iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Skarby na upały

Zaczęło się od listu. Potem był telefon. Dotyczył dziwnego miejsca w Rudawach Janowickich. Dzwonił pan, który jako dziecko natknął się w okolicach Krzyżnej Góry na coś w rodzaju wejścia do sztolni albo groty. Opowiadał też o Niemce strzegącej tajemnicy tego miejsca.

Obiecałam, że nic więcej nie ujawnię zanim nie przejrzę dokumentów, które przetrwały i są związane z tą sprawą. Postanowiłam jednak powędrować szlakiem tajemniczego ukrycia, a przy okazji uciec przed upałami do lasu. Jeśli jesteście gdzieś na Dolnym Śląsku, powędrujcie w ten sam sposób. Cisza, zielono, prawie nie ma ludzi. Trasa, którą również Wam proponuję zabrała nam osiem godzin, ale był to jeden z najpiękniejszych spacerów w tym roku: niech wszystkie Meksyki, Portugalie i Szwajcarie niech się chowają. Naprawdę pięknie jest u nas.

Na Biuście Lollobrigidy
Samochód zostawiliśmy w Janowicach Wielkich i szynobusem o 10.58 pojechaliśmy do Wojanowa. Dworzec w Janowicach, zaniedbany i właściwie nieczynny, wszystko zamknięte, bilety kupuje się w pociągu, na drzwiach napis informujący, że wnet otwarta tu będzie pizzeria. Klimaty jak z zapomnianych filmów. Ale szynobus śliczny, z klimatyzacją, widoki za oknem zapierają dech, i choć do Wojanowa jedzie się z 15 minut, atrakcji po drodze sporo. Chociażby przejazd pod Tunelową Górą. Z dworca w Wojanowie marsz do tutejszego pałacu, jednego z najpiękniej odrestaurowanych w Polsce, potem krótka wizyta w Wojanowie Bobrowie i zielonym szlakiem w Góry Sokole. Po drodze mijamy śliczną Polankę Imieninową, powoli wędrujemy przed siebie, żeby na górze zejść na chwilę na czerwony szlak i wdrapać się na Sokolik Duży.

Ależ stąd jest widok! Nie jest to co prawda miejsce dla tych, którzy mają lęk wysokości, ale pozostałych zachęcam do wejścia. Sokoliki. Ze względu na swój kształt nazywane są Biustem Lollobrigidy, i nie jest to biust łatwy do osiągnięcia. Szczególnie w takich upałach. Z lewego biustu, przeskoczyliśmy na prawy, czyli Krzyżną Górą, którą, jak nazwa wskazuje zdobi spory krzyż. Widać stąd pięknie Karpniki i tamtejszy zamek, takie było zresztą zamierzenie rezydujących niegdyś w Karpnikach książąt, krzyż miał być widoczny z sypialni. Teraz spacer do schroniska Szwajcarka i nareszcie odpoczynek.

Gdzie jest woda?
Szwajcarka jest uroczym domkiem, w którym zawsze można spotkać turystów. Można tu dojechać nawet samochodem, więc dla wielu osób to spore ułatwienie, choć osobiście nie lubię samochodów w górach. Niegdyś był to książęcy domek myśliwski, teraz troszeczkę tu wszystko zaniedbane. Cóż, życie...  Dalej idziemy na dół niebieskim szlakiem i dalej w kierunku Starościńskich Skał. Jak z nich widać Sokoliki! A jakie tu są już jagody i poziomki! Palce lizać. Ze Starościńskich Skał, przez Mniszków, choć można również przez zamek Bolczów, powędrowaliśmy na dworzec w Janowicach po samochód.

Na szlakach spotkaliśmy zaledwie parę osób, oprócz tych kilkunastu w Szwajcarce. Na końcu nie czuliśmy nóg. Ta trasa dała mi wiele do myślenia. Pan, który opowiadał mi o tym, że mogła się po drodze znajdować skrytka, szedł troszeczkę inną drogą, nie tak jak my, wzdłuż szlaku. Ale do miejsca, które wskazał, można było dostać się samochodem. Tunelu ze skarbami nie znaleźliśmy, właściwie cały czas byliśmy w wielkiej skrzyni ze skarbami. Tyle, że zamiast ścian, dookoła był las.  

