iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Powracam z zaświatów

Moi Szanowni Czytelnicy, Drodzy Przyjaciele, Miłośnicy Skarbów i Tajemnic, 

dziękuję za wszystkie listy, które wytrwale pisaliście do mnie przez ostatnie miesiące. Dziękuję wszystkim za ciepłe słowa i przepraszam, że nie udało mi się odpisać na wszystkie listy. Redakcja Money.pl przekonała mnie do zamienienia bloga na stronę podróżniczą, ale taka strona ma zupełnie inne zadanie, więc wypisać się na niej do końca nie można. A widzę też, że niektórym brakuje dokładnych doniesień z Dolnego Śląska, więc w miarę możliwości, będę starała się powoli wracać do mojego opisywania świata. Po prostu obiecuję poprawę. Dzisiaj zapraszam do opowieści z moich przygód na Cyprze, z którego właśnie wróciłam. Wystarczy kliknąć na okienko po prawej, albo wejść na stronę www.joannalamparska.com

 

 

Komentarzy: 4
Cały dzień na skarbach

   

     Cały dzień spędzam dzisiaj na skarbach. Krzysiek i Piotrek, koledzy, bardziej miłośnicy historii niż poszukiwacze, zabrali mnie do starszej pani, ponad 80 -letniej Niemki, która po wojnie została na Dolnym Śląsku. 

     Jedziemy do jej małego domku po Wrocławiem. Pani jest miła, sympatyczna, mieszka samiutka w tej starej, poniemieckiej chałupce. W pokoiku, który służy za sypialnię, salon i jadalnię walają się otwarte woreczki z cukrem i mąką. Na skromnych półkach mnóstwo leków. Starsza pani opowiada o swoim ciężkim życiu. Najpierw o tym, że przez Hitlera nie udało jej się skończyc studiów, potem o tym, jak Rosjanie zastrzelili jej tatę. Tato został pochowany przy drodze i jego ciało leży tam do dzisiaj. Pytam starszą panią, dlaczego po wojnie zdecydowała się tutaj zostać. Na jej twarzy pojawiają się emocje. Gwałtownie się zmienia i mówi: bo tu, co by pani sobie nie myślała, bo tu, jest k...mać, moja ojczyzna!

  Jedziemy kilka kilometrów dalej, gdzie kiedyś stał pałac. To dziwna historia. Pałac był otoczony parkiem, stały tu spore zabudowania gospodarcze. Trzy tygodnie przed nadejściem frontu właściciele powywozili wszystkie meble. Ale pałac pozostał nietknięty. Stał jeszcze kilkanaście lat temu. Cały pałac i wielkie gospodarstwo. W samym środku lasów, jakby specjalnie schowany przed wścibskimi oczami. Pałac, który nie był nawet przypisany do konkretnej miejscowości.

   Starsza pani bywała w nim przed wojną, chce pokazać gdzie co było, opowiada o tajemniczym wyjściu z piwnic, o jakimś dziwnym bunkrze. Jedziemy tam. Leśną drogą, po której mogą się poruszać tylko auta Straży Leśnej, docieramy do pałacu.

   Widok jest niesamowity. Naprawdę niesamowity. Nie ma kompletnie nic. Nie ma pałacu. Nie ma zabudowań gospodarczych. O tym, że był park pamiętają zdziczałe tuje i zniszczone dęby. O dawnych właścicielach świadczy ich śmietnik. Butelki w ziemi, kawałki porcelany, sygnowane talerzyki, a właściwie ich fragmenty, kubki, buteleczki na perfumy, różne cudowne drobiazgi, które mówią o ludziacj więcej niż ich pamiętniki. Zbieramy to wszystko i pakujemy do samochodu. Po co? Sama nie wiem. Kiedy chwalę się tym Przyjaciółce, ta mówi: to ładnie, że posprzątaliście las. Ale moja Kochana Przyjaciółka Kasia (Kasiu, wiem, że to będziesz czytać) jeszcze nigdy na skarbach nie była, więc jeszcze nie rozumie. Wynajdę jej kiedyś w ziemi kawałek starego talerzyka, zrozumie.

   W to miejsce prawie nikt nie trafia. Nie ma o nim zbyt wiele informacji, niemniej jednak trafili tu już ci, którzy teraz maja gdzieś pobudowane, być może gospodarcze, a może inne, budynki z fragmentów tutejszego pałacu. Jak, do diabła, może rozebrać niepostrzeżenie taki pałac?

 

 

 

 

 

Komentarzy: 4
Czy naprawdę istnieją duchy?

