iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Kogo obchodzą zabytki?

Zadzwonił dawno nie widziany i nie słyszany kolega i oznajmij: nie zgadzam się z Tobą w sprawie Miecia. Mietek na pewno znalazł te dokumenty, tylko się zagalopował w opowiadaniu o odkryciu, bo do tej pory nikt nie reagował na publikacje w „Nowinach Jeleniogórskich”.

Jakoś tak, od razu, zadźwięczała mi w uszach sprawa sprzed kilku lat. Sprawa Skarbu Średzkiego, jednego z najsłynniejszych i najbardziej wartościowych, jakie odnaleziono na terenie Dolnego Śląska. Po licznych aferach, przeszukaniach itd., rozgrabiony skarb udało się częściowo scalić, ale wiele jego elementów zostało po ludziach. Jedna z takich osób przyszła do mnie z orzełkiem z korony średzkiej, zawiniętych w chusteczkę i po wielu perturbacjach, orzełek ten został odkupiony przez bank i przekazany do muzeum.

Ale kilka lat później, w 2005 roku, olsztyńska policja odzyskała kolejne elementy Skarbu Średzkiego i wtedy zgłosił się do mnie pan, który czarno na białym wytłumaczył mi, że widział te elementy rok wcześniej, ponieważ w ich sprawie były u niego „dość ważne osoby”. Miał też zdjęcia na dowód tego, co mówił. Napisałam wtedy na ten temat duży tekst, choć przyznaję, nie został wydrukowany w bardzo poczytnej gazecie.

Spodziewałam się jednak, że ktoś na ten tekst zareaguje, ktoś się odezwie, może te informacje w czymś pomogą. Ale się nie doczekałam. Być może nikt go nie przeczytał – w co jednak wątpię.
 

Tomasz Bonek, który opisał historię ze Środy Śląskiej w książce „Przeklęty skarb”, pokazuje, jak pokrętne i dziwne były losy tego odkrycia. To naprawdę przeklęty skarb, podobnie jak wszystkie inne. Dlaczego? Bo tak naprawdę nikt się nimi nie interesuje. Można robić konferencje, opowiadać w telewizji ile robi się dla zabytków, ale kiedy przychodzi co do czego, rzadko kto się zainteresuje ich losem. A są przecież do tego powołane specjalne instytucje.

Coraz częściej wydaje mi się, że wszystko w tym kraju kompletnie stoi na głowie, a zabytki mało kogo obchodzą. Rozmawiałam o tym niedawno z dr hab. Maciejem Trzciński, zastępcą dyrektora wrocławskiego Muzeum Miejskiego. Zapis tej rozmowy ukazał się w ostatnim numerze Focusa Historia. To jej fragment, jeden z tych – dla mnie – smutniejszych:

„Mimo tego, że od 1989 r. żyjemy w demokratycznym, wolnym kraju pokutuje brak zaufania obywatela do Państwa i vice versa (...). Wraz ze zmieniającymi się realiami społecznymi powinna zmieniać się również polityka konserwatorska. Trzeba wyraźnie określić przedmiot ochrony prawnej i zapewnić instrumenty realizowania polityki konserwatorskiej czyli nie tylko dobre prawo ale i usprawnienie funkcjonowania administracji ,wystarczające środki finansowe.

Mówi się, że ważne są nie tylko przepisy, ale i edukacja oraz świadomość społeczna. Ale my jak się okazuje niewiele w tym zakresie robimy, tu nawala państwo,  konstytucja mówi wyraźnie w art. 5 że RP strzeże dziedzictwa narodowego. Pytanie teraz czy strzeże? Orzecznictwo sądów administracyjnych czy kontrole NIKu wskazują na duży bezwład urzędów konserwatorskich. Widać ponadto gołym okiem, iż w zakresie ochrony dziedzictwa narodowego wciąż nie jesteśmy społeczeństwem obywatelskim.

