iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Jak (od)budować zamek

 A jednak można! Pałac Jedlinka należy do jednych z moich ulubionych. Jest tam wszystko, co tak lubię; opowieść o ukrytych w parku skrzyniach, kilka duchów różnych płci, sympatyczni właściciele. Sala balowa ma podobno w swoich zdobieniach 15 kg złota w płatkach! W Jedlince bywam często, tak często, że nie w ogóle nie zauważam, ile tam się zmienia. I właśnie dostałam z pałacu zestaw zdjęć, które pokazują „wczoraj” i „dziś”. To „wczoraj” nie było wcale tak dawno, może kilkanaście lat temu. Ile się zmieniło w takim krótkim czasie!

Oczywiście, powiecie, gdzieś w innym kraju, może w innym miejscu, taka metamorfoza byłaby możliwa w rok, może w dwa. Ale co z tego? Liczy się to, co nam się udaje tutaj, przynajmniej dla mnie. A tutaj zadziało się naprawdę sporo, wystarczy też wejść na stronę pałacu, żeby przekonać się, że żyje. Nowe pomysły, wiele imprez, ciekawi goście. Tylko pogratulować. Chociaż, oczywiście, marzy mi się, żeby zabytki zarabiały na siebie. Tak normalnie.

W starym numerze Focusa Historia z października ubiegłego roku, znalazłam pasjonujący reportaż Jacka Ruperta o człowieku, który buduje od podstaw zamek. Będzie wyglądał dokładnie tak, jak budowle z pierwszej połowy XIII wieku. Michel Goyos kupił w 1979 roku podupadły zamek w Saint-Fargeau w Burgundii i go wyremontował. A jak wyremontował, było mu mało i zaangażował się w przedsięwzięcie z zakresu archeologii eksperymentalnej – rodzaj laboratorium pod gołym niebem. Zgodnie ze średniowiecznymi zasadami, znalazł odpowiednią lokalizację pod zamek i zaczął go wznosić. Na budowie pracuje 67 osób, roczny budżet wynosi 3,25 mln USD. Co roku, miejsce budowy odwiedza ponad 300 tysięcy turystów.
 
Normalny bilet kosztuje 9 Euro.... Wszystko łatwo policzyć... Zajrzyjcie na stronę budowy: www.guedelon.fr Robi wrażenie, prawda? Ale spójrzcie też na zdjęcia z naszej Jedlinki. Te z wczoraj i te z dziś. Też robią wrażenie. 
Życzę sobie i dolnośląskim zabytkom, żeby to wrażenie przekuwało się setki tysięcy ciekawych historii turystów.
 

 


 

Komentarzy: 3
Na Ślężę inaczej

            Wybrałam się w niedzielę na Ślężę. Nie można było inaczej, bo jeden ze starszych Czytelników bardzo chciał mi pokazać pewne tajemnicze miejsce u stóp góry, a to jego jedyny wolny dzień. Po oględzinach, pożegnaliśmy się i z „połowicem” ruszyliśmy pod górę. Pierwszy raz przyjechałam na Tąpadła w niedzielę i nie wiedziałam, że o dziesiątej rano, z trudem złapiemy ostatnie, niezbyt przepisowe miejsce na parkingu. O czternastej, samochody stały już wszędzie, także niemal po obydwóch stronach drogi, tak, że wszystko się blokowało. Żółty szlak na szczyt, ten najprostszy, szeroki jak droga, przypominał Marszałkowską w godzinach szczytu. Tłumy ludzi, niektórzy ciągnący po kamieniach wózki z potomstwem, kilka zorganizowanych wycieczek, wiele rodzin. Na samej górze nie było gdzie szpilki włożyć. W końcu ostatnia niedziela była wyjątkowo ciepła i piękna. A za chwilę kolejna, podobno już nie taka słoneczna, ale zawsze wolna i zachęcająca do wędrówek. Dlaczego o tym piszę? W końcu, to że ktoś wchodzi na Ślężę nie jest żądną sensacją. Chcę Was po prostu zachęcić do docierania na szczyt mniej uczęszczanymi szlakami. Co prawda, z wózkiem nie da się tam wjechać, ale z pełnym temperamentu dzieckiem już tak. My wybraliśmy tym razem niebieski szlak. Wiele osób uważa go za nieco trudniejszy, choć koło nas niemal śmignęła jakaś biegaczka, skacząca po skałach jak młoda kózka. Więc jednak nie jest tak źle.
 
