iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Wąsy Marysi Kunickiej, czyli Belgowie na Dolnym Śląsku

Tym razem odwiedzili nas przyjaciele z Belgii. Frans Rombouts, dziennikarz z Brukseli i jego żona Liesbeth, postanowili pójść szlakiem nowoczesnej, polskiej kuchni i pokazać ją w swoim kraju.
 
I znowu trochę się wystraszyłam, bo Frans jest członkiem międzynarodowego jury, które przyznaje hotelom gwiazdki, jadał już na całym świecie i smakował znacznie więcej niż przeciętny turysta. Ale ich wizyta okazała się niezwykle pouczająca, nawet odkrywcza. Bo ileż osób wie, że mamy na Dolnym Śląsku winnice? Odwiedziliśmy tę, chyba największą, w Zachowicach. Widok Ślęży z winoroślami na pierwszych planie, jest naprawdę niezwykły.
 
Stara góra i młoda winnica
Winnicę Adoria prowadzi Mike Wihitney, który szesnaście lat temu opuścił rodzinną Kalifornię, zachował się w Polce i w Polsce i tutaj osiadł. Uprawia tu trzy odmiany winogron: Pinot Noir, Chardonnay i Riesling. Z okolic Drezna przywiózł również lokalną odmianę Bacchus. Mówi, że jego wina to połączenie kalifornijskiej tradycji i polskiej ambicji. Po winnicy oprowadzała nas pani Ilona Migacz, którą na Dolny Śląsk przywiało ze Szczecina. Kiedy ta drobna, subtelna kobieta, w towarzystwie dwóch wesołych owczarków wędrowała między rzędami winorośli, nie mogła się oprzeć wrażeniu, że gramy w jakimś filmie o Toskanii i tylko ta Ślęża w tle przywoływała fantazję do porządku. Winnica jest młoda i niewielka, ale w tamtym roku sprzedała piętnaście tysięcy butelek. Chardonnay, którego próbowaliśmy, było wyśmienite, jeśli kogoś to zainteresuje, butelka kosztuje 60 złotych. Nawet jeśli nie jesteście miłośnikami wina, przez Zachowice warto przejechać, żeby obejrzeć ten niezwykły, jak na Dolny Śląsk krajobraz.
 
Wypoczynek w starym stylu
Nowym elementem w krajobrazie Wrocławia natomiast jest już barka koło Hotelu Tumskiego, którą zwiedziłam razem z naszymi belgijskimi przyjaciółmi. Barka nie jest jeszcze otwarta, ale oglądaliśmy restauracje i sale klubowe w zawrotnym tempie przygotowywane na przyjęcie pierwszych gości. Niektóre pomieszczenia mają atmosferę angielskiego klubu dla gentelmanów, inne melancholijnej barki na Wołdzie. A jaki stąd kojący widok! Myślę, że wnet będzie to jedno z najmodniejszych i najbardziej klimatycznych miejsc w moim mieście. Kuchnia (dziś o kuchni, bo wizyta była typowo kulinarna) będzie lekka, nowoczesna, oparta na owocach morza. Próbowaliśmy m.in. pysznej ryby w sosie krabowym ze ryżem na szpinaku, która będzie tam serwowana i delikatnej zupy borowikowej.
 
Wielki ukłon dla szefa kuchni. My, sybaryci wiemy, że dobre jedzenie, piękny widok i lokalizacja w jednym z najpiękniejszych zakątków Wrocławia, tuż przy Moście Młyńskim, to trzy elementy, które lubimy najbardziej. Ta lokalizacja ma jeszcze jeden plus. Wracając nad ranem z szampańskiej zabawy, zawsze będzie można jeszcze kupić sobie na pobliskim placu Bema chleb za zakwasie, ten chyba najsławniejszych chleb we Wrocławiu z malutkiej piekarni, do której nie wolno przychodzić z plastikową siatką. Mój ulubiony to Rycerski, ale i razowy wart jest grzechu.  
 
