iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Powracam z zaświatów

Moi Szanowni Czytelnicy, Drodzy Przyjaciele, Miłośnicy Skarbów i Tajemnic, 

dziękuję za wszystkie listy, które wytrwale pisaliście do mnie przez ostatnie miesiące. Dziękuję wszystkim za ciepłe słowa i przepraszam, że nie udało mi się odpisać na wszystkie listy. Redakcja Money.pl przekonała mnie do zamienienia bloga na stronę podróżniczą, ale taka strona ma zupełnie inne zadanie, więc wypisać się na niej do końca nie można. A widzę też, że niektórym brakuje dokładnych doniesień z Dolnego Śląska, więc w miarę możliwości, będę starała się powoli wracać do mojego opisywania świata. Po prostu obiecuję poprawę. Dzisiaj zapraszam do opowieści z moich przygód na Cyprze, z którego właśnie wróciłam. Wystarczy kliknąć na okienko po prawej, albo wejść na stronę www.joannalamparska.com

 

 

Komentarzy: 4
Mamy odkrycie w Górach Sowich!

 

No i udało się! Podczas III Zjazdu Eksploratorów w Walimiu została odnaleziona nowa sztolnia w kompleksie Sobonia.
 
Chociaż już tyle lat jeżdżę na poszukiwania, piszę o poszukiwaczach i toczę wielogodzinne dyskusje z poszukiwaczami, ciągle mam wielką frajdę z tego stania w lesie, w piwnicy, w podziemiach i gapienia się na kopanie, wiercenia czy nawet na ludzi, wolno przesuwających się z georadarem. Jednak nieczęsto się zdarza, że tak szybko się udaje. Właściwie niemal od razu. Drugi odwiert gigantycznej wiertnicy i trafienie. Ale od początku.
 
Kominy- ślimaki
 
Niedzielny poranek w Górach Sowich. Andrzej Boczek z Piławy Górnej, nasz kolega, który ma dwie niezwykle przydatne pasje – poszukiwania i gotowanie – zgarnia nas do swojej terenówki. Z przodu siada Bogusław Wołoszański, honorowy gość zlotu. Jedziemy wzdłuż stawów nad Głuszycą obejrzeć pozostałości kompleksu Soboń. Andrzej robi nam niemal eksploracyjny express, pędzi wzdłuż wszystkich tajemnic, aż docieramy do miejsca, które Andrzeja wyjątkowo fascynuje. Pokazuje ruiny ceglano-betonowych konstrukcji z dwoma, nazwijmy to kominami, zalanymi betonem. W środku jednego, częściowo jeszcze istniejącego „komina” widać ślady czegoś, co można by nazwać ceglanym gwintem. Bogusław Wołoszański robi zdjęcia, „ten Dolny Śląsk jest fascynujący” mówi. „Ale to jeszcze nie wszystko” – cieszy się Andrzej, mam niespodziankę, może jeszcze dzisiaj uda się wejść do nieznanej nikomu sztolni.
 
Trochę z moim Piotrkiem naśmiewamy się z Andrzeja. Każdy by chciał przecież znaleźć nową sztolnię. Śmiejemy się jeszcze bardziej, bo nagle, jakby spod ziemi, w mokrym lesie, wcześnie rano pojawia się, nie wiadomo skąd policjant i patrząc Bogusławowi Wołoszańskiemu w twarz pyta surowo: to wy tu kopiecie?
 
Okazuje się, że policjant pilnuje miejsca, w którym grzybiarze zauważyli pocisk moździerzowy. Z Wrocławia jadą już saperzy, do tego czasu teren trzeba zabezpieczyć. Zanim znikniemy z tego miejsca, policjant szepce do Andrzeja; rozpoznałem go! Ma na myśli oczywiście gościa honorowego zlotu.
 
Jest dziura!
 
Bogusław Wołoszański wraca do Warszawy, my zjeżdżamy na dół, Andrzej martwi się, czy przez deszcz i błoto na Sobonia dojedzie gigantyczna wiertnica. Zapewnili ją członkowie Sowiogórskiej Grupy Poszukiwawczej, niestrudzeni organizatorzy zlotu (Andrzej współpracuje z grupą i jest jej honorowym członkiem), którzy każdy kawałek tych gór znają jak własną kieszeń. Wiertnica dzień wcześniej pracowała na Jaworniku. Około jedenastej telefon; jest sztolnia! Trzeba wracać.
 