Uprzedzam jednak, w taką trasę trzeba zabrać ze sobą naprawdę sporo wody. Co prawda można uzupełnić zapasy w Szwajcarce, ale akurat kiedy my tam byliśmy, była woda tylko w małych butelkach. Jedyna szansa, żeby coś zjeść to również Szwajcarka.

A w ten weekend znowu wsiadamy do pociągu. Tym razem na jednej z najpiękniejszych tras w Polsce, z Jeleniej Góry do Lwówka Śląskiego. Już się nie mogę doczekać!

Komentarzy: 4
Trochę słońca z Madery

Nie wiem, co u Was widać za oknem, ale we Wrocławiu ani promienia słońca, a deszcze leje z cebra. Dlatego kilka zdjęć z Madery, które obiecałam kilka dni temu. Może coś nimi zaczarujemy?

Zwróćcie uwagę na fotografię, na której widać lotnisko na wyspie. Pas startowy wygląda, jakby został przyczepiony, prawda?

To co? Ja biorę się za pisanie, a dla wszystkich równie ciężko pracujących, miłego dnia!

 

Komentarzy: 6
Wakacje na Ibizie, czyli w poszukiwaniu spokoju ducha

Czy wiecie co jest na pierwszym zdjęciu?

To „skromne” gospodarstwo agroturystyczne na Ibizie. Goście mają do dyspozycji basen, otwartą na ogród restaurację, mogą sobie korzystać z jachtu w dowolnej chwili, zaś większość apartamentów ma piękne, ocienione balkoniki. O cenach lepiej nie wspominać, ale za sam nocleg można tu zapłacić tygodniowo i ze trzy tysiące, oczywiście po przeliczeniu na złotówki.



Na Ibizę pojechałam służbowo, żeby zobaczyć jak wyspa zmienia swój wizerunek. Ibiza nie chce być już tylko wyspą dyskotek, klubów dla gejów, miejscem służących jedynie do zabawy. Chce być wyspą aktywności, zakątkiem atrakcyjnym dla wszystkich, którzy lubią zwiedzać świat na własnych nogach, konno lub na rowerach.

Legenda mówi, że Ibiza to miejsce, które ominie nawet koniec świata. To prawdziwa ostoja szczęśliwości. I rzeczywiście, jest coś takiego w tutejszych mieszkańcach (o ile można to stwierdzić podczas kilkudniowego pobytu), co sprawia, że świat dookoła wydaje się milszy i cieplejszy.

Ludzie są tam na luzie, wiecznie się uśmiechają, widać, że są szczęśliwi. Dla niektórych czas zatrzymał się jakieś pięćdziesiąt lat temu. Wtedy właśnie na Ibizę zaczęli przybywać niechciani już gdzie indziej hippisi. Na wyspie tworzyli komuny, żyli z robienia paciorków, farbowania chust w fantazyjne wzory, sprzedaży wesołych gadżetów. Niektórym zostało tak do dziś.

Na wyspie działa słynny Hippie Market, gdzie już nieco wiekowi hippisi sprzedają ciuchy, kadzidełka, koszulki, płyty, a wszystko tak kolorowe, że może się zakręcić w głowie. Dziwne to miejsce. Zupełnie jakby ktoś chciał troszkę na siłę zatrzymać tamte czasy. Bo hippisowskie ciuchy są dziś made in China, a wesołe bransoletki przyjeżdżają z Meksyku.

Najciekawszą zaś rzeczą jest to, że jeden z pierwszych hippisów, którzy przybyli na Ibizę, dzisiaj jest właścicielem jednej z najbardziej luksusowych galerii na wyspie. Przybył w rozwalonych sandałach, trochę pokontestował i zaczął robić pieniądze. Obecnie jeździ limuzyną.

Powiem szczerze. Pozazdrościłam im wszystkimi troszeczkę. Oczywiście nie tej limuzyny. Wszyscy, których noga stanęła na tej wyspie, wyglądają tak, jakby nie istniały kłopoty.

Najbardziej magiczne są wieczory w Sant Antonio. Rzadko bywałam w naprawdę turystycznych miejscach i z początku nie wiedziałam, czego jestem świadkiem. Oto na całej długości plaży zaczęły się wieczorem gromadzić tłumy ludzi.