Trzeba wreszcie przełamać ten impas i stworzyć odpowiedni klimat
W kontekście Pani pytania pozostaje mi potwierdzić dość smutną prawidłowość, iż znalazcy bądź odkrywcy mają skądinąd uzasadnione obawy przed powiadomieniem o dokonanym odkryciu. To samo dotyczy osób, które często w przypadkowy sposób weszły w posiadanie zabytków i chciałyby je przekazać do Muzeum, ale boją się konsekwencji. Sami muzealnicy również mają jak się okazuje niekiedy uzasadnione obawy przed przyjęciem takich zabytków”.

 

Komentarzy: 7
Trzy dni na skarbach

          Wiecie, czym różnią się myśliwi w Stanach Zjednoczonych od myśliwych w Rosji? Choć o polowaniach nie mam pojęcia, i raczej nie chcę mieć, wiedzę na temat tej różnicy posiadłam w pałacu w Borowej. Tam, w apartamencie wielkim jak Hala Stulecia spaliśmy z niedźwiedziem syberyjskim na podłodze, a właściwie z tym, co z niego zostało. Trochę mnie ten niedźwiedź stresował, bo leżał na drodze z łóżka do toalety. Za każdym razem, kiedy musiałam po ciemku obok niego przejść, bałam się, że wpakuję stopę w jego paszczę.

      W apartamencie po drugiej stronie korytarza na podłodze leżał niedźwiedź grizzly. Ten grizzly został zabity jednym strzałem, ten syberyjski ma ślady po serii z kałasznikowa. Syberyjskiego widzicie na zdjęciu z naszymi gośćmi z Proton Archeo, firmy zajmującej się bezinwazyjnymi badaniami geofizycznymi. Mówiąc w skrócie, taka ekipa potrafi znaleźć i zagubiony kluczyk, i Bursztynową Komnatę.  To, oczywiście w skrócie, bo Łukasz Porzuczek, który zapewnił nam sprzęt i pomoc, pewnie by mi urwał głowę za tę Bursztynową Komnatę.

     Trzy ostatnie dni spędziłam na skarbach. Jak już wiecie, namówiłam Krzysztofa Jabłonowskiego, właściciela pałacu w Borowej pod Wrocławiem i zamku w Domanicach na bezinwazyjne badania tych dwóch obiektów. To dla właściciela zabytku ważne. Bo, dzięki takim badaniom poznaje lepiej historię budynku, a przy okazji może wyjaśnić wiele jego tajemnic.

Blondynki rządzą

     Dziwny to widok, gdy na komnaty wpada kilkunastu facetów w polowych różnych armii, ciągną ze sobą wykrywacze metalu. Najpierw w piątek, zjechała fundacja Experior Labor ze Zbyszko Janiszewskim na czele i dr Moniką Łój z Akademii Górniczo-Hutniczej, subtelną blondynką, która swoją wiedzą potrafi każdego twardziela zapędzić w kozi róg. Przywieźli ze sobą georadar (dziękowałam już Adamowi Kuczyńskiemu, właścicielowi magazynu „Odkrywca” za udostępnienie tego sprzętu). W nocy nadjechał Portal Poszukiwaczy Skarbów reprezentowany przez Rafała Kruka i Piotrka Majczaka (Piotrek organizował w ubiegłym roku poszukiwania dzwonów w okolicach Włoszczowej), po nich Proton Archeo z kolejnym georadarem. Nad ranem dotarli archeolodzy i poszukiwacze z Wrocławia.

    Atmosfera takich badań jest niemalże magiczna. Wyobraźcie sobie ten piękny pałac, otoczony parkiem, wielkie pokoje, których podłogi zarzuciliśmy mapami, dyskutując całe noce o tym, co wykazały wstępne badania i czego można się spodziewać.