A tam na górze to wszystko, co tak lubię w poszukiwaniach. Są wszyscy i wszyscy w niemal idealnym kręgu wpatrują się w obraz z kamery, która pokazuje podziemia. Nawet Darek Tomalkiewicz, wiceprezes SPG, choć od kilku dni ma gorączkę w napięciu wpatruje się w ekran. W środku widać spory bałagan, sztolnia prawdopodobnie została wysadzona, ktoś dostrzega stemple kopalniane, potem coś w rodzaju śrub mocujących tory wąskotorówki. 
 
Andrzej szukał tego miejsca przez trzy lata, choć oczywiście od kilku lat wiadomo było, że sztolnia tam jest. Wielkie gratulacje Andrzeju! Wejście do podziemi przewidziane jest na wiosnę. Również gratulacje dla SGP za to, że już po raz kolejny udało się ściągnąć w Góry Sowie takiej klasy sprzęt, bo inaczej byłoby trochę krucho....SGP wzięła na siebie również wszystkie sprwy papierkowe, załatwienie sponsorów, ustalenia, gdzie wiercić.
 
I dzięki za kolejny zlot. Mieliście przy nim sporo pracy, sama wiem, kiedyś przecież również organizowałam takie zloty, jak trudno okiełznać to całe nasze towarzystwo. Trochę to była lekcja przetrwania – może troszeczkę dałoby radę opanować chaos w przyszłym roku - szczególnie dla tych, którzy byli pierwszy raz, ale co tam! Mnie się nigdy nie znudzi to stanie godzinami i gapienie się na poszukiwania.

 Andrzej o poranku czyli „ekploracyjny express” na Soboniu.

 
Tajemnicze ruiny na Soboniu

Wcześniejsze prace na Soboniu przy ceglanych konstrukcjach. Z Andrzejem pracowała tu grupa „Hunter” z Polkowic.

 
Dziwne kominy na Soboniu.
 
Wielka wiertnica i ściśnięci wokół odwiertu eksploratorzy
 
Sprzęt w akcji, coś takiego słychać w całej okolicy
 
Wiesław Zalas, Andrzej Boczek(w środku) i Darek Tomalkiewicz, czyli rozmowa na szczycie i na szczycie Sobonia
 
Jest tam ta Bursztynowa Komnata czy nie?
 
Czy wyobrażacie sobie, że ten facet potrafi zrobić pyszne grzybki w zalewie i odnaleźć sztolnię? Tyle talentów na raz!
 
Łużycka Grupa Poszukiwacza (ŁGP)pozwoliła mi zrobić sobie z nimi zdjęcie
 
Tajna broń ŁGP, czyli Monika przygotowuje się do przejęcia sprzętu raciborskiej grupy „Eule”
 
Na Jaworniku. W tle słynna wiertnica.
 
Jak widać nie tylko ja lubię stać i gapić się jak inni ciężko pracują.
 
Wojtek Stojak, który sam o sobie mówi, że jest już nestorem, bardziej tym razem był zainteresowany obiadem niż eksploracją. Z tyłu pan Andrzej, niestrudzony przewodnik po zamku Grodno i kolekcjoner kartek z całego świata (pod warunkiem, że są na nich pozdrowienia dla zamku)
 
Jak widać, nie tylko mnie wolno sobie robić zdjęcia z Łużycką Grupą Poszukiwawczą.

 

Komentarzy: 24
Kto żyw w Góry Sowie!

    

     Wybieram się na zjazd eksploratorów. Bogusław Wołoszański, który też się wybiera i będzie gościem honorowym zlotu, napisał, że jedzie na zjazd eksploatorów przeszłości. Ładne określenie.

    Góry Sowie przez przerwy przyciągają wszelkiej maści szaleńców, a chęć odnalezienia czegokolwiek jest tak wielka, że niektórzy sami już podkładają skarby, byle można było pochwalić się jakimś znaleziskiem. Cóż...może tym razem trafi się coś prawdziwego.