            Na niebieski szlak wchodzi się również od przełęczy Tąpadła, najpierw obchodzicie nieco górę a potem już ostro w kierunku szczytu. Po drodze zaś piękne widoki, ciekawe formacje skalne, nawet takie małe labirynty z przekutymi dawno temu schodkami, ale najważniejsze jest to, że panuje to cudowna cisza. Przez ponad godzinę wędrówki spotkaliśmy tylko „kózkę” i dwóch starszych panów, którzy z werwą szli w kierunku szczytu. Może więc warto (oczywiście nie chcę nikogo zmuszać) wybrać się czasami boczną ścieżką? Tak trochę inaczej?
 

Komentarzy: 2
Trochę nierządu i odrobina historycznej rozpusty

 

Książę Hermann von Pückler zawsze mnie fascynował. Taki mężczyzna musi zresztą fascynować. Awanturnik, wybitny pisarz, uwodziciel, podróżnik, architekt ogrodów. Nawet przez jakiś czas bogacz. Może niezbyt przystojny, ale przecież nie można mieć wszystkiego. Wystarczy, że ma się to COŚ. Park, który stworzył dziś znajduje się na liście UNESCO. I jest to byle jaki park, to arcydzieło.
 
Park, znany dziś jako Muskauer Park/Park Mużakowski po 1945 roku został podzielony wzdłuż biegnącej przez niego Nysy Łużyckiej. Tak zwana część rezydencjonalna – ponad 200 hektarów - została w Niemczech, zaś 528 hektarów zieleńca przypadło Polsce. Polska „część” znajduje się więc na Ziemi Lubuskiej. Książę Pückler tworzył swój park przez 30 lat, Bad Muskau odziedziczył po ojcu w 1811 roku. „Park powinien być jak galeria, co kilka kroków powinno się widzieć nowy obraz” – tłumaczył książę. Jeździł do Anglii i podglądał jak tam projektuje się parki i ogrody. I postanowił odwzorować raj również u siebie. Ożenił się z piękną 41-latką, bogatą i wpływową, która miała piękną córkę i równie urodziwą wychowanicę.
 
Historycy twierdzą, że miało to spore znaczenie dla naszego Casanovy (tak, tak, nazywano go Łuzyckim Casanovą), bo potem, szanując co prawda żonę, wdawał się w liczne romanse. Ale trzeba przyznać, były to romanse na poziomie. Kiedy zabrakło pieniędzy na park, razem z żoną ustalili, że trzeba się rozwieść i szukać kolejnej narzeczonej z pieniędzmi. Trudno to sobie wyobrazić, prawda? Jeszcze trudniej sobie wyobrazić, że książę przywiózł z afrykańskiej podróży 13-letnią piękność (niektóre źródła podają, że dziewczynka miała zaledwie 10-lat) i tego była już żona, ale ciągle partnerka księcia, jakoś nie mogła znieść. Dziewczyna szybko zresztą zmarła, europejski klimat był podobno dla niej za ostry, książę zaś pochował jej serce w parku.
 
Ja wiem, to bardzo proste pokazanie historii (przecież Pücklera stawia się w jednym rzędzie z Schillerem i Goethe), ale żeby zrozumieć księcia trzeba po prostu do Parku Mużakowskiego pojechać. Właśnie teraz, gdy nie jest jeszcze bardzo zielono, widać cały zamysł księcia. Ten park jest po prostu niesamowity! Nie oddadzą tego zdjęcia, ani opowieści. Ta wielka połać naturalnych obrazów ze wstążką Nysy pośrodku. Ale tak naprawdę chcę napisać o czymś innym. Przygotowując reportaż o tej okolicy, objeździłam sporo miejsc. I nie mogę pojąć jednego. Jak miejsce tak niezwykłe (Park jest częścią ogromnego Parku Krajobrazowego „Łuk Mużakowa”) może być tak bardzo pozbawione zróżnicowanej oferty noclegowej. W Łęknicy są dwa hotele, ale nie każdy chce spać w czasie wakacji w hotelu, nie każdego też na to stać. W pobliżu samego parku jest tylko jedna agroturystyka, do kolejnych – zresztą bardzo ładnych - trzeba już kawałek pojechać i to nie jest problem, jeśli ktoś ma samochód. Jeśli nie, musi poświęcić trochę czasu, żeby dotrzeć do Łęknicy. Po polskiej stronie nie ma też oficjalnie działającej wypożyczalni rowerów, takiej, którą bez kombinowania można znaleźć w Internecie.
 