     „Pracowaliśmy” zarówno w Borowej, jak i w Domanicach. W Borowej szukaliśmy m.in. loży masońskiej. Niedawno właściciela pałacu odwiedzili Niemcy, który pamiętali, że niegdyś w parku odbywały się zebrania wolnomularzy. Ich uczestnicy przebierali się w pomalowanym na czarno pokoju w samym pałacu, a potem, jakimś tajnym przejściem szli na miejsce spotkań. Jeśli macie ochotę trochę więcej poczytać o tajemnicach Borowej zapraszam do bardzo ciekawej publikacji, która powstała na gorąco, tuż po sobotnim spotkaniu z dziennikarzami
http://www.naszesudety.pl/index.php?p=artykulyShow&iArtykul=7288
 

Tajne, niemieckie archiwum

      W Domanicach, natomiast, wielkim zamczysku, którego początek datuje się na XIII wiek nadacze usiłowali namierzyć pustki w samym obiekcie. Krzysztof Jabłonowski dowiedział się od poszukwiaczy skarbów, ze w zamku zostało w czasie II wojny światowej ukryte tajne archiwum, ale to wszystko co wiadomo. Dla mnie Domanice są również bardzo ważne. Z dokumentów, które otrzymała kilka lat temu, wynika, ze rzeczywiście może się tam znajdować poniemiecka skrytka. Ponieważ kilka osób podejmowało już nielegalnie próby rozkopywania zamku, właściciel postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i już dziś rano mieliśmy pierwsze wyniki badań. Już wiadomo, mniej więcej, w którym miejscu trzeba będzie szukać.
      Teraz czas wracać do rzeczywistości. Czekamy na interpretację wyników badań i za kilka tygodni wracamy na poszukiwania. 
 


Cena sławy - Krzysiek Jabłnowski opowiada o swoim zamku


Ciekawe, co jest w tej dziurze


Co pokaże georadar


Domanice - zamek pełen tajemnic


Mostek w Domanicach. Właściciel zamku mówi, że dla tego mostka kupił cały kompleks


Nie jest łatwo pracować na dachu


Pierwsze znalezisko z plastyku


Piotrek ps. Weteryna przystępuje do akcji


Porównujemy wyniki, fundacja Experior Labor i Krzysztof Jabłonowski


Proton Archeo rozprawiło się z niedźwiedziem, teraz czas na zamek


Proton archeo wkracza do akcji


Trochę się kręci w głowie


Widok z dachu zamku w Domanicach


Łąka za pałacem w Borowej, Nataszka pokazuje nam, gdzie szukać

Komentarzy: 4
Dziś ruszamy na poszukiwania

      Gdyby istniała maszyna czasu, w miejscu, gdzie kilka dni temu piłam mojito, otoczona bym była obrazami Pisarra, Renoira, Sissleya, Moneta, Cezanne’a, Degasa i van Gogha.  Ale, że jeszcze takiej maszyny czasu nie ma, w piwnicach, gdzie pewnie kiedyś była pralnia, siedziałam w sympatycznej, podróżniczej knajpce.I nie wiedziałam, gdzie siedzę.

      We Wrocławiu, przy Parku Południowym, dokładnie przy ulicy Kutnowskiej, stoi wielki dom. Do głowy by mi nie przyszło, że przed wojną mógłby być własnością jednej osoby. Dziś, w podziemiach willi mieści się restauracja „Pieprz i wanilia”, zaś w częściach „mieszkalnych” Wrocławski Medyczny Park Naukowo-Technologiczny. Niegdyś była to Landsbergerstrasse 1-3. Willa należała zaś do Maxa Silberberga, jednego z organizatorów muzeum żydowskiego i kolekcjonera. Silberberg miał ponad 260 wybitnych dzieł sztuki, w 1940 roku jego mienie „poddano aryzacji”. Kolekcjoner wraz z żoną zginął w Oświęcimiu.