Komentarzy: 2
Od takich skarbów kręci się w głowie

 

    Wiadomość nie jest nowa, pojawiła sie ponad miesiąc temu, ale do mnie dotarła dopiero teraz. Podesłał mi ją Artur Bilewski, niestrudzony nurek i oczywiście poszukiwacz skarbów. Wcale się nie dziwię, że taka informacja zrobiła wrażenie na kimś, kto a)nurkuje, b)poszukuje, c) z pewnością rozróżnia co dobre. Oto news:

"Prawdopodobnie najstarszy szampan na świecie znaleźli nurkowie w 200-letnim wraku statku na dnie Morza Bałtyckiego. Wszystko wskazuje na to, że butelki i korki są nienaruszone, trunek będzie się zatem nadawał do picia.
Podczas przeszukiwania wraku na dnie Morza Bałtyckiego nurkowie odkryli omszałe butelki. Ku ich zaskoczeniu, zawierały one szampan Veuve Cliquot, pochodzący z końca XVIII wieku - prawdopodobnie z roku 1780.

Wrak statku spoczywał w rejonie Wysp Alandzkich, szwedzkojęzycznego archipelagu formalnie należącego do Finlandii.

Pierwsi mogli już skosztować niezwykłego trunku. - Smakuje wspaniale - powiedział instruktor nurkowania Christian Ekstorm. Dodał, że jest pewien na 98%, że szampan jest autentycznie stary. To jeszcze będą musieli potwierdzić eksperci.

We wraku znajduje się około 30 butelek szlachetnego alkoholu. Jeśli okaże się (a wszystko na to wskazuje), że butelki i korki są nienaruszone, to według szacunków szwedzkiego eksperta od wina Carla-Jana Granqvista, jedna butelka może osiągnąć wartość nawet 50 tysięcy euro"

     Tylko chłopakom pozazdrościć i pogratulować. Najstarsze wino, jakie piłam miało ponad 90 lat, było cudowne. Ale co inengo pić, a co innego samemu znaleźć i to w takich okolicznościach przyrody. 

Komentarzy: 0
Trzy dni na skarbach

          Wiecie, czym różnią się myśliwi w Stanach Zjednoczonych od myśliwych w Rosji? Choć o polowaniach nie mam pojęcia, i raczej nie chcę mieć, wiedzę na temat tej różnicy posiadłam w pałacu w Borowej. Tam, w apartamencie wielkim jak Hala Stulecia spaliśmy z niedźwiedziem syberyjskim na podłodze, a właściwie z tym, co z niego zostało. Trochę mnie ten niedźwiedź stresował, bo leżał na drodze z łóżka do toalety. Za każdym razem, kiedy musiałam po ciemku obok niego przejść, bałam się, że wpakuję stopę w jego paszczę.

      W apartamencie po drugiej stronie korytarza na podłodze leżał niedźwiedź grizzly. Ten grizzly został zabity jednym strzałem, ten syberyjski ma ślady po serii z kałasznikowa. Syberyjskiego widzicie na zdjęciu z naszymi gośćmi z Proton Archeo, firmy zajmującej się bezinwazyjnymi badaniami geofizycznymi. Mówiąc w skrócie, taka ekipa potrafi znaleźć i zagubiony kluczyk, i Bursztynową Komnatę.  To, oczywiście w skrócie, bo Łukasz Porzuczek, który zapewnił nam sprzęt i pomoc, pewnie by mi urwał głowę za tę Bursztynową Komnatę.

     Trzy ostatnie dni spędziłam na skarbach. Jak już wiecie, namówiłam Krzysztofa Jabłonowskiego, właściciela pałacu w Borowej pod Wrocławiem i zamku w Domanicach na bezinwazyjne badania tych dwóch obiektów. To dla właściciela zabytku ważne. Bo, dzięki takim badaniom poznaje lepiej historię budynku, a przy okazji może wyjaśnić wiele jego tajemnic.

Blondynki rządzą

     Dziwny to widok, gdy na komnaty wpada kilkunastu facetów w polowych różnych armii, ciągną ze sobą wykrywacze metalu. Najpierw w piątek, zjechała fundacja Experior Labor ze Zbyszko Janiszewskim na czele i dr Moniką Łój z Akademii Górniczo-Hutniczej, subtelną blondynką, która swoją wiedzą potrafi każdego twardziela zapędzić w kozi róg. Przywieźli ze sobą georadar (dziękowałam już Adamowi Kuczyńskiemu, właścicielowi magazynu „Odkrywca” za udostępnienie tego sprzętu). W nocy nadjechał Portal Poszukiwaczy Skarbów reprezentowany przez Rafała Kruka i Piotrka Majczaka (Piotrek organizował w ubiegłym roku poszukiwania dzwonów w okolicach Włoszczowej), po nich Proton Archeo z kolejnym georadarem. Nad ranem dotarli archeolodzy i poszukiwacze z Wrocławia.