Najciekawsza rzecz na koniec. Wzdłuż dwóch dróg prowadzących do Łęknicy stoją rzędy czekających na okazję prostytutek (no nikt mi nie wmówi, że wymalowane ma maksa panny w mini to studentki uniwersytetu przyrodniczego), zaś czytając opinie o niektórych „hotelikach” od razu można się zorientować, że raczej to nie są przystanie dla turystów. Jakoś to wszystko zgrzyta. Te piękne krajobrazy, UNESCO i ten cały drugoplanowy biznes.
 
Mimo to, zachęcam, żeby do Parku pojechać. Dzieciom trzeba wcisnąć jakieś wytłumaczenie co do pań stojących przy drodze, a poza tym one też mają przerwy w pracy. A dla zachęty kilka zdjęć z parku, oczywiście bez ozdób na prowadzących do niego drogach. 
 
 
yle="text-align: center">
 
 

 

Komentarzy: 0
Kościółek do czytania

Pogoda robi się dla twardzieli, ale te deszcze, mgły i spadające liście mają w sobie coś tajemniczego. Prawda jest jednak taka, że podczas dłuuugich spacerów czy wycieczek, warto znaleźć miejsce, w którym można się na chwilę schronić pod dachem. A jeśli jeszcze pod tym dachem jest kolorowo, to czego więcej trzeba?
 
Ktoś napisał do mnie i poprosił o pokazanie takiego kolorowego miejsca na jesień. I zaraz przyszedł mi do głowy kościółek w Zalesiu koło Bystrzyc Kłodzkiej. W sumie, mało znane miejsce, trochę na uboczu, ale z jakim cudownym, kolorowym kościółkiem. Z zewnątrz skromny, w środku kryje 56 scen ze Starego i Nowego Testamentu, namalowanych na stropie i balustradzie empory. To, tak zwana Biblia ubogich, starodawny komiks, dzięki któremu niepiśmienni mogli poznać treści religijne.
 
Drewniany barokowy kościół Św. Anny został zbudowany w 1717 roku. Jego wnętrze na pewno Was zaskoczy, jeśli nie oszołomi. Malowidła w Zalesiu były tylko raz konserwowane, około 1920 roku, czyli dwieście lat po ich powstaniu. Czuć tu zapach dawnych czasów. Każda ze scen jest podpisana niemieckim gotykiem, podpis zawiera też numer ustępu w Biblii.
 
Wszystko wciąż w intensywnych barwach i chociaż niektóre sceny są nieco zatarte, a deski na których powstały popękały, można tu się doszukać setek szczegółów. Moja ulubiona scena to ta przedstawiająca budowę wieży Babel. Jakież tu widać kolory! Zresztą tego nie da się opowiedzieć, trzeba tam wejść i to samemu zobaczyć, poczuć.
 
Zalesie to jedno z moich ulubionych miejsc na Dolnym Śląsku. Być może dlatego, że przyjeżdża tu tak niewielu turystów, ale co za tym idzie do kościółka też nie jest łatwo się dostać. Byłam tam, co prawda, bardzo dawno temu, ale wtedy trzeba było się sporo cofnąć, żeby dotrzeć do pani – bardzo zresztą miłej – która miała klucze do kościoła. Jak każda niemal dolnośląska wioska, i Zalesie ma swoją legendę u ukrytych tu pod koniec II wojny światowej skarbach.
 
Ma też swoją straszną historię, wspomnienie o nawałnicy, która zniszczyła okolicę w maju 1882 roku. Spadały wtedy kawałki gradu wielkości kurzych jaj. Wiatr wyrywał drzewa z korzeniami. W Zalesiu zginęły trzy osoby, ale już w Bystrzycy Kłodzkiej utonęło ich dwanaście. Niech Was więc nie zmyli pozorny spokój jaki panuje w Zalesiu. Każde miejsce ma jakąś swoją i dziwną, i wesołą, a czasem i straszną historię.
 