    O tym wszystkim dowiedziałam się na wykładzie Magdaleny Palicy, który otworzył wielki i arcyciekawy projekt „Śląskie kolekcje sztuki”. Okazuje się, że w samym przedwojennym Wrocławiu było prawie 200 prywatnych kolekcji, autorzy projektu chcą je udokumentować i dokładnie opisać. Szczegóły znajdziecie na strone www.slaskiekolecje.eu, serdecznie polecam obejrzeć dzieła tam pokazane. Jak chociażby te „Baletnice” Edgara Degasa, które wisiały w willi przy Parku Południowym. Czy nie inaczej ogląda się domy, jeśli znamy ich historię? I to taką historię. Było mi nieco przykro, bo na wykładzie inaugurującym projekt pojawiło się zaledwie kilka osób, głównie historyków sztuki. Szkoda, dobrze wiedzieć, kto i gdzie był przed nami.
      Ale...skoro przy historii jesteśmy. Trzymajcie dziś za mnie kciuki. Po wielu perturbacjach, zaczynamy dziś badania pałaców w Borowej i w Domanicach. O tych pałacach już pisałam, Krzysztof Jabłonowski, ich obecny właściciel chciałby dokładnie poznać ich historię, poza tym Domanice są w takim stanie, że szybko trzeba się za nie wziąć.

     Badacze historii (najświeższa informacja z wczoraj) twierdzą, że w piwnicach pałacu w Borowej mogą znajdować się skrytki Hankego (nie chce mi się wierzyć, ale czemu nie?), z dokumentów, które udało mi się zdobyć, wynika, że i Domanice mogą kryć niezwykle ciekawe archiwum. Oczywiście, badanie nieinwazyjne, które zamierzamy przeprowadzić, skarbów nam nie wyciągną z ziemi i piwnic, ale wskażą miejsca, którymi w przyszłości trzeba będzie się zainteresować.  A teraz będzie trochę oficjalnie. Nasze weekendowe prace nie byłyby możliwe, gdyby nie życzliwość, a właściwie pasja kilku osób. Dziś przyjeżdżają członkowie fundacji Experior Labor, georadar mamy dzięki Adamowi Kuczyńskiemu, właścicielowi pisma „Odkrywca”, które miałam kiedyś zaszczyt prowadzić (bardzo dziękuję za ten miły gest), swój georadar i cały sprzęt przywożą również fachowcy z firmy „Proton Archeo”, wspierać nas będzie również Wortal Poszukiwaczy Skarbów. Takiej, „ponadpartyjnej” ekipy dawno nie było. O wynikach będę informować na bieżąco, oczywiście!


Sala myśliwska w pałacu


Tancerki Degasa

 

 

Komentarzy: 2
Sieniawka; nowy trop w sprawie podziemnej fabryki

     

    Łużycka Grupa Poszukiwawcza idzie jak burza! Poszukiwacze odnaleźli właśnie dwóch, bardzo ważnych dla całej sprawy świadków.

     Pierwszy z nich to kobieta pochodząca z Francji. W czasie II wojny światowej została przywieziona do Zittau na przymusowe prace. Od 1940 roku do 1945 pracowała w zakładach Zittwerke, ale w Zittau czyli w Żytawie, gdzie produkowane były pociski do karabinów lotniczych. Kiedy w pobliżu były już radzieckie wojska, jeden z Niemców, którzy pilnowali pracowników powiedział do tej pani:

     W Sieniawce wszystko musi iść szybko pod wodę, zanim dotrą tu Ruscy.

    Wszystko musi iść pod wodę? Co? Zdaniem ŁGP to kolejny dowód na to, że duże podziemne obiekty rzeczywiście się tu znajdują, że nie sa tylko legendą.

    Nie wiadomo skąd bierze się woda w podziemiach budynków na terenie dawnych koszar w Sieniawce. Jest jej mnóstwo. Ciągle też nie udało się znaleźć nurków, którzy mieli penetrować zalane, podziemne hale. Zresztą cała ta historia znajduje się w poprzednim „odcinku”. Za chwilę ruszy internetowa strona Łużyckiej Grupy Poszukiwawczej (swoją drogą Panowie, pospieszcie się trochę!) i na bieżąco będzie można śledzić to co dzieje się w Sieniawce. Do mnie zaś, zupełnie nieoczekiwanie, wrócił podziemny Wrocław, ale o tym za chwilę.
 