Trzecia kulinarna odsłona
Kolejnym odkryciem podczas pobytu Belgów była restauracja Ziemiańska w Świdnicy, czyli w mieście, którego mieszkanką trochę się czuję. Nasi goście, oszołomieni Kościołem Pokoju, a potem wnętrzem Katedry, opici czekoladą w „baroccafe” przy Placu Pokoju, najpierw obejrzeli sobie dokładnie Rynek. Zanim się obejrzałam Liesbeth przytulała się do siedzącej figury Marii Cunitii, nazywanej w mieście Marysią Kunicką. Ta słynna pani astronom z XVII wieku mieszkała w rynku w Domu pod Złotym Chłopkiem, zaś kilka lat temu miasto uhonorowało jej pamięć ławeczką, z jej naturalnej wielkości brązową rzeźbą. Jeśli myślicie, że pani Rombouts chciała sobie zrobić zdjęcie z Marysią, to grubo się mylicie.
 
Nasz gość, zauważył, że jakiś gamoń domalował Marysi wąsy. Liesbeth wyjęła więc chusteczkę, a potem paznokciem zaczęła te wąsy wydrapywać. Gest był tak naturalny, że natychmiast sama zabrałam się do ścierania wąsów, więc mam na koncie mały, dobry uczynek. No i w końcu obiad. Ukryta koło Muzeum Kupiectwa Ziemiańska ma naprawdę znakomitego szefa kuchni (wiem, ze przedtem pracował w pałacu w Kraskowie). Na obiad panowie wybrali wątróbkę z malinami, ja jadłam torcik ziemniaczany z łososiem, Liesbeth surówkę pełną niezwykłych połączeń: sałata, ser bałkański, brzoskwinie i pomidory. Spróbowałam, znakomita. No cóż, jak widać cały nasz Dolny Śląsk jest nie tylko tajemniczy, ale i smakowity.
 
1.      Ślęża w tle, na pierwszym planie winnica Adoria.
2.      Tak, to Dolny Śląsk....
3.      Jeden z dwóch piesków mieszkających w winnicy. Widać, że jest mu tu bardzo dobrze.
4.      Nasi goście przy wyczyszczonej Marysi.
5.      Ostrzeżenie w „baroccafe” przy Placu Pokoju. Cóż, anioły latają nisko.
6.       Jak ja lubię tę Świdnicę!

Komentarzy: 1
Jak Świdnica staje się miastem magicznym

Od pewnego czasu obawiam się, że chociaż mieszkam i urodziłam się we Wrocławiu, to jestem Świdniczanką. W Świdnicy podoba mi się wszystko.

Rynek, katedra, Kościół Pokoju, to, że rycerze tracili tu głowy – w dosłownym tego słowa znaczeniu – w sposób widowiskowy i romantyczny. Podoba mi, że w Świdnicy mieszkał Manfred von Richthofen, słynny lotnik a także Marysia Kunicka, wielka pani astronom z XVII wieku. Ta światła kobieta, żeby uprawiać swoje pasje, musiała przebierać się za mężczyznę. Spotkała ją zasłużona nagroda; dzisiaj jeden z kraterów na Wenus nosi jej imię.

W Świdnicy podobają mi się więc ludzie, nie tylko ci z przeszłości, ale i ci mieszkający tu współcześnie. Szczególnie podobają mi się gospodarze miasta, bo widać, jak pod ich ręką od pewnego czasu Świdnica się zmienia. I staje się naprawdę niezwykła. Prezydent miasta ma chyba rację, że iluminacja Świdnicy jest prawie taka piękna, jak ta w Hong Kongu. I rzeczywiście, wieczorem oświetlone kamienice zamieniają się – nawet latem  - w scenografię do „Opowieści Wigilijnej”.

Najbardziej podoba mi się jednak, jak reagują ludzie, którzy do Świdnicy przyjechali po raz pierwszy. Właśnie wróciłam ze spotkania, w którym brali udział dziennikarze z całej Polski. Władze Świdnicy chciały nas przekonać do projektu rekonstrukcji historycznych. W ramach tego projektu, w jedenastu miastach odtworzone zostaną bitwy historyczne. Pierwsza z nich odbyła się już w sobotę w Raciborowicach po czeskiej stronie. Pachniało prochem, krwią i wojną. Pachniało również perfumami, bo żołnierze odtwarzali rok 1866, więc na pole bitwy zjechała piękna księżna, która oglądała przebieg walk z powodu zaprzężonego w równie piękne, czarne konie. Oj, działo się....