      Przy świątecznym stole jakoś tak zeszło na duchy. Każdy opowiadał swoją dziwną historię i każdy to robił ze śmiertelną powagą. Czy naprawdę istnieją duchy? Artur Schopenhauer twierdził, że niewiara w pojawianie się duchów to dzisiaj zwykła ignorancja. Sama mam „magiczny” ogląd świata i głęboko wierzę, że to wszystko czego ciągle zmierzyć, albo zrozumieć nie potrafimy, naprawdę istnieje. Wieki temu ludzie nie potrafili przecież wytłumaczyć, spraw dzisiaj oczywistych.

      Z fascynacją słuchałam więc opowieści kolegi o kościele w Bożkowie, gdzie podobno pojawiała się kiedyś postać ubranej na czarno kobiety.

      - Kilkanaście lat temu, pojechałem do Bożkowa z kolegą – wspominał Jacek – Kolega załatwiał jakieś sprawy papierowe u proboszcza, ja chodziłem po kościele. Nagle zobaczyłem panią, która samotnie modliła się w kościele. Po chwili wstała i wyszła dokładnie do tego pomieszczenia, w którym siedział mój kolega. Po kilkunastu minutach też tam poszedłem i zapytałem kolegę, czy widział tę kobietę. On twierdził, że jest sam, tylko z tymi papierami. Zapytałem więc księdza. A ten powiedział: zaraz do tej pani pójdziemy. I pokazał mi tak samo ubraną zmarłą w krypcie.

     Wierzyć, czy nie? Racjonalista się roześmieje, ktoś prychnie, że bzdury, a ktoś będzie słuchał z otwartymi ustami. Ja przyjęłam tę opowieść jak oczywistość. Kolega widział, a co widział opowiedział. A że Bożków ze swoim pięknym pałacem i kościołem są jednym z moich ulubionych miejsc na Dolnym Śląsku, tym z większym zainteresowaniem słuchałam. Tajemnice są potrzebne.

    Dokładnie, tajemnice są potrzebne. Dlatego z radością przyjęłam zaproszenie Michała Wójcika, redaktora naczelnego magazynu Focus, żeby sprawdzić, czy duchy rzeczywiście można odnaleźć i zmierzyć. Redakcja zostawiła mi wolną rękę w doborze nawiedzonych obiektów. Zabrałam ich więc w Góry Sowie, gdzie przecież mamy pełen legend zamek Grodno, pałac w Jedlince, w którym właściciele obserwują niezwykłe zjawiska a także pałacyk Kaufmanna w Głuszycy. I ruszyliśmy na poszukiwania. Z Warszawy przyjechała aparatura do badania infradźwięków i magnetometr. Przybyła też pani, która ma podobno dar widzenia więcej. I co się okazało; i w Grodnie i w Jedlince naprawdę dzieją się dziwne rzeczy, ale co pokazał sprzęt (choć jako osoba o magicznych oglądzie, jakoś nie wiedzę, że można sobie ot tak wszystko zmierzyć) napiszemy w lutowym numerze Focusa. A co robiliśmy, możecie podejrzeć na tych kilku zdjęciach Piotrka Kałuży.

    Ja natomiast odnalazłam w Grodnie, przy okazji duchów, kolejną tajemnicę. Łukasz Kazek, opiekun zamku, twierdzi, że w latach 30.XX wieku w zamku organizowane były obozy dla chłopców z Hitlerjugend. Podczas jednego z takich obozów, dwóch chłopców weszło gdzieś do podziemi zamku i nigdy z nich nie wyszli. Podobno było to w tamtych czasach spora afera, wejście do podziemi zostało wkrótce zamurowane.

     W takie historie też nie chce się wierzyć, prawda? Ale sprawdzić je trzeba. Od dawna wiadomo, chociażby z przedwojennych przewodników, a także powojennych opowieści, że zamek Grodno miał dodatkowe pomieszczenia, o których dziś nic nie wiadomo. Wiem, że zamek będzie się przymierzał do ich zbadania i może wtedy tajemnica się wyjaśni. Ale jakoś zawsze najmilsze jest dla mnie ta chwila, kiedy dopiero czeka się na rozwiązanie tajemnicy. Same rozwiązania czasem rozczarowują, prawda? 


 

Komentarzy: 6
Rybka lubi pływać, czyli Złota Woda w Górach Sowich

     Jak ja lubię takie miejsca! Myślałam, że na Dolnym Śląsku znam je prawie wszystkie, a tu okazało się, że nie. Nieoczekiwanie trafiłam do świata, jaki pamiętam z pierwszych wypraw na skarby. Odwiedzałam wtedy domy poszukiwaczy pełne różnych cudownych przedmiotów. I teraz znowu znalazłam się w takim sezamie.