Komentarzy: 1
Podziemia w Sieniawce, czyli na tropie tajemnicy

     27 hektarów tajemnicy. Wielkich budynków, łąk i prawdopodobnie podziemnych obiektów. Tych, dla poszukiwaczy najciekawszych. Jednym słowem: Sieniawka, ta koło Bogatyni.

     Ta sprawa sama mnie znalazła. Poprzez ten blog. Jakiś czas temu napisali do mnie poszukiwacze z Łużyckiej Grupy Poszukiwawczej i tak długo nie odpuszczali, aż musiałam zainteresować się Sieniawką. Eksploratorów z Bogatyni skontaktowałam z Sowiogórską Grupą Poszukiwaczą i panowie ruszyli w teren. W sobotę odbył się pierwszy rekonesans i muszę powiedzieć, że nie sposób ulec w tamtym miejscu magii tajemnicy. Mimo, że nieco tam ponuro.

    Po dojściu Hitlera do władzy,  w XIX – wiecznych koszarach w Zittau, czyli w Żytawie został ulokowany 1 Batalion 52 Pułku Piechoty. W 1938 roku pomiędzy Porajowem a Sieniawką rozpoczęła się budowa nowych koszar dla 102 pułku kawalerii. Całą tę historię można odnaleźć na stronie http://www.bogatynia.dwr.pl/koszary.html , dla nas ważny jest jednak kolejny etap. W sierpniu 1943 roku Junkers Flugzeug und Motorwerke A.G. Dessau (Junkers Lotnicze i Silnikowe Zakłady S.A. Dessau) zainteresowały się Sieniawką i tutejszymi koszarami. Zostały one zajęte, zaczęły być rozbudowywane, do wielkiego i tak kompleksu, doszły jeszcze stacje benzynowe, hamownia silników (jak się teraz okazało, niezwykle dla zbadania całej historii ważna) i bocznica kolejowa.  Tak powstały zakłady Zittau S.A. Pod koniec 44 roku produkowano tu turboodrzutowe silniki do Messerschmitów, podzespoły do Junkersów, w fabryce pracowali jeńcy z wielu krajów: Polacy, Rosjanie, Belgowie i Francuzi.

     Po wojnie o Zittawerke zaczęło krążyć mnóstwo legend. Opowiadano, że znajdują się tu spore podziemia, m.in. ogromna hala, całkowicie zalana pod koniec wojny. Podczas sobotnich badań, poszukiwacze z Łużyckiej Grupy Poszukiwawczej pokazywali tzw. „podejrzane miejsca”. Tak w ogóle, chylę czoła przed ich ciężką pracą, bo jeszcze nigdy nie wiedziałam, żeby ktoś, w ciągu dwóch miesięcy, zgromadził tyle materiałów i tyle relacji. Ale panowie z LGP Bogatynia są tak pozytywnie zakręceni i tak pełni pasji, że nie ma siły, żeby tajemnice nie dały im w końcu wydrzeć. Podczas rekonesansu oglądaliśmy miejsce, w którym, jak wynika z opowieści, powinien znajdować podziemny tunel, koło hamowni silników również znajduje się wejście do tunelu, niemalże całkowicie zasypane. Dawne koszary bardziej przypominają szpital, a – oczywiście, jak w takich miejscach – krąży również opowieść, że tutaj właśnie przeprowadzano okrutne eksperymenty medyczne. 

     Najciekawsza informacja pochodzi jednak z 1970 roku. Wtedy właśnie do Sieniawki mieli przyjechać nurkowie, którzy weszli do ogromnej, zalanej, podziemnej hali. Nie został po tym zdarzeniu ani jeden dokument, dyrektor Witek, który rzekomo ściągnął nurków, już nie żyje.  

