczęście nie ma ścianek działowych, bo za tymi tajemnica nie przepada. Z tym większym zainteresowaniem przeczytałam, że czasie II wojny światowej Niemcy przywieźli właśnie do Trzebieszowic 20 tys. judaików zagrabionych w Polsce. To dla mnie zupełnie nowa informacja.
 
Kolejna jest również ciekawa. Przekazał mi ją właśnie Czytelnik. Oto fragment listu: „Mój śp. Tato zakończył w tym zamku swoje wojowanie. Jak wielu Polaków brał udział w walkach 2 Armii WP. Swoją wojnę zakończył wraz z 36 pułkiem piechoty w Kłodzku - a ściślej w Kuntzendorfie (Trzebieszowicach), gdzie stacjonowała bateria artylerii pułkowej.  Tato, stopniu ogniomistrza podchorążego był szefem sztabu baterii (i zastępcą dowódcy - Rosjanina). Tutaj odbyło się wesele moich Rodziców. Tato w 1975r. pojechał ze mną do Trzebieszowic i oprowadził mnie po zamku.
 
Zamek w owym czasie był domem wypoczynkowym Ministerstwa Rolnictwa. Z opowiadania Ojca wynikało, że w momencie objęcia zamku przez Wojsko Polskie w czerwcu 1945r, całe wyposażenie zamku było nietknięte. Były obrazy i arrasy oraz całe, bogate wyposażenie wnętrz. Wg opowiadania Ojca, w lipcu lub sierpniu przybyła na teren zamku komisja rewindykacyjna z Warszawy. Dokumenty były prawdziwe i nie wzbudzały podejrzeń. Całe wyposażenie zamku - głównie obrazy meble i inne dzieła sztuki zostały zapakowane - z pomocą żołnierzy - na ciężarówki i powiezione do Warszawy - tak przynajmniej informowali owi panowie. To co mi Ojciec pokazywał nawet nie można nazywać smętnymi resztkami. Chociaż i tak zamek miał szczęście bo nikt nie składował w nim nawozów sztucznych.”. Rozpuściłam wici po kolegach i archiwistach i przynajmniej ci, z którymi rozmawiałam, nie mają żadnych dokumentów, które potwierdzałyby, że rzeczywiście do Trzebieszowic dotarła w tym czasie jakakolwiek komisja rewindykacyjna. Ot, ciekawostka. Dokąd pojechało wyposażenie pałacu w Trzebieszowicach? Kolejna łamigłówka do rozwiązania. Chyba, że ktoś, kto to czyta, zna odpowiedź. Taka odpowiedź to prawdziwy skarb.
 
Zdjęcia:
Fot. Krzysztof Góralski
1.      Park wokół pałacu uchodził na jeden z najpiękniejszych na Dolnym Śląsku.
2.      Wnętrze pałacu, piękne i luksusowe.

Komentarzy: 2
Jak (od)budować zamek

 A jednak można! Pałac Jedlinka należy do jednych z moich ulubionych. Jest tam wszystko, co tak lubię; opowieść o ukrytych w parku skrzyniach, kilka duchów różnych płci, sympatyczni właściciele. Sala balowa ma podobno w swoich zdobieniach 15 kg złota w płatkach! W Jedlince bywam często, tak często, że nie w ogóle nie zauważam, ile tam się zmienia. I właśnie dostałam z pałacu zestaw zdjęć, które pokazują „wczoraj” i „dziś”. To „wczoraj” nie było wcale tak dawno, może kilkanaście lat temu. Ile się zmieniło w takim krótkim czasie!

Oczywiście, powiecie, gdzieś w innym kraju, może w innym miejscu, taka metamorfoza byłaby możliwa w rok, może w dwa. Ale co z tego? Liczy się to, co nam się udaje tutaj, przynajmniej dla mnie. A tutaj zadziało się naprawdę sporo, wystarczy też wejść na stronę pałacu, żeby przekonać się, że żyje. Nowe pomysły, wiele imprez, ciekawi goście. Tylko pogratulować. Chociaż, oczywiście, marzy mi się, żeby zabytki zarabiały na siebie. Tak normalnie.