    Atmosfera takich badań jest niemalże magiczna. Wyobraźcie sobie ten piękny pałac, otoczony parkiem, wielkie pokoje, których podłogi zarzuciliśmy mapami, dyskutując całe noce o tym, co wykazały wstępne badania i czego można się spodziewać.

     „Pracowaliśmy” zarówno w Borowej, jak i w Domanicach. W Borowej szukaliśmy m.in. loży masońskiej. Niedawno właściciela pałacu odwiedzili Niemcy, który pamiętali, że niegdyś w parku odbywały się zebrania wolnomularzy. Ich uczestnicy przebierali się w pomalowanym na czarno pokoju w samym pałacu, a potem, jakimś tajnym przejściem szli na miejsce spotkań. Jeśli macie ochotę trochę więcej poczytać o tajemnicach Borowej zapraszam do bardzo ciekawej publikacji, która powstała na gorąco, tuż po sobotnim spotkaniu z dziennikarzami
http://www.naszesudety.pl/index.php?p=artykulyShow&iArtykul=7288
 

Tajne, niemieckie archiwum

      W Domanicach, natomiast, wielkim zamczysku, którego początek datuje się na XIII wiek nadacze usiłowali namierzyć pustki w samym obiekcie. Krzysztof Jabłonowski dowiedział się od poszukwiaczy skarbów, ze w zamku zostało w czasie II wojny światowej ukryte tajne archiwum, ale to wszystko co wiadomo. Dla mnie Domanice są również bardzo ważne. Z dokumentów, które otrzymała kilka lat temu, wynika, ze rzeczywiście może się tam znajdować poniemiecka skrytka. Ponieważ kilka osób podejmowało już nielegalnie próby rozkopywania zamku, właściciel postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i już dziś rano mieliśmy pierwsze wyniki badań. Już wiadomo, mniej więcej, w którym miejscu trzeba będzie szukać.
      Teraz czas wracać do rzeczywistości. Czekamy na interpretację wyników badań i za kilka tygodni wracamy na poszukiwania. 
 


Cena sławy - Krzysiek Jabłnowski opowiada o swoim zamku


Ciekawe, co jest w tej dziurze


Co pokaże georadar


Domanice - zamek pełen tajemnic


Mostek w Domanicach. Właściciel zamku mówi, że dla tego mostka kupił cały kompleks


Nie jest łatwo pracować na dachu


Pierwsze znalezisko z plastyku


Piotrek ps. Weteryna przystępuje do akcji


Porównujemy wyniki, fundacja Experior Labor i Krzysztof Jabłonowski


Proton Archeo rozprawiło się z niedźwiedziem, teraz czas na zamek


Proton archeo wkracza do akcji


Trochę się kręci w głowie


Widok z dachu zamku w Domanicach


Łąka za pałacem w Borowej, Nataszka pokazuje nam, gdzie szukać

Komentarzy: 4
Dziś ruszamy na poszukiwania

      Gdyby istniała maszyna czasu, w miejscu, gdzie kilka dni temu piłam mojito, otoczona bym była obrazami Pisarra, Renoira, Sissleya, Moneta, Cezanne’a, Degasa i van Gogha.  Ale, że jeszcze takiej maszyny czasu nie ma, w piwnicach, gdzie pewnie kiedyś była pralnia, siedziałam w sympatycznej, podróżniczej knajpce.I nie wiedziałam, gdzie siedzę.

      We Wrocławiu, przy Parku Południowym, dokładnie przy ulicy Kutnowskiej, stoi wielki dom. Do głowy by mi nie przyszło, że przed wojną mógłby być własnością jednej osoby. Dziś, w podziemiach willi mieści się restauracja „Pieprz i wanilia”, zaś w częściach „mieszkalnych” Wrocławski Medyczny Park Naukowo-Technologiczny. Niegdyś była to Landsbergerstrasse 1-3. Willa należała zaś do Maxa Silberberga, jednego z organizatorów muzeum żydowskiego i kolekcjonera. Silberberg miał ponad 260 wybitnych dzieł sztuki, w 1940 roku jego mienie „poddano aryzacji”. Kolekcjoner wraz z żoną zginął w Oświęcimiu.