    Taką informację trudno dziś zweryfikować, minęło w końcu prawie 30 lat, ale to, na szczęście, jeszcze nie tyle, żeby nie można było odnaleźć tamtych nurków. Może ktoś z Was ma jakieś informacje, które mogłyby pomóc Łużyckiej Grupie Poszukiwawczej? Jeśli tak, podaję maila do poszukiwaczy:  lgpbogatynia@interia.pl 

Przecież, jeśli rzeczywiście pod fabryką znajdują sie hale i inne podziemia, to również w nich musiała odbywać produkcja. Produkcja czego? Dlaczego podziemia zostały tak skutecznie zamaskowane, i dlaczego jeden z badaczy tajemnic tego miejsca usłyszał kiedyś od starszego Niemca; nigdy nie wejdziecie do Sieniawki. Ale pytań jest jeszcze więcej i jeśli tylko dostanę zgodę od łużyckich poszukiwaczy, chętnie będę o tym pisała.

     Muszę przyznać, że wizyta w Sieniawce zrobiła na mnie spore wrażenie. W jednym z budynków mieści się szpital dla nerwowo i psychicznie chorych, miejsce wyjątkowo ponure. Ale pozostałe obiekty są puste, w koszarach znajdują się jeszcze rysunki i napisy po niemiecku, chodziliśmy po tych opuszczonych miejscach ponad trzy godziny. To miejsce musi ukrywać jaką tajemnicę, ale myślę też, że samo w sobie jest niezwykle interesujące. Pisałam niedawno o wyjeździe do Zagłębia Ruhry. Tam, z takich właśnie miejsc, robi się niezwykłe i popularne muzea. Tak mogłoby być i tutaj. Mam nadzieję, że zdjęcia, choć nie do końca oddają atmosferę tego miejsca.

 


 

Komentarzy: 10
Znalazł się fragment dzwonu, ale.....

Prace w Januszewicach zostały przerwane, ale nie zakończone. Koledzy z ekipy poszukiwawczej usiłowali dzisiaj za pomocą koparki spenetrować dwa zalane „doły”, które wczoraj wskazała jedna z mieszkanek wsi. Nie udało się, brzegi zaczęły się obsuwać, trzeba będzie więc jeszcze poczekać. Znaleziono natomiast sporo pogubionych niegdyś medalików i trochę monet.

Nie ma mnie już na miejscu, ale właśnie dowiedziałam się, że sprawa się trochę skomplikowała. Jakiś czas temu, za kadencji poprzedniego proboszcza, usiłowano już dotrzeć do zatopionych dzwonów.

Nie znam szczegółów tamtej akcji, nie znał ich także Rafał Kruk z portalu poszukiwania.pl, z którym przed chwilą rozmawiałam. Ale... opowiedział mi, że dzisiaj pojawił się pan, którego dziadek również szukał dzwonów wiele, wiele lat temu. I przyniósł ze sobą niewielki fragment czegoś, co... z całą pewnością jest dzwonem! 

Piotrek Majczak, szef poszukiwań opowiedział mi właśnie, że dziadek tego pana "nakłuł" ten dzwon, nurkował, okazało się, że dzwon jest, ale ma wyłom i stąd ten kawałek. Niestety, wnuk nie potrafi wskazać, w którym miejscu szukał dziadek. 

No i mamy zagwozdkę. Niestety, to może oznaczać wszystko. I nic. Ale daje sporo nadziei, prawda? Czyli dzwony gdzieś są. Jakby nie było, ekipa eksploracyjna jest dopiero w połowie drogi do rozwiązania zagadki. 

Piotrek mówił mi przed chwilą, że cała ekipa nie miałaby tyle pary, gdy nie mieszkańcy Januszewic, którzy zagrzewali poszukiwaczy do pracy.  Może jeszcze znajdzie się ktoś, kto wie jeszcze więcej niż posiadacz kawałka januszewickiego dzwonu?
 

 

Komentarzy: 3
W poszukiwaniu zagnionych dzwonów

Takiego zamieszania w Januszewicach nie było chyba od bardzo wielu lat. Uwielbiam atmosferę poszukiwań. Po całej okolicy kręciło się kilkudziesięciu eksploratorów ze sprzętem, a grupki mieszkańców wsi przez całą sobotę migrowały z jednego miejsca poszukiwań w drugie. Najstarsi ludzie chętnie wspominali i pokazywali miejsce, w którym mogły przed prawie dwoma wiekami zaginąć dzwony z Januszewickiego kościoła. Oj, działo się wczoraj naprawdę wiele.