W starym numerze Focusa Historia z października ubiegłego roku, znalazłam pasjonujący reportaż Jacka Ruperta o człowieku, który buduje od podstaw zamek. Będzie wyglądał dokładnie tak, jak budowle z pierwszej połowy XIII wieku. Michel Goyos kupił w 1979 roku podupadły zamek w Saint-Fargeau w Burgundii i go wyremontował. A jak wyremontował, było mu mało i zaangażował się w przedsięwzięcie z zakresu archeologii eksperymentalnej – rodzaj laboratorium pod gołym niebem. Zgodnie ze średniowiecznymi zasadami, znalazł odpowiednią lokalizację pod zamek i zaczął go wznosić. Na budowie pracuje 67 osób, roczny budżet wynosi 3,25 mln USD. Co roku, miejsce budowy odwiedza ponad 300 tysięcy turystów.
 
Normalny bilet kosztuje 9 Euro.... Wszystko łatwo policzyć... Zajrzyjcie na stronę budowy: www.guedelon.fr Robi wrażenie, prawda? Ale spójrzcie też na zdjęcia z naszej Jedlinki. Te z wczoraj i te z dziś. Też robią wrażenie. 
Życzę sobie i dolnośląskim zabytkom, żeby to wrażenie przekuwało się setki tysięcy ciekawych historii turystów.
 

 


 

Komentarzy: 3
Świątynia Sziwy i Kolumb - Dolny Śląsk wciąż zaskakuje

Dolny Śląsk nie przestaje mnie zaskakiwać. Co prawda za każdym rogiem czeka tu jakaś niespodzianka, ale czy znacie jakiś inny rejon, w którym jest ich tak wiele? Jeśli macie chociaż jeden wolny dzień, zapraszam w kilka miejsc, które nie są tak dobrze znane, a jednak koniecznie trzeba je zobaczyć. Nie odkryłam ich wczoraj, jednak za każdym razem, kiedy obok nich przejeżdżam, zadziwiają mnie tak samo.
 
Najpierw Raszów koło Kamiennej Góry. Trwają prace nad pokazaniem tego miejsca światu. Na samym końcu wsi, w niewielkim kościele Niepokalanego Poczęcia NMP znajduje się przecudne mauzoleum Schaffgotschów. Jedna za drugą, stoją tu wspaniałe XVI- wieczne tumby grobowe dwóch małżeństw z tego słynnego, śląskiego rodu. Naukowcy twierdzą, że nie ma takiego drugiego miejsca w Polsce. Na ścianach płyty, które czyta się jak książkę. Każdy element stroju ma tu jakieś znaczenie. Będzie o tym trochę w mojej najnowszej książce, ale prawdziwym kompendium wiedzy o tym miejscu jest praca „Mauzoleum rycerskiej rodziny von Schaffgotsch w Raszowie” autorstwa Barbary Skoczylas-Stadnik, Romana Stelmacha i Przemysława Burchardta, która została właśnie wydana staraniem Urzędu Gminy w Kamiennej Górze. Mam szczęście i dostałam tę książkę, ale podobno nie ma ich wielu. A szkoda, każde takie miejsce potrzebuje promocji. Żeby wejść do mauzoleum Schaffgotschów trzeba poprosić o taką możliwość w najbliższym domu, gdzie znajdują się klucze do kościoła. Ja uwielbiam to mauzoleum tę ciszę, która tam panuje i nastrój skupienia.
           
A jeśli już traficie do Raszowa, koniecznie odwiedźcie pobliskie Pisarzowice i odbijcie w nich (jeśli jesteście samochodem) do Czarnowa. Jakie stamtąd rozpościerają się widoki! Sprawdzałam wczoraj, można jeszcze tanio tam kupić ziemię, jeśli komuś marzy się wieś sielska i anielska. A w samym je środku kolejna niespodzianka. To właśnie powstająca świątynia.... świątynia Pana Sziwy. To widok naprawdę niezwykły. Złocenia i kolumny wyglądają przedziwnie w tym surowym, górskim krajobrazie, praca na budowie chyba wre (widziałam tylko mnóstwo różnych materiałów budowlanych), więc chyba są tam gdzieś i robotnicy.
 