    O tym wszystkim dowiedziałam się na wykładzie Magdaleny Palicy, który otworzył wielki i arcyciekawy projekt „Śląskie kolekcje sztuki”. Okazuje się, że w samym przedwojennym Wrocławiu było prawie 200 prywatnych kolekcji, autorzy projektu chcą je udokumentować i dokładnie opisać. Szczegóły znajdziecie na strone www.slaskiekolecje.eu, serdecznie polecam obejrzeć dzieła tam pokazane. Jak chociażby te „Baletnice” Edgara Degasa, które wisiały w willi przy Parku Południowym. Czy nie inaczej ogląda się domy, jeśli znamy ich historię? I to taką historię. Było mi nieco przykro, bo na wykładzie inaugurującym projekt pojawiło się zaledwie kilka osób, głównie historyków sztuki. Szkoda, dobrze wiedzieć, kto i gdzie był przed nami.
      Ale...skoro przy historii jesteśmy. Trzymajcie dziś za mnie kciuki. Po wielu perturbacjach, zaczynamy dziś badania pałaców w Borowej i w Domanicach. O tych pałacach już pisałam, Krzysztof Jabłonowski, ich obecny właściciel chciałby dokładnie poznać ich historię, poza tym Domanice są w takim stanie, że szybko trzeba się za nie wziąć.

     Badacze historii (najświeższa informacja z wczoraj) twierdzą, że w piwnicach pałacu w Borowej mogą znajdować się skrytki Hankego (nie chce mi się wierzyć, ale czemu nie?), z dokumentów, które udało mi się zdobyć, wynika, że i Domanice mogą kryć niezwykle ciekawe archiwum. Oczywiście, badanie nieinwazyjne, które zamierzamy przeprowadzić, skarbów nam nie wyciągną z ziemi i piwnic, ale wskażą miejsca, którymi w przyszłości trzeba będzie się zainteresować.  A teraz będzie trochę oficjalnie. Nasze weekendowe prace nie byłyby możliwe, gdyby nie życzliwość, a właściwie pasja kilku osób. Dziś przyjeżdżają członkowie fundacji Experior Labor, georadar mamy dzięki Adamowi Kuczyńskiemu, właścicielowi pisma „Odkrywca”, które miałam kiedyś zaszczyt prowadzić (bardzo dziękuję za ten miły gest), swój georadar i cały sprzęt przywożą również fachowcy z firmy „Proton Archeo”, wspierać nas będzie również Wortal Poszukiwaczy Skarbów. Takiej, „ponadpartyjnej” ekipy dawno nie było. O wynikach będę informować na bieżąco, oczywiście!


Sala myśliwska w pałacu


Tancerki Degasa

 

 

Komentarzy: 2
Cały dzień na skarbach

   

     Cały dzień spędzam dzisiaj na skarbach. Krzysiek i Piotrek, koledzy, bardziej miłośnicy historii niż poszukiwacze, zabrali mnie do starszej pani, ponad 80 -letniej Niemki, która po wojnie została na Dolnym Śląsku. 

     Jedziemy do jej małego domku po Wrocławiem. Pani jest miła, sympatyczna, mieszka samiutka w tej starej, poniemieckiej chałupce. W pokoiku, który służy za sypialnię, salon i jadalnię walają się otwarte woreczki z cukrem i mąką. Na skromnych półkach mnóstwo leków. Starsza pani opowiada o swoim ciężkim życiu. Najpierw o tym, że przez Hitlera nie udało jej się skończyc studiów, potem o tym, jak Rosjanie zastrzelili jej tatę. Tato został pochowany przy drodze i jego ciało leży tam do dzisiaj. Pytam starszą panią, dlaczego po wojnie zdecydowała się tutaj zostać. Na jej twarzy pojawiają się emocje. Gwałtownie się zmienia i mówi: bo tu, co by pani sobie nie myślała, bo tu, jest k...mać, moja ojczyzna!