Szesnastowieczne dzwony kościelne z parafii w Januszewicach miały zostać przewiezione do Kluczewska. Ich historię znajdziecie w poprzednim „odcinku”. Zapakowano je na wóz i zaczęły brodem jechać przez niewielką rzeczkę Czarna. W pewnym momencie wóz zapadł się niemal pod wodę i dzwony przepadły na zawsze.

Jak to możliwe? Rzeka nie jest głęboka, tam, gdzie schodzili wczoraj nurkowie, woda miała głębokość czterech metrów. Są podobno w niej odcinki sięgające siedmiu metrów, ale wóz miał przejechać przez najbardziej płytkie miejsce. Tymczasem ludzie opowiadali, że dzwony zapadły się tak gwałtownie, jakby wciągnął je w odchłań sam diabeł. Piotrek Majczak z Polskiego Towarzystwa Badań Historycznych w Będzinie oraz Rafał Osiecki z Polskiego Klubu Eksploracji Historycznej w Londynie postanowili, że czas w końcu zbadać tę historię i, przede wszystkim, odzyskać dzwony. Dlatego do pobliskiej Włoszoczowej zjechali wczoraj w pełnym rynsztunku poszukiwacze z całej Polski (i nie tylko), w tym wielu moich przyjaciół. A jak są poszukiwania, przyjaciele, piękna okolica to wiadomo, wrażeń nie brakuje. A jeszcze jeśli takie akcje wspierają miejscowe władze i na poszukiwania znalazło się trochę pieniędzy, to naprawdę sytuacja robi się, jak się tu wyrazić, „dobra”.

Ponieważ w ”normalnych” relacjach prasowych czy telewizyjnych, takich darczyńców się raczej nie wymienia, wezmę na siebie ten niewielki obowiązek. Poszukiwania januszewickich dzwonów wsparli: Marszałek Województwa Świętokrzyskiego, Starostwo Powiatowe we Włoszczowie, Urząd Gminy Kluczewsko, Pałac Wielopolskich w Chroborzu, Czesław Siekierski – poseł do parlamentu Europejskiego, a wszystkich pobłogosławił ksiądz Piotr Zagała, proboszcz parafii Januszewice. Ufff.... to dopiero lista. Żeby tak na moim Dolnym Śląsku się dało...
Swoją drogą, widok ubranych w mundury różnych wojsk poszukiwaczy, stojących przed ołtarzem z wykrywaczami w dłoniach, trochę mi przypominał sceny z filmów, na których partyzanci przed akcją wstępowali jeszcze do świątyni. Naprawdę niezły widok... A w pierwszym rzędzie stał sterowany ręcznie helikopter, z którego ekipa firmy Proton-Archeo fotografowała i filmowała całą akcję. Helikopter zresztą wzbudzał szczególną sensację wśród miejscowych dzieci.

Sytuacja jest taka: ekipy pracowały wczoraj w trzech miejscach. Pierwsze, tzw. koło kapliczki, to łąka przez którą niegdyś płynęła Czarna. 83-letnia mieszkanka Januszewic opowiadała, że jej mama, która znała tę historię od swojej mamy, opowiadała, że właśnie to miejsce należy omijać, bo mieszka tu diabeł. On właśnie porwał pod ziemię dzwony. W miejscu tym pracował również radiesteta z Poznania, który wytypował dla poszukiwaczy jedno z miejsc. Po całym dniu pracy łąka okazała się jednak „czysta”, choć Rafał Kruk z portalu poszukiwania.pl znalazł tu wykrywaczem medalik szkaplerzny. Wyglądał na złoty, choć taki nie był. Rafał jest skromny i pewnie wolałby, żebym nie wspominała, że obok trafił również na nawet spory kawałek puszki z napisem „Pasta na... – dalej urwane. No cóż, skarby nie jedno mają imię :)
 

W dwóch pozostałych miejscach pracowali nurkowie: Bogdan, Janusz i Robert. Są zresztą na zdjęciach, które za chwilę powinny się pojawić. Miejsca na rzece i w jej starorzeczu wskazali inny starsi mieszkańcy okolicy. I rzeczywiście, w dwóch miejscach pojawił się silny sygnał. Dziś przyjadą koparki i będę te sygnały weryfikować. Za kilka godzin dam znać.