A jeśli już traficie do Zalesia i znajdziecie jeszcze chwilę czasu, przy okazji zaś okaże się, że macie trochę wolnej gotówki, to zajrzyjcie do Niemojowa. Ruiny tamtejszego dworu są wystawione na sprzedaż. Kosztują 75 tysięcy złotych. Poznałam jakieś dwa lata obecnego właściciela tego dworu, miał wtedy głowę pełną planów. Ciekawe, co się zmieniło?
 

Komentarzy: 0
Pustelnia Złotego Lasu, czyli coś dla pracoholików

 

Pustelnia Złotego Lasu. Brzmi nieźle prawda? Ilekroć jadę w Polskę, nasz kraj zaskakuje mnie kolejnymi, niesamowitymi miejscami. Teraz trafiłam do Pustelni Złotego Lasu, do tego wieczorem, kiedy powoli opadały pierwsze jesienne mgły, kiedy dookoła było zupełnie pusto. Przewodnik opowiedział mi, że kręcono tu „Czarne chmury”.
           
Pustelnia Złotego Lasu to pokamedulski klasztor z XVII wieku w Rytwianach. Położony niemal w środku lasu, z daleka od jakichkolwiek zabudowań. Cisza aż dudni tutaj w uszach. Przed dwa wieki bracia prowadzili w tych murach ciche i okryte tajemnicą (to lubimy!) życie. 16 czerwca 1819 roku na mocy carskiej ustawy o zniesieniu klasztorów, dokonano kasaty zakonu kamedulskiego, a w już w 1935 roku świątynia stała się kościołem parafialnym, zaś z 16 domków pustelniczych nie zachował się żaden. Tyle historii w skrócie. Została jednak w tym miejscu jakaś niesamowita magia i energia, której nie da się opisać. W kościele, czy ktoś jest wierzący czy nie, każdy musi poczuć coś, co nazywa się często „energią namodloną”.
 
 
Do Rytwian trafiłam podczas zbierania materiałów w Świętokrzyskim. Nie wiedziałam, że są takie miejsca. Księża wyremontowali stare zabudowania klasztorne i urządzili w nich SPeS, nie mylić ze Spa. Spes oznacza Salus Per Silentium, czyli zdrowie przez ciszę. W pięknie odremontowanych pokojach można zamieszkać na dowolny czas (ale uwaga, im krócej tym drożej) i koić tu duszę ciszą i samotnością. Do uczestniczenia w nabożeństwach nikt nie zmusza. Zasięgu komórki nie ma. Odgłosów miasta brak. „Oferta” pokamedulskiego eremu przeznaczona jest głównie dla pracoholików (chyba się zapiszę), siecioholików i zakupoholików, czyli tych wszystkich, którzy przystanąć nie potrafią i pędzą do przodu. Dla tych, którzy i tak pędzić muszą, są do dyspozycji rowery.
 
 
Pobyłam w Rytwianach kilka godzin i zaraz tam zatęskniłam. Do świata cichego i prostego, do piękna tutejszego lasu i do niewyobrażalnej harmonii, jaką tu czuć w każdym zakątku. Coraz bardziej mi tego brakuje, chociaż nie mam zamiaru zamykać się w żadnym klasztorze. Najważniejsza, jak wspomniałam, jest harmonia. Pohulać przecież też czasem trzeba.
Kiedy zwiedzałam kościół, na zewnątrz skromny, w środku zaś niemal przywalający niesamowitą ilością zdobień (naprawdę warto to zobaczyć), z pierwszej kondygnacji wystawała czyjaś głowa. Niewiele było widać, właściciel głowy nie zamierzał się wychylać.
 
 
Co się okazało? W kościele od trzech lat mieszka pustelniczka, która nigdy nie opuszcza tego miejsca. Kiedy świątynia jest zamykana na noc, schodzi podobno na dół, sprząta, układa kwiaty. Wiele o tym myślałam... I na tym poprzestańmy. Zostawiam Was ze zdjęciami, nie oddadzą energii tego miejsca, ale pokażą trochę jakie jest piękne.   
 