Ale to jeszcze nie koniec niespodzianek. Gdyby pójść na północ, dotarlibyście do Mniszkowa i tamtejszego dworu gwarków. Pisałam już o nim, ale pani Halina Krajewska, właścicielka, zwróciła mi ostatnio uwagę na coś niezwykle ciekawego. Na malowidło, które, jak przypuszczają niektórzy, może przedstawiać Krzysztofa Kolumba. Skąd Kolumb w Mniszkowie, to kolejna zagadka. Dwór w Mniszkowie nie jest oficjalnie udostępniony do zwiedzania. To dom prywatny. Ale właściciele są tak mili i tak chętnie propagują piękno Rudaw Janowickich, że można zawsze do nich zadzwonić – telefon jest na tablicy informacyjnej we wsi - i z pewnością obejrzycie te piękne malowidła. No i proszę, kilka kilometrów kwadratowych i tyle zadziwiających opowieści!
 
A jeśli myślicie, że to koniec, zajrzyjcie jeszcze do pobliskich Ciechanowic. W tamtejszym pałacu trwa remont pełną parą, wnet ma być tam hotel, a na ścianach czeka na lepsze czasy 700 metrów kwadratowych fresków w kilku warstwach. Pokryte jest nimi całe pierwsze piętro. Piszę o tym w najnowszym numerze miesięcznika „Focus Historia”. I Ciechanowice nie są jeszcze udostępnione dla ruchy turystycznego, ale i tutaj właściciele chętnie pokażą bezcenne malowidła, jeśli tylko są na miejscu. Te wnętrza robią wrażenie, a wizyta w takich zakątkach Dolnego Śląska może trochę odbiega od przewodnikowych standardów, ale ileż zostawia wspomnień. A na zachętę kilka zdjęć Krzysztofa Góralskiego właśnie z tych miejsc.
 
1.      Wnętrze mauzoleum w Raszowie.
2.      Czy to rzeczywiście Kolumb?
3.      Pałac w Ciechanowicach w jesiennych barwach
4.      Właściciele pałacu w Ciechanowicach, a w tle freski

Komentarzy: 4
Co dalej z pałacem w Kamieńcu?


    Włóczyłam się znowu po świecie, więc wiadomości o śmierci pana Włodzimierza Sobiecha dotarła do mnie niedawno. Wieloletni dzierżawca pałacu w Kamieńcu Ząbkowickim całe swoje życie poświęcił dla tego zabytku. Kochał go i zawsze to czułam, gdy go odwiedzałam.

   Pan Włodzimierz do łatwych ludzi nie należał, ale nikt „łatwy” nie rzuciłby się na coś takiego. Podobało mi się jego pasja, to, że z błyskiem w oczach pokazywał mi wejścia do tunelu, który wychodził spod pałacu, to, że wierzył, że czuwa nad nim duch Marianny Orańskiej, dawnej właścicielki Kamieńca. I zawsze zadziwiało mnie to – nigdy nie odważyłam się spytać – jak to jest, kiedy zupełnie sam zostaje wieczorem w tym ogromnym, pustym, wymagającym remontu budynku. Przecież to przeszło sto komnat! Choć wszyscy dookoła widzieli, że nie da rady sam z Kamieńcem, on kurczowo trzymał się tego miejsca. I należy mu się za to szacunek. Nie chcę używać wielkich słów ale z jego śmiercią skończył się pewien etap w życiu Kamieńca. Gdzieś ulotniła się magia....
      Co dalej będzie z pałacem? Tego dowiemy się już niedługo. Ja już dzisiaj wiem, że interesuje się nim ktoś, w kogo rękach chętnie bym ten zabytek widziała. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Pałacowi w Kamieńcu Ząbkowickim należy się ktoś wyjątkowy. I, nie oszukujmy się, wyjątkowo duże pieniądze.