I takie małe post scriptum: mam małą niespodziankę. Z okazji akcji poszukiwań dzwonów powstała okolicznościowa koszulka. Jest czarna, są na niej wyszczególnieni organizatorzy, noszący ją będzie miał na piersiach widoczny dzwon, oczywiście januszewicki. Rozmiar XL. Piotrek Majczak, szef całej akcji przekazał ją w prezencie. Wystarczy do mnie napisać na maila i króciutko uzasadnić, dlaczego chcecie mieć taką właśnie koszulkę. A my tu szybciutko, nieobiektywnie i emocjonalnie, przyznamy skarbowego T– shirta. 


 

Komentarzy: 3
Diabeł utopił dzwony, czyli wielka akcja poszukiwawcza

Takie historie zawsze działają mi na wyobraźnię. Tym bardziej, że już za chwilę stanę się częścią takiej właśnie niezwykłej historii. Jutro rano rozpoczyna się wielka akcja poszukiwania i odzyskiwania zaginionych blisko 200 lat temu dzwonów. To XVI-wieczne dzwony kościelne z parafii w Januszewicach. Jak mówią legendy, leżą w wodach rzeki Czarnej. Zostałam zaproszona do udziału w tej, nazwijmy to po imieniu, fantastycznej przygodzie.
Przygotowania do akcji trwały cały rok. Ekspedycją kierują Piotrek Majczak z Polskiego Towarzystwa Badań Historycznych w Będzinie oraz Rafał Osiecki z Polskiego Klubu Eksploracji Historycznej w Londynie. O tym, że dzwony leżą w rzece świadczą zarówno źródła pisane, stare opowieści a także informacje, jakie poszukiwacze uzyskali od jasnowidza. Ten zaś twierdzi, że na dnie rzeki leżą aż... cztery dzwony. Nooo, bardzo jestem ciekawa... Interesuje mnie trafność takich „prognoz”, a tutaj będzie można ją zweryfikować niemal natychmiast.
Skąd dzwony wzięły się w wodzie?
W 1797 roku w Kluczewsku zaczął powstawać kościół. Niestety, przyszedł jakiś mały kryzys, budowa ciągnęła się już prawie 15 lat, nie na wszystko starczyło pieniędzy. W końcu fundator podjął decyzję, aby część wyposażenia dla świątyni przenieść z innego kościoła, w pobliskich Januszewicach. Pracownicy dworu w Kluczewsku „zapakowali” trzy brązowe dzwony na wóz i zaprzęg ruszył przez rzekę Czarną. Nie wiadomo, czy woźnica źle wjechał do rzeki, nie trafił na bród, ale wóz nagle niemal zapadł się pod wodę. Było to o tyle dziwne, że, jak twierdzili miejscowi, woda sięgała tam kolan. A tu nagle dzwony przepadają niemal w sekundę.  Stąd powstała opowieść, że to sprawa diabła.
 W materiałach źródłowych (a cytuję je za artykułem Rafała Banaszka na echodnia.eu) znajduje się taka oto wzmianka:  "Nagle wóz pod swym ciężarem niczym jak w Biblii o apokalipsie, co ksiądz na ołtarzu krzyczał, wraz z końmi otchłań rzeki wsysać je zaczęła. Młody woźnica, ten od nowego pana jedynie nie klęczał i modlił się w rozpaczy. Wskoczył z nożem do wody i odciął konie od wozu, który po zdrowaśce zniknął całkowicie pod wodą. (...)  Stary kościół przetrwał do dzisiaj, ze starym krzyżem, ale już dzwony same do niego nie wróciły”.
Ciąg dalszy nastąpi.... Mam nadzieję, że będzie o czym opowiadać.


 

Komentarzy: 1