 
 
 
 
 

 

Komentarzy: 1
Szynobusem w piękny rejs

Nie macie jeszcze pomysłu, co robić w weekend? Przyjeżdżajcie na Dolny Śląsk! W ostatnią sobotę ponownie wsiedliśmy do pociągu, a właściwie szynobusu, żeby powędrować śladami skarbów.

Wiadomo, na Dolnym Śląsku skarby są wszędzie, z okolicą, o której zaraz opowiem, wiąże się historia napoleońskiej kasy, która utonęła w rzece (inni mówią, że została zakopana w pobliżu zamku w Płakowicach), historia niemieckich skrytek ukrytych gdzieś w sztolniach a także wiele relacji o duchach, strach i czarach. Ale miejsce, w które Was chcę zabrać jest, przede wszystkim bardzo piękne.

Kolej Doliny Bobru, z Jeleniej Góry do Lwówka Śląskiego kursuje pięć razy dziennie. Budowa tej ponad 32 kilometrowej trasy trwała aż 7 lat. Ale teren jest tu trudny. Trzeba było wydrążyć trzy tunele, zbudować most nad Jeziorem Pilchowickim, kamienny wiadukt w Pilchowicach, siedem stacji i 400-metrową żelbetową półkę na stację Pilchowice. Całość oddano do użytku 28 sierpnia 1909 roku, czyli w ubiegłym roku kolej obchodziła swoje setne urodziny. Co ciekawe, pod koniec II wojny światowej niemieccy żołnierze wysadzili wejścia do tuneli, wszystko jednak udało się w miarę szybko naprawić. Naprawdę warto tędy pojechać. My wybraliśmy następujący wariant; rano wsiedliśmy we Lwówku Śląskim do szynobusu (cudownie, że w te upały jest tam klimatyzacja) i niespełna w ciągu godziny dojechaliśmy do Jeleniej Góry. To tak dla nacieszenia oczu widokami. Po drodze mijaliśmy Dębowy Gaj z ruinami pałacu, Lwówecką Szwajcarię, Wleń ze swoim wspaniałym zamkiem i pałacem, Zaporę Pilchowicą, wieżę rycerską w Siedlęcinie – naprawdę jest tu co zwiedzać. W Jeleniej Górze 25 minutowa przerwa, lody i kanapki i wracamy.

Najpiękniejszy odcinek trasy to ten, kiedy wjeżdża się nad most kolejowy zawieszony 43 metry na Jeziorem Pilchowickim. Wysiedliśmy na przystanku Pilchowice Zapora. Chcieliśmy zielonym szlakiem dojść do Wlenia i tam znowu wsiąść do pociągu, żeby wrócić do Lwówka. Plan był ambitny i nie wypalił, ale o tym za chwilę. Najpierw rozpętała się burza i przez godzinę trzeba było siedzieć na stacyjce. Ale warto było.  Choć zdjęcia tego nie oddają, jezioro Pilchowickie parujące tuż po deszczu wygląda absolutnie magicznie. Gdy ucichły pioruny, ruszyliśmy w kierunku Wlenia, trasa jest przepiękna, idzie pod zaporą, potem wzdłuż Bobru, wąziutką ścieżką, która prowadzi do niewielkich skałek. Jednak...po drodze okazało się, że przeliczyliśmy się z czasem i mijając po drodze Maciejowiec (jakiż ten tutejszy dwór jest piękny! I w jakim strasznym stanie!) dotarliśmy już niemal sprintem do stacji Nielestno, żeby złapać ostatni pociąg jadący w kierunku Lwówka. Jeśli chcecie się dowiedzieć czegoś więcej  o Kolei Doliny Bobru, bardzo polecam ten artykuł.

A wieczorem kawa i ciastko w Cafe Lenno, w pałacu u stóp zamku we Wleniu. Szkoda, że pałac Lenno, który jest własnością Belga, nie ma strony internetowej po polsku. Wielka szkoda. Z innych stron wiem, że właściciel ma jakieś koszmarne kłopoty z miejscowymi władzami, i choć nie mnie z tak małą wiedzą wnikać w sedno problemu, cieszę się, że kolejny pałac odżywa. Daleko mu oczywiście do tak pięknie odrestaurowanych pereł jak Łomnica czy Wojanów, ale widać, że Lenno ma gospodarza.