Najbliższa rekonstrukcja odbędzie się 29 maja w Nachodzie, również w Czechach, a kolejna już 6-7 czerwca w Świdnicy właśnie. I będzie to coś absolutnie wyjątkowego, wymyślono bowiem, aby podczas tych dwóch dni przemieszały się różne epoki. O 14.00 walczyć będą rycerze z XIII wieku, później rycerstwo z XVI wieku, na sam koniec żołnierze wieku XVIII. Zresztą co się będę rozpisywać, jeśli jesteście miłośnikami takich imprez, wszystko znajdziecie tutaj: http://www.zeroborder.info

Pomiędzy nimi wystąpi jedna z moich ulubionych Drużyna Wojów Piastowskich Jantar, którą mile wspominam, choć o mało przez nich nie straciłam pracy. Kiedy jeszcze pracowałam w „Słowie Polskim”, drużyna ta zjechała do Wrocławia, weszła w pełnym uzbrojeniu do redakcji i zaczęła śpiewać pieśni.

Moja szefowa, kobieta w trampkach w kwiatki, bardzo się tym zdenerwowała, również nasz portier za bardzo nie wiedział, jak się zachować. Na szczęście odśpiewali trzy kawałki i pojechali do domu. Ale sentyment do rycerstwa pozostał wielki. Mam wrażenie, że w mojej szefowej także...

Ale nie o lubieniu rycerstwa miało być, a o lubieniu Świdnicy. Przyjechali więc ci nasi redaktorzy i najpierw wzięliśmy ich (piszę w takiej formie, bo chyba jednak jestem Świdniczanką) do katedry. I patrzyłam jak otwierali szeroko nie tylko oczy, ale i usta, patrzyłam jakie wrażenie robi na nich to miejsce. A kiedy proboszcz, ksiądz prałat Jan Bagiński, zaczął opowiadać o historii kościoła, to nawet zatwardziali ateiści chcieli tu zostać jak najdłużej.

Koniecznie, ale koniecznie, odwiedzając Świdnicę, wejdźcie do tej świątyni. I zwróćcie uwagę na pewien szczegół. Na płaskorzeźbie przedstawiającej Ostatnią Wieczerzę widać pod stołem ....kotka. Ale jaki to kotek... Nie, nie będę Wam o tym szczegółowo opowiadać, pojedźcie i zobaczcie sami.

Ten kościół ma zresztą najwyższą wieżę na Śląsku, więc również warto się na nią wdrapać. Niegdyś wieża świdnicka plasowała się na czwartym miejscu wież polskich, ale powstało sanktuarium w Licheniu i spadliśmy na piątą, ale ciągle zaszczytną pozycję.

Po wizycie w Katedrze dziennikarze powędrowali do ewangelickiego Kościoła Pokoju. I znowu to samo. Te same otwarte szeroko oczy, cisza dzwoniąca w uszach, bo coś takiego, tyle piękna, widuje się naprawdę rzadko. Kościół Pokoju, zbudowany z nietrwałych materiałów na mocy Pokoju Westfalskiego, nie miał przypominać świątyni. Nie mógł mieć wieży ani dzwonu. W zamierzeniu Habsburgów, którzy łaskawie zgodzili się na budowę trzech takich świątyń, miały one powstać tylko na chwilę. Dlatego protestanci wszystko nadrobili wewnątrz.

Ksiądz Waldemar Pytel proboszcz Parafii Ewangelicko – Augsburskiej w Świdnicy długo opowiadał o tym miejscu. I kazał nam patrzeć na strop. Na nim zaś fruwają anioły. Setki aniołów. Bożena Pytel, żona proboszcza, usiłowała policzyć i sfotografować te wszystkie postaci. I wyszło jej, że w Kościele Pokoju mieszka... 900 aniołów. Wyobrażacie to sobie?  900 aniołów! W wielkiej, drewnianej, wielobarwnej hali, w której może się zmieścić 7500 osób.

Tak sobie pomyślałam nawet, że tak jak chiropterolodzy zimą liczą po jaskiniach nietoperze, tak może trzeba by było robić w Świdnicy Wiosenne Liczenia Aniołów.  Bo nad tym miastem anioły na pewno czuwają i musi to przyznać każdy, nawet o najbardziej materialistycznym światopoglądzie.
A patrząc prozaicznie, to i mieszkania w Świdnicy tańsze niż we Wrocławiu.

Komentarzy: 4