  Jedziemy kilka kilometrów dalej, gdzie kiedyś stał pałac. To dziwna historia. Pałac był otoczony parkiem, stały tu spore zabudowania gospodarcze. Trzy tygodnie przed nadejściem frontu właściciele powywozili wszystkie meble. Ale pałac pozostał nietknięty. Stał jeszcze kilkanaście lat temu. Cały pałac i wielkie gospodarstwo. W samym środku lasów, jakby specjalnie schowany przed wścibskimi oczami. Pałac, który nie był nawet przypisany do konkretnej miejscowości.

   Starsza pani bywała w nim przed wojną, chce pokazać gdzie co było, opowiada o tajemniczym wyjściu z piwnic, o jakimś dziwnym bunkrze. Jedziemy tam. Leśną drogą, po której mogą się poruszać tylko auta Straży Leśnej, docieramy do pałacu.

   Widok jest niesamowity. Naprawdę niesamowity. Nie ma kompletnie nic. Nie ma pałacu. Nie ma zabudowań gospodarczych. O tym, że był park pamiętają zdziczałe tuje i zniszczone dęby. O dawnych właścicielach świadczy ich śmietnik. Butelki w ziemi, kawałki porcelany, sygnowane talerzyki, a właściwie ich fragmenty, kubki, buteleczki na perfumy, różne cudowne drobiazgi, które mówią o ludziacj więcej niż ich pamiętniki. Zbieramy to wszystko i pakujemy do samochodu. Po co? Sama nie wiem. Kiedy chwalę się tym Przyjaciółce, ta mówi: to ładnie, że posprzątaliście las. Ale moja Kochana Przyjaciółka Kasia (Kasiu, wiem, że to będziesz czytać) jeszcze nigdy na skarbach nie była, więc jeszcze nie rozumie. Wynajdę jej kiedyś w ziemi kawałek starego talerzyka, zrozumie.

   W to miejsce prawie nikt nie trafia. Nie ma o nim zbyt wiele informacji, niemniej jednak trafili tu już ci, którzy teraz maja gdzieś pobudowane, być może gospodarcze, a może inne, budynki z fragmentów tutejszego pałacu. Jak, do diabła, może rozebrać niepostrzeżenie taki pałac?

 

 

 

 

 

Komentarzy: 4
Samych śminguśności!

     

     No to sobie narobiłam! Zamiast kręcić serniki i robić mazurki (mój ukochany to ten z płatków owsianych i orzechów z polewą), odpisuję na listy, z pytaniami, jak najłatwiej wygrać konkurs, o którym przed chwilą pisałam.

     Odpowiadam więc hurtem: słuchajcie własnej intuicji, nie róbcie nic pod nikogo, cieszcie się swoimi podróżami. I zarówno internauci, jak i jury, z pewnością to docenią. 

    Kiedy kilka lat temu prowadziłam niewielką redakcję, szukaliśmy sekretarki. Zgłosiło sie ponad 100 pań, z których każda znała przynajmniej o dwa języki więcej niż ja, większość miała po dwa fakultety, niektóre zaś ze swoim wykształceniem mogłby pracować w NASA. Ale, że życie nie zawsze ukłąda się tak jak chcemy, szukały jakiejkolwiek pracy. Rozmawiałam z każdą, bo przejrzenie CV i zdjęcie, na którym zwykle człowiek jest usztywniony, moim zdaniem (wiem, że specjaliści od HRu zaraz mnie zjedzą) niewiele daje. I wszystkie panie mówiły, że "pragną się rozwijać", "zrobią wszystko dla rozwoju firmy" i takie tam wyuczone formułki. Aż przyszła Beatka. Nie miała dwóch fakultetów, języków też nie znała, ale usiadła i na pytanie: dlaczego chce u nas pracować, odpowiedziała: mogę pracować dużo i uczuciwie, bo mam mieszkam z mamą i mam dużo czasu". Zapytałam wtedy: a co będzie, jak się Pani zakocha? Odrzekła: nie zamierzam się zakochiwać. 

   Zakochała się w pierwszym tygodniu pracy. 

   Praca z Betka, nie była może wyżynami profesjonalizmu, ale dzięki niej w redakcji zawsze było ciepło i sympatycznie. Nie byliśmy zresztą bankiem czy amerykańską firmą prawniczą. Liczyły się trochę inne rzeczy.