     W wielkiej drewnianej chacie, wśród kolekcji starych odbiorników radiowych, nart, kubków, garnków, monideł – wiecie, co to monidło?, świętych obrazków, makatek i lamp naftowych. Zliczyć się tego nie da. A że jeszcze dostałam tu dobrze zjeść, to czego mi więcej trzeba?

    Lubię odnajdować miejsca, które są inne niż wszystkie, choć o inność teraz bardzo łatwo. Trudniej o normalność. Ale Złota Woda w Łomnicy okazała się mieć prostotę i taką normalną, ciepłą inność. Coś takiego, że polubiłam to miejsce od pierwszego wejrzenia. Niby to zwykłe łowisko ryb.

Kiedyś podobno stała tu tylko mała budka. Teraz, nad kilkoma, bardzo malowniczymi stawami, czuwa spora drewniana karczma, z kominkiem pośrodku i tymi wszystkimi starociami, gromadzonymi od wielu lat. A ponieważ wpadł nam pomysł na taką troszkę inną książkę o Górach Sowich, zajrzałam i tutaj. 

     Szczerze mówiąc to im od razu pozazdrościłam. I to bardzo. Kiedy byłam bardzo, bardzo mała, w naszym domu stało jeszcze takie wielkie radio z gramofonem z otwieraną klapą. Jeśli pamiętam jakieś dźwięki z dzieciństwa, to włoskie płyty, skrzeczące i stare, odtwarzane właśnie na tym gramofonie. Potem mój Tato go wyrzucił, bo nie miał dla niego jakiejś wartości. Szkoda wielka... Ale jest coś czego pozazdrościłam jeszcze bardziej.

Kilka lat wymyśliłam sobie Muzeum Przestróg, Uwag i Apeli, czyli starych tablic BHP z różnych zakładów pracy. Te pozbierane mozolnie, a potem zwożono już przez turystów, tablice, wiszą dziś w Kopalni Złota w Złotym Stoku. Ale takich jakie mają w Złotej Wodzie w Łomnicy jeszcze nie widziałam! Zbiór może nie jest imponujący ilościowo, ale spójrzcie na tablicę, której zdjęcie widać obok. Wierzyć się nie chce po prostu!
No i jeszcze te dwie przepiękne tace w kształcie ryb. Jaki kawał Dolnego Śląska tutaj wisi! Ile historii!

     No a teraz parę słów o jedzeniu. Pstrąg w soli, smażony prawie bez tłuszczu - pycha. A do niego ...kolejne odkrycie. Ciemny chleb na zakwasie z dodatkiem lnu i orzechów włoskich, pachnący domem, leciutko lepki i uginający się w palcach. Po prostu palce lizać. Trzeba przyznać, że my Dolnoślązacy naprawdę potrafimy. Ten chlebek robiony jest w Raszowie, w miejscu, które nazywa się, a jakże inaczej, Domem Pachnącym Chlebem. Napchaliśmy się tym chlebem nieprzyzwoicie, nie radzę nikomu siadać w pobliżu, jeśli jest się na diecie. Ale jeśli dieta Was nie obowiązuje, a badanie tajemnic chcecie połączyć z przyjemnościami prostego stołu, to jako lokalna patriotka zapraszam w nasze Góry Sowie. W taki ponury listopad warto sobie zrobić jakąś małą przyjemność.

Komentarzy: 7
Skarby i strachy zamku Grodno

     Ciemność nagle rozrywa huk i błysk piorunów. W studni rozlega się przeraźliwy krzyk, potem złowieszczy śmiech. Nie, nie, to nie początek horroru. To początek zwiedzania zamku Grodno w Zagórzu Śląskim.

     No i doczekałam się. Pamiętam swoją pierwszą wizytę w Anglii wiele lat temu i wrażenie, jakie zrobił na mnie zamek Warwick. Dumna budowla od wieków malowniczo odbija się w Avonie, tym samym, który przepływa przez pobliski Stradford, rodzinne miasto Szekspira. Warwick to dzisiaj jedna z największych atrakcji turystycznych Europy. Zamek bez przerwy tętni życiem.