I panuje to sympatyczna, ciepła , domowa atmosfera. Dookoła kręcą się owce a widoki, jakie się stąd rozpościerają.... Nie... to musicie zobaczyć sami. Szczerze mówiąc, zaskoczyły mnie ceny w tutejszej kawiarni. Gigantyczne ciastko, wielki, pyszny jabłecznik z bezowym wykończeniem, kosztuje tam 6 złotych. Z gałką lodów i bitą świetnaą – 8 złotych. Wielki dzbanek herbaty – 4 złote. No chyba ten Belg oszalał? To nie są przecież pałacowe ceny! I to też bardzo cieszy. Miłe miejsce, miłe ceny, a piszę o nich, bo w listach zarzucacie mi, że chwalę ten nasz Dolny Śląsk, ale zapominam, jak czasami jest tu drogo. A tu proszę, niespodzianka.

Zawsze ze sobą wozimy lekarza. Nasz przyjaciel Krzysiek Mildner studiuje mapę, idzie mu to prawie tak dobrze jak operacja.


Jezioro Pilchowickie tuż po burzy.

Samotna stacyjka, można tu siedzieć i siedzieć i wpatrywać się w wodę.

Nareszcie ruszamy, może to nie jest zielony szlak, ale po torach nie idzie się źle.


Tory jakie są każdy widzi.


Widok z tego mostu jest cudowny, widok na most również niczego sobie.

 
A to stacja kolejowa...nieźle położona, prawda?


Trochę widoczków z zapory...

I jeszcze zapora...


I zostawiamy zaporę, żeby wejść w zielone i wędrować już wzdłuż Bobru


Zabudowania gospodarcze pałacu Lenno

Wejście do pałacu, koło schodów stoją ławeczki i stoliki, gdzie można zjeść opisane ciastka.

Ostatni rzut oka na widok z kompleksu pałacowego. Ach, patrzeć tak na to codziennie...

Komentarzy: 4
Czerwone i szare, czyli robak lubi pływać

 

Nie oglądam prawdziwego Meksyku. Oglądam Meksyk z tej strony, z której chce mi się pokazać, z najbogatszej, najpiękniejszej, przez pryzmat drogich hoteli i wykwintnych bankietów. Ale potem wychodzę na ulicę i spotykam biedę i samotność.

Jestem w Meksyku po to, żeby poznawać jego najlepsze smaki, codziennie gotują dla mnie najlepsi szefowie kuchni, wymyślając najdziwniejsze dania. Tacos z kwiatami hibiskusa, jabłka z jogurtem, marynowane mięso kozy w liściach banana, lody z płatków róży – to wszystko naprawdę może oszołomić. Nie tylko smakiem, ale także sposobem w jaki jest podane i miejscami, w których jemy. Będę o tym pisać, poznaję sekrety tutejszej, tej wykwintnej kuchni, uczę się umiejętnego używania ziół i przypraw. Ale kiedy nie mam już siły jeść następnego dania, podobnie jak wielu innych dziennikarzy i patrzę, jak kelnerzy wrzucają resztki, a właściwie nadgryzione jedynie równe pyszności, mam poczucie, że ten świat nie idzie w tę stronę, co trzeba...

Dzisiaj jedliśmy robaki. Te – jak mi wytłumaczono – jedzą akurat wszyscy, bo zawierają wiele protein. Dodaje się je do mezkalu, typowej meksykańskiej wódki. Mieszkają sobie w agawie, tylko na różnych pięterkach. Czerwone i białe najwyżej, szare, tłuste i obrzydliwe żyją najniżej. Jeśli nie są częścią produkcji, można je po prostu zjeść. Na surowo. Próbowałam kiedyś szarańczy, ale nie była surowa. Spróbowałam tego białego, najmniejszego, tego z wyższej kondygnacji agawy. Trudno określić jego smak. Mięsny i mdły. Na szarego się nie odważyłam. Zjadła go meksykańska koleżanka z telewizji, co zostało udokumentowane na zdjęciu.  Jutro natomiast ruszam na słynną La Pena de Bernal, słynną skałę, jednym z największych monolitów na świecie. Krąży wokół niej wiele legend, a tych o Ufo nie sposób zliczyć. To będzie może prawdziwy kawałek Meksyku?