 

Komentarzy: 5
Sosnowiec – płoną zabytki

Ledwie wróciłam do Polski i zaraz koledzy-poszukiwacze zaatakowali mnie informacjami o najbliższych akcjach eksploracyjnych.

Już niebawem zaczyna się kolejne wielkie szukanie pod Wrocławium, ale dzisiaj o innej, smutnej sprawie. Piotrek Majczak, o którym ostatnio pisałam (szukał zatopionych dzwonów z parafii w Januszewicach) przysłał mi kilka zdjęć z Sosnowca. Z różnych względów pojawiają się tutaj z opóźnieniem, ale ze względu jak ważna jest ta sprawa, trzeba o niej napisać.

W środę, 23 czerwca, spłonął bowiem pałac Wilhelma, a zamki i pałace są bliskie wszystkim eksploratorom. Są w końcu ważną częścią historii. Piotrek napisał: Około godziny 13 straż pożarna została powiadomiona o pożarze.

Gdy pierwsze jednostki dotarły na miejsce, pożar objął już wszystkie kondygnacje. Ogrom tragedii zmusił do posiłkowania się jednostkami z ościennych miast.

Przez ponad godzinę słychać było syreny jadących na pomoc wozów strażackich. Pałac Wilhelma został zbudowany w 1900 roku w stylu neobarokowym według projektu znanego architekta Józefa Pomiana-Pomianowskiego jako pałac gościnny. Wzniesiono go na zlecenie rodziny Schoenów, około 100m od własnej rezydencję Pałacu Schoena (dziś mieści się tam muzeum miejskie).

Po wojnie został zaadoptowany na potrzeby szkoły włókienniczej. W ostatnich latach wpisany do rejestru zabytków pałacyk kilkakrotnie zmieniał właściciela. Ostatnio nie był użytkowany. W 2009 miasto, uznawszy że nie stać je na remont, sprzedało go prywatnej firmie z Sosnowca, zakładowi remontowo-budowlanemu Przemysława Jędrzejczyka.

Nowi właściciele zapowiadali gruntowną renowację zabytku, szykowali się do pierwszych prac.” Zresztą nie ma co wiele pisać, popatrzcie na zdjęcia, które przysłał Piotrek.


 

Komentarzy: 6
O potrzebie posiadania pałacu

Zaczęło się przedziwnie. Najpierw dotarły do mnie plotki, że pałac w Pieszycach nabyła para „obrzydliwie bogatych” Amerykanów. Ludzie opowiadali, że tajemnicze małżeństwo ma po prostu takie hobby.

Gdzie się nie pojawi, tam kupuje, a to zamek, a to dwór, a to pałac. Mimo że takie informacje zaintrygowałyby każdego, jakoś nigdy nie miałam czasu, żeby do Pieszyc się wybrać. Znałam co prawda tamtejszy pałac, wielki, barokowy obiekt, nazywany Wersalem Śląska. Nigdy jednak nie byłam w nim w środku. Przez lata stał zamknięty, opuszczony, smutny. Nie chciało mi się wierzyć, że ktoś, nawet najbogatszy będzie się „rzucał” na takiego zrujnowanego olbrzyma. Pieszyce naprawdę wymagały sporo pracy. Ale pewnego dnia góra przyszła do Mahometa. Nowi właściciele Wersalu Śląska sami mnie zaprosili do siebie. I muszę przyznać, że była to jedna z najbardziej niezwykłych wizyt, jakie w życiu udało mi się odbyć.