Na Ibizie wszystko jest zaskakująco ładne, ludzie również. I ci wszyscy, przepiękni ludzie, kolorowo ubrani zasiedli lub stanęli wgapiając się w jeden punkt. Z początku można by pomyśleć, że czekają na przylot UFO, albo na pojawienie się jakiegoś innego, niezwykłego zjawiska. Wszyscy mieli na twarzach błogi wyraz oczekiwania na coś wyjątkowego. Były ich setki. I co? Okazało się, że czekali na zachód słońca. Na zachód słońca, którego w codziennym pośpiechu w ogóle nie zauważamy. Słońce zaś odwdzięczało się pięknym światłem, przy którym wszystko wygląda jeszcze ładniej. Słońce zaszło i wszyscy rozeszli się do swoich obowiązków, czyli do picia wina, piwa oraz tańców.

Tak sobie pomyślałam dzisiaj rano, siadając - jak niemal codziennie – do komputera, że może tak rzucić to wszystko, sprzedać co mam i wyjechać na taką wyspę? Niemal każdy ma od czasu do czasu takie pomysły, prawda? Żeby wyprowadzić się z miasta na wieś, albo uciec ze wsi i zamieszkać w centrum miasta.

Poznałam kiedyś pewną parę, która mieszkała w domku na końcu wsi. Mieli co prawda prąd, ale z wodą u nich różnie bywało. Dojazd do nich był wyjątkowo trudny, zimą niemożliwy. Mieli mnóstwo zwierząt, żyli po hippisowsku, zajmując się jakimś drobnym rzemiosłem. Jedyny sąsiad ukradł im ....szopę. Po prostu w jakiś dziwny sposób przesunął ją nocą. Jak, nie mam pojęcia.  Ta szopa spędzała im sen z powiek, więc może nie ma miejsc naprawdę szczęśliwych?

Znajomego rzuciła właśnie narzeczona.
- Co robić? – zapytał – Dużo podróżujesz, jak się zamknę w klasztorze w Tybecie, będzie mniej bolało?
- Nie będzie – odpowiedziałam niemal instynktownie. Może więc swoją wyspę najlepiej zrobić sobie najbliżej siebie. Wiecie może jak?

Komentarzy: 4
Trochę prywaty, czyli wakacje w Dolinie Królów

Dokładnie w dniu, w którym rozpętał się nad Polską Wielki Huragan, odwiedziłam Rudawy Janowickie. Najpiękniejszy i mój najukochańszy zakątek ziemi.

Po południu, wracając już do domu, postanowiłam zajrzeć jeszcze do pałacu w Wojanowie. Nigdy nie wracam z Jeleniej Góry do Wrocławia prostą drogą. Uwielbiam te wąskie ścieżki wzdłuż Bobru, mgły unoszące się nad polami i słońce, które niemal kiczowato muska Sokoliki – znane większości wspinaczy jako Biust Lollobrigidy. Rzeczywiście, kształt tych dwóch wzgórz nie zostawia oczywiście żadnych wątpliwości.

Tak więc, kierowana jakimś wewnętrznym – za przeproszeniem przymusem – podjechałam pod pałac. I nagle, niemalże w tej samej chwili zanotowałam w głowie dwie rzeczy. To, że po niebie latał niewielki dwupłatowiec i to, że ścigała go ta wielka, czarna, straszna chmura. Dosłownie w kilka sekund, piasek na dziedzińcu podniósł się na wysokość gdzieś trzech, czterech metrów, zobaczyłam, jak wśród rozbłysków wali się słup wysokiego napięcia, a drzewa w parku za pałacem łamią się niby zapałki. Ależ to dziwne uczucie. Kilka sekund zmienia dookoła wszystko. Ratując siebie w latającym piasku i kamyczkach, przemknęłam do bocznej części pałacu, pomogłam ile się dało, wnieść z dworu krzesła i tak czekałam patrząc na dziedziniec.