    Wielkanoc tuż tuż, wszystkich więc życzę samych skarbów, poszukiwaczom, żeby stali się znajdywaczami, paniom, żeby te baby, serniki i mazurki znikały gdzieś bez odkładania się w zbędne kilogramy, sobie, żeby naprawili nam w końcu drogę, bo o dziwo, przy ulicy gdzie mieści się zarząd dróg i mostów jest najwięcej dziur-morderców, poza tym dla każdego, tego co sobie w spokoju przemyśli, czyli spełnienia marzeń i zawsze, zawsze gdzieś w okolicy jakiejś bratniej duszy.

    Czyli, jak mawia jeden z moich kolegów, samych dynguśności!

     PS. A przed chwilą pani Mirosława napisała na pocztę na bloga: Wszystkiego najlepszego z okazji Świąt. Ja na pewno zjem dużo jajek i szynki. Mam upieczone ciasto przez cukiernika, więc też zjem. na pewno przytyję 2 kg, ale po tygodniu stracę. Więc nie martwię się.

    I tak trzymać:)

Komentarzy: 2
O panu który kupował zamki czyli pałac Borowa


       Za każdym razem, kiedy spotykam kogoś takiego, po prostu chce mi się żyć. Sobotę spędziliśmy w towarzystwie właściciela pałacu w Borowej koło Oleśnicy, czyli zaledwie kilkanaście kilometrów od Wrocławia. Już dobre kilka tygodni nie spotkałam takiego szaleńca, który o zamkach i pałacach potrafi mówić bez przerwy przez kilka godzin. A kiedy patrzy na zegarek to nie dlatego, że się spieszy, ale dlatego, że czeka na odpowiednią chwilę, żeby nakręcić mechanizm zegarowy na pałacowej wieży.
 

Pałac Borowa, fot. Krzysztof Góralski

        Choć ciągle jeżdżę po Dolnym Śląsku, do Borowej jakoś nigdy nie było mi po drodze. A szkoda... Pierwszy dwór w Borowej powstał najprawdopodobniej w połowie XIII wieku, pięć wieków później majątek  znalazł się rękach Kurta Christopha Grafa von Schwerin, zwycięzcy bitwy pod Małujowicami. Małujowice to również ciekawe miejsce, traficie tam do pięknego kościółka. Jego ściany pokrywają niezwykłe, gotyckie polichromie.  Najstarsze z nich pochodzą z II połowy XIV wieku. Znajdują się tu sceny ze Starego i Nowego Testamentu. To jedne z najlepszych i najpiękniejszych polichromii w kraju. Znajduje się tu też słynny Mojżesz z rogami, ale o nim innym razem....

        Gdzieś tak w połowie tygodnia zadzwonił Krzysztof Jabłonowski i zaprosił nas do pałacu w Borowej. Położenie tego obiektu jest idealne. Tuż przy drodze Wrocław – Warszawa, jednak od ruchu sam pałac oddziela przepiękny, choć bardzo jeszcze zaniedbany park. Sam Krzysztof Jabłonowski mówi, że uparł się na ten właśnie zabytek i po długim i „nieprzyjemnym” przetargu, w końcu udało mu się go kupić. Zresztą dla niego to nie pierwszyzna, jest właścicielem jeszcze jednego, bardzo pięknego, ale zdewastowanego zabytku na Dolnym Śląsku, jakiś czas temu należał do niego zamek w Międzylesiu. Kiedy opowiadał o tych wszystkich zakupach to przypominał mi zbieracza, którego cieszy każdy kolejny element kolekcji,  ale – uwaga – w tym co piszę nie ma nic wartościującego. To naprawdę miłe skojarzenie, bo ciągle rzadko się zdarza, żeby pieniądze szły w parze z taką pasją i fantazją. Chodziliśmy po parku, gdzie Krzysztof pokazywał zniszczone drzewa, opowiadał o każdym krzaczku, o każdym kamieniu z oddaniem, które naprawdę robi wrażenie. Nie sądziłam, że jeszcze raz usłyszę te samą znaną historię o pięknym pałacu, który popadł w totalną niełaskę tuż po II wojnie światowej. Trochę z lenistwa, a trochę po to, żeby zachęcić Was do odwiedzenia strony pałacu w Borowej zacytuję to, co opisał tam właściciel: 