Na dziedzińcu walczą rycerze, damy szeleszczą sukniami, w Wieży Duchów straszy podstępnie zamordowany sir Fulke Greville, a od kiedy zamek przejął Gabinet Figur Woskowych madame Tussaud, każdy może wziąć udział razem z księciem Warwick w przygotowaniach do wielkiej bitwy. Tego zamku się nie zwiedza, tutaj wsiada się do niewidzialnej machiny czasu i cofa w średniowiecze. Wszędzie mnóstwo „strasznych” dźwięków, w dawnej stajni czuć zapach koni, a w zamkowej latrynie cuchnie, że aż strach. Jeśli kiedykolwiek rzuci Was w te okolice, koniecznie odwiedźcie zamek Warwick.

Herbata się nie opłaca
    Jak mi się wtedy marzyło, żeby podobnie było w Polsce. I w weekend, na zaproszenie Sowiogórskiej Grupy Poszukiwawczej pojechaliśmy w Góry Sowie. O tym, co się dzieje w sowiogórskiej eksploracji ( a trochę się zaczyna dziać) i o tym, jak być może, miłośnikom z dwóch, nieco odległych, rejonów Dolnego Śląska uda się współpracować nad pewnym wyjątkowo ciekawym i tajemniczym projektem, jeszcze napiszę, dzisiaj muszę natomiast pochwalić nasze Grodno.

   Uwielbiam zamek Grodno. Jest tajemniczy, skryty jak człowiek, w pewnym sensie niedostępny. Ma niesamowicie bujną historię. Nie miał jednak wiele szczęścia. Jest w złym stanie, odkąd pamiętam, nie można było tam nic zjeść, i raczej były trudności z napiciem się czegoś ciepłego. Przed wielu laty poprosiłam o herbatę i dowiedziałam się, że się nie opłaca robić turystom herbaty. No cóż... Również ekspozycja do końca nie zachęcała do zwiedzania. W zamku zdarzały się kradzieże, nie ma już wspaniałej skrzyni, podobno wyszarpanej przez okno, podczas weekendowego pobytu w zamku nie znalazłam też stołu, który pamiętam sprzed wielu lat. I to jest wkurzające! Ten zamek ma ogromny potencjał, nie musi być martwą naturą.

    Ale, jak wiadomo, najważniejsi są ludzie. Jakiś czas temu zamkiem opiekował się pan Roman Pochrybniak, cudowny gawędziarz, dzięki któremu udało mi się uzyskać wiele archiwalnych zdjęć Grodna do moich książek. Lubiłam wtedy odwiedzać zamek. Teraz, od pewnego czasu, Grodno jest własnością gminy Walim, znajduje się pod opieką dyrektora Wiesława Zalasa, zaś bezpośrednio zabytkiem opiekuje się Łukasz Kazek.  I oto, małymi kroczkami, wszystko zaczęło się zmieniać.


Krzyk z dna studni
      Łukasza znam od dawna i uważam go za jednego z bardziej stukniętych badaczy historii, jakich poznałam. Chyba cały wolny czas Łukasz poświęca na szukanie dokumentów, rozmowy z ludźmi, odkrywanie tajemnic okolicy. Zobaczcie, ileż ciekawostek  kryje się wszędzie. Na jednym ze zdjęć widać ołowiane żołnierzyki. To pruska kawaleria. Łukasz znalazł je koło zamku.

     W ciągu kilku godzin pokazał nam też takie zakątki Walimia, o których nie miałam pojęcia. A na zamku wymyślił atrakcje dźwiękowe. Niby to niewiele, ale jak uatrakcyjnia zwiedzanie. Widziałam szkolną wycieczkę, która przez dziedziniec pewnie przeszłaby nawet nie rozglądając się dookoła. Z tu nagle zagrzmiało, ze studni zaczęły odzywać się tajemnicze potwory. Ileż było radości, oczywiście po pierwszym zaskoczeniu. Atrakcją jest też pewnie wystawa narzędzi tortur, i choć akurat nie przepadam za takimi „atrakcjami” to, co tu dużo mówić, przyciągają zwiedzających. A to i dla zamku i dla gminy jest najważniejsze.
   Już za chwilę w zamku będzie można normalnie zjeść coś ciepłego i z niecierpliwością czekam, na to co będzie się działo dalej.
  Codziennie też pluję sobie w brodę, że wiele lat temu nie kupiłam dokumentów pozbieranych w zamku zaraz po wojnie. Było tam mnóstwo rachunków z zamkowej restauracji (jakoś wtedy miała rację bytu), ręcznie robione mapki, pewnie nic super tajemniczego czy skarbowego, ale uzupełniającego historię tego miejsca. Jeśli osoba, która wtedy oferowała te dokumenty to czyta, może się odezwie?
 

Komentarzy: 2