Pamiętam Wojanów z dawnych czasów. Smutny, zaniedbany, podupadający. Częściowo zniszczony przez pożar. Teraz patrzyłam przez szybę na cudownie odremontowany pałac, z równie wspaniale „zaopiekowanym” parkiem. Tego dnia przed głównym budynkiem miał się odbyć koncert. Stąd to ratowanie krzeseł. Ale przez mokrą szybę patrzyłam też, jak w tej wichurze muzycy ratują instrumenty, po trawniku biegają dziewczyny z długich sukienkach, jak dyrektor (którego widywałam do tej pory w okolicznościach eleganckich) walczył z tym całym zamieszaniem. Deszcz wlewał się przez okna w „oranżerii” na tyłach sali bankietowej (z powodu braku prądu tych dwóch, czy trzech okien nie można było domknąć), przez szklaną ścianę widziałam jak leci kosz na śmieci, a wiatr rozrywa koronę niewielkiego drzewka. 

Dlaczego o tym piszę??? Nie wiem, chciałam się podzielić z Wami tą sytuacją, bo zastała mnie w miejscu wyjątkowym. Bo Rudawy właśnie takie są. Cudownie wyjątkowe. Nawet, a może szczególnie podczas burzy.

W Rudawach Janowickich, ani w okolicy nie ma teraz tylu turystów co zwykle. Jedni mówią, że to z powodu kryzysu, inni, że z powodu zmiennej pogody. Tymczasem to takie miejsce, w którym można nie tylko odpoczywać na całego, ale i chłonąć historię. Tyle zamków i pałaców w jednym miejscu, toż to niesamowite. Odremontowany Wojanów, po drugiej stronie rzeki Łomnica, jadąc w przeciwnym kierunku, Bobrów. Prawdziwa Dolina Loary, o przepraszam, Bobru. W Mniszkowie odwiedziałam tego dnia właścicieli przepięknego dworu, który stoi w środku wsi. Kiedy wchodzi się do takiego domu, czuć, że ma duszę. Że takich domów już dzisiaj się nie robi. I nie wiem, czy ta dusza drzemie w malowidłach na sufitach, w drewnianych schodach i poręczach, czy też w przestronnych hallach. Ale takie właśnie zakątki jak Mniszków sprawiają, że nagle człowiek znajduje się na samym końcu świata, tam gdzie jest tylko zieleń, mili ludzie i pełna tajemnic przestrzeń.

Wybierając się w Rudawy, trzeba dokonać wyboru. Noclegi w pięknych pałacach, mogą być zbyt drogie na przeciętną kieszeń. Ale nie brak tam pięknych gospodarstw agroturystycznych, tanich i klimatycznych. Najwspanialszą rzeczą w Rudawach są dla mnie parki. Szczególnie ten półdziki dzisiaj, w Bukowcu. Zakomponowany tak, aby pokazywał poszczególne etapy rozwoju ludzkości. Jest tam więc gotycki grobowiec, krąg Druidów, średniowieczna wieża, antyczna świątynia. Uwielbiam to miejsce. Uwielbiam te wszystkie ścieżki w Rudawach, szczególnie w Górach Sokolich, Kolorowe Jeziorka, mroczne sztolnie w Kowarach i Miedziankę, która niemalże zapadła się pod ziemię. Czy naprawdę trzeba telepać się na koniec świata?

To taka moja prywata. Chcę, żeby ludzie przyjeżdżali na Dolny Śląsk. Zobacznie jakie Rudawy są cudne na zdjęciach Krzysztofa Góralskiego. Za chwilę weekend. To jak, wpadniecie na chwilę?

Ps. Do wszystkich, którzy do mnie piszą listy. Czy dochodzą ode mnie odpowiedzi? Może nie piszę zbyt pasjonujących listów, ale staram się zawsze odpowiadać. I wtedy po drugiej stronie zalega podejrzana cisza.

Komentarzy: 6
Doda w Dubaju, czyli plotki z życia basenowego

Przeszła obok mnie. Otarła się, o tak, na kilka centymetrów. Wzięła nawet tę samą sałatkę. Najprawdziwsza Doda, niegdyś Elektroda. Gdyby wszyscy od dwóch dni nie szeptali, że to Doda, a wokół baru, nie robiło się wielkie zamieszanie co pewien czas, w życiu był nie poznała, że to Królowa!

Ot, Dorotka taka, rano z podkrążonymi oczami, rzęsami wyciągniętymi jak stąd do wieczności, biustem zaś takim, że mógłby zabić – oczywiście gdyby oderwał się od właścicielki. I tylko te miniaturowe spodenki, obcasy wysokości wieży Eiffela i walizki koloru wszystkich landrynek dawały sygnał, że chodzi na nich KTOŚ.