Ciekawe, czy jest ktoś, kto choć przez chwilę nie chciałby mieszkać w pałacu. Przechadzać się po wielkich komnatach, otwierać szerokie skrzydła drzwi, które prowadzą prosto na słoneczny taras. Ja bym tak chciała. Odkąd zaczęłam pisać książki o tajemnicach Dolnego Śląska, zawsze marzyłam o własnym zameczku, dworku, pałacyku. Aż do momentu, kiedy zaczęłam poznawać właścicieli zabytków, a przy okazji „zabytkowe” kłopoty. Również wizyta w Pieszycach wiele mnie nauczyła. Stróż otworzył wielkie drzwi, a naprzeciw wyszedł pan Stanley Hayduke, Polak, który ponad 40 lat temu wyemigrował do Stanów i wraz z żoną Alicją mieszka na stałe w Las Vegas. Prowadzi tam firmę, która pozwala mu na takie inwestycje jak pałac w Pieszycach. Co prawda, wbrew plotkom, nie skupuje dla kaprysu zabytków, jednak w Pieszyce włożył sporo. I pieniędzy, i życia.

Różnie sobie można wyobrażać pana na pałacu. Niektórzy są zarozumiali, zbyt pewni siebie, choć poznałam i takich, którzy z własnym zabytkiem związali się jak mąż z żoną, na dobre i na złe. Często pozbawieni już pieniędzy, ku zgrozie konserwatorów, wstawiają w zabytkowe okna plastykowe ramy, łazienki wykładają PCV, a na pokojach ustawiają meble z IKEI.

Ale pan Stanley mnie zaskoczył. Co za niepoprawny romantyk! Najpierw jednak o wnętrzach. Czegoś takiego jeszcze nie widziałam! Setki malowideł, marmury, barwy tak intensywne, że nie wiadomo na czym skupić oczy. Detale pomalowane złotą farbką. Wśród nich łacińskie sentencje, portrety, w tym także pani Alicji Hauyduke. Czemu tak akurat? Ponieważ Stanley wymyślił sobie, że na świecie jest za wiele przemocy, że świat należy czynić lepszym, żyć w zgodzie z samym sobą i nikomu nie robić krzywdy. Dlatego na ścianach nie ma żadnych scen wojennych czy przedstawień strasznych wydarzeń. Domowy jabłecznik pan na pałacu zaserwował osobiście, podobnie kawę. Rozmawialiśmy o ezoteryce, tajemnicach podświadomości i o tym jak osiągnąć wewnętrzny spokój. Niewiele o pieniądzach, wiele o marzeniach. I o kłopotach, jakie wiążą się z pracą w takim olbrzymie.

Nie wiadomo, ile jeszcze potrwa remont pałacu. Ten wielki, barokowy zabytek ma 3 tysiące metrów kwadratowych powierzchni. Apartament pana Stanleya jest w sumie niewielki (choć pewnie zmieściłoby się w nim kilka kawalerek), choć łazienka została ozdobiona w sposób tak pełen przepychu, że nie przez pierwszą chwilę trudno było mi odnaleźć drogę w tym gąszczu detali. Sam pałac ma ponad 60 pokoi.

Kto ma ochotę, może część wnętrz obejrzeć w galerii na stronie pałacu zamekpieszycki.pl, a te, które pokazuję dzisiaj zrobił Krzysztof Góralski, fotograf, który robi zdjęcia do wszystkich moich książek. Pan Hayduke, chce, żeby malowidła na ścianach uczyły młodzież łagodności, żeby sprawiały, że wszyscy którzy je oglądają coś w sobie są stanie zmienić. Nie wiem, czy mu się uda. Ale spodobał mi się ten pomysł, tak różny od pomysłów urządzania luksusowych spa w starych zamkach. Polubiłam właściciela Pieszyc. Polubiłam jego pomysł. Sama jestem niepoprawną romantyczką, choć staram się stać mocno na ziemi. Lubię bywać w pałacach, choć wiem już jaką pracą u podstaw jest przywracanie ich do świetności.

Właśnie kończę kolejną książkę. Będzie rozszerzoną o wiele obiektów wersją książki „Tajemnice, zamki, podziemia. Przewodnik, jakiego nie było”. Może jeszcze przed jej drukiem uda mi się od Was dowiedzieć, które zamki i pałace na Dolnym Śląsku lubicie najbardziej? Co myślicie o ich właścicielach?

Komentarzy: 17