Najpierw po czerwonym robaczku

Potem szary tłuścioszek 



Blanca robi dobrą minę do złej gry

I coś na deser, tym razem naprawdę smacznego :)

Chyba że jednak mięso. W liściach upiekła się właśnie baranina.
 

Komentarzy: 3
Wyprawa marzeń w zasięgu ręki

    

     Zostałam jurorem! Już kilka razy byłam. Pierwszy, wiele lat temu, kiedy jeszcze pracowałam w „Słowie Polskim”. Wtedy redakcja zmusiła mnie, żebym usiadła w komisji oceniającej... Mistera Mokrego Podkoszulka. Ostatnio, kiedy oceniałam blogi turystyczne na Onecie.

     Teraz będę przeglądać setki, a może i tysiące zdjęć na portalu Wyprawy Marzeń. To wszystko sprowokowało mnie do rozmyślań, czym naprawdę taka wyprawa marzeń jest.

Malaga tuż przed Wielkanocą:

Malaga tuż przed Wielkanocą

    Musi być ekstremalnie

      Tzw. Znani Podróżnicy (nie mylić z Wielcy) uważają, że liczą się tylko te wyprawy i podróże, które wiodą do odległych  dzikich krain, gdzie nigdy nie było i będzie hoteli, ludzie są jeszcze bardziej dzicy niż ich krainy, a za każdym rogiem czai się już ekstremalnie dziki zwierz. Liczą się dla nich często takie wyjazdy, gdzie wszystko jest odmienne, nie podróżuje się po bożemu, tylko w jakiś dziwaczny sposób.

    Pojawiają się więc rekordy: podróż  bokiem traktorem przez Australię, podróż kółkami wzdłuż Mekongu, podróż w podkoszulku na Alaskę i takie tam. Cudownie to pokazał Herzog, w filmie „Na krańcach świata”. Czym jest podróż, jakiego dokonuje wyczynu facet, który wędruje przez cały świat tyłem albo na jednej nodze? I przede wszystkim, po co to robi? Znani Podróżnicy po każdej, nawet niedługiej podróży, piszą książki, w którym często tak ubarwiają rzeczywistość, by była jeszcze bardziej dzika. A potem się śmieją się w twarz „szarym masom”, które tłumnie lecą do Tunezji, Egiptu i na Wyspy Kanaryjskie.

   Że niby to nie podróż, tylko popierdułka. A mnie biorą diabli.

   Sama lubię miejsca dzikie i odległe, tajemnicze i opuszczone, dziewicze. Nie lubię wysokich hoteli Egiptu, podczas służbowego wyjazdu na południe Portugalii, w znanym kurorcie pełnym bloków nad plażą, czułam się jak w klatce. Ale tak ma ja! Może dla kogoś innego to prawdziwe przeżycie? Cudowne wakacje? Coś, co będą jeszcze długo pamiętać i wspominać latami? Kto ma prawo im to odbierać?

    Nie musi być ekstremalnie (moim zdaniem)

    Nie ważne dokąd się podróżuje, ale co ma się w sobie, gdy tam się jedzie. Cały wewnętrzny szacunek dla tego co się widzi, przeżywa, albo dla swojego beztroskiego, słodkiego lenistwa, które w końcu każdemu się należy, prawda? 
   Dlatego, kiedy dzisiaj pół nocy oglądałam zdjęcia na Wyprawach Marzeń, jeszcze raz przekonałam się, że wiele ludzi potrafi czerpać wielką radość z „normalnych” wakacji, że często te normalne wakacje są ważniejsze niż wielkie wyczyny, którym oczywiście wielkości i wagi odbierać nie można.
    Ja jedną ze swoich wypraw marzeń odbyłam zaledwie wczoraj. Właściciel oprowadzał mnie po pustych i zrujnowanych komnatach zamku w Domanicach. Może dla kogoś to niewielka atrakcja. Kilkadziesiąt pomieszczeń ze starymi piecami, kominkami, resztkami malowideł. Wróciłam oszołomiona tymi wszystkimi historiami i opowieściami. A przecież nie pojechałam daleko. Dwa lata temu o tej porze była w Maladze, gdzie obserwowałam misteria wielkanocne. Też nie trzeba było jechać daleko. Cudownie wspominam też rejs do Szwecji (nota bene) można go wygrać w konkursie, w którym „juroruję”. Towarzystwo było świetne, pogoda dopisała, a cały prom falował w rytmie drinków z palemkami.

