iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Rozmyślania nad stołem

Janek Stradowski z „Focusa” postraszył mnie, że po śmierci nic nie ma i tym, dość autorytatywnym stwierdzeniem wprawił mnie w głęboki smutek. Naprawdę poczułam się jakoś tak... dziwnie, chociaż Janek przecież wszystkiego wiedzieć nie może.
Jakoś od lat przyzwyczaiłam się myśleć, że pewnego dnia pohulam sobie po Zaświatach, że życie nie skończy się tak trochę bez sensu, że może będę z tamtej strony dawać Bliskim jakieś znaki. Z drugiej strony, setki, a nawet tysiące stron internetowych straszą nas końcem świata, zastanawiam się, co by to było, gdyby tak nagle wszyscy zaczęli się pchać w te Zaświaty? No przecież byśmy się wszyscy potrącali, gubili, gdzie znaleźć potem męża, dzieci, przyjaciół, a nawet wrogów? Wiadomo przecież, że lepszy wróg znany niż jakiś nowy i nieoswojony.
I tak sobie myślałam o tym stojąc w niedzielę w naszym Zakładzie Medycyny Sądowej nad stołem, na którym leżało dwóch rosyjskich żołnierzy z czasów II wojny światowej. A właściwie nad tym, co z nich zostało. Fragmenty czaszek. Fragmenty żuchwy. Dwadzieścia sześć luźnych zębów Trochę zbutwiałych kości. Dwie pary zniszczonych butów, jedna para zdobyczna, solidna, niemiecka i druga, biedne jakieś kaloszki. Trochę korzeni, które znalazły sobie miejsce w dziurkach przynależnych sznurówkom. Do tego resztki scyzoryka. I jeden nabój. Wszystko uwalane w ziemi, bo szczątki przyjechały w kartonowym pudle spod Wrocławia. Zostały wykopane przez przypadek, przy okazji prac ziemnych. Leżą tak na jednym stole, ułożone w rzędach, kości ręki obok kości ręki, kości czaszki obok żuchwy i tak dalej. Tyle z nich zostało. Nie wiadomo, jak zginęli, choć stan kości mógł sugerować, że np. rozerwał ich jakiś pocisk. Byli młodzi, to lekarze wyczytali z zębów.
Ileż takich szczątków ciągle można znaleźć, choć tyle lat minęło od czasów wojny... I tyle z nas zostaje, tutaj. A co dalej? No właśnie... Wolę się trzymać swojej koncepcji.

Komentarzy: 1
Przeklęty listopad


     Boję się listopadów. Zawsze zabierają najwięcej ludzi, przyjaciół, bliskich. W listopadzie ludzie umierają jakby chętniej, częściej, bardziej znienacka. Na listopad, na ogół, zapowiada się końce świata, wybuch III wojny światowej albo co tam jeszcze.

      Bardzo czekałam na koniec tego listopada. Połowa miesiąca zabrała na zawsze Jurka, nurka, z którym jeszcze w lecie biegaliśmy po polach i bagnach, szukając zaginionego dzwonu. Jurek odszedł po listopadowemu. Nagle, nad razem, bez ostrzeżenia. Potem listopad zabrał kilku ulubionych aktorów.

     Wczoraj, w ostatni dzień listopada, w Andrzejki wracaliśmy nocą do domu. Jeszcze weseli od wina, cieszyliśmy się, że listopad zaraz odejdzie w zapomnienie. Jeszcze przed północą minęliśmy na Placu Grunwaldzkim karetki i ratowników, którzy usiłowali reanimować leżącego na zimnej, listopadowej drodze, mężczyznę. Za chwilę grudzień – pomyślałam – może to ostatnia ofiara listopada? A może listopad daruje mu życie? Za chwilę grudzień. Odetchniemy. 

        Cały poniedziałek wracaliśmy ze Szczecina. Spaliśmy u serdecznego kolegi. Był wesoły, rano wyskoczył po ciepły chleb, podał elegancko, na kawalerskiej deseczce jajka na miękko i ładnie, rozczulająco dokładnie, posmarowane masłem kromki. Zrobił zieloną herbatę. To wszystko przyniósł do sypialni, żebym nie musiała wdychać dymu z papierochów w tak zwanym „dużym pokoju”. Dziś rano dowiedzieliśmy się, że we wtorek nad ranem odebrał sobie życie.

     To idiotyczne, że pewne rzeczy pamięta się w takich chwilach, ale telefon zadzwonił wtedy, kiedy akurat naszła nad ochota na takie same jajka. Teraz cały czas mam przed oczami te dwie cholerne kromki z takim pietyzmem, przyjaźnią, ułożone na tej deseczce. 

     Podobno cierpiał na depresję. Depresji nie widać tak jak grypy, często nie widzi jej rodzina, przyjaciele, a co dopiero znajomi. Depresję się lekceważy. Tez mi choroba – depresja? A jednak... listopad znowu przypomniał, że najważniejsze to poświęcić czas drugiej osobie. Zauważyć, gdy coś idzie nie tak... Listopad upomniał mnie znowu, że nie warto zawracać sobie głowy duperelami, że są rzeczy ważne, a reszta a nie ma znaczenia. Że na tamtą stronę nie zabiera się pracy, tytułów, osiągnięć, stanu konta, ale – jeśli wierzyć w inne życie po tamtej stronie – można tam zabrać emocje, wspomnienia, odczucia. Listopad przypomniał mi też, że ważne jest tu i teraz. A jutro? Nie ma sensu się martwic czymś, co jeszcze się nie wydarzyło. Wszystko, jak widać, może się zmienić w ułamku sekundy. 

      Wolter powiedział, że  człowiek wolny idzie do nieba taką drogą, jaka mu się podoba. Szczególnie dziś odczuwam dziwną dwuznaczność tych słów. Listopad kończy się dla nas dopiero dzisiaj.

Komentarzy: 6