Pierwszy raz zobaczyłam też, jak męczące musi być chodzenie bez przerwy na takich obcasach, bo chodząc Doda wywija zamaszyście lewą ręką, jakby chciała utrzymać równowagę. Uczciwie trzeba jednak przyznać, że wzbudza sensację, a większość pań (ale powiedzmy sobie prawdę, głownie tych wiekowo bardziej zaawansowanych) Dody nie lubi. Bo, cytuję: Doda, jest nikim.

Kim jest ta Doda?
Co to za Doda?

Fenomen Dody dotknął mnie zupełnie nieoczekiwanie, pod Dubajem, do którego również trafiłam bardzo nieoczekiwanie. Sun and Fun zaprosiło do Emiratów Arabskich właścicieli biur podróży, żeby pokazać im możliwości organizacji wypoczynku dla polskich grup. Zaprosiło i mnie, żebym się pomęczyła w pięciogwiazdkowych hotelach. I tam właśnie w hotelu Rotana Fujairah pojawiła się też Doda.

Towarzyszył jej niejaki Dominik (pewnie wtajemniczeni i wielbiciele wiedzą o kogo chodzi), za gwiazdą chodził wlókł się też niewielki oddział fanów i znajomych, których gwiazda akceptowała. Ofuknęła natomiast dziennikarkę, która grzecznie chciała jej zrobić zdjęcia i dziennikarka, do tej pory Dodę uwielbiająca, lubić ją przestała. Zaczęła nawet kombinować, jak tu szybko przesłać informację do kraju, żeby na Dodzie złej trochę zarobić. Nie udało się, bo ktoś sprytniejszy wysłał już informację do jakiegoś Pudelka czy innego Jamnika.

I choć Dody, mimo tych jej długich nóg, broniłam dzielnie, to kiedy tak fuknęła na moją koleżankę po fachu, to też lubić ją przestałam. Bo bycie gwiazdą – moim skromnym zdaniem - zobowiązuje. Zobowiązuje też do tego, żeby nad takim basenem, choć duchota i 45 stopni, używać słów raczej cenzuralnych. 

Z zakulisowych rozmów wynikało, że Dody lubić nie należy, bo przyleciała do Dubaju rejsówką z Wiednia, a nie jak zwykły człowiek, czarterem. Bo – jak powiedział jeden z oddziału do Dody dopuszczonego, gwiazda z Polakami latać nie lubi.

Ja tam się jej znowu nie dziwię, bo z latania różnymi czarterami mam różne doświadczenia. Najbardziej boję się czarterów z Tunezji, bo kiedyś podczas jednego z lotu, nagle usłyszałam z tyłu krzyk: prawy silnik się pali!!! Na co cały samolot w krzyk i histerię. Potem chwila ciszy i kolejny krzyk: Żartowałem! Pali się lewy silnik, ha, ha, ha! Zabić takiego to mało.

A jak Doda sobie przyleci rejsówką z Wiednia, to może nawet nie zrozumie, jak ktoś będzie krzyczał językami świata. Swoją drogą, niech żałuje, bo jeszcze takim wesołym samolotem, jak ten pierwszy polski czarter do Dubaju nie leciałam, a i chwila była historyczna, bo nasz samolot rozpoczął wielką akcję wysyłania Polaków na wywczas do Emiratów. Oj to się będzie działo!

Szczerze mówiąc nie wiem co z tą Dodą w moim życiu zrobić. Wiem, co zrobić, gdy są turbulencje, gdy ukradną paszport w Afryce, gdy stoi facet z maczetą i nie ma dobrych zamiarów. Ale tu nie wiem.  Bo z jednej strony mogłaby się czasem ta Doda uśmiechnąć, a z drugiej przecież też jej się należy trochę prywatności.

Z jednej strony, jak mówią wtajemniczeni, jej gwiazda długo nie poświeci, z drugiej zaś, nie widziałam jeszcze, żeby jakieś dziewczę wzbudzało tyle emocji.

Ale tak sobie jednak myślę, że jak powiem, że byłam z Dodą w Dubaju to zapunktuję. Jeszcze nie wiem co prawda gdzie....  Ale podobno ta Doda ma ładny głos, to może można jej te długie nogi wybaczyć. Ale braku uśmiechu nie. 

Komentarzy: 17