         Wyprawa marzeń, niejedno ma imię.  

Na promie do Szwecji:

Na promie do Szwecji

Zamek w Domanicach:

Zamek w Domanicach

Komentarzy: 3
Wiosna, czyli skarby z szafy

   

      Wiosna, naprawdę przyszła wiosna. Podobno tylko na chwilę, ale jest! Wczoraj koleżanki z A2, firmy która zajmuje się organizowaniem różnych imprez poprosiły, żebym trochę opowiedziała o skarbach podczas Pierwszego Wiosennego Przeglądu Szaf.

    Wymyśliły sobie taką prostą i fajną imprezę. Kobiety z różnych świecznyków spotykają się raz do roku, każda przynosi jakiś ciuch i się nim wymieniają. O Jezusie, jakież tam było zamieszania. Sama wyszłam z torebką, którą wcisnęła mi koleżanka z naszego Urzędu Miejskiego i po powrocie do domu zaczęłam grzebać w swojej szafie.

    Podczas krótkiego epizodu życiowego, kiedy mieszkałam na angielskich klifach i pisząc książki gapiłam się godzinami w morze, co niedziela wędrowaliśmy na car boot, czyli rodzaj giełdy, gdzie spotykali się wszyscy okoliczni mieszkańcy sprzedając co im tylko przyszło do głowy. Jedni pozbywali się niepotrzebnych rzeczy, inni pewnie traktowali to zarobkowo, ale mam po tych wiejskich tragach piękny stolik z Indii, cudowne rzeźbione szachy gdzieś z Indochin i mnóstwo podobnych głupot. Czemu nie robić tego w gronie przyjaciół? Z taką myślą ...jak już wspomniałam, zaczęłam przetrząsać szafę i znalazłam w niej mnóstwo wpomnień, m.in. naszyjniki, które sama robiłam z Masajami podczas wędrówki po Afryce. Czemu ja tego nie noszę? W końcu była już jednak Biała Masajka - pomyśkałam. I teraz trzemam kciuki, żeby nie stało się to, co przewidują synoptycy. Że już w niedzielę, wiosnę znowu przegoni zima.  

 

Komentarzy: 1
Może zrobić w zimie lato?

    

     Wstałam wcześniej, żeby popracować - rano jakoś najlepiej mi się pisze - i jakoś tak wpadła mi na forum portalu Wyprawy Marzeń informacja, że do jeszcze do wieczora można kupować tańsze bilety w Easy Jet. Każdy, kto trochę jeździ, wie już co było dalej. Zamiast pracować, zaczęłam przeglądać oferty. Tak, żeby sobie chwilę pomarzyć....

     Kolejny sąsiad na naszej ulicy własnie wykopuje ze śniegu samochód, więc czemu nie zrobić sobie lata w środku zimy i nie polecieć, np. na..... no właśnie...dokąd? W Lizbonie dzisiaj rano 15 stopni C, w Agadirze w Maroko zaleledwie 10 stopni ale na Madagaskarze już 21. Sprawdziłam jeszcze południe Australii - o ósmej naszego czasu były tam 24 stopnie, podobnie w Honolulu. 

    No...miło by było teraz poleżeć na plaży na Hawajach. Ale Easy Jet na Hawaje nie lata, w ramach marzeń porannych, rzuiłam więc okiem na Lizbonę, Paryż i Wenecję. Do Lizbony najtaniej z Berlina, dwie osoby w dwie strony mogą podróżować już za 1200 złotych,  Paryż jest nieco tańszy, podobnie Wenecja. I już, jakoś tak z głupoty, chciałam już na coś kliknąć, ale nagle przyszło oślnienie. Przecież za miesiąc, dwa, te bilety będą jeszcze tańsze. A może nie? A może tak? 

   Trudno, biorę się do pracy. Ale Was namawiam do marzenia. Może znajdziecie dzisiaj jakiś ciepły lot do słońca. 

Komentarzy: 6
1 | 2 | 3 | 4 |