        „W ostatnich dniach stycznia 1945  roku majątek w Borowej zajęła Armia Czerwona. Wyrzucono na podwórze meble i większość skrzyń ze skarbami. Leżały na deszczu i słońcu do jesieni. W opuszczonym przez żołnierzy pałacu zaczęto organizować szkołę. Meble, obrazy, żyrandole, zastawę, drzwi i inne przydatne przedmioty zabrali nowi przesiedleni ze wschodniej Polski mieszkańcy Borowej. To co było w ich oczach nieprzydatne – tysiące książek, bezcennych starodruków, rękopisów i grafik - spalono na stosach. Monety z Muzeum Śląskiego i zbiorów prywatnych rozrzucono po parku. Jeszcze wiele lat po wojnie dzieci puszczały monetami kaczki w stawach.
       Podobny los spotkał wszystko co nie było złotem. W parku niszczały zabytkowe czcionki, staloryty, zdjęcia na płytkach szklanych, ceramika, porcelana z Miśni i Rosenthala. Komisja Rewindykacyjna uratowała ze stosów dwie ciężarówki książek. Także w domach we wsi znaleziono wiele bezcennych zabytków, w tym szkice Wernera z XVIII wieku”.
 

       Kiedy dzisiaj weszłam do pałacu, naprawdę zrobił na mnie wrażenie. Starannie odrestaurowany, wielkie przeszklone, rozsuwane drzwi zostały zrobione z fragmentów starych drzwi, które właściciel kupował gdzieś przez lata. Restauracja została urządzona tak, żeby goście mogli podczas jedzenia podziwiać staw i aleję parkową. Na ścianach, za szkłem wiszą ocalone dokumenty związane z historią pałacu. A sam Krzysztof wyciąga z różnych skrytek cały bałagan, który znalazł w parku. Fragmenty porcelany i mosiądzu, wiekowe pamiątki, których wagę i piękno nie każdy potrafi docenić. I, z zadziwiającą, przynajmniej dla kogoś takiego jak ja, czyli typowego nadwrażliwca - swobodą opowiada o setkach kłopotów z ekipami budowlanymi, o wyrywaniu podłóg w pałacu, kradzieżach drobnych i dużych oraz o tym, że niektórym trudno się przyzwyczaić, że pałac – choć to hotel, to jednak teraz obiekt prywatny. A prywatność, przynajmniej w niektórych krajach, to świętość.
  Jak już wspomniałam na początku, zawsze przy spotkaniu kogoś z pasją, odżywam na nowo. Nie ma dla mnie znaczenia, czy to piekarz-artysta, czy właściciel pałacu, choć oczywiście pałace są mi bliższe niż sztuka wypieku. Do Borowej pewnie będę wracać, żeby wampirycznie czerpać z pozytywnego zakręcenia właściciela. Krzysztof Jabłonowski jak wyszkolony szpieg, śledzi losy mebli i innych przedmiotów z pałacu, z których część  można znaleźć chociażby w Muzeum Narodowym we Wrocławiu. I zamierza je odzyskiwać.  Jeśli lubicie takie pałace trochę "inne niż wszystkie" zajrzyjcie do Borowej. I opowiedzcie mi potem, jak Wam się podobało.

 

Komentarzy: 4
Szewskie piątki, ale zaraz skarby

     

     Zaczynam wierzyć w pechowe piątki. Jedną przyjaciółkę wywalili mi właśnie z pracy, a właścicie jakoś tak wyrolowali, niby elegancko a wrednie. Druga jest trochę za bystra i ta bystrość nie spodobała się szefowi. Inna załatwiła koledze występ w telewizji w jej zastępstwie i teraz płacze, że ta telewizja już jej nigdy nie zaprosiła, bo na dobre zamieszkał tam już kolega. Jakaś epidemia z tym podsiadaniem. Jakby nie dla wszystkich straczyło miejsca. A przecież tych gazet, portali i telewizji pełno jak diabli. I pracy dla wszystkich się znajdzie. Jak mawia kolejna, również bardzo rozżalona przyjaciólka, z " każdym dniem rocznie liczba osób, które mogą nas pocałować w d..."

    Na szczęście są skarby. Jutro po tajemnicach Górach Sowich szaleje kanadyjski Discovery Channel, co rozsławi nas w świecie, a ja cichutko idę sobie do miejsca, gdzie z pewnością nikt nie był od przynajmniej 300 lat. Skarby mogą mnie całować do upadłego! 

Komentarzy: 5
1 | 